View Full Version : Historia jednego podwórza czyli Elwood, skąd Ty mieszkasz?
El Czariusz
20.04.2025, 08:17
Tymczasem, zacznijmy od środka...
WZh1Cp5kONM
Prolog.
Wigilia 2018.
https://i.ibb.co/0p1hq0F8/IMG-20181221-224308-1-CS.jpg (https://ibb.co/kVzQKL9k)
Z "Bloga ELWOOD`A".
Niewątpliwie chwilami wymiękam, myśli gdzieś błądzą.... Jakieś próby rozliczeń tego wszystkiego, które w konsekwencji potęgują frustrację a do drzwi co rusz puka jakaś laska Depresja. W istocie ta sama jędza, strojąca się jedynie w różne piórka.
Sobie wchodzi i wychodzi. Próbuje wygryźć Pasję Ta druga nie tak atrakcyjna jak pierwsza, mieszka u mnie na stałe. To związek platoniczno-przyjacielski. Po prostu wynajmuję jej pokój. W przeciwieństwie do Depresji starzeje się. Ma kilkoro dzieci, które woła jednym imieniem Wspomnienia i kilka wnuczek, co zwą się Marzeniami.
To takie wesołe dość towarzystwo, które swoją obecnością urozmaica mój żywot. Wszystko pod kontrolą Strażnika Domowego. Osobiście, to mój Strażnik Domowy za Pasją nie przepada ale dzieci lubi. Toleruje Wspomnienia, lubi zaś Marzenia. Nawet się nimi czasami zajmie. Bawią się wtedy razem beztrosko, aż miło popatrzeć.
Podoba mi się ta konfrontacja Depresji z Pasją. Ta pierwsza wabi urokiem, przynosi browara. Druga nic nie mówi, nie komentuje. W tym momencie pastuje mi buty...
https://i.ibb.co/zhLYWc1t/IMG-20181230-222537-1-CS.jpg (https://ibb.co/BV7xHDmY)
Ten prosty gest zbija mnie z pantałyku i zawstydza. W arsenale Pasji jest wiele takich czynności.
Poza tym jest cierpliwa, nie narzuca się... Wysyła jedynie forpocztę. Te najmniejsze Marzenia. Gromadzą się one wokoło liczną dość gromadką i każda ciągnie za nogawkę w swoją stronę. W takiej chwili jestem bezsilny... Pozostaje mi je pogłaskać po głowie i spełniać życzenia.
To z kolei doprowadza Depresję do szału. Nie wytrzymuje ciśnienia i ulatnia się.
Patrzę na te małe szkraby i się uśmiecham. Czasami siadamy wieczorem wspólnie, całą ekipą na paletach. Marzenia na kolanach Wspomnień a ja im opowiadam bajki. To są wspaniałe chwile. Pasja kuca sobie obok nas i bije od nie wtedy jakieś niewiarygodne ciepło.
https://i.ibb.co/s9jpnhfq/IMG-20181220-212028-1-CS.jpg (https://ibb.co/GQ7fyX6R)
Czasami raz, czasami kilka razy w roku towarzyszy nam Strażnik Domowy. Taka sceptyczna trochę ale wtedy jest najpiękniej...
https://i.ibb.co/5hzBQnXV/IMG-20181225-115108-3-CS.jpg (https://ibb.co/fdK43nV7)
Minęła Wielka Noc.
Wesołego Alleluja!
Ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że świat jest fabryką do tworzenia ludzi nieszczęśliwych. I że nie jest to kwestia braku wyboru, tylko dość świadomego wyboru, który jest wygodny dla garstki. Reszta się dopasowuje, nawet do największych absurdów. Tak jest w globalnej skali, ale też na poziomie naszych zwykłych codzienności, gdzie wplątujemy się w sytuacje niemożliwe i beznadziejne.
Czasem trzeba p...ąć pięścią w stół a newet go wywrócić i zacząć ŻYĆ
Tym bardziej jak ktoś nam szyje niewygodne buty
Kolega El powinien odwiedzić powitanie zanim zacznie rewolucyjne wizje głosić na naszym zgromadzeniu fenistek :)
Melon, bez urazy : kolega El był tu zanim powstało to forum...
;- )
No ja nie z wykopalisk ale wprawieni w piśmie twierdzili inaczej, nie znam się :)
To Forumu nie powstało wcześniej niż Afryca została wyprodukowana ale chwilę później gdzie się zebrali wyznawcy tego podobno nie wygodnego motora który zawsze mi się podobał. Może wtedy nie było tych no psychoanalityków psychiatrów no nie znam się
To ja poprosiłam Ela, żeby podzielił się historią, której zajawka jest w pierwszym poście.
Może forum wróci do starych torów, do czytania, do dzielenia się historiami.
Nie oceniania i leczenia różnych frustracji.
Wiem, że Dobro potrafi się mnożyć identycznie jak zło. To od nas zależy, którego wilka karmimy. Dobrych Świąt!
Ooooo następny z wieku węgla jak powstało Forum, a może to ze Smoka no nie znam się który rok tera jest pamięcią wracam jaka te podejrzane twarze patrzyły na mnie w B
El Czariusz. Myślałem, że nie żyjesz, a raczej myślałem, że umarłeś.
Bo umierać można różnie: skutecznie, długo, codziennie, z miłości, przez roztargnienie, albo dla kogoś).
Dla mnie utrzymywał Cię przy życiu (można żyć skutecznie, długo, codziennie, z miłości, przez roztargnienie, albo dla kogoś) numer Twojego telefonu w mojej skrzynce. Ostatnia nitka. Nie to, żeby to była ta nitka od większego kłębka, co to bezbłędnie doprowadzi do osoby jak to u Tomka Sawyera.
TA ostatnia nitka zwisała z góry! Widziałem jej koniuszek wysoko tak, że zastanawiałem się, czy dosięgnę...
Widzisz jej koniuszek (dla wielu to począteczek) i musisz zaufać!
Chwyciłem licząc, że gdzieś tam u Ciebie drugi koniec (początek) jest wystarczająco mocno przywiązany.
Więc wchodzę!
Nadmorski witak tym razem wskazuje na Pachołek.
Tam musi być jakaś cywilizacja!
I jej koniec (początek)
142377
stopa-uć
21.04.2025, 07:56
Cześć
El Czariusz
21.04.2025, 09:13
Ach Melonie... Widzę, że nie zmieniłeś się ani na jotę, co się chwali, bo w tak dynamicznych czasach stałość poglądów jest tym, czym miód dla pszczół.
Rewolucja, feministki i... Melon;)
Nieustannie we krwi Twej płynie benzyna i to nie ekologicznie chrzczona tylko ta prawdziwa, żółta wysycona ołowiem, którym pluła syrenka a nie jeden (w naszym wieku) ustawiał się w linii jej (syrenki) rury wydechowej i chłonął jej spalony aromat...
Amatorzy dopiszą: tęskni za PRL-lem, ot co! I co...? I tu się mylą. Bo Ty nie za PRL-em tylko za atmosferą i klimatem prl-owskiego podwórka tęsknisz. Kiedy to ludzie byli dla siebie po prostu życzliwi. Ten klimat przemija/umiera, bo idzie nowe. I o tym będzie w tym moim wątku.
Zatem zachęcam Ciebie i wszystkich Was, którzy się z takim starym, życzliwym podwórkiem zetknęli piszcie tu ze mną o tym.
Wiesz Melonie, że Ciebie lubię ale wpadłeś tu jak... melon w kompot;)
Kręcisz "aferę" a w tym wątku ma być tak, że Mucha nie siada! Owszem... można być pod Muchą, ba... Nawet bez krawata, bo z Muchą człowiek również mniej awanturujący. Kto jak kto ale my z kolegą Muchą dobrze o tym wiemy!
https://i.ibb.co/B2D4PzKH/DSC06691.jpg (https://ibb.co/fdR8S1GV)
Na tym obrazku widzimy Kolegę, któren to siedząc na Elwoodzie (znaczy Elwood jest pod Muchą), obuty w filcowe "wycieraczki" zaraz je włączy.
Mam gdzieś nawet filmik krótki z procesu., nie wiem gdzie ale do dziś wybrzmiewa mi Muchy i pozostałego tałatajstwa ten przeuroczy, zniewalający wszystkich śmiech, niosący męską (chwilami szorstką) miłość:)
Tak, że ten... Melonie...
...więc z punktu, mając na uwadze,
że krytyka może być...
tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było...,
tylko aplauz i zaakceptowanie.
Agnieszko Ty moja!
Cudowne wejście Twoje...
...normalnie łzy wzruszenia, bo zaraz... tekst dla podlaskiego przeboju powstanie!
Szkoda, że Pastor już na forum nie nadaje, bo niechybnie dalsze wersy i zwrotki stały by się jego tu udziałem jak onegdaj, na Starym Forum i do niego (Starego Forum) właśnie kolega Mucha nawiązał bardzo subtelnie zwracając Ci (Melonie) uwagę, i w tej kategorii jesteś tu "młodym" czpiotem. bo mój nr rejestracyjny na rzeczonym starym przed dzisiejszymi administratorami obecnego jeszcze występuje.
W tym miejscu pozdrawiam Grześka Siódmego przypominając, jak to wspólnie "na Miraua" siedzieliśmy przy okrąglym stole w mojej kuchni i knuliśmy szczegóły jego fantastycznej wycieczki z synem (o ile dobrze pamiętam) oplem astrą "w Stany".
ATomku... W istocie pogłoski o mojej śmierci są przesadzone choć brukowa prasa powielała...
https://i.ibb.co/d4frTgPK/z15065805-Q.jpg (https://imgbb.com/)
W istocie coś we mnie umarło...
Kiedy na świecie pojawiały się moje wnuki. Wniosły one do mojego jestestwa mnóstwo radości i tej spontanicznie rodzącej się miłości.
Pierwsza była Marysia (obecnie lat 7).
Kiedy Lublinem i Golfem 2 startowaliśmy na genialną wycieczkę Szlakiem Bronisława Grąbczewskiego (2018) Marysia miała ledwie pół roczku i nic nie zwiastowało obecnych relacji. To dla niej najpierw zgoliłem brodę, bo bała się mnie z tą brodą okrutnie.
Zgoliłem, choć panie ekspedientki z mięsnego i warzywniaka szlochały potem rzewnie (za moją szpakowatą przystojnością) ale Marysia w końcu, w Wigilię jej pierwszego, ziemskiego Bożego Narodzenia po prostu się do mnie uśmiechnęła.
Nigdy nie umiałem się bawić z dziećmi, zwłaszcza tymi małymi szkrabami, które chcą o świecie wiedzieć wszystko tu i teraz. Możesz przed nimi "uciekać" ale jak wrócisz, to tylko podwaja lub potraja liczbę pytań.
Co ja tym dzieciom mogłem dać...?
Ja przecież umiem nic...
Ale nic, to początek wszystkiego.
Z Marysią wykształciliśmy z czasem swój własny język komunikacji. To taka mieszanka farsi i węgierskiego. Nikt nas nie rozumie, my zaś rozumiemy się doskonale. Kacper (lat 5,5) też już nadaje w "naszym".
Mikołaj (6 m-cy) chłonie nasz język jak gąbka.
Wszystkie babcie i prababcia chodzą trochę smutne, bo na hasło "łapiemy się za ręce" (kiedy np. przechodzimy przez ulicę), tylko moje są zajęte.
Na hasło: kto śpi z dziadkiem, dziadek potem śpi na... podłodze w sypialni, bo na łóżku nie ma dla niego już miejsca.
Dawno przestałem na dobranoc opowiadać bajki o Zorro, czy głupim Maćku, który na koniec okazywał się dzielnym i wcale nie głupim, tylko dobrym. Ukłony Agnieszka:)
Co nie znaczy, że nie przerabiamy teorię gier powolutku, bo ta powinna być pełnoprawnym przedmiotem w szkole podstawowej ale nie o tym.
O tym, że dziadek w miejsce bajek, opowiada drapichrustom na dobranoc swoje "niewiarygodne" przygody.
Jak tu opisywałem swoje (tu na forum), to sporo z Was traktowała je z przymrużeniem oka. Moje wnuki także. Powieki im szybko opadają a pod nimi, w ich małych główkach pojawiają się... Marzenia.
Tak, dokładnie te z mojego "wstępu"! Zaczyna się "wędrówka" szkrabów. Rozpychając się na całego. Tam, gdzie miała być moja głowa, ląduje pięta Kacpra, za nią podąża reszta kończyn, jakiś mały tułów, pupa... Jedna, druga...
Rankiem...
https://i.ibb.co/gZNSksQX/IMG-20240703-070112.jpg (https://ibb.co/JjVvDX8b)
:)
Wspomniałeś ATomku o Pachołku.
https://i.ibb.co/5xtKs8Qr/DSC02724.jpg (https://imgbb.com/)
Kolegę Redzisława rozpoznajesz...? Pewnego lipcowego poranka rozmarzyliśmy się widokiem wspólnie.
Tymczasem to obecna moja perspektywa, nieco szersza. Pachołek z wieżą to ledwie (i aż) 121m.n.p.m. (o ile pamiętam).
https://i.ibb.co/sJg9h8FF/image.jpg (https://ibb.co/qFDYzTRR)
Tu jestem o dobry "wieżowiec" wyżej.
Tak.
Jestem młodszy o ponad 10kg i coś tam w ramach Biura Turystyki Nieodpowiedzialnej będzie knute chyba...
AzaKU7dMLa4
Obejrzyjcie z przymrużeniem oka tę prezentację BTN-u powyżej, którą z uśmiechem w ten świąteczny, lany poniedziałek Wam podsyłam;)
Lubię czytać relacje, opowieści ELa !!!!
Super:Thumbs_Up:
CzarnyEZG
21.04.2025, 09:46
japierdole :)
mareksz007
21.04.2025, 14:17
Dla mnie się podoba.
pisz , pisz , nie buduj napięcia akcji ... ;-)
RAVkopytko
21.04.2025, 20:52
Elwood ,zdjęcia z kliszy Zeskanuj ,jak Potrafisz :)
Agawu,Dziękuję
Depresja to chyba lepsza od Destrukcji............
Cześć. Fajnie że się zdecydowałeś i jesteś. Pozdrowienia.
El Czariusz
22.04.2025, 07:34
Tragedia antyczna z wariacjami.
Moja pani profesor od polaka z TE Wejherowo rwałaby sobie włosy z głowy, gdyby mogła przeczytać, co wypisuję. Długo miała w pamięci moje "wypracowania" szkolne, tworzone w męczarniach, prawie zawsze nie na temat, praktycznie bez treści, za to mistrzowsko rozciąganą, by zmieścić się w limicie min. jednej strony kancelara.
Wypracowania pisaliśmy bowiem na papierze kancelaryjnym, takim samym jak na maturze pisemnej.
Trudzia, brzęcząc licznymi bransoletami roznosiła je (kancelary) czyste "po klasie", każdemu indywidualnie kładąc dynamicznie papier przed nosem, jakby bijąc w tamburyn.
Bransolety (naprawdę w ogromnej liczbie) niczym padaung na smukłej szyi, biły szczególny, afrykański rytm. Mnie osobiście kojarzyło się to z trzeszczeniem opadającego wieka trumny, po czym zapadała niewymowna, długa cisza.
"Leżałem" w tej trumnie w bezruchu a mój proces myślowy sprowadzał się praktycznie do próby tworzenia kilku wyrazów, coś na kształt procesu poniżej:
uloLWPUnFcw
Czuję się teraz jak w tej trumnie, bo czasu jest mało a ja muszę te wszystkie historie jakoś spiąć do kupy, bo każda jest ważna, każda ma sens...
Zatem wracam na podwórko,
jedno z kilku w sensie, bo gdzieś to musi mieć swój początek a ten jak wiemy, było pod Lenino.
Będzie zatem o... Meksyku, Pekinie i o Malinowskiej... I o Pustkach jeszcze.
Zatem, ledwo kurz wojennej zawieruchy opadł...
El Czariusz
22.04.2025, 10:36
Cofam się pamięcią, dokąd mogę. Na potrzebę tego postu do Gdyni lat 20-tych ubiegłego wieku.
Rusza budowa portu w Gdyni, polskiego okna na świat. Z różnych stron IIRP zjeżdżają się ludzie, widzący szansę na poprawę swojego losu. Wśród nich m.in. linia po kądzieli Strażnika Domowego.
Gdynia przeżywa bujny rozkwit, rozrasta się w ekspresowym tempie. Jej osią staje się linia kolejowa nr 202 Gdańsk - Szczecin. Jak grzyby po deszczu powstają nowe (późniejsze dzielnice Gdyni) osiedla, które bardziej przypominają dzisiejsze, brazylijskie fawele niż zwartą, typowo miejską zabudowę.
Babcia Marysia (pra pra babcia naszej wnuczki, która po niej dostaję swoje imię) rodzi się w Atamazynie (1923) ale dalsze jej losy stricte związane są już obecnym Trójmiastem.
Tymczasem babcia Marysia "ląduje" z rodzicami i licznym rodzeństwem w domu, wciśniętym między trzy "fawele". Pustki Cisowskie, Meksyk i Pekin. Same nazwy już wiele mówią. Brakuje tylko Kanady ale tę przypominało centrum z licznymi barami, spelunkami, które przetrwały wojnę i nie poddały się 'komunie'. W istocie tworzyły własną i do dzisiaj owiane są złą sławą.
Tawerna, Zacisze i Bar Pod Kotwicą - słynny, gdyński Trójkąt Bermudzki.
-----------------------------------------------------------------------
Z "Bloga ELWOOD`A.
Bar Pod Kotwicą.
Pewnych miejsc nie należy komercjalizować. Zabija to ich ducha. Wiele z podobnych, straciło w ten sposób swój klimat i charakter.
Za PRL-u jazda z klientami była krótka. Krawat na koszuli, tylko u anonimowych przedstawicieli kultury wyższej narodu, topiących szarość życia w kuflu lub lornetą z meduzą. Krawat u właściciela. Rzecz możliwa tylko na styku kultur. U nas wykształciła się monokultura morska.
W lokalu Pod Kotwicą, szczękają kufle, słychać gwar przekrzykujących się ludzi, co rusz kraszony soczystym mniej lub bardziej przekleństwem.
Nagle do baru wpada kobieta. Z tych, co to o niej odwrócony Kramer pisał w Czarnym obelisku. Po niej detonacja:
Józek!!! Ty... itd.
Po detonacji, cisza, tylko ten szum w uszach... Lokal zamarł. Kobieta wielkości ochrony prezydenta (w zespole) ruszyła w kierunku Józka, idąc ortodromą jak taran. Goście na linii rażenia spadają z barowych stołków ale nikt nie protestuje. Kto może i zdąży, sam szybko usuwa się z drogi. Tylko jeden (widać pierwszy raz tu był), próbował zaprotestować. Baba Józkowa nawet na niego nie patrząc wyprowadza płaski bekhend dłonią wielkości siedzenia i koleś fika orła z koroną, ginąc między nogami ludzkimi, wywróconych stołków i jednego stołu.
Następnie zbliżyła się do Józka.
Zanim ta pani weszła do baru, Józek był duszą towarzystwa. Klasyczny stały bywalec, doskonale zorientowany w rytuałach barowych, z lekką pogardą odnoszący się do "nietutejszych". Z lekką, ponieważ jego metr sześćdziesiąt pięć nie pozwalało mu na więcej.
Kobieta podeszła do struchlałego, całkiem "nieswojego" już Józka i łapiąc go za kark jedną ręką wyrwała go ze stołka niczym rzepę w ogrodzie. Wspomogła się drugą za pasek i opuściła lokal z Józkiem pod pachą, niczym z siatką z zakupami albo z parasolem. Zaprawdę odbyło się to w ciszy i skupieniu...
Cdn.
Z jakiegokolwiek wymiaru czy też świata równoległego i w jakiejkolwiek emanacji swej jażni El raczył powrócić ...
Powiem jeno:
"Jeszcze nie jedną historię chciałbym usłyszeć"- nieodzobaczyć.
ps. znam takich co dwie kawy zamawiali, dwa papierosy odpalali i w kąciku kawarnianym bardzo ciekawe monologi dialogowe prowadzili
El Czariusz
22.04.2025, 13:16
Malinowska.
Wstęp.
Czary to, najogólniej ujmując, stosowanie pewnych nadprzyrodzonych środków zarówno w celu szkodzenia ludziom, jak też pomagania im w różnych sytuacjach. Z kolei magia to, jak podaje Słownik etnologiczny, „zespół zrytualizowanych działań i technik mający na celu – w przekonaniu ich wykonawców – powodować pożądane skutki w świecie realnym poprzez oddziaływanie za pośrednictwem tych zabiegów na określone – naturalne bądź nadnaturalne – moce obecne w naturze” (Buchowski 1987:218).
W wierzeniach ludowych bardzo często synonimem czarów był urok, rodzaj złośliwej siły magicznej, którą, jak wierzono, posiadają niektórzy ludzie. Mogą oni rzucać urok poprzez spojrzenie lub wypowiedziane słowa. Uważano, iż niektóre osoby mogą być świadome swojej siły i rzucać uroki intencjonalnie, natomiast inne mogą nie mieć takiej świadomości.
Wierzenia w czary i czarownice były w przeszłości rozpowszechnione na Kaszubach, a wiara w uroki przetrwała aż do czasów współczesnych. Czarami parały się, jak powszechnie sądzono, głównie kobiety, chociaż B. Sychta podaje też nazwiska pięciu znanych na Kaszubach czarowników. Czarownicami były najczęściej starsze, chude kobiety. Ponadto można je było rozpoznać po tym, że były w stanie godzinami patrzeć na słońce, miały dzikie, zaczerwienione oczy oraz lubiły kolor czerwony. Czarownice mówiły do siebie, a także zbierały zioła na cudzych polach i miedzach – w przeciwieństwie do pozostałych kobiet, które zbierały je na własnym terenie. Wierzono, że na usługach czarownic były ropuchy, sowy, czarne koty, a przede wszystkim wrony, które krążyły nad ich domami.
Czarownicom przypisywano wywoływanie różnych niepomyślnych zdarzeń, zwłaszcza z zakresu działalności hodowlanej i rolniczej. Powszechnie wierzono, iż posiadały moc odbierania lub zatrzymania mleka krowom, sprowadzenia choroby na konie, zniszczenia urodzaju na polach. Mogły też spowodować konflikt małżeński, sprowadzić chorobę na dziecko czy „zadać” kołtun. O czarownicach krążyło dużo opowieści, które spisywali ludoznawcy i etnografowie od połowy XIX w. W tekstach tych przypisywano czarownicom, iż potrafią latać – najczęściej na miotłach – rzeszotami przelewać jeziora albo całkowicie wypijać z nich wodę, wyrywać lasy z korzeniami, zamienić człowieka w chmurę.
Szczególnie niebezpiecznym czasem, w którym działały czarownice, była noc przed 1 maja, a przede wszystkim noc świętojańska, toteż należało w ten dzień przypędzić przed wieczorem bydło z pastwiska i pozostać w domu lub w kręgu ognia i światła z ogniska, które posiadały moc odstraszania czarownic. Według wierzeń w tę noc czarownice zbierały się na łysych górach, a tych nie brakowało na Kaszubach. Przed zlotem nacierały się smołą z brzozy i leciały na miotle, liściu paproci, na płachcie lub kawałku drewna.
Miejscowościami znanymi z tego, że mieszkały w nich czarownice, były: Wierzchucino, Smolno, Chałupy, Wielki Kack, Pogórze, Piechowice, Karsin, Wdzydze Tucholskie, Rekowo (pow. bytowski), Ramleje, Pierszczewo, Rębiechowo, Przodkowo, Staniszewo, Skwierawy, Gostomie i inne. Szczególnie znana jest sprawa czarownicy ze Staniszewa, K. Mrówczyny, której w 1695 r. wytoczono proces o czary (potwierdzony w zachowanych materiałach archiwalnych), a następnie spalono ją na stosie. Fakt ten spowodował, iż wierzenia i opowieści dotyczące czarownic w tej miejscowości przetrwały w przekazach ustnych do czasów współczesnych.
O czary posądzano nie tylko ubogie mieszkanki wsi, którym trudno było się obronić, ale także mieszczki o wysokiej pozycji społecznej. Przykładem jest żona burmistrza Wejherowa K. Wilmowa, którą w 1680 r. oskarżono o czary, a po drobiazgowym procesie spalono. Większość procesów o czary toczyła się przed miejskimi sądami świeckimi, czasem na posiedzeniach wyjazdowych. Szczególną surowością odznaczał się w końcu XVII i w pierwszej połowie XVIII w. sąd w Wejherowie. Przeprowadzał on procesy o czary nie tylko wniesione wobec mieszkańców, a zwłaszcza mieszkanek miasta, ale przywożono do Wejherowa także oskarżonych z ziemi lęborskiej i mirachowskiej.
Procesy i „polowania na czarownice” nie były specyfiką Kaszub – lecz efektem kontaktów handlowych i wpływów kulturowych docierających tu poprzez Niemcy z Europy Zachodniej, gdzie szaleństwo procesów o czary trwało od XV do XVII w., a zwłaszcza w latach 1570–1630. Na ziemie polskie zjawisko to dotarło z opóźnieniem. Najwięcej procesów o czary miało miejsce w Wielkopolsce i Prusach Królewskich, czyli regionach, gdzie wpływy niemieckie i szerzej zachodnioeuropejskie były silniejsze. Procesy o czary toczyły się tu w XVII i XVIII w., głównie przed sądami miejskimi, a ich apogeum przypadało na lata 1676–1725. W ostatniej ćwierci XVIII w. procesy o czary w Polsce wygasają, do czego przyczyniła się między innymi ustawa z 1776 r., zalecająca traktować oskarżenia o czary jako pomówienia. Jednak wiara w czary i czarownice przetrwała znacznie dłużej, zwłaszcza wśród ludności wiejskiej. Sprawą, która odbiła się głośnym echem na Pomorzu, był samosąd dokonany w 1836 r. przez mieszkańców Chałup na mieszkance tej wsi – K. Ceynowie, którą znachor posądził o spowodowanie czarami choroby rybaka. Sprawcy zabójstwa zostali ukarani przez sąd pruski.
Według wierzeń kaszubskich czarownicą można było zostać w wyniku nauczenia się tej sztuki. Stąd też, jak wierzono, wiedzę i umiejętności przekazywano w rodzinach z matki na córkę lub z babki na wnuczkę. Jeśli czarownica nie miała córki, mogła przekazać umiejętności obcej kobiecie, którą uznała za odpowiednią. Korzystano z pomocy czarownic, ale jednocześnie się ich obawiano. Chcąc sprawdzić, czy kobieta jest czarownicą, należało położyć miotłę na progu domu. Czarownica podniesie ją, a następnie wejdzie do środka. Czarownice uciekały przed święconą wodą i zapalonym jałowcem.
Na Kaszubach powszechnie wierzono, iż można rzucić urok, czyli zadać, przez spojrzenie, ale także przez pochwałę. Toteż nie należało wpuszczać obcych osób, a tym bardziej mających „uroczne” oczy, do stajni lub obory. Szczególnie narażone na działanie uroków i czarów były małe dzieci, młode zwierzęta, dorastające dziewczęta, panny młode i kobiety po urodzeniu dziecka – stąd nie należało pokazywać dzieci zwłaszcza nieochrzczonych, ale także chwalić ich. Zadane dziecko dziwne i niespokojne się zachowuje, zwierzęta chorują i zdychają. Pochwała urody czy wyglądu kobiet mogła także, jak wierzono, mieć negatywne skutki. Uroczne oczy mogły być niebezpieczne dla samego posiadacza – jak pisał F. Lorentz, „gdy bez przedsięwzięcia środków ostrożności spojrzy na własne bydło, urzeka je również” (Lorentz, 1934:93).
Przeciwko czarom i urokom stosowano i stosuje się różnego rodzaju środki zapobiegające. Przechodząc obok domu czarownicy, należało się przeżegnać. Gdy podejrzewa się, że ktoś może zadać, trzeba powiedzieć: kùsznij mie w rzëc (pocałuj mnie w d…). Przed czarami chroniła koszula założona szwami na zewnątrz oraz tak samo założony fartuch. Powszechnie stosowanym zabiegiem ochronnym było wiązanie czerwonej wstążki np. na rączce dziecka, wplatanie czerwonych wstążek w warkocze dziewcząt, a także grzywy koni. Małe, czerwone kokardki (nierzadko z religijnymi medalikami) wiesza się do dzisiaj we wózkach i na łóżeczkach dzieci. Skutecznym sposobem przeciwdziałającym urokom i czarom jest modlitwa odmówiona przez księdza podczas chrztu.
Gdy praktyki ochronne zawiodły, wykonywano szereg zabiegów mających na celu zdjęcie uroku lub zneutralizowanie jego szkodliwej działalności. Udawano się w tym celu do wyspecjalizowanych osób, czyli czarownic. Jedna z metod polegała na tym, że wkładało się węgle z ogniska do szklanki ze święconą wodą i odmawiało modlitwy – najlepiej przez wejściowe zawiasy. Natomiast gdy zachorowały małe gęsi lub kaczki, należało je przepuścić przez męskie spodnie lub kalesony (metoda stosowana sporadycznie do dnia dzisiejszego).
Na Kaszubach, podobnie jak w innych regionach, uprawiano różnego rodzaju praktyki magiczne. Ich celem było przykładowo spowodowanie urodzaju np. owoców. W tym celu w Wigilię Bożego Narodzenia gospodarz obwiązywał drzewa owocowe powrósłami ze słomy i uderzał je siekierą. Z kolei w Wigilię Nowego Roku czynność tę powierzano dzieciom, które biegały z dzwoneczkami naokoło drzew, wykrzykując formułę: „Jędrne jabłka, jędrne gruszki, jędrne śliwki, jędrne wszystko żytko”, „Jędrne gąsiątka, jędrne kurczątka” czy też „jędrne źrebiątka, cielątka, jagniątka” (Ceynowa).
Kolejną czynnością magiczną było zakreślanie granicy – domu, pola, wioski. Pierwszą zakreślano, zamiatając dom w Wielki Piątek przed wschodem słońca. Po wykonaniu tej czynności należało wyrzucić miotłę na granicę zagrody, by uwolnić dom od robactwa (Sychta). Obrzędowe zakreślanie pól poprzez ich uroczyste obchodzenie miało na celu spowodowanie urodzaju. Niekiedy też praktykowano oborywanie granic wsi – czynność ta miała chronić przed „morowym powietrzem”, czyli epidemiami dżumy, cholery, czarnej ospy. W niektórych miejscowościach na północnych Kaszubach w dzień św. Jana zakreślano święconą kredą linię naokoło domu, aby nie miały do niego dostępu czarownice.
Duże znaczenie w magii kaszubskiej odgrywała woda, z uwagi na jej moc oczyszczającą. Jeszcze do niedawna w Niedzielę Wielkanocną przed wschodem słońca udawano się do rzek, źródeł, aby umyć twarz lub zanurzyć się w wodzie. Idąc do wody, nie należało rozmawiać ani oglądać się za siebie. Woda ta, jak wierzono, miała moc usuwania chorób skórnych, a zwłaszcza świerzbu, wybielała piegi i uzdrawiała chore oczy. Niekiedy zabierano wodę w butelkę i przemywano nią twarz lub chore miejsca. Wodą oblewano żniwiarzy po ukończeniu żniw – ten magiczny zabieg miał zapewnić plony w przyszłym roku, a te były zależne od odpowiedniej ilości opadów deszczu.
Woda mogła odgrywać także negatywną rolę. Zwłaszcza ta, w której umyto zmarłą osobę. Mogła zostać użyta do spowodowania czyjejś śmierci – wówczas wylewano ją przed progiem domostwa rodziny lub też należało spryskać nią twarz osoby, która miała zostać uśmiercona (Sychta).
Religijną, ale także magiczną moc miała woda święcona przyniesiona z kościoła w święto Trzech Króli. Używano jej m.in. do zażegnywania pożarów, czasem obchodzono i skrapiano nią dom i zagrodę w Wigilię Bożego Narodzenia i w Wigilię Nowego Roku. Rybacy nadmorscy święcili łodzie oraz sieci przed rozpoczęciem nowego sezonu połowowego. Święconej wody używano także w celu wygnania złych mocy, np. diabła.
Z kolei w magii miłosnej ważną rolę odgrywały żaba i kret. Dziewczyna, aby zwrócić uwagę wybranego młodzieńca, powinna zakopać żabę w mrowisku, a następnie zanieść szczątki żaby o dwunastej w nocy na cmentarz. Swat, który chciał skutecznie wypełnić swoją rolę, powinien podrapać nóżką kreta młodych, wtedy Weselé sã nie rozwali (Sychta). Nóżka musiała pochodzić od kreta zaduszonego lewą ręką, przed wschodem słońca, przed świętym Janem. Dziewczyna, która chciała zobaczyć przyszłego męża, powinna w noc sylwestrową rozebrać się do naga i spojrzeć w lustro lub zatańczyć dookoła komina. W trakcie tych czynności miała zobaczyć tego, którego wybiorą jej rodzice lub swat.
Ważną rolę w praktykach magicznych odgrywała świeca poświęcona 2 lutego, czyli w święto Matki Boskiej Gromnicznej. Zapaloną stawiano przy umierającej osobie, aby oświecała jej drogę w zaświaty. Po przyniesieniu poświęconej gromnicy do domu zapalano ją i robiono znak krzyża na suficie domu, a także na drzwiach domu i budynków gospodarczych – miało to przynieść błogosławieństwo, uchronić przed złymi mocami i nieszczęściem. Gromnica miała, jak wierzono, moc uzdrawiania i leczenia chorób. Jej dymem okadzano gardło, przypalano końcówki włosów, co miało przynosić ulgę przy bólach głowy. Gromnica zapalona w czasie burzy miała moc odpędzania piorunów i chroniła dom przed pożarem. Zwyczaj ten jest współcześnie jeszcze sporadycznie praktykowany w niektórych kaszubskich rodzinach.
Bacznie obserwowano świece (nie gromnice) palące się na ołtarzu podczas mszy ślubnej – gdy paliły się równym płomieniem, zapowiadały długie życie. Gdy jedna ze świec gorzej się paliła, zapowiadała osobie stojącej z tej strony smutne życie. Złą wróżbą, zapowiadającą szybką śmierć jednego z małżonków, było zgaśnięcie świecy podczas nabożeństwa. Magiczną moc miały też, jak wierzono na Kaszubach, sól, chleb i woda poświęcone w dniu św. Agaty, czyli 5 lutego. Rybacy wierzyli, iż mają one moc zabezpieczania przed powodzią, zalewem fal morskich, co miało ogromne znaczenia w miejscowościach położonych na Półwyspie Helskim. Gdy wysokie fale zalewały wioski, wychodzono z domu i rzucano w niepoświęconą sól, chleb oraz wodę – po niedługim czasie fale uspokajały się. Niekiedy rybacy zabierali ze sobą na łódź te poświęcone utensylia, aby użyć ich w razie niebezpieczeństwa.
Magiczną moc przypisywano także zielonym gałęziom – zwłaszcza klonu. Dekorowano nim dom w dzień św. Jana, zwłaszcza na północy Kaszub. Chroniły one domostwa przed wtargnięciem czarownic, które w tym dniu były szczególnie aktywne. Gałązki klonu zatykano także na polach, a rybacy wkładali je na spód łodzi, „by czarownice nie miały do nich dostępu” (Stelmachowska).
Szereg zjawisk i zachowań, w tym zwierząt, interpretowano jako zapowiedzi nieszczęść. I tak niepomyślną wróżbą była sytuacja, gdy chleb wkładany na łopacie do pieca spadł z niej. Nieszczęście wróżyła skrzecząca sroka przelatująca drogę, tak samo interpretowano zachowanie wrony. Ptakiem zwiastującym śmierć była sowa. Powszechnie za zwiastuna śmierci uznawano kreta – gdy kopał tunele pod budynkiem, wróżyło to śmierć domownika. Niekiedy jednak zachowanie takie interpretowano jako zapowiedź ożenku lub urodzenia dziecka (Sychta).
El Czariusz
22.04.2025, 16:33
KEqSm9t7ZEM
Pani Malinowska, choć jak na czarownicę "lepiej" brzmi Malinowska i tak (z szacunkiem jednakowoż) będę Malinowską przedstawiał, w dalszym opisie wspomnienia z lat młodości Babci Marysi.
Z tych wszystkich z babci udziałem, najbardziej przypadła mi właśnie historia z Malinowską i z synkiem SSmanna, na którego opiece babcia jako młodziutka opiekunka sobie w czasie wojny dorabiała.
Wracając do Malinowskiej, mieszkała ona w domu samotnie, wynajmując pokój. Wszyscy wiedzieli, kim Malinowska jest ale żyli zgodnie, bo nikt na tym podwórku w drogę drugiemu nie wchodził. Wspólnie obchodzono urodziny, chrzciny, śluby, imieniny i na końcu pogrzeby.
Kiedy w 1947-ym na świat przyszła mama Strażnika (jako druga z trojga rodzeństwa) wszyscy zgodnie obchodzili kolejne pępkowe. Na nie oczywiście zaproszona była również Malinowska ale... wymówiła się.
- Nie, nie... dziękuję za zaproszenie ale to taka ładna dziewczynka i mogłabym przypadkowo rzucić urok! Pamiętajcie też koniecznie o zapleceniu czerwonej wstążeczki w narożniku kołyski!
Tu oczywiście tradycji stało się zadość.
Kilka m-cy później do domu (z przydziału) wprowadziła się rodzina z kilkunastoletnią córką. Ojciec był jakimś wyższym urzędnikiem, jego żona nie pracowała. Ubierała się modnie i poza piętami na koturnach dość wysoko zadzierała nosek. Wyraźnie dawała do zrozumienia, że progi jej mieszkania odpowiadają jej ego. Pal sześć... Gorzej, że na siłę wprowadzała swój porządek, bardzo odległy od tego do jakiego przywykli mieszkańcy.
Przeszkadzało jej wszystko. Trzepak, który kazała wyciąć, sznury z suszącą się bielizną (te również odcięła) itd...
Stopniowo opór mieszkańców narastał ale hamulcem były groźby poparte koneksjami. Pech Jażdżewskiej (bo tak się nazywała) polegał na tym, że przy okazji stanęła na drodze Malinowskiej.
Solą w oku była niezależność tej ostatniej. Mimo wszystko sąsiedzi ostrzegali Jażdżewską, by powstrzymała swoje niekończące się uwagi i docinki kierowane ku starszej, chudej i mocno zgrzybiałej pani. To z kolei Jażdżewską jeszcze bardziej nakręcało. Ona (Jażdżewska) światowa, żadnej wiedźmy się nie boi, tym bardziej jakiś prymitywnych guseł, do których manifestowała odrazę. Wszystko to skupiało się na Malinowskiej.
Stare porzekadło mówi, dopóty dzban wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie.
Nie wiem czyje w końcu ucho było ale czara (czary) się przelała...
Któregoś ranka córka Jażdżewskiej obudziła się z kołtunem na głowie. Próbowała go rozczesać ale im więcej energii na proces poświęcała, tym włosy plątały się bardziej. W końcu zdesperowana matka zgoliła córce włosy.
Po kilku tygodniach odrastania wynik był ten sam. Nie było już do śmiechu, bo w szkole córce nie dawano spokoju i w ogóle, nie wyglądało to dobrze.
Ktoś doradził Jażdżewskiej by sprowadziła księdza ale... jak to tak. W nowym świecie dialektyzmu ksiądz...? Hm... jak trwoga, to do... księdza.
Ksiądz przyszedł i już od wysokiego progu stwierdził, że nic tu po nim.
- Musi pani szukać kogoś konkretnego i polecił jej gdzieś na Kaszubach znanego księdza egzorcystę.
Rada nie rada, spakowała Jażdżewska manatki, córę do autobusu z chustą na głowie i pojechały do księdza. Ów po wstępnych oględzinach z troską stwierdził, że nic tu po nim.
- To jest wyjątkowy urok.
Wysłuchawszy całej historii polecił:
- Na pani miejscu po powrocie do domu udałbym się do Malinowskiej i próbował się z nią po prostu dogadać. Zapomnieć o urazach i porozumieć. Wnoszę, że wina leży jednak po pani stronie...
Zdruzgotana wróciła do domu i zatopiła żale w butelce czerwonego wina. Długo jeszcze nie mogła zasnąć walcząc z natręctwem myśli wszelakich.
Ostatecznie, w pełnej desperacji, któregoś dnia grzecznie zaczepiła Malinowską.
- Pani Malinowska... ja..., ja... bardzo panią przepraszam. Niech mi pani pomoże...
Po raz pierwszy wzrok obu zetknął się na dłużej. Niezwykle przenikliwy Malinowskiej, przeszywał Jażdżewską na wskroś...
- Dobrze. Jutro rano zgol córce włosy do gołej skóry i czekaj.
Po kilku tygodniach córka cieszyła się znowu bukietem jeszcze krótkich, ale już zdrowych włosów.
Co ciekawe (i może normalne) Jażdżewska zmieniła się radykalnie. Z czasem wrosła w lokalną społeczność ciesząc się odtąd sympatią sąsiadów. Zrzuciła koturny, próg zniknął i wszyscy "żyli długo i szczęśliwie".
Babcia Marysia przeżyła godnie 95 lat (dziadek August jej mąż 97). Dziadek odszedł w lutym 2018, babcia w marcu tego samego roku. Będą się oni jeszcze w historii podwórza przewijać kilkukrotnie, bo i role odgrywali nietuzinkowe.
Z "Bloga ELWOOD`A"
Ludzie jak legenda.
Gołębie.
Eskadra za eskadrą zrywają się i lecą.
– A dokąd to? – pytam.
Na piwną, niedaleko.
Zataczają nad ulicą jeden, drugi krąg, ale pani Kazimiery nigdzie nie widać. Już dawno odleciała. Już tylko te kamienne gołębie nad bramą ją przypominają.
„Przedwojenni mieszkańcy – czytam w dawnej notatce prasowej z 1948 roku – pamiętają starszą panią, urzędniczkę PKO, która wracając z biura witana była przez chmary gołębi.
Nad Placem Zamkowym w godzinach pobiurowych, nad przystankiem autobusu, z którego wysiadała ich karmicielka zbierały się krocie ptaków, które krążyły niecierpliwie zapędzając się daleko na Krakowskie Przedmieście, wypatrując autobusu swej pani.
Pani Kazimiera Majchrzak brała ze sklepu codziennie zamówione 5kg ziarna i karmiła swoje dzieci, jak je pieszczotliwie nazywała.
W czasie wojny powodziło się jej gorzej. Na pokarm dla gołębi kolejno poszedł zegarek, biżuteria i osobiste rzeczy.
Po Powstaniu wróciła na Stare Miasto. Gołębi nie było. Któregoś dnia spostrzegła jednego i to bez nóżki. Pobiegła po ziarna. Zbiegły się jeszcze 3 gołębie. Na drugi dzień było już siedem. A potem coraz więcej i więcej…”
Mieszkała najpierw we wnęce wypalonego sklepu za rogiem Piwnej i Placu Zamkowego. Później tu, pod szóstym. A wszędzie, wszędzie, w każdym zakamarku jej maleńkiego mieszkanka – gołębie. Głodne, niezadbane. Tak samo, jak ci ludzie wracający do murów zburzonego miasta…
I tak dalej, i tak dalej…
6 rozdziałów tego przewodnika przeciąga nas przez Warszawę i Mazowsze tropami twórców, ludzi legend, legend zwykłych, minionym życia kształtem, osobliwości i wydarzeń.
Zdawkowe tytuły: Gołębie, Świetlica, Echo ich kroków, U stóp matki, Kopiec, Śmigło, Kępa, Pan Cegliński, Smolarnia, Oberża, Jacek, Tramwaj, Lustro, Wiatr, Majdan, Skansen bojowy, W Stawisku, Trędowata… i wiele innych, są na tyle intrygujące, by zajrzeć do środka i wyczytać historię, która cudnie pisana jest.
Opowieści z mazowieckiej ziemi. Tadeusz Chudy.
P.S.
Czy to f-cznie mój powrót?
Nie.
Gościnny występ, będący wstępem do scenariusza książki, która pisze się na Waszych oczach.
Tak. Niemal wszyscy, których znam, nawiali mnie do napisania książki. Nawet Pani Trudzia czyli moja wychowawczyni z TE Wejherowo - Profesor Treder. A bardziej - Pani profesor Treder czyli po prostu nasza Trudzia.
Po Afganistanie 2010 wypadło pierwsze i jedyne, w którym brałem udział, spotkanie "naszej klasy". Będąca już na emeryturze Pani Trudzia żywo mnie wspominała. Konkretniej mój egzamin pisemny - maturę z polaka.
Moja praca wyrwała ją z butów. Jeszcze bardziej jej męża i jeszcze dwóch mężów pozostałych członków rodzaju żeńskiego komisji egzaminacyjnej.
Komisja żeńska sprawdzała prace a męski oddział mężów, całkiem znudzony jakością prac, spożywał... no ten, tego.
Praktycznie nic się nie działo, nuda, dopóki na tapetę nie wjechała moja praca. Po pierwszym czytaniu już na dzień dobry - pierwsza dyskwalifikacja.
Trzy błędy ortograficzne (jeden błąd - czwórka, dwa - trójka, trzy - pała i do widzenia) ale... w jednym, powtarzającym się trzy razy w tekście wyrazie. Dlatego do dzisiaj wiem, jak się pisze "po prostu".
To jeszcze nic.
Praca nie na temat - druga dyskwalifikacja.
W zasadzie już tu przepadłem. Bezdyskusyjnie powinienem dostać dwóję czyli pałę. Koniec kropka. To, co się jednak wydarzyło potem to...
1. Na wniosek nieformalny elementu męskiego (prawdopodobnie będącego pod wpływem) zażądano drugiego czytania!
2. Po drugim czytaniu - trzecie.
3. Element męski zapowiedział, że nie opuści "posiedzenia" dopóki komisja żeńska nie postawi mi... BDB!
4. Komisja żeńska protestuje! Dwója i KONIEC!
5. Mija kilka godzin. W czasie między zawarto porozumienie, że najpierw ocenione zostaną pozostałe prace, potem komisja wróci do oceny mojej.
6. Mija północ. Żeński organ upiera się ale męski bardziej.
7. Bladym świtem opór żeńskiego organu słabnie. Męski odwrotnie. Napiera coraz silniej. Rzekłbym dopiero się rozkręca.
8. Powoli wypracowany zostaje kompromis.
9. Organ żeński - DST i ani grama więcej!
10. Organ męski - DST+ i ani grama więcej.
Historię oceny mojej pracy poznałem na balu maturalnym. Cały ów organ męski na balu zameldował się w komplecie i jak się okazało, bardzo chciał mnie poznać. Z balu mam tylko prześwity pamięci... Pamiętam, że ostatecznie zadecydowało po prostu - poprostu. Poprostu jako jeden błąd a nie trzy.
Wtedy zdumiony pierwszy raz usłyszałem, że powinienem... pisać. Moja odpowiedź jednak wyrwała panów ponownie z butów.
Miło znów poczytać teksty, nad którymi trza się trochę pozastanawiać...
Ba - przez chwilę to się poczułem niemal jak Cappo di..., no troszeczkę jak ojciec chrzestny :D
Pisz ! I tutaj i - koniecznie - książkę... Czyta się.
Podlasie wspiera Podlasiaka.Dawaj Dariusz.
stopa-uć
22.04.2025, 23:01
Darek
może dokończysz opowieść o kolei przez Syberie (było coś takiego)
(mogę mylić)
ciał
El Czariusz
23.04.2025, 08:52
Ja tu powinienem hurtowo odpowiedzieć, wszystkim, którzy po kolei meldują się sympatycznie w tym wątku.
Ale...
Nawet z Dubel-tówki wyleciał uśmiech, nie wiem do końca czy nieukraszony lekkim sarkazmem ale kiedyś tam przybiliśmy sobie wirtualną piątkę i tego się będę trzymał;)
Będę się starał w miarę po kolei realizować mój cel więc i o kolei transsyberyjskiej mojej będzie Wielka Stopo, szczególnie dla Ciebie.
Kylo, Gończy, Magneto... zawsze byliście miodem a Biki mlekiem (od krowy wściekłej) na moje uszy.
Czy ja kogoś nie pominąłem, jeżeli tak, to przypominajcie się od czasu do czasu. Jak Melon, który ma refleks starego dziada i do mnie pisze (z prawem do cytatu) na priv tak:
...El... Mistrzu Ty mój Wielki! Pomiłuj grzechy moje, wybacz te konopie, którymi zdzieliłem Filipa miast przyjąć je w postaci, która finalnie miłość niesie... Na dowód mej sympatii/przeprosin/szacunku dla Starego Ciebie Mistrza, załączam filmik jak biegnę w niedzielę na golasa dookoła kastoramy w pokucie w Rzeszowie, z transparentem (słabo cholera widać) - Kocham El`a!!!...
Wzruszyłem się. Melonie... łzy krokodyle z radości wylewam, wybaczam i szanuję! Widzom jednakowoż oszczędzę film i z troską zadaję pytanie: Mel... jak mogłeś się tak zapuśćić?!
https://i.ibb.co/DfCvNJS9/Mario-Blues-252.jpg (https://ibb.co/VYSzd1Pg)
Tu nadaję kodem. ON wie, ja wiem, że to zakodowany MUTT ale to wiemy tylko my.
Tymczasem z "Bloga ELWOOD`a"
https://i.ibb.co/k2dY9vN9/IMG-6597-1.jpg (https://ibb.co/MkXqGQFG)
Jacques Anquetil. Koziorożec. Skradł mi dwa dni, tak a`propos. W 1963-cim bije pierwszy rekord. Drugi raz z rzędu wygrywa Tour de France i Vueltę Espanę. Nikt tego przed nim nie dokonał.
W tym roku rodzi się strasznie puzowaty gość. 61cm, 5400gram… Siostry nie przebił, ale jego mama miała z nim już duży problem. Konieczne było cesarskie cięcie.
1964-ty rok Tour de France. Anquetil – Poulidor.
Alkoholowy doping, jak się patrzy. Znaczy… No trudno ustalić, co znaczy, ale dzięki butelce szampana na kaca Anquetil wygrywa z Poulidorem, lepszym góralem. Historia sama w sobie niesamowita. Skoro zacytowana, znaczy znaczenie jakie symboliczne, mieć będzie.
Rumia 1969 (Anquetil kończy karierę). Ulica Starowiejska, start do wyścigu open w klasie przedszkolaków. Dystans… Hm, chyba ze 100… może 200m. Klasa Bobo, ostre koło.
Na 10m przed metą prowadzi puzowaty blondynek! Na 5 metrów przed metą podnosi rączki do góry w triumfie zwycięstwa, jak Hanusik i… szoruje swoją puzatą buzią po starowiejskim asfalcie…
Do mety nie dociera…
Minęło kilka m-cy. Późnym popołudniem ucieka ów brzdąc z przedszkola i siada na szczycie Markowcowej. Czeka, aż gwiazdy zagoszczą na niebie i wpatruje się w światła miasta…
Jak dla takiego brzdąca, największa góra w okolicy oferuje niesamowitą przestrzeń i kompletnie nie znaną mu wcześniej perspektywę…
W Rumi podniesiono alarm. Rodzice Puzatego rwali włosy z głowy… Wcześniej kłócąc się, kto ma odebrać syna z przedszkola… Jak widać było, niepotrzebnie.
A Puzaty siedział na Markowcowej i patrzył. Patrzył i patrzył…
Jak się napatrzył, to zadał sobie pytanie:
– Czy Markowcowa jest największą górą na świecie?… Bo z niej wszystko widać! No prawie… I to „prawie” nie dawało mu spokoju…
Wielkie mnóstwo lat później.
Synowa odbiera telefon z przedszkola.
- Proszę panią... Musimy się spotkać. Mamy problem z Kacprem...
W domu poruszenie. Jaki problem...? Co on znowu nawywijał?
Lubię synową, konkretna dziewucha. Pracuje w międzynarodowej korporacji i zajmuje się optymalizacją pracy dużych firm. Ogólnie reorganizacja na mega poziomie. Trzeba mieć do tego głowę i koszyk jajek co najmniej. Nie za to akurat ją lubię ale za podejście do życia.
Kiedy Junior mi ją pierwszy raz przedstawił, dziewczyna wyrwała mnie z butów. Mieszkaliśmy wtedy na Miraua, na drugim piętrze. Kolegów Juniora już wychowałem. Znaczy ci, co go pierwszy raz odwiedzali dostawali lekcję.
Dzwoni domofon:
- Dzień dobry, my do Mateusza.
Hasło.
- Jakie hasło?
Nie znacie hasła? Bez hasła nikt nie wejdzie.
Domofon rozłączony. Po chwili w pokoju Juniora dzwoni telefon.
- Aaaa, zapomniałem wam podać!
Mija dobry kwadrans. Dzwoni domofon.
- Dzień dobry, my do Mateusza.
Hasło?
- Cztery piwa.
Zapraszam.
Kiedy miało dojść do prezentacji przyszłej synowej Junior delikatnie prosi.
- Ojciec... Tylko wiesz... Nie wykręć jakiegoś numeru!
Dobra dobra. Tym niemniej Junior wolał zejść sam wcześniej na dół po swoja wybrankę;)
Po chwili witam się z synową w progu. Ona wręcza mi... czekoladę (zawsze byłem wielkim fanem czekolady).
- Czekolada? Pytam z przekąsem.
Jak się panu nie podoba, to następnym razem nic pan nie dostanie!
I jak jej nie lubić?!
Wracamy do przedszkola. Synowa nie ma daleko, maszeruje raźno z lekką nieco duszą na ramieniu aczkolwiek bez przesady. Na razie Kacper przedszkolnych dokonań mamy jeszcze nie przebił:)
- Dzień dobry pani... Czy w domu relacje są... Czy nie ma jakiejś przemocy?
W taką piłkę to z synową się nie gra. Po krótkiej wymianie uprzejmości moja "córa" zrzuca żagle.
- Ok. O co chodzi, szybko do brzegu. Nie mam za dużo czasu, zaraz mam karmienie Mikołaja.
Bo wie pani, Kacper dzisiaj próbował... uciec z przedszkola...
No cóż... Trza się sprawą delikatnie jednak zająć. W domu mini śledztwo.
- Kacperku... czy w przedszkolu jest ok? Lubisz przedszkole?
Tak!
- To powiedz... czemu chciałeś uciec z przedszkola?
Bo dziadek uciekł.
https://i.ibb.co/tPNXrQFP/IMGP6889.jpg (https://ibb.co/Dg6p2zTg)
https://i.ibb.co/0Rgm38gw/IMG-20210926-103431.jpg (https://ibb.co/LXLYfbLG)
Moja Marysia. Czym skorupka za młodu... Wszystkie okoliczne kulminacje mamy już zdobyte i to ze trzy lata temu. Każda ma nadaną przez Marysię nazwę. Monte Rosa, Monte Carmen itd.
https://i.ibb.co/PzfNMG8K/IMG-4082.jpg (https://ibb.co/5xf6khVm)
Redzisławie... Powtórzymy?
https://i.ibb.co/S4P3d8xP/IMG-4092.jpg (https://ibb.co/HfVHxs2V)
Przybijemy kolejną "piątkę" na szybko?
P.S.
Rodzinna szkoła przetrwania.
Dziadek nauczył drapichrusty jazdy na rowerze. Juniorowi z Kacprem kompletnie nie szło i kiedy pewnego, letniego dnia 3,5 letni Amiho ruszył na tatę rowerem, ten ostatni niemal popłakał się ze szczęścia.
Rok później ten sam plac przed AWF-em. Strażnik Domowy:
- No, dzisiaj nie zapomnieli kasków! W sensie rodzice.
E tam... bez kasków też można.
- Dziadek! Nie można! Z Marysią nie pogadasz.
No to kaski na głowy i jazda. Wszystko pięknie, kiedy nagle...
Echem po alejach AWF niesie wrzask/płacz Kacpra. Marysia szybko podjeżdża do brata, zaraz potem podchodzi dziadek i pyta:
- No co tam się wydarzyło, opowiadaj.
Chlipiąc duka. A... bo... ja... chciałem sobie... jedną ręką... kask poprawić i się wywaliłem.
- No dobrze. Pamiętaj, by kontrolować kierownicę dwoma rękoma i będzie dobrze. Nic takiego się nie stało:)
A widzisz dziadek! Triumfuje Marysia. Gdyby Kacper nie miał kasku, to by mógł sobie głowę rozbić!
- Tak...? Mrużę oczy i z uśmiechem odpowiadam. Gdyby Kacper nie miał kasku, to by rączki z kierownicy nie zdejmował i by się... nie wywrócił.
Marysia składa piąstki pod boki i... intensywnie myśli. Małe zwoje się grzeją, w końcu robi charakterystyczny grymas. Milczy.
Ona wie i ja wiem. Dzisiaj 1:0 dla dziadka:)
El to pomyłka, musi znasz innego melona bo mi daleko do pisania esejów :D
Czytam i ja. Fajne to.
Pozdro.
El Czariusz
23.04.2025, 11:57
Może jutro uda mi się wypuścić kolejny odcinek, pewności jednak nie mam, bo lecę służbowo na statek, otworzyć wiosenny sezon kąpielowy nad jednym z mazurskich jezior.
Porządna, wiejska impreza. Remiza, wstęgi, wójt z całowaniem jego gdzie należy itd.
Tymczasem...
Fabularyzowany dokument Krzysztofa Wojciechowskiego, którego zbiorowym bohaterem jest grupa mieszkańców Starej Pragi, żyjących w przedwojennych kamienicach. Na skutek decyzji administracyjnych mają oni opuścić swoje mieszkania i przenieść się do wieżowców z wielkiej płyty wybudowanych na peryferiach Warszawy.
"Róg Brzeskiej i Capri" to obraz szczególny z wielu względów, z których najważniejszy to kapitalne uchwycenie klimatu tzw. starej Warszawy, lokującej się na Pradze Północ, gdzieś między Dworcem Wschodnim oraz ulicami Targową, Ząbkowską i tytułową Brzeską. Jak przyznawał sam reżyser, koniec lat 70. był ostatnim momentem, by âokatorów tego świata zarejestrować w ich naturalnym otoczeniu.
Właśnie ten wątek, odchodzenia starego świata, rozbijania i zaniku dawnych więzi, jest w filmie najważniejszy. Ci ludzie, których pokazuję w tym filmie, niezależnie od tego jak oceniamy ich morale, ich model życia, zachowali unikalną dziś cechę poczucie wspólnoty, solidarności a także wzajemną życzliwość podkreślał Wojciechowski w wywiadzie dla tygodnika Film
Polecam ten obraz z ninateka.pl
https://ninateka.pl/movies,1/rog-brzeskiej-i-capri--krzysztof-wojciechowski,10862
Fajnie moc Cie znowu czytac :blues:
El Czariusz
24.04.2025, 07:23
U0Z56kWNVfs
Kaprys arabski... Urodziłem się w 1963r.
Ze Strażnikiem Domowym dożywamy obecnie, wspólnie 120 lat. Poza tą okrągłą liczbą, trwale łączy nas korzec maku. Konkretnie dwa ziarenka ludzkiej powodzi połączone wspólną datą. Urodziliśmy się tego samego dnia i m-ca.
70 lat wspólnego pożycia upłynęło nam w zeszłym roku.
Strażnik Domowy pochodzi z długowiecznej rodziny. I po mieczu i po kądzieli.
Dziadek Strażnika po mieczu, był piątym w historii, najstarszym mieszkańcem... Wąchocka.
Tak, tego Wąchocka;)
Po kądzieli 90-tki nie przekroczyli tylko ci, których pożarły rekiny. A, że w Bałtyku rekinów nie ma...
Wstyd się przyznać ale nie pamiętałem daty urodzin Babci Małkowej, która spokojnie dożyła by setki, gdyby jej się firanek w wieku 95 lat nie chciało zmieniać. Spadła z krzesła, łamiąc miednicę ale jeszcze rok później dostaliśmy ze Strażnikiem od babci pocztówkę na wspólne urodziny.
O Babci Marysi już wspominałem. "Wycięła" ten sam numer, co jej mama... Cholerne firanki!
Obie panie jeszcze długo po 90-tce czytały bez okularów i dobrze orientowały się, co w trawie piszczy. Jeżeli o tym pokoleniu mówi się: mohery, to moje starsze "panie babcie" były ich antywzorcem.
Z babcią Marysią łączyła mnie szczególna więź. Babcia uwielbiała podróże. Co prawda nigdzie, poza Szamocinem nie była ale od czego miała mnie?
Dość powiedzieć, że o wszystkich moich "poważnych" eskapadach Strażnik Domowy dowiadywała się ostatnia, babcia Marysia pierwsza.
Zawsze mniej więcej ten sam scenariusz. Wpadałem "na chwilę" do babci i...
- Babciu... jest akcja!
Coś planujesz?! I już od babci "w progu" był entuzjazm!
- Kurde mol, jest taki temat... ale wiesz...
Się rozumie. Ani mru mru!
- No właśnie.
Opowiadaj!
Na jakieś dwa tygodnie przed wyrypą "wprowadzaliśmy do gry" babcię Elę. Moją teściową, choć ten wyraz w tym wypadku oddaje tylko samą koligację, to moja druga mama "poprostu". Po prostu mama. Długo robiła za starszą siostrę swej córki, bo jest "poprostu" piękną kobietą. Zresztą podobnie ze Strażnikiem, która z kolei bardziej wygląda na moją córkę niż żonę.
No więc to na Mamie finalnie spoczywał "obowiązek" wprowadzenia Strażnika w zagadnienie. Scenariusz zawsze ten sam. Najpierw mega opór Strażnika, bo tak jakoś te moje wycieczki nie do końca banalne były i z reguły gdzieś za bramą piekieł zaczynała się przygoda.
Mama/babcia Ela odziedziczyła pragmatyzm po swojej mamie i finiszowała coś w stylu:
- Córuś... No i co ci z tego, że on zostanie...? Będzie siedział, się nie odzywał, grobowa atmosfera, będzie do niczego. I ty się będziesz źle czuła i on. A tak... on pojedzie, a ty będziesz miała ŚWIĘTY SPOKÓJ. Nie martw się niepotrzebnie. Niech się martwią ci, którzy mu staną na drodze. On diabła oswoi i wróci pokorny jak baranek. No...
https://i.ibb.co/qLL07pMY/Pamir-2.jpg (https://ibb.co/PssTFgZG)
Cdn.
dawid8210
24.04.2025, 11:35
Wniosłeś tym tematem tutaj koloryt Panie El. Dobrze się czyta. Skłania do przemyśleń :)
Dzień dobry...
wrócę tu wieczorem:)
Mario Brachu.
Dobry wieczor!
Kope lat...
:)
Odzywaj sie tu.
Dobry wieczór!
Kopa lat Muszko:)
El Czariusz
28.04.2025, 12:00
Dziadku, drogi dziadku nie chcemy jeszcze spać,
chodź tu, zabawić nas,
przecież wiesz,
na dobranoc bajka musi być,
naszym gościem bądź, gościem bądź...
Idźcie do dziadka, dziadek opowie wam bajkę.
- No dobrze... Dzisiaj opowiem wam historię o złym księciu Lwowiczu, jego żonie Frau Filtz i orzechu obieżyświacie.
Orzechu powiedz na początek, skąd ty mieszkasz?
Wbrew pozorom polska nazwa orzechów włoskich nie pochodzi od Włoch, choć przywędrowały one do nas z południa. Tak naprawdę dotarły one do nas poprzez łuk Karpat z terenów dzisiejszej południowej Rumunii, czyli z Wołoszczyzny.
Pierwotnie nazywano go orzechem wołoskim, z biegiem lat ta nazwa uprościła się do orzecha włoskiego. Być może na przekształcenie tej nazwy wpłyną też fakt, że popularne w Polsce "jacki" zostały przywiezione z Rzymu, a więc z Włoch.
Skąd się wzięły jacki?
W Polsce nazwą jacki określa się orzechy włoskie, ale nie wszystkie, tylko te najbardziej szlachetne, o wielkich orzechach mieszczących się pojedynczo w pięści, które posiadają bardzo cienką skorupkę. Nazwa się wzięła od Jacka Odrowąża, zakonnika dominikańskiego, który w 1218 roku przywiózł orzechy włoskie do Polski z Rzymu. On jako pierwszy na ziemi sandomierskiej rozmnażał tą szlachetną odmianę orzecha włoskiego o bardzo dużych owocach, która następnie poprzez sieć klasztorów zakonnych rozprzestrzeniła się na całą Polskę.
Być może dlatego też, pierwotna nazwa orzech wołoski, tycząca się mniej szlachetnych odmian tego orzecha, o mniejszych owocach i grubszych łupinach, z biegiem wieków ewoluowała w nazwę orzech włoski, za sprawą tradycji łączącej orzecha z zakonnikiem Jackiem. Dlatego nie możemy powiedzieć, że wszystkie orzechy przywędrowały do nas z Wołoszczyzny, część również z Włoch.
Południowe pochodzenie orzecha włoskiego
Niezależnie skąd dotarły do Polski poszczególne egzemplarze orzecha włoskiego, to kierunek był zawsze ten sam, z południa na północ. Również w innych krajach Europy północnej nazwy orzecha włoskiego wskazują jednoznacznie na jego południowe pochodzenie i że w zamierzchłych czasach gatunek ten nie występował w tej części Europy.
Do naszych wschodnich sąsiadów a więc do Rosji, czy jak wówczas mówiono na Ruś, orzech włoski przybył podobnie jak wiara chrześcijańska z Bizancjum, a więc z Grecji, stąd jest w Rosji nazywany nie włoskim tylko greckim orzechem ĐłŃĐľŃкиК ĐžŃĐľŃ
(grieckij ariech).
Natomiast w krajach germańsko języcznych orzech włoski jest nazywany walnut. W tym wyrazie znajduje się starogermański rdzeń wahl oznaczający tyle co "obcy", "nie stąd", a który najprawdopodobniej germanie przejęli od Celtów. Wskazuje to też ewidentnie, że orzech włoski był gatunkiem obcym na terenach zamieszkałych przez Germanów i Celtów.
Amerykanie powszechnie używają błędnej nazwy English walnut, niejako wskazując, że rodzimym krajem tego orzecha jest Anglia i są do tego święcie o tym przekonani. Oczywiście jest to błąd. Nazwa ta wskazuje tylko kierunek skąd przywieziono większość sadzonek orzecha włoskiego na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.
Natomiast na zachodnie wybrzeże USA, głównie do Kalifornii orzech włoski dotarł za sprawą zakonu franciszkanów, którzy w 1769 roku przywieźli go do słonecznej Kalifornii i zaczęli je uprawiać. Przypomnę tylko, że wtedy aż do połowy XIX wieku, obecne tereny zachodnie USA były pod władaniem Hiszpanii. Do dzisiaj Kalifornia jest jednym z najważniejszych producentów tego orzecha w USA.
Starożytni Grecy nazwali orzechy włoskie âkaraâ (głowa), ponieważ ich wygląd odzwierciedlał kształt i wygląd ludzkiego mózgu. Ten wygląd orzechów był również źródłem popularnych wierzeń w czasach średniowiecznych, kiedy to uważano, że orzechy włoskie są lekarstwem na ból głowy i wszelkie ułomności myślenia. Stąd się wziął przesąd, że jedząc dużo orzechów włoskich człowiek może zmądrzeć â co jest ewidentną głupotą.
Starożytni Grecy byli pierwszymi Europejczykami, którzy poznali ten gatunek orzecha, został on sprowadzony do Grecji z Persji i rozprzestrzenił się na jej terenie pod nazwą "Persicon" i "Basilicon" (basilikos â królewski). Niewątpliwie zasługę w upowszechnieniu orzecha włoskiego w Grecji miały podboje Aleksandra Wielkiego Macedońskiego, który podbił również i Persję, dzięki czemu dużo nowinek w tym czasie spłynęło do Hellady.
Dalekim echem tych wydarzeń jest do dzisiaj funkcjonowanie w języku niemieckim i angielskim nazwy orzecha włoskiego jako Persische Walnuss / Persian Walnut, czyli orzech perski.
Pierwszym zachowanym botanicznym opisem orzecha włoskiego jest opis sporządzony przez greckiego uczonego Teofrasta (370-287) z Eresos na wyspie Lesbos. O orzechu włoskim pisali też Rzymianie między innymi Wergiliusz jak i Pliniusz Starszy (23-79),który w swojej Historia naturalis opisywał uprawę tego orzecha, przy czym znał on już kilkanaście odmian orzecha włoskiego. Pliniusz Starszy był też przekonany, że cień tego drzewa źle wpływa na zdrowie człowieka oraz rozwój roślin.
Dalsza droga uprawy orzecha włoskiego wiodła z Grecji, poprzez kolonie greckie w Italii do samego Rzymu, gdzie owoc ten został utożsamiony z najwyższym rzymskim bóstwem Jowiszem. Dlatego orzech włoski Rzymianie nazywali âżołędzią Jowiszaâ, a samo drzewo stało się poświęcone ojcowi bogów Jowiszowi. Jego uprawa stopniowo zaczęła obejmować inne prowincje, aż objęła całe Cesarstwo Rzymskie. Współczesna łacińska nazwa orzecha włoskiego to: Juglans regia, gdzie człon juglans wywodzi się bezpośrednio od rzymskiego jovi glans (żołędzi Jowisza), a regia jest odpowiednikiem greckiego basilicos, czyli królewski.
Mity o narodzinach orzecha włoskiego
Jak głosi grecki mit, pewnego razu Apollo zatrzymał się u Diona króla Lakonii (Sparta), ojca trzech córek â Ofre, Lyko i Karyi. Chcac odwdzięczyć się królowi za gościnę Apollo obdarzył jego trzy córki mocą wieszczą, z zastrzeżeniem że nie mają prawa wtrącać się w sprawy bogów. Za jakiś czas u tegoż samego króla, gościł brat Apollina Dionizos, który zakochał się w ostatniej, najmłodszej córce króla â Karyi. Zazdrosne siostry nie patrząc na wcześniejsze nakazy Apolla, zaczęły szpiegować Dionizosa i Karyę nie dając im spokoju. Oczywiście nie omieszkały też donieść o tym swojemu ojcu. Wiadomo jak on zareagował, znając opinie Dionizosa jak o żigolaka. Za wścibstwo Ofre i Lyko, bogowie rzucili na nie klątwę doprowadzając je najpierw do obłędu, a następnie zamieniając w głazy.
Po tych wydarzeniach Karya zmarła z rozpaczy, gdyż czuła się odpowiedzialna za to co się stało, tzn że jej zachowanie i uczucie do Dionizosa doprowadziło do całego nieszczęścia a w finale do obłędu i śmierci jej sióstr.
Dionizos, aby w jakiś sposób przywrócić do życia dziewczynę, którą tak bardzo kochał, zamienił ją w obficie rodzący owoce orzech. Później Artemida wyjawiła tą tajemnicę Lakończykom, a wdzięczny lud zaczął ją nazywać Artemidą Kariatydą i zbudował świątynię, której kolumny, wyrzeźbione zostały z drzewa orzecha włoskiego i miały kształt kobiety- kariatyda.
Symbolika orzecha włoskiego
Ze względu na mnogość, rodzonych owoców, już w starożytności orzech włoski stał się symbolem płodności i nie bez powodu został przypisany Jowiszowi , czyli najpłodniejszemu z wszystkich bogów ( ojcu bogów). Nazwa łacińska orzecha włoskiego jovi glans czyli żołędzi Jowisza odnosiła się nie tylko jako wskazanie na orzech jako owoc sam w sobie, ale również do części anatomicznej penisa czyli żołądzi. Jeszcze w XIX wieku we Włoszech można było na prowincji obserwować zwyczaj obrzucania nowożeńców wychodzących z kościoła właśnie orzechami włoskimi, a nie ryżem czy zbożem. Miało to im zapewnić liczne potomstwo oraz tak ścisły związek w małżeństwie jak nierozerwalne są dwie połówki tego owocu. Rzymianie również dokonywali tego rytuału, chociaż w tym przypadku grzechot spadających orzechów miał zagłuszyć krzyki panny młodej âporwanejâ do małżeństwa.
W chrześcijaństwie orzech włoski wiązano z wyobrażeniem zmartwychwstania, bo tak jak on osłania swoją pestkę twardą okrywą, tak grób ukrył na krótki czas zwłoki umęczonego Chrystusa, a rozbity orzech to otwarte i puste miejsce pochówku zmartwychwstałego Zbawiciela.
Natomiast wczesnochrześcijański filozof i teolog św. Augustyn, Aurelius Augustinus (354-430), wyróżniał w orzechu skórzastą powłokę wyobrażająca ciało Jezusa, jej gorycz wyrażała cierpienie, skorupa â drewno Krzyża Świętego, a jądro â główne tezy objawienia Bożego.
Wiedźmy, czarownice i uroki
W dawnych czasach byli i tacy ludzie, którzy nigdy nie podróżowali bez orzecha w kieszeni, wierzono bowiem w jego moc mającą chronić przed złymi urokami. Według niektórych podań z południowej Italii rzucając orzechy włoskie na ziemię, można było sprawić, aby spełniło się przy tym wypowiedziane życzenie.
W regionie Reggio Emilia położenie orzecha włoskiego pod krzesłem miało pozwolić na przywiązanie do niego czarownicy, jeżeli oczywiście by na nim usiadła. Należało jednak uważać na uroki, które przy tym mogła rzucić piekielnica.
Najsłynniejszym orzechem we Włoszech jest prawdopodobnie ten z Benewentu. W siedemnastowiecznym dziele Della supersticiosa noce di Benevento (O zabobonnym orzechu z Beneventu), stanowiącym opracowanie łacińskiego anonimowego rękopisu De nuce maga bebeventana (O magicznym orzechu z Beneventu) dokonane przez tamtejszego lekarza, można przeczytać , że osiadli na tamtych terenach Longobardowie pod orzechem włoskim dokonywali dziwnych obrzędów na cześć złotej żmii.
Książę Romuald, który przewodził Longobardom podczas oblężenia Beneventu, które prowadził w imieniu bizantyńskiego cesarza Konstansa, został przekonany przez biskupa miasta Barbato do nawrócenia się na wiarę chrześcijańską. Dzięki temu odniósł zwycięstwo i zakazał kultu złotej żmii. Biskup natomiast wykorzystał natychmiast sytuację i kazał ściąć uznane za symbol zła drzewo orzecha włoskiego.
Orzech jednak odrósł i stał się miejscem orgiastycznych sabatów czarownic, podczas których kobiety za dnia nie wyróżniające się niczym, oddawały się dzikim tańcom, dziwnym rytuałom i wyuzdanym praktykom seksualnym. Później dosiadały mioteł albo wykastrowanych koni o ciemnych zadach i wyruszały, by szkodzić ludziom. Przypisywano im â czarownicom â co tylko można: poronienia, choroby, narodziny niedołężnych dzieci, klęski żywiołowe i nawet to że komuś handel nie poszedł na targowisku.
W średniowieczu w Italii często stosy na których palono czarownice oraz heretyków układano właśnie z gałęzi orzecha włoskiego, Ponieważ powszechnie wierzono, że to drzewo jest siedliskiem wszystkich złych mocy. Podobne wierzenia posiadali średniowieczni mieszkańcy krajów niemieckich, tylko że tam za drzewo czarownic uchodziła czereśnia.
Orzechy włoskie w Chinach
Chińczycy jeszcze wcześniej poznali orzechy włoskie, gdyż przywędrowały do nich już w II tysiącleciu p.n.e. z podnóży Himalajów poprzez dzisiejszy Tybet. W starożytnych Chinach orzechy włoskie stały się symbolem zamożności i dobrobytu. Około III wieku naszej ery wytworzył się tam zwyczaj noszenia przez zamożnych pary orzechów w dłoni i obracania nimi. Był to symbol nie tylko zamożności , ale też i wysokiego statusu społecznego czy dobrego urodzenia. Często takie orzechy były oprawiane w otoczki ze złota.
Współcześnie w Chinach nastała moda na wszystko co starożytne, także i zwyczaje, zwłaszcza wśród noworyszy, którzy nawiązując do starożytnych tradycji chcą niejako podnieść swój status społeczny, a niejako zakamuflować swoje wiejskie, proste pochodzenie.
Stąd też nastała moda na posiadanie idealnych par orzechów, z którymi tacy nowobogaccy mogą się obnosić po okolicy podkreślając swój sukces jaki osiągnęli w biznesie. Chociaż obecnie w Chinach znajduje się aż 40% światowych upraw orzechów włoskich, to mało kto z Europejczyków zdaje sobie z tego sprawę, że większość tych upraw nie prowadzi się dla wnętrza tych orzechów czyli nasion, tylko dla samych łupin.
Dla przeciętnego Europejczyka, który ceni walory smakowe i zdrowotne tych orzechów wydaje się to być absurdem, aby uprawiać orzechy włoskie tylko i wyłącznie dla samych łupin.
Tymczasem moda chińskich nuworyszy na posiadanie oznaki swojego statusu, czyli pary orzechów, które obraca się w ręku, przybrała w chwili obecnej coś na kształt XVII wiecznej tulipomanii w Holandii.
Ponieważ dla Chińczyka nie wystarczy byle jaka para orzechów , najbardziej cenione są te bardzo duże, o bardzo pofałdowanej powierzchni. Gdzie fałdy na obu połówkach orzecha muszą być idealnie symetryczne. Do tego nie wystarczy, aby fałdy na jednym orzechu były symetryczne, musisz posiadać dwa takie same identyczne orzechy o idealnie symetrycznych fałdach, wręcz bliźniaki.
Współcześnie na chińskich aukcjach, idealne pary orzechów osiągają nieraz niebotyczne ceny liczone nawet w setkach tysięcy dolarów. Natomiast orzech włoski jest jednym z najczęściej kradzionych w Chinach owoców, dzieje się tak ze względu na bardzo wysokie ceny jego łupin. Istnieje w Chinach pewien rodzaj hazardu , gdzie można założyć się o to które orzechy jeszcze w zielonych skorupach będą miały idealne fałdy.
https://pinkmartiniboy.wordpress.com/2018/09/28/orzech-wloski/
Cdn.
Wstyd się przyznać ale nie pamiętałem daty urodzin Babci Małkowej, która spokojnie dożyła by setki, gdyby jej się firanek w wieku 95 lat nie chciało zmieniać. Spadła z krzesła, łamiąc miednicę ale jeszcze rok później dostaliśmy ze Strażnikiem od babci pocztówkę na wspólne urodziny.
O Babci Marysi już wspominałem. "Wycięła" ten sam numer, co jej mama... Cholerne firanki!
Musisz pamiętać, po 90'tce montuj żaluzje :Thumbs_Up::)
El Czariusz
28.04.2025, 14:12
Dziadek do orzechów sentyment ma.
11zLl5MeMUc
Na majdanie zamku, w którym mieszkał Zły Lwowicz, z niemniej złą Frau Filtz rosły sobie cztery orzechy.
Przy majdanie, w czworakach mieszkali zaś chłopi, których sąsiedztwo bardzo w niesmak było księciu i jego Frau. Zamek kupili niedawno ale majdan był wspólny.
- Dziadku a jak się można nazywać "frał filc"?
To coś w stylu do Cruelli de Mon! Marysiu.
- Ooo, to bardzo zła baba, ona porwała dalmatyńczyki i chciała je przerobić na futra! Krótko podsumowują dzieci. I co dalej, co dalej?
I tu była podobna sprawa! Lwowiczom przeszkadzały te orzechy właśnie. Knuli jak je po cichu wyciąć, bo miejsca na karocę i konie za mało im było. Szczególnie na dwóch im zależało bardzo. Obiecali mieszkańcom, że uporządkują teren ale drzewa wszystko zostawią. Zresztą nie tylko tam orzechy rosły ale stara śliwa i jabłoń oraz klon czerwony. Były też dwie stare szopki, które mieli wyburzyć i postawić nowe.
Ludzie w dobrej wierze się zgodzili.
Kiedy kilka m-cy wjechały buldożery na plac okazało się, że mają zniszczyć wszystko, posadzić trawę i tyle!
- Dziadku, to straszne dranie.
Prawda. Lwowicze tak, zwłaszcza Frau Filtz choć jedno drugie warte było. Na szczęście szef firmy od buldożerów był dobrym człowiekiem i powiedział, że drzew nie ruszy, co najwyżej tylko dwa orzechy - najmniejsze, wykopać musi ale tak zrobi, że z korzeniami łyżką podbierze i odstawi na bok.
Całe szczęście, że na zamku mieszkał jeden dziadek, taki jak wasz, tu leżący z wami.
- Też taki dobry i fajny?!
No pewnie! Dziadek Dariusz, bo tak miał na imię, poszedł do Lwowicza i powiedział.
- Słuchaj gościu... Jeżeli choć jedno drzewo z tego podwórka zniknie lub ławka, to...
Tu dziadek (narrator) miał problem co w usta dziadka Dariusza włożyć, by to jakoś elegancko ale stanowczo dla wnuczków wybrzmiało.
- Co mu powiedział dziadku?!
Że zrobi z Lwowiczem... porządek, lepszy niźli ten sobie zaplanował z podwórkiem. Kacperek aż ząbki zacisnął w skupieniu.
Niestety jeden orzech nie przeżył, mimo starań właściciela buldożerów. Ten drugi ocałał na szczęście. Te dwa młode orzechy miały swoją, podwórkową podobną historię. Zapomnijmy na chwilę o Lwowiczu i Frau Filtz, otóż to był samosiejki. Te orzechy znaczy.
- Samosiejki?
To takie drzewka, które rosną same z upadłych na ziemię owoców swoich rodziców. Np. rośnie sobie orzech. W listopadzie jego owoce, czyli znane wam orzechy, to takie dzieci drzewa, z którego spadły na ziemię. Zbieramy je, suszymy i potem rozbijamy i zajadamy się zawartością.
Ale też z takiego spadłego orzecha może wyrosnąć nowe drzewko i tak musiało być w tym przypadku. Jeden wyrósł w ogródku a drugi za... ławką.
I o tym dalej będzie mowa...
Wielu sie pyta jak wygląda elwood, gruby on, czy chudy, ma kapelusz albo czapko. A Elwood tak naprawdę leży na na emeryturze w NRD, w nrdowskiej hali na siano pokrytej azbestem i delektuje się wiosenna pogoda.
142465
Buty zawiozłem mu do szewca bo zębem czasu się trochę spekaly. Bute te ryly jeszcze afgańska ziemię wożąc gości z Orbisu na zagraniczne i drogie wycieczki.
142466
Pytanie tylko, czy nowe buty za 100pln sztuka dają radę doczlapac do kaukazu? Albo dalej? A jak poczlapia dalej to iść dalej czy wracać aby starczyło na doczlapanie do domu?. Co mówią podróżnicy o butach za 100 PLN? Czy to wogole da się wyjść w nich z domu? A co jak zaczną uciskać elwooda i nie dojedzie do knajpy? Może zacznie się kotłować ta myśl w baniaku: jakbym kupił za 1000 to pewnie bym doczlapal...
Knajpa na horyzoncie zimne piwo, a but ciśnie do krwi i dramat życia gotowy, psychicznie nie do zniesienia. Leżysz na glebie i cierpisz jak werter. Co ci po ryju któremu się chce pić, jak nogi cię do knajpy nie zaniosą? A na nogach buty które też muszą iść do knajpy a nie chcą? Buty to bardzo ważny element kontaktu z planeta przecież. Bez buta nie dojdziesz z buta do knajpy na piwo. Gdyby nie ryj, nie szedlbys do knajpy.
Pytanie tylko które buty bardziej chcą, te za tysiąc czy te za sto?
W końcu wchodzisz do knajpy i patrzysz a tam na wisi tablica "piwo dyskusyjne". Dlatego musisz mieć dyskutanta ze sobą, też w butach aby do knajpy doszedł z buta. Jak sam ze sobą podyskutujesz, to mordoobicie murowane i wyjazd z knajpy - znamy to z autopsji. Z dyskutantem jest bezkrwawo. Argumenty, filozofia, nicze, Platon. Piwo za piwem, temat za tematem i tak aż do nocy. W nocy dyskusja przenosi się na mosty rzeczne, nabrzeża, lasy, łąki. I tak dobl rana z plastikowych butelek zaprawionych z kija dyskutujesz. W trampkach z nrdowskiego demobilu kupionych na targu.
Bez butów nigdy by się to nie stało. Boso nie pójdziesz przecież do knajpy z buta.
Według księgi schizofrenii bezobjawowej , jest wiele elwoodow. Ten Elwood drugi czyli łącznik kierownicy z siedzeniem to tylko ktoś kto chce elwoodowi pierwszemu podrapać po rdzy na ramie. Jeszcze był wujek w stanach, elwood trzeci ale on tylko muzykę do kotleta robił.
El Czariusz
29.04.2025, 09:14
FjCbvxUTo-w
Ten ELWOOD, to taki orzech. Kolejny w rodzinie.
On tylko wymagał troski, niczego więcej...
w 2013-tym osiadł na tych kapciach/butach na podwórku serdecznego kumpla, bo zajęli się nim wcześniej źli ludzie. Źli ludzie z serwisu, znanego na całym globusie PL. Łącznik między pedałami a kierownica nie miał już grama kasy ale obracał się w świecie rowerowych Asów.
Ów Łącznik miał już dwie nominacje do kolosów za sobą. Siedział z kolegami, z których jeden zdobył nawet Kolosa, a nawet dwa; za pustynne Altiplano i trawers Pamiru na rowerze.
Nomen omen, tuż przed tym trawersem Łącznik wsiadł sobie na rower kolegi, który miał tego (na tym rowerze) dokonać i 20 latach przerwy (w kontakcie) pojechał sobie na wycieczkę - na Hel. Po angielsku.
Było to w maju, z początkiem maja bardziej. Tego dnia pogoda z rana była piękna. Idealna na majówkę. 20 kilka stopni. W sam raz na rower, koszulkę bez rękawów, na lekko...
Do Piekła jest z Przystanku Oliwa 90km. Jechało się tam wyjątkowo cudownie. Cudownie kręcił wiatr, cały czas dując w plecy. Na cyplu Hel nie był jeszcze Piekłem. W cudownym słońcu, będąc NA Helu Łącznik wziął morskie ablucje i... Znalazł się W Piekle.
Wychodząc z wody, w ciągu kilkunastu minut nadciągnął z zachodu zimny front. Temperatura spadła do 12stu stopni... Tyle wskazywało na drogowym słupie, na skraju Kępy Puckiej przed zjazdem do Redy.
Łącznik miał już wtedy w nogach 150km, pośladki były rozbitymi schabowymi z prlowskiego baru mlecznego. Z "placka" wielkości dłoni bez palców, kryjącego po waleniu tłuczkiem, cały talerz... Od Władysławowa obficie traktowany wodą lejącą się z nieba z cudownym w mordewindem.
5km dalej Łącznik się poddał... Wsiadł do SKM w relacji Wejherowo - Gdańsk. Opadł ostatkiem sił na wolne siedzisko w "służbówce", skupiając na sobie uwagę bezimiennych pasażerów wokoło. Wszyscy jak jeden ciepło ubrani patrzyli na gościa w cienkiej podkoszulce (na ramiączkach) obciekającego wodą. To na niego, to na rower, to na rosnącą kałużę wody...
Wymęczony, skatowany wręcz Łącznik nagle zaczął się... uśmiechać. Jakoś tak bezwiednie, ten uśmiech/nastrój zaczął się udzielać najbliższemu otoczeniu. Łącznik po postu wracał myślami do...
Z "Bloga EWLOODA"
Pomarańczowe Wigry 2
Niedziela komunijna był piękna.
Słońce raziło za oknem i pobudzało wyobraźnię. Wiosna. Prawdziwa wiosna!
Puzatek promieniejący szczęściem znosi składaka na parter. Czuje niesamowitą wewnętrzną siłę. Energia go rozpiera. Wskakuje na rower i kręci pedałami.
Na początku powoli, delektując się każdym obrotem! Rany Julek… W porównaniu z Bobo, przestrzeń nie istnieje!
Chwila moment Puzatek rozpędza się i wpada z impetem na boisko. Z całej mocy hamuje, a za nim ciągnie się ch-styczny ślad! Ale frajda! Rozpęd i hamowanie, rozpęd i hamowanie, rozpęd i… gleba! Gleba, ale jaka! Luz! Nic się nie stało! Można powtórzyć!
Kontrolowane uślizgi nie sprawiają Puzatkowi żadnego problemu!…
Po kolejnym, Puzatek ustawia się przypadkowo rowerem w kierunku kina Aurora. O kurde…! Za kinem jest droga do przychodni, a dalej na…
Puzatek zbiera myśli…
– A dalej na PAS STARTOWY!
Nigdy tam nie był. Ale tam, gdzieś jest morze! A nad morzem, to dopiero pięknie jest!
– Łojej… Może by tak spróbować?!
Podniecenie Puzatka sięga zenitu. Hormony (no, takie mikre jeszcze) szaleją!
Jeszcze chwila i… koła składaka smyrają asfalt! Ale prędkość! Na asfalcie przy przychodni pojawiają się pierwsze samochody. Puzatek roztropnie trzyma się blisko krawężnika, ale próbuje się z nimi (znaczy autami) ścigać!
– Boże, jak cudnie! Gada co rusz, sam do siebie!
Rower po prostu płynie.
Puzatek nie czuje żadnych oporów. Można też odpocząć, bo składak ma wolnobieg. Oczywista Puzatek nie kuma w czym rzecz, ale może dać kitę i trzymać stopy na pedałach. To genialny wynalazek! Puzatek szaleje.
Szpula i odpoczynek, szpula i odpoczynek… I do tego rower sunie niesamowicie, jakby ciągany niewidzialną ręką.
Gdy za sobą pozostawił ostatnie zabudowania Rumii zobaczył Kazimierz. Tylko o nim słyszał do tej pory. Jechało mu się jeszcze latwiej! Szpulował na maksa. Połykał kolejne metry niczym wolny ptak…
W tym bez opamiętaniu nie zwrócił uwagi, że słońce przestało świecić od dobrych kilkunastu minut. Za Kazimierzem dopadły go pierwsze krople deszczu, ale i tak jechało się super! Puzatek zatrzymał rower i obejrzał się za siebie.
Rumia była taka malutka… O tam, tam… Tam jest Markowcowa na pewno!
Z tej krótkiej zadumy wyrwał go gwałtowny podmuch wiatru. Ów przyniósł ze sobą kolejne krople, które ostrym smagnięciem sprowadziły Puzatka na ziemię.
– Trzeba wracać! Może zdążę przed tymi ciężkimi, ołowianymi chmurami. Pomyślał.
Czuł się znakomicie. Zaraz pewnie będę na miejscu…
Ale…
Dlaczego rower nie chce jechać…?! Puzatek próbuje pedałować z całych sił ale rower prawie stoi w miejscu! Nie ma mowy, by stanąć na pedałach i odpocząć… Rower natychmiast się zatrzymuje…!
Deszcz przeszedł w ulewę. Z nieba lała się ściana wody, która wyczyniła na ulicy isnte harce! Nie dość, że w pionie, to jeszcze fale wody chadzały w poziomie…
Co rusz jedna z takich fal trzaskała po buzi Puzatka. Mało tego… Nie pozwalała jechać, ba… nawet pchać rower!
Puzatek oniemiał…
Po kilkunastu minutach beznadziejnej walki poddał się i nawet chciał zapłakać ale… ALE NIE!
Zawziął się i zaczął pchać rower!
– Winnetou na pewno też by pchał! I ta myśl, co naszła go nagle, wróciła mu siły!
Pchał ten rower z niezwykłą determinacją. Fakt… Zdarzyło się uronić łezkę (bardziej z wściekłości) ale w tej powodzi i tak nikt by nie dostrzegł, tej chwili puzatkowj słabości… Puzatek więc tak pochlipywał od czasu do czasu w rytm zacinającego wiatru.
Ile ta walka trwała?
Puzatek nie pamiętał. Jedno jest pewne. Nie zdążył na podwieczorek. Podwieczorek podawało się w domu Puzatka tylko w niedzielę. Ze dwie godziny po obiedzie.
Po Zwierzyńcu (poniedziałek), Ekranie z Bratkiem (czwartek) i Teleranku (niedziela) była to najbardziej ulubiona pora Puzatka.
Na podwieczorek w niedzielę nie podawano chleba z masłem i cukrem… Były prawdziwe pączki i drożdżówki, a raz na m-c MAKOWIEC!!! Tego dnia, z racji komunii, był.
Jadźka wprost promieniała, że brat odpuścił takie święto, rodzice zaś, zajęci swoimi sprawami, nie zwrócili uwagi, że Puzatka nie ma…
Gdy w końcu stanął przed domową klatką, rozejrzał się solidnie i jeszcze raz i gdy nikogo nie dostrzegł… zachlipał. Tak… ostatni raz!
Otarł oczy, wysmarkał nos w koszulkę i wgramolił się na trzecie piętro…
Gdy stanął przed drzwiami mieszkania jeszcze raz przetarł twarz, wygładził koszulkę na brzuchu, otarł siodełko i westchnął:
– Kurde… Ale maszyna! I nacisnął klamkę…
Styczeń 2013.
Wracamy do stolika z Asami.
Po pamiętnej, majowej wycieczce As musiał... zmienić rower. Łącznik wyczaił trzeszczący support ale po dokładniejszych oględzinach okazało się, że pęknięta jest rama przy suporcie. Rama chromo-moibdenowa da się pospawać ale wymęczona ekstremalnymi wyprawami właściciela, skłoniła go do wymiany na nową. Czyli jaką?
- Ściągnę z Anglii za tysiąc funtów nową i zbuduję na niej rower od podstaw.
Ile?! Pytam.
- Taki rower musi naprawdę wiele znieść odpowiada Grześ.
No nie... Przypomniałem sobie mój pierwszy (w sensie kupiony przeze mnie osobiście) rower. Bała to Ukraina rocznik 1974.
Ja bym ten twój Pamir opylił na "ruskim" rowerze za 200zł. Rzucam hasło. Byłby tańszy od pary twoich pedałów:)
Wzbudzam szczery śmiech.
- Na ruskim rowerze, to możesz sobie do Biedronki po piwo jechać a nie "w Pamir". Ktoś tam konkluduje.
Do biedronki...? Jest taki kultowy szlak tam. Hardcory rowerowe go robią na rowerach za tysiące złotych/euro a ja bym go opylił na Ukrainie. Tylko akurat Ukrainy nie mam. Śmieję się teraz ja.
Salwa śmiechu w odpowiedzi.
- Założycie się...?
Stoi!
Wyciągam telefon i dzwonię do kolegi, który od pół roku namawiał mnie, bym jako przewodnik w rzeczony Pamir z nimi pojechał. Po mojej stronie tylko wizy, o resztę nie muszę się martwić. Jadą w dwa terenowe auta na kołach z planety PL. Miejsce jest.
- Cześć Piotrek...
Siema El!
- Propozycja aktualna?
Z Pamirem?! No jasne.
Wchodzę ale stawiam dodatkowy warunek. Zabierzecie mi Ukrainę.
- Jaka Ukrainę?
Taki stary, ruski rower.
- Jasne. Nie ma sprawy!
8 m-cy później...
https://i.ibb.co/B9LY0rn/45840031.jpg (https://ibb.co/DZ4j08r)
https://i.ibb.co/Pz36Z6js/45840033.jpg (https://ibb.co/mF1cCcTr)
Poza namiotem, tryb lat 70-tych, by pasowało klimatem. Harcerski plecak, gitara defil i ja w niepedalskim stroju. W plecaku praktica mtl5 b z kompletem szklanych obiektywów, ruski primus itp.
Zakład wygrałem. 155 km (dokładnie tyle, co na pamiętnej "majówce") wzdłuż Pamiru i Pandżu.
Tylko jeden, mały dylemat... To był: Pamir na Ukrainie czy Ukraina w Pamirze?
tz28YBA1HUE
Wielu z Was zna już tę historię ale młodzi nie znają.
...Nie wiele możemy,
bo świat jest silniejszy
lecz wiemy, że warto mieć duszę otwartą...
El Czariusz
29.04.2025, 10:30
Ławka na majdanie stała tam od "zawsze"...
Tuż pod oknem dziadka Dariusza, który czasami na niej przysiadywał. Do południa była w słońcu, bo miała stricte ekspozycją południową. Na wiosnę, kiedy słonko wędrowało wyżej, przebijało się nad koronami strzelających w niebo kilku jaworów.
Jawor, lipa, wiąz, klon, jesion to takie typowe, polskie drzewa - dzieci moje kochane.
W naszym przypadku orzech zaczął pod ławką romansować z lipą. Romans trwał dobre kilka lat. Forpocztą romansu były liście szukające słońca między szczeblami ławki. Wtórowały im liście mięty i pokrzywy, obok krzaki topinamburu ale te miał większą swobodę.
- Tamburynu? Dopytuje Marysia.
Nie nie... Dziadek (narrator) się uśmiecha). Topinamburu.
- Co za dziwna nazwa!
Można by powiedzieć, ze topinambur był świadkiem tego romansu. Również babacia, żona dziadka Dariusza, która oszczędzając nieco miętę, co roku przycinała pozostałe "gałązki", sądzą, ze to jakieś chwasty.
Ale jednego dnia, tej wiosny dziadek Dariusz przyjrzał się listkom bliżej, zanim je babcia tradycyjnie zapewne przycięła by i patrzy... a to z jednej strony lipa a tuż obok wpleciony w nią orzech! Lub odwrotnie.
Dziadek odsunął ławkę i przyglądał się długo... Dla tej miłości nie ma miejsca w przyrodzie.
- Dlaczego?
Bo to taki mezalians Marysiu.
- Mezalians?
Mezalians, to związek traktowany jako niewłaściwy, trudny do zaakceptowania. gdyby to były dwa orzechy lub dwie lipy... Ale w tym przypadku oba chcą dominować, to znaczy realizować się (rosnąć) kosztem utraty wolności drugiego.
Ale jest na to rozwiązanie. Dziadek Dariusz postanowił orzecha przesadzić tam, gdzie na pewno było by mu lepiej a i lipa miała by swoją przestrzeń i rosła nieskrempowanie już teraz. Oczywiście dziadek musiał uprzedzić babcię, by już lipy nie przecinała.
Dziadek poprosił wujka Karpika o pomoc. Dziadek odkopał orzecha ile się dało i...
https://i.ibb.co/h12Ds9H1/image-1.jpg (https://ibb.co/XkFSXLpk)
...postanowili orzecha "wyrwać"
To musiało go boleć!
- Zapewne Marysiu ale orzechy to twarde drzewa są. Wystarczy dać im przestrzeń a szybko zapomną o bólu i będą się radośnie pięły do nieba!
A gdzie go dziadek Darek przesadził?
- Na skraj ogrodu.
Niestety... dziadek Darek nie wiedział, że Zły Lwowicz i Frau Filtz już knuli zmiany...
Pewnego wieczora, kiedy babcia, żona dziadka Dariusza przygotowywała kolację widzi Złego Lwowicza, jak po kryjomu wynosi ławkę i wyrzuca ją na śmietnik! namęczył się przy tym srodze ale ławkę wyrzucił.
Babcia woła dziadka;
- Zobacz... Zły Lwowicz gdzieś wynosi ławkę!
Dziadek Dariusz aż się zagotował. Już chciał biec i robić... porządek z Lwowiczem ale babcia roztropnie go powstrzymała.
- Jak Zły Lwowicz pojedzie ze swoją wiedźmą do pracy, to wtedy zrobisz z ławką, co uważasz.
Roztropna ta babcia! Dziadek Dariusz zatem poczekał do rana. Z drugim dziadkiem - Leszkiem, który był dużo starszy od dziadka Dariusza i ledwo już chodził (ale "wieki temu", to on tu tę ławkę postawił, remontując ją wcześniej) przenieśli połamaną (przez Złego Lwowicza) ławkę z powrotem, na swoje miejsce!
Dziadek Dariusz spojrzał na swoje wnuki... Szczęśliwe, zasnęły.
https://i.ibb.co/KpzWDvP9/IMG-20231104-221126.jpg (https://ibb.co/4ngp2rqj)
To jeszcze nie koniec bajki.
Po co ja o niej piszę...?
Gktun26eWLU
El Czariusz
29.04.2025, 12:28
https://i.ibb.co/20rk6ynL/F1000031.jpg (https://ibb.co/4wLVf7mD)
ELWOOD spędził kilka lat na warsztacie kumpla i spełniał role różne...
Potem wywędrował na dziedziniec i tam doczekał chwili, kiedy w końcu obrał kurs na zachód.
Znalazł swój nowy dom, gdzie ma odtąd bycze towarzystwo.
Wracamy do naszego orzecha. Znaczy po śniadaniu...
https://i.ibb.co/WpHDt2Zr/IMG-20240503-072222.jpg (https://ibb.co/M5g86Crz)
https://i.ibb.co/qLRShC2c/IMG-20240503-072251.jpg (https://ibb.co/4wjqC20X)
Dziadek (narrator) stara się dalej znaleźć drogę...
https://i.ibb.co/JRzt3GxM/IMG-20241003-080858.jpg (https://imgbb.com/)
Zatem dzieci kochane... Nasz orzech przesadzony w granice ogrodu jednak musiał zostać niespełna m-c później znowu wykopany...
- Biedny orzech...
Jak ten biedny Maciek, który musiał opuścić swój dom, oszukany przez dwóch braci - ulubiona bajka wnuczków. No co zrobić z orzechem?
To już jego druga przeprowadzka! Nie najlepsza to pora ale ratować orzecha trzeba!
No więc dziadek Dariusz postanowił wywieźć naszego obieżyświata daleko, daleko na wieś. Tam, gdzie dziadka Dariusza korzenie! Może tam - ten nasz orzech Obieżyświat (już przez duże "O") znajdzie swoją przestrzeń i zapuści swoje?
Jak dziadek Dariusz pomyślał, tak... zrobił!
Najpierw umówił się z "ciocią z jeziora", że zajedzie po drodze na Mazury, bo droga daleka.
https://i.ibb.co/8gNnk3sM/image-5.jpg (https://ibb.co/LdYDKwRS)
Zatem najpierw zapakował orzecha do baniaka z jego rodzinną ziemią i przygotował do załadunku...
...Potem hyc...
https://i.ibb.co/R4hcxJzm/image-4.jpg (https://ibb.co/KzNWM8Fk)
...na PaSkudę.
Paskuda dotąd specjalnego szacunku na podwórku nie miała. Ot... Elegantka, elektryczne szyby, klimatyzacja i inne takie pierdolniki, z którymi tylko potencjalne kłopoty.
Gdzie jej było do starego Golfa, co ma blisko 600 000km "na blacie" i ile tam nie postoi, to odpala szybciej niż ELWOOD. Lublin też nieco z góry na PaSkudę patrzył ale...
- Dziadku! Przecież też masz golfa i Lublina!
Ach tak... No patrzcie... jaki ten świat mały?:)
Ale wracając do "ale"... kiedy z wieczora niecny Lwowicz usunął ławkę, PaSkuda aż się zagotowała!
Rankiem, kiedy ławka cudownie ocalona wróciła na swoje miejsce...
https://i.ibb.co/gBBppQ7/image-2.jpg (https://ibb.co/r11SSqt)
...PaSkuda już była gotowa.
Chwilę potem...
https://i.ibb.co/ymdN9997/image-3.jpg (https://ibb.co/TDYwfffd)
...zastawiła ławkę!
Ten gest wyrwał Lublina i Golfa z kapci. Dwa te gagatki same wyjściowo się zbuntowały, że podwórka nie opuszczą choćby się Zły Lwowicz miał...
- Dziadek!! Przerwała narratorowi babcia, żona jego. No...
Zesrać? Dopytał Kacper...
Babcia spojrzała w sufit...
- No i co zrobiły? Dopytuje Marysia tym razem.
Lublinowi wydechł akumulator i na nowym... nie chciał odpalić!
- A Golf?
Golf powiedział, że jak od Kraszanka alternator nie wróci, to on sie nigdzie nie wybierze! O
- Od Kraszanka? Kto to Kraszanek?
Brat wujka Redzika.
- A Kraszanek alternatory robi?
Głównie naprawia. Alternatory, rozruszniki. Kiedyś nawet przez dziadka Darka z pewnego forum wyleciał na chwilę.
- To on jeszcze lata?
On umie wszystko. Najlepiej z bratem wychodzi mu latanie na motorze.
- Na motorze się jeździ!
Jeżdżą to...
- Dziadek!! Babcia już była czujna!
- Pedały! Krzyczy Kacperek.
Babcia dostaje spazmów.
Dzieci śpiewają!
hKJ_4LEvxOs
Cdn...
El Czariusz
29.04.2025, 14:01
Dziadek Dariusz ruszył PaSkudą w mazurskie knieje...
enXdcZt_o-c
https://i.ibb.co/4RR9w6Tn/IMG-20250425-075653.jpg (https://ibb.co/qYYXLts3)
U Cioci z jeziora Obieżyświat ma chwilę oddechu, dostaje wody.
Prosto z jeziora niesie mu ją...
https://i.ibb.co/VYCw6KK8/IMG-20250427-115148.jpg (https://ibb.co/r2pd9WWJ)
...dziadek Dariusz.
Potem dalej w drogę.
Gdzieś pomiędzy Puszczą Augustowską, Knyszyńską, Biebrzańskim Parkiem Narodowym, na granicy Wzgórz Sokólskich...
https://i.ibb.co/hRTfd850/IMG-20250425-122402.jpg (https://ibb.co/JRSQpkLZ)
...Obieżyświat zyskuje swoją własną przestrzeń. Kto go wypatrzy?
https://i.ibb.co/GvYW7Lr2/IMG-20250425-121835.jpg (https://ibb.co/C5CbBZS7)
FOQSW0q0aPE
Tak moje drogie szkraby. Powiem wam jeszcze coś... Ten orzech przez kilka lat się przebijał. Kiedyś stracił swój główny przewodnik. Tego, który był najsilniejszy, babcia nieświadomie go przycięła. Nic to...
Wyobraźcie sobie, że wypuścił pędy boczne, w liczbie czterech głównych.
Te stanowią teraz o jego sile. Dziadek Dariusz już postanowił, że "lekko" je uformuje. Oczywista nie naruszając wolności Obieżyświata. Znaczy tak lekko Obieżyświatowi pomoże, by "rósł" w górę ale w czterech kierunkach.
Będziecie się mogli na niego bez problemu wspinać, tak jak lubicie a przy okazji przykucnąć po środku i odpocząć. Ma on jeszcze jeden pęd. Piąty...
Wiecie, czym one jest?
- ...
Piątą klepką ATomka.
- Tego z Tytusa i Romka?!
No... Można i tak powiedzieć. Dziadek Dariusz ma takiego fajnego Kolegę, on też jest ATomkiem. Na pewno poznacie wujka. Wujek ATomek robi w drewnie. Poproszę go, by zrobił dla was "piątą klepkę".
- A co to jest piąta klepka?
Hm... Wujek ją ofiarowuje tym, którzy jego zdaniem na nią zasługują. Jak was pozna, sam wam powie czym ona jest. Jestem przekonany, że wy na nią zasługujecie szczególnie.
https://i.ibb.co/VFzdb6h/IMG-20240806-172738.jpg (https://ibb.co/jCQdqtx)
best free photo management software 2017 (https://imgbb.com/)
https://i.ibb.co/jYjvKH6/IMG-20241019-181505.jpg (https://ibb.co/bVGgh7W)
https://i.ibb.co/23xQb7kg/IMG-20241019-181629.jpg (https://ibb.co/60zxdRWg)
Mamy już rodzinny plan. Zwiejemy latem na drugą stronę lustra.
I to tyle o orzechu Obieżyświacie ale... Nie koniec orzechowej historii.
Na Krynickiej w Białym rośnie Jacek. Iście królewski, z rodowodem perskim orzech. Z właścicielem rzeczonego łączy mnie prawdziwa męska, szorstka przyjaźń.
Tak, że ten... trzeba czekać do jesieni.
Piękno czasu polega na tym, że nie możesz go zmarnować z wyprzedzeniem. Kolejny rok, kolejny dzień, kolejna godzina - czekają na was doskonałe i nienaruszone...
El Czariusz
30.04.2025, 09:29
ImClYikYQV0
"Nie publikował bym wizerunki wnuków..." itp.
Dociera do mnie taki "przemycony" obraz w trosce, z różnych stron.
Pełna zgoda. Każdy dziadek ma tu swój wybór.
Jak jest kilku dziadków, zasada się nie zmienia.
Będzie zatem teraz trochę o roli dziadka. I babci przy okazji. Ja nie jestem babcią, więc mogę tylko pozwolić sobie na jakiś komentarz w sprawie.
Większość z was zastanawia się (lub nie), co ja właściwie chcę wam przekazać?
Ja wiem, nie wiem jednak czy umiem.
Gdzieś na początku tej drogi przekazu napisałem: umiem nic. Miałem uwarzyć wam "amfetaminę" a wychodzi grochówka? Niestety... tam gdzie przemawia pieniądz, elokwencja jest bezsilna.
Exodium.
Było to ubiegłej wiosny. Rodzice podrzucili nam wnuki "z noclegiem". I bardzo dobrze. Nie do końca dla babci, bo pracuje w szkole podstawowej i z każdym rokiem jej "szkolna psycha" narażona jest na coraz większe wyzwania. 35 lat pracy dydaktyczno-wychowawczej. Jeżeli dodamy do tego 10 lat moich fikołkowych studiów (Strażnik Domowy po tej samej uczelni), to chwilami mamy o czym rozmawiać.
Ale chwilowo nie o tym.
Babcie tradycyjnie mają plan, jak zagospodarować wnukom czas. Ja nie mam, bo finał i tak zawsze jest jeden. Plan babci (i prababci) zawsze jest na pierwszym miejscu. Ja ten plan w bardzo prosty sposób obchodzę.
Niczego nie narzucam. Po prostu pytam się wnuków: co robimy? W sensie, co wy chcecie robić?
Dziwnym trafem zawsze lądujemy na naszym ulubionym placu zabaw (albo na jakimś... drzewie lub płocie). Znajduje się on (ten plac) na byłym terenie AWF, przy wyrosłym na nim jak muchomor (piękna przy tym afera) osiedlu ale co tam...
- Co tam?
Z ZOO zniknął hipopotam, leć tam prędko zastąp go tam.
No więc lądujemy na naprawdę fajnym placu zabaw, z ciekawym parkurem. Dla gimnastycznego dziadka raj, dla drapichrustów także. Babcie tylko wzdychają...
Pogoda zacna. Kilkanaście stopni w cieniu, bezwietrznie w pełnym słońcu. Chwila moment dzieci zgrzane. Teren placu wysypany żwirkiem z elementami ścieżek i trawnika.
Piasek w bucikach norma.
- Dziadku, możemy ściągnąć buty? Normalna praktyka od dobrych trzech lat.
Ściągajcie.
Co my na tym placu robimy? Mamy swoją "ścieżkę zdrowia" z elementami IO, potocznie nazywanymi olimpiadą (w istocie tak nazywano pauzę między IO).
Olimpiada bowiem albowiem, to okres przygotowania do IO.
Dzisiaj (znaczy rok temu) m.in., ćwiczymy skok w dal. Rozbieg na trawie, wybicie z progu i lądowanie na żwirku. Nie ma żadnych ograniczeń, poza próbą trafienia w próg ale też, tylko jako wskazówka. Dziadek mierzy i tak z punktu odbicia, wyraźnie jednak określam, do którego miejsca mierzymy.
Drapichrusty skaczą ile wlezie. Czasami grubo ponad kwadrans.
Wyniki?
Znakomite ale na tym etapie nie są aż tak istotne. Liczy się radość i własne zaangażowanie dziecka. To nie jest czas na technikę. Ale... też nie o tym.
Przy którejś próbie, widzę grymas Marysi.
- Ajajaj, ałć...
Akurat stópką trafiła na zabłąkany w żwirze większy kamień. Afery nie ma. Temat już został przerobiony wiele razy. Coś tam podmuchamy, odwrócimy uwagę, skupimy/rozproszymy na czymś innym. Ostatecznie przytulimy na chwilę ale bez przesady:)
Rzucam jedynie "w eter", że to świetna doskonała gimnastyka dla sklepienia stopy akcentując plusy i tu Marysia pozwala sobie sama na małą dygresję.
- A dziadek Wojtek mówił, że nie należy biegać/skakać po kamieniach, bo można sobie skręcić stopę.
Hm... No i co mu odpowiedziałaś?
- Że dziadek Darek jest innego zdania.
Cdn.
https://i.ibb.co/BK44pJ5v/IMG-20240831-123707.jpg (https://ibb.co/wrJJkqF8)
Obrazek z ZOO. Z ZOO oliwskiego.
P.S
Znajomy który świetnie zna się na kapeluszach rzuca w eter:
- Zostaliśmy, jako społeczeństwo, sprowadzeni do poziomu grzybów. Karmieni g... i utrzymywani w ciemnocie.
Bez chwili zastanowienia odpowiadam: warto być truflą. Pech polega na tym, że na truflach świetnie żerują świnie.
El Czariusz
03.05.2025, 11:18
-9NZ5cMeQVw
W świecie, który oszalał na punkcie "więcej" (pieniędzy, dóbr wszelakich) łatwo zapomnieć o pięknie, które kryje się w "mniej".
Prawda jest taka, że im więcej posiadasz, tym bardziej to posiada ciebie.
Nie pozwólcie, aby zgiełk i hałas "cywilizowanego" świata, zagłuszył piękno prostego życia.
P.S.
A teraz z tym "mniej za więcej" z przymrużeniem oka.
Z "Bloga ELWOOD`A"
Rosyjska specjalność.
Wszystkiemu jest winien, niejaki Dimitr Mendelejew, znany powszechnie z tablic, nazwanych jego imieniem.
Otóż, ten gagatek o wszechstronnych zainteresowaniach, badał m.in. zjawiska: napięcia powierzchniowego oraz zmiany gęstości wynikające np. z mieszania różnych cieczy. Doktoryzował się, łącząc alkohol z wodą, udowadniając, że pijąc więcej – pijemy mniej.
Stąd tak mocno wyśrubowane, rosyjskie normy w temacie zdolności do akceptacji zawartości alkoholu w rosyjskiej krwi.
Zwieńczeniem jego (Mendelejewa) prac na tym polu, było znormalizowanie rosyjskiej wódki. Konstytułując ją równo na poziomie 40% objętości alkoholu w roztworze.
No właśnie, o co chodzi z tą objętością i jak się ma to, do picia w locie (co uzasadnić zamierzam)?
Otóż zdarza się, że na imprezie kończy się normalny alkohol i ratuje nas "nietykalna" flaszka spirytusu. Chcąc trzymać się normy Mendelejewa (doć powszechnej w Polsce) normalnie przygotowujemy 0,7l przegotowanej wody (jak mamy cierpliwość) na rzeczone 0,5l spirytusu. Mieszamy i co…? ZNIKA NAM* w trakcie przelewania, 50ml gotowego roztworu!
I za to odpowiedzialny jest Mendelejew, wcześniej zatrudniony przez cara, by wytropić tajemniczych żłopijców.
*zjawisko kontrakcji objętości.
Tymczasem majówka!
Wyjeżdżamy na majówkę, by odpocząć. Po powrocie odpoczniemy po majówce.
Dodam że na ołtarzu tego odkrycia, poleciały głowy wielu kierowników gorzelni, bo car myślał że te brakujące 6 procent sprzedali na lewo.
Majówka to budowy czas.
El Czariusz
04.05.2025, 09:26
Car miał monopol, w sensie zadbał prawnie o to, by produkować wódkę i czerpać zyski z niej na carską wyłączność.
A za czasów jego (Aleksander II Romanow) już pito w Rosji na potęgę. Upadek I RP też naznaczony jest mocnym alkoholem. Okowita niemal całkowicie wyparła piwo i polskie "wino" czyli miody jeszcze w drugiej połowie XVIIIw.
euMNVyuqmwo
Polecam Listy z Rosji markiza de Custine`a, w których jawi się obraz imperium, który nie zmienił się do dziś niemal o jotę. Kraj z wbitym w geny wielopokoleniowym dziedzictwem z językiem przemocy, przekleństwami i lejącą się litrami wódką.
W 1862 Turgieniew wydaje Ojców i dzieci popularyzując nihilizm.
"...zniszczenie istniejących instytucji społecznych przez całkowitą negację władzy, wartości religijnych i moralnych. Zapuszczając korzenie wśród wykształconych Rosjan, nihilizm przerodził się w radykalną, destruktywną siłę działającą według zasady: Żądza zniszczenia jest żądzą kreatywną..."
21 lat później Aleksandra II, rzucona mu pod nogi bomba, rozerwała niemal na strzępy.
Dopiero po bolszewickiej rewolucji "zmarłemu 1 marca mężczyźnie" przypisano imię i nazwisko. Władze robiły wszystko, by trwale wymazać z historii Ignacego Hryniewieckiego.
Analogii do czasów współczesnych mnóstwo i to na wielu płaszczyznach.
Ale nie do końca o tym.
Zasadniczo już niebawem, otworzę przestrzeń nad jedną z nich pt.:
Gdzie są granice między dobrym a lepszym...
Tymczasem chwilowo zaspokoję ciekawość tych, którzy mnie zewsząd teraz pytają: Dariusz, jak ty masz na imię?
Zatem krótko.
Z okazji 50-lecia bytowania (mojego) roweru Ukraina (rocznik 1974) pod koniec marca zeszłego roku zabrałem go/ją (zapomniałem zapytać jak się utożsamia) w jego/ją podróż życia.
Przez Białoruś, Rosję, Kazachstan, Turkmenistan, Afganistan, Iran, ZEA, Arabię Saudyjską. Kuwejt, Irak, Iran, Azerbejdżan, Gruzję, Turcję, Grecję, Macedonię, Serbię, Węgry, Słowację wróciłem po 10 tygodniach tułaczki do domu.
Jak jechałem w 2018 Golfem 2 w Pamir, wydałem 1500zł na, paliwo, ubezpieczenie zdrowotne plus extra kasę na wizy (rosyjska, uzbecka i chyba TJK - już nie pamiętam).
Rok temu na wszystko (wszystko co do joty) wydałem 1500$. Takie założenie miałem i tylko tyle kasy zabrałem. Wróciłem z 20$ w kieszeni.
Oczywista tradycyjnie, w trybie lat 80tych. Toczka w toczkę jak w Pamir w 2013-tym ale jeszcze bardziej ortodoksyjnie. W sensie ograniczeń ale nie stricte rowerowych. Nie jestem w grupie, co to "wszystko musi na kołach". Gdyby tak było, to na bank bym jeszcze z wycieczki nie wrócił.
Jak zrealizuję misję, to coś tu dopiszę. Najpierw jednak muszę wywołać zdjęcia, które od roku leżą w lodówce. Jakoś nie mam... odwagi i o dziwo - potrzeby. Może teraz się zmobilizuję?
N1fCdIfb60c
Znaczy ogólnie taki rowerowy piechur jestem. Żadnych jednakowoż extremów. Na globusie PL od trzech lat realizuję zdobywanie rowerowo kulminacji mezo i mikroregionów. Te ostatnie, to w najbliższej okolicy.
Takie moje marzenie - wciągnąć w program moje wnuki. Wiadomo... To jeszcze trochę potrwa a ja przez te "trochę" muszę podtrzymywać formę.
Niewątpliwie moim sukcesem jest fakt, że to ja drapichrusty nauczyłem jeździć na rowerach.
Świetna trasa.
Szczerze zazdroszczę
[...]Oczywista tradycyjnie, w trybie lat 80tych. Toczka w toczkę jak w Pamir w 2013-tym ale jeszcze bardziej ortodoksyjnie. W sensie ograniczeń ale nie stricte rowerowych. Nie jestem w grupie, co to "wszystko musi na kołach". Gdyby tak było, to na bank bym jeszcze z wycieczki nie wrócił[...]
Pozwoli Pan, panie Darku, że podpytam.
Czym było podganiane - kupowanie czasu?
142541
Jak zwykle na poziomie.
EL dobrze że wóciłeś.
Prosze zostań tym razem na dłużej...
El Czariusz
04.05.2025, 13:39
PL - regio
Białoruś - kolej
Rosja/Kazachstan - kolej (Wołgograd -Beyneu)
Kazachstan/Turkmenistan - kolej (Aktau - Garabogaz TiR)
Garabogaz/Turkmenbasy - pierwszy raz rower
Turkmenistan - kolej (do Serhetabat)
Turkmenistan/AFG (Herat)/Iran - rower+stop
Iran - busy VIP, stop (jazda rowerem tylko po miejskich perłach Iranu)
ZEA - stop
KSA - busy, stop (Rijad - rządowa, darmowa wycieczka plus fanty od szejka)
Kuwejt - stop/TiR
Irak/Iran - stop (Kalar/Sulaymaniyah/Sananday 70% trasy rowerem)
Iran/Azerbejdżan - bus/stop
Azerbejdżan/Gruzja - kolej Baku/Tbilisi
Gruzja - kolej (do Batumi)
Gruzja/Turcja (do Kemalpasa - rower)
Turcja - bus/TiR (aż do Grecji, do Salonik)
Grecja/Bułgaria/Macedonia - TiR z przesiadkami do Sztip
Dalej już powtórka sprzed 13 lat, kiedy rowerem wracałem z Albanii do PL, czyli granice rower (całe Węgry rowerem, bo akurat bardzo korzystnie wiało), dalej koleją.
Na życie/jedzenie wydałem 130$, co do centa plus 20 jajek na twardo z domu plus karnet regio (na którym dojechałem do Terespola). Niestety zmarnował się jeden dzień, bo wjechałem do PL dwa dni za późno, choć bardzo się spieszyłem.
EL zmartwychwstał akurat w okolicy Wielkanocy. Przypadek? Nie sądzę. Teraz to ja mam bliżej niż Ci się wydaje.
Dziękuję za odpowiedż.
Całkiem niedaleko miejscówki ze zdjęcia było przetaczane:).
Ok 200km. (Baku)
El Czariusz
05.05.2025, 13:48
Prologos.
"Ten mój ostatni film 'Miś', w moim założeniu i Staszka Tyma był opowieścią o prawdzie i kłamstwie. To jest nie tyle opowieść o tym, jak jakiś działacz próbuje dostać paszport, tylko to jest opowieść o człowieku, który nie mówi słowa prawdy. Zresztą nie mówi tak samo prawdy ani razu jego partnerka, nie mówią jego koledzy i tak dalej, ale mistrzem kłamstwa jest on i dlatego wygrywa. Prawdę mówią tylko prostacy, którzy tam są przez nich wszystkich manipulowani i sterowani. I wydaje mi się, że po prostu śmiech służy mi jako łatwiejszy sposób dotarcia do ludzi. Ponieważ te moje filmy ogląda bardzo dużo widzów, no to myślę tak - na straty nikogo nie narażam, one przynosza zysk, czyli przedsiębiorstwo powinno byc ze mnie zadowolone. Ja mówię to, co myślę i wydaje mi się, że ludziom wskazuję na pewne niebezpieczeństwa, ostrzegam ich przed czymś, a że się przy tym bawią, to już trudno, to jest ten koszt który musimy zapłacić" - mówił na antenie Polskiego Radia reżyser Stanisław Bareja.
4 maja 1981 roku miała miejsce premiera filmu "Miś".
sy7frzq46bM
El Czariusz
05.05.2025, 16:20
Dziękuję za odpowiedż.
Całkiem niedaleko miejscówki ze zdjęcia było przetaczane:).
Ok 200km. (Baku)
Proszę uprzejmie.
Jeżeli chcesz dużo zobaczyć w stosunkowo krótkim czasie, to rower jest najbardziej budżetowym wynalazkiem.
Z perspektywy roku, dzisiaj zabrałbym ze sobą taniego gagatka na 26 calowych kołach. Jest łatwiejszy w transporcie i jeżeli nie masz ambicji tłuc się niemiłosiernie rowerem w temperaturach nieznośnych, to po co się tłuc...?
W ogóle, rower skojarzony z autem, to też fajny kompromis, zwłaszcza tam, gdzie autem jest trudno wjechać, z rożnych względów i jeszcze trudniej zaparkować. Tak więc my ze Strażnikiem Domowym np., w taki sposób sobie podróżujemy czy to po globusie PL czy jakimś innym. Strażnik jeździ na stalowym, 35-cio letnim Perszingu (razem sensownie ważą łącznie 70kg) a ja dosiadam coś z lat 90-tych.
Trip bliskowschodni powtórzę, bo mi się podobało ale z małymi wariacjami. Ukraina już swoje przeżyła więc sądzę..., że dobrym rozwiązaniem był by dla mnie...
Nomen omen, celem urozmaicenia razgawora, który zaraz potoczy się zakładanym rytmem (Podwórze), popiszę mini relację z przygotowań do blisko azjatyckiej wycieczki.
Nie wiem czy każden, ale zasadniczo każden aspirujący do miana podróżnik, powinien jakiś obraz wycieczki mieć. Mój obraz wycieczki był taki, że tam będzie albo fch... gorąco, albo zimno i gorąco. Może nie od razu amplitudy mongolskie ale te 40 st. w ciągu doby - możliwe jak najbardziej.
bardziej mi zatem odpowiadał drugi obrazek. W sensie będzie zimno (chwilami nawet bardzo) i będzie gorąco (chwilami nawet bardzo).
Klimat jaki mamy ów każden widzi. Globus płonie ale... mrozem też zaciąga jeszcze.
Przedstawiona wersja (ostateczna) w planach nie miała takiego finału. Te zmieniły okoliczności. Otóż wygrałem (po raz kolejny) zakład i nagrodą okazał się bilet na radzieckie pekape, z Moskwy do Duszanbe. O tym będzie jednakowoż później.
Zanim będzie, to miało być przez Armenię "tam". A w Armenii w lutym zimno jak... potrafi być.
Dlatemu mimo morsowania czekałem na jakieś dobre (zimne) warunki, by sprawdzić niektóre (nowe rozwiązania)i takie (warunki) nadarzyły się z początkiem stycznia 2024!
Przyteściłem się trochę zimowo, wykorzystując ładną pogodę.
Konkretnie testowałem tanią chińszczyznę (śpiwór i namiot). Test maksymalnie na lekko i przy założonym, minimum komfortu. Z tym minimum trochę przesadziłem, bo ledwie zmrużyłem oczęta.
W każdym razie miałem się przebić przez świeży opad śniegu (znaną mi dobrze trasą) sprawdzając przy tym zdolność aktualnego ogumienia Karbonary (wyjdzie dalej co to) do brnięcia w rzeczonym.
Wszystko po ciemnicy (takie było też założenie), znaczy w świetle kitajskiej czołówki, którą można by wbijać gwoździe. Kolejne dobre ćwiczenie, w sensie karku. Dobre wprowadzenie do przeciążeń rzeczonego, na ostrych, kaszubskich zakrętach. Jednym zdaniem; dobra zaliczka przed rozpoczęciem przygody z miniF1.
Od kilku m-cy rozglądałem się za jakąś tanią kurtką z bajerami typu: - że na wszystko. Oczywiście używaną. Cierpliwość się opłaciła, bo nie dość, że upolowałem ją gratis, to do tego we własnej szafie. Kurtka jest w stylu retro. Z nalotem blisko 30 lat - wróciła do łask.
https://i.ibb.co/1ttYpJ7g/64178d5661febcac8f5154f5b963e2fcd1ac4c89.jpg (https://ibb.co/cSSKpXkB)
O take kurtke się rozchodziło.
Namiot przykuł moja uwagę wymiarami. Najogólniej rzecz ujmując jest duży, przy tym stosunkowo lekki. Waży 2655gr.
https://i.ibb.co/wFsd0wbt/4cdd0b3682f122474ba42e074ee5ccc66e3a9832.jpg (https://ibb.co/zTJmn7Ld)
Po zakupie, w tajemnicy przed Strażnikiem Domowym został "rozbity" w salonie.
A tak się prezentuje na...
https://i.ibb.co/ccvCfbyq/31f3d1d4045471564a0e4cb7249bf5a6932ff1ac.jpg (https://ibb.co/bg32wH6t)
...podwórzu. Tym tytułowym i będzie o nim trochę.
W porównaniu do mego, obecnego "ultralajta", to jak Haga Sofia do cmentarnej kaplicy.
Zależało mi, by go w terenie rozbić w mrozie w klasycznym reżymie. Znaczy bez cudacznych fajerwerków i gadżetów, w sensie ultraciepłego klimatu kosmicznych goretexów itp.
Czyli: lekkie merino w dwóch warstwach, kurtka na klatę. Majty zwykłe i dżinsy na kończyny. Strój taki robi doskonale gdy jesteś rozgrzany.
Dlatego trasę do ogródka pokonałem tak, by się delikatnie spocić. Delikatnie!
Za kordłę robił chińczyk. 600gr gęsiego puchu 90/10 w wersji grande. Jest jeszcze wersja small. Grande powyżej 180cm, small do 180. Gdybym miał ocenić termikę grande... Hm... Oceniam na... prześcieradło+.
Nie tylko w zadanych warunkach, czyli temperatury -4st.
Ale... zaposiadywuję obie wersje i zamierzałem powtórzyć test z nimi na cebulę. Tym razem już ciut dalej od Przystanku Oliwa. Tego dnia miałem podjąć decyzję czy będzie to migracja na wschód czy na zachód.
W sumie tej nocy od zamarznięcia uratował mnie mój nieokiełznany hart ducha i... kapcie.
Takie filcowe botki. Wiecie..., noszą je seniorzy, opalający chatkę drewnem lub węglem. Znaczy kumulują ciepło w piecu dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Dlatego seniorzy z takim doświadczeniem trzymają formę. Po opał trza się postarać, narąbać, przynieść, rozpalić, wynieść popiół... Za dnia dogrzać stopy w filcach...
Otóż kupiłem takie i tej nocy użyłem. Bardzo dobry i niedrogi patent. Ubogacę je jeszcze o filcowe wkładki extra.
W rzeczonym zestawie dotrwałem do 6:53. Poczem zwijałem fanty na czas. Coś w stylu młodzieży radzieckiej składającej, rozłożonego wcześniej na drobne kałacha. Tu po raz kolejny nieskromnie dodam, że onegdaj czynność rzeczoną wykonywałem w iście ekspresowym tempie, bijąc rekord jednostki wojskowej, do której mnie akurat wyrzucono z poprzedniej.
W podsumowaniu ostatecznym dodam, że test mój nie mógł być zaliczony (z czystym sumieniem), bo ponieważ wieczorem nie było ogniska i poboru obowiązkowych (dla zaliczenia) witamin a rano (obowiązkowo parzonej nad ogniem) kawy ze śmietaną z kartonika 500ml.
Zamierzałem się poprawić wycieczką sobotnio/niedzielną.
https://i.ibb.co/cSVHMh5j/1c8ab2e8d7ea696aaaf1cd157ff52bfd5c2933a7.jpg (https://ibb.co/LXHWbdw3)
Tymczasem tak sobie mrużyłem oczęta przez noc całą.
O ile w pierwszym noclegu bardziej mrużyłem oczęta, to komfort stóp zapewnił mi mój osobisty wynalazek (w kontekście zastosowania):
https://i.ibb.co/xqDVNP5d/IMG-20240105-223631.jpg (https://ibb.co/jkT7SB4s)
O to on na testach.
Ostatni biwak tylko potwierdził wybór i potencjalne zastosowanie. Byłem bardziej, niż zadowolony, ów dostarczył mi mnóstwo wrażeń. Do tego stopnia, że z wrażenia nic nie... zjadłem.
A byłem do spożywania konkretnie przygotowany. 6 jaj na lekko twardo plus żółty ser. Co do napojów zamierzałem zrobić mały wyjątek. Zakupić po drodze czteropak i wypić zdrowie Cichego z okazji jego urodzin. O nim zawsze pamiętam, bo urodził się tuż przede mną i do tego w Trzech a dla lidera polskiej przedsiębiorczości w sześciu Króli.
Powinniśmy razem świętować w Portugalii, gdzie dość licznie wybrała się moja ekipa ale tym razem ferie zimowe Strażnika Domowego nie były po drodze, więc mi została Wieprza.
Nie bez kozery wspominam przedsiębiorczego autora nowego znaczenia tego święta, ponieważ jak bym miał jakoś szczególnie nazwać mój zimowy wypad, nazwał bym go kartonowym.
Kartonowym, jak te państwo, w którym przyszło mi utrzymywać, poza sobą. Jakąś formą cudu jest fakt, że dajemy radę w tym otoczeniu przetrwać zachowując pogodę ducha, która jednak ze mnie - jak widać, powoli uchodzi.
Ale do celu...
El Czariusz
05.05.2025, 17:37
Jadę i czytam Cegielskiego. To gruba książka. Owszem, można siedzieć nosem w smartfonie, jak wszyscy wokoło. Skąd akurat ta pozycja? Ano to jedna z nielicznych pozycji (dotyczących Grąbczewskiego), których poza tymi, co tkwią w archiwach za granicą, nie przeczytałem. Na tej swego czasu utknąłem, bo zasadniczo ona nic nie wnosi do tematu, który mnie bardzo żywo interesował. Utknąłem gdzieś w 1/3 i... książkę posiałem. Tak, że ten dla kronikarskiego obowiązku kupiłem raz jeszcze i... ponownie utknąłem.
Nie wiem, czy doczytam.
https://i.ibb.co/HLjLhBXV/56a7b9d5eee612405d856ab4adeb05c053b96ced.jpg (https://ibb.co/hxSxYLCy)
Do Słupska ładuję telefon na maksa i kitajską, tanią czołówkę, tą którą można spokojnie wbijać gwoździe i trenując kark. Ta, to już na bank przeczy estetom backpackingu. przeczy, jak sposób pakowania roweru.
Może Graphia rozpozna model? To karbonowy giant cadex HCM 3 z 1993r. rama 23 (taka lezy mi najlepiej ze względu na długie kończyny). Niemal w pełnym oryginale. Kupiłem go od pierwszego właściciela. Przeleżał/powisiał w garażu kupę lat. Nieoryginalny jest widelec, miał być "lepszy", bardziej miękki od oryginału, tyle potrafił powiedzieć właściciel, z którym umówiłem się na odbiór roweru na dworcu pkp w... Szczecinie.
Podjechał porsze kajenem, zapłaciłem 600zł, przybiliśmy sobie piątkę i pan odjechał. Uprzedził mnie jeszcze przed zakupem, że w przednim kole jest flak (pewnie przebite) i że rower na pewno jest już po... gwarancji.
Napompowałem gumę i... trzyma do dziś.
Dzisiaj to jeden z moich ulubionych rowerów. Jeden z faworytów na powtórkę ekspedycji. Na pełnym XT, bez regulacji wszystko chodzi płynnie, jak przy kupnie nowego roweru, wcześniej pod ciebie przeserwisowanego.
Wysiadam w Korzybiu parę minut po 20-tej. Wszystko więc zgodnie z planem.
Tu mam zrobić zaopatrzenie w urodzinowy napój. Niespodzianka... Mamy przecież Trzech Króli. Dopytuję napotkaną młodzież. Ta odsyła mnie do marketu przy dworcu. Znam ten market ale tego dnia zamknięty o 17-tej. Hm...
Browar nie jest warunkiem a`priori. Mogę zagrzać mały zapas herbaty, z sokiem malinowym, imbirem, kurkumą i pieprzem. Alko nie spożywam już od ponad m-ca, bo jestem w programie przygotowawczym, którego celem - usprawnienie mojego jestestwa do poziomu sprzed 28 lat dokładnie. To ciut więcej wymagań niźli jakie postawiłem sobie z końcem 2017-tego, przygotowując się do wyprawy Szlakiem Grąbczewskiego.
Wymaga to ode mnie konsekwencji/dyscypliny. Przede mną trochę zmagań ale... nie o tym.
Nie będzie browaru, to nie będzie ale... może być w Żabce w Kępicach:)
Do obozowiska mam 5km.
To, co mnie zaskakuje na dzień dobry, to pogoda do testu. Na całej trasie termometr "pociągowy" (do Słupska) wskazywał na zewnątrz temp. w okolicach zera (w Gdańsku bodaj -4). W Korzybiu było już lepiej.
Drugie zaskoczenie, to mała pokrywa śnieżna. Jakiś centymetr, może dwa w porywach. Jadąc gruntową, leśną droga na miejsce czuć, że mróz dopiero co zawitał w okolice. Kałuże były już ścięte ale powierzchownie. Sporo tu lało ostatnio i trzeba trochę uważać na liczne, zamarznięte dołki. Załamują się one pod rowerem i można fiknąć orła przez beret. Staram się je omijać, jadąc dość żwawym tempem. Pierwsze - muszę trafić w miejsce.
Mam swój znak rozpoznawczy.
https://i.ibb.co/tPcJbHMq/IMG-20240106-203619.jpg (https://ibb.co/zHb4SmhX)
Tuż zanim (jadąc od Korzybia) muszę trafić w przesiekę.
Nie trafiam. Zima mimo wszystko zmienia "krajobraz" i sama natura leśna również.
https://i.ibb.co/Q7QW51M2/IMG-20240106-204153.jpg (https://ibb.co/TD2QCFtV)
Muszę się kawałek przebijać przez chaszcze. Jakoś zupełnie nie przeszkadza to karimacie i namiotowi na kierownicy. Piszę to z małym sarkazmem, bo bakpackingowi ortodoksi takiej estetyki nie akceptują.
Kontroluję jeszcze wskazanie lokalizacji mej na mapy.cz i mam z jakie 300m do celu.
W końcu przepycham się na "moją łąkę" i dość sprawnie się rozbijam.
https://i.ibb.co/bZFkZRR/IMG-20240106-212126.jpg (https://ibb.co/J4q94FF)
21:26 opuszczam majdan i na lekko z pustym plecaczkiem grzeję do Kępic. W Kępicach jest Żabka. Nie wiem, do której otwarta. jak będzie otwarta, to będzie piwo. Jak nie, to 10km przejażdżki będzie estetycznym doznaniem, bo klimat jest super. Temperatura powoli spada ale nie czuję żadnego dyskomfortu.
https://i.ibb.co/v4B0vk9c/IMG-20240106-215140.jpg (https://ibb.co/236GYdJF)
Mam farta. Na 9 minut przed zamknięciem sklepu, w plecaku mam już czteropak kasztelana i...czekoladę. jak świętować urodziny kumpla, to na bogato.
Jednakowoż zapominam z tej radości o najważniejszym niejako... ale wyjdzie w praniu.
O 22:17 wysyłam ekipie foto...
https://i.ibb.co/Q317L0JH/IMG-20240106-221728.jpg (https://ibb.co/v6KCp9cd)
...i żartobliwe hasło: rozpoczynam walkę o ogień...
Cdn.
El Czariusz
05.05.2025, 18:01
Jeszcze przed wyjazdem nastrugałem sobie trochę szczapek a`la wióry, by sprawniej rozpalić ognisko. Proforma wziąłem ponad połowę rolki papieru toaletowego w razie W. Strażnikowi zwinąłem ponoć pełną zapalniczkę a po drodze miałem kupić zapałki. I o tych zapałkach przy okazji zakupów w Żabce, zapomniałem.
Zadanie stawiam sobie proste: najpierw rozpalić ogień, potem świętować niepasteryzowanym kasztelanem.
Przygotowałem wstępnie palenisko do walki, mając spore zaplecze połamanych, konkretnych konarów sosny. Znawcy surwiwalu wiedzą (i ja też), że sosna w hierarchii jest na końcu rozpalania czegokolwiek w takich warunkach ale kiedy wokoło monokultura sosny, to nie masz wyboru.
Byłem pewien, że po kwadransie będę już ochoczo nucił: płonie ognisko w lesie itd.
No więc z całego, poprzedzającego zdania złożonego wycinam: Byłem... i zostawiam kropki.
Po godzinie nieustającej walki (o ogień), cały czas nie otwieram piwa. Godzina wystarczyła, by:
- zużyć papier toaletowy do sumy krytycznej,
- w wyniku mrozu rozprężyć, w konsekwencji zużyć cały gaz w zapalniczce.
Z nierozpalonym ogniskiem zostałem jak Himilsbach z angielskim. Na szczęście miałem browar ale jak tu tak sączyć po ciemaku, kiedy o stan aku czołówki też trzeba zadbać. W sensie trochę oszczędzać na gorsze czasy. Tym niemniej otworzyłem pierwsze, bez jakiegoś szczególnego entuzjazmu. Przy okazji zdałem sobie sprawę, że lekko zamokły mi rękawiczki od ciągłego klęczenia na nich przy rozpalaniu ogniska.
Oczywista mogłem spróbować poszukać jakiegoś korzenia sosnowego, by dostać się do bardziej suchego materiału lub nasączonego żywicą ale to nie Sylwester, kiedy północ, to środek zabawy.
No więc co...? Kończę bez entuzjazmu browara, otwierając kolejnego, na które entuzjazmu do spożycia już nie mam. Otwarte piwo z pozostałymi dwoma zabieram w bezpośrednią okolicę namiotu, by finalnie je schować do tegoż, celem uniknięcia ich zamarznięcia.
I tu nachodzi mnie z nagła refleksja...
A jak ja jutro rano zagotuję sobie kawę...? To jest równie ekscytująca dla mnie czynność (obowiązkowa wręcz) jak wieczorne, spożywanie przy strzelającym ognisku złocistego napoju.
Kurwa mać... wyrywa mnie się z ust i niesie po okolicy miast echa płonącego ogniska w szumiących kniejach. A może jeszcze jedna próba rozpalenia?
Ogrzewam zapalniczkę w dłoniach, kiedy widzę nahle małe poruszenie na polanie. Co to jest...? Z ciemnej, poruszającej się powoli w moim kierunku "masy" na czoło wybija się kosmata, zwierzęca postać...
Oczom nie nie wierzę... Cztery..., nie... pięć bobrów! W świetle czołówki przystanęły, tylko ten bardziej śmiały zbliżył się nieco bardziej i mruknął:
- El... taka prośba... daj już sobie na dzisiaj spokój. Niech już tylko szumią knieje a ty idź spać. Ok...?
Ok... Nie wypada gospodarzowi afront robić, kiedy kulturalnie i logicznie prosi.
Wracam do namiotu i szykuję się do spania. Zdejmuję buty, zakładam kapcie, browary wstawiam do namiotu. Śpiwory mam dwa. Mniejszy wsunięty w większy, trochę gimnastyki, by na wstępie ich wnętrza nie wychłodzić. Wiercę się nieporadnie, bo idę spać w całym opakowaniu, łącznie z kurtką. Wspominałem o tym wcześniej, że nie umiem spać w mumii. Zasadniczo to cieszę się, kiedy plecy jeszcze lądują na śpiworze a wyżej to już bardziej kołdra.
W trakcie drugiej nocy wstępnych testów wypraktykowałem takie ułożenie kitajców względem siebie, że praktycznie jestem cały w nich schowany poza głową. I to jest kolejny plus.
Tymczasem...
Już ładnie wymoszczony w pierzu, czuję na lewym przedramieniu i w okolicy lewego pośladka chłód. Próbuję się poprawić, chwytam za większy śpiwór i... znowu nie wierzę... tym razem czuciu mojemu... Śpiwór mokry! Podrywam się i trafiam ręką na leżącą puszkę, z której sączy się resztka płynu...
Kurwa mać (po raz drugi)! Ty debilu... Nie do bobra, tylko do siebie mówię... Ale już tak z humorem, bo nie ma co płakać nad rozlanym piwem.
Jak to dobrze, że wziąłem ze sobą ręcznik spodziewając się kąpieli w Wieprzy. Wyciągam go spod głowy i staram się szybko zebrać, co się da. Piwo rozlało się na karimatę i pomiędzy śpiwory. Prawie pół litra cieczy. Mniejszy śpiwór od środka suchy. Problem tyczy się na szczęście tylko 1/3 obu, od strony głowy i bardziej większego.
Jakoś udaje mi się to wszystko "opanować". W sumie jestem doskonale przygotowany do tego biwaku. Pod dżinsami cienkie kalesonki z merino, na stopach filcowe botki. Od pasa w dół ciepło. Naprawdę komfortowo. Góra też nie najgorzej w sumie. Ciepło w stopy i głowę, gwarantuje mi wyjściowy komfort. Wilgotne rękawice wkładam za pazuchę z nadzieją, że przez noc podeschną.
Biorę ostatni łyk z upadłej puszki, bo szkoda. Wystawiam pustą na zewnątrz.
Niestety w nocy muszę się raz wygramolić do sikania (nie zadbałem o odpowiedni do tego pet), drugi raz nad ranem. Poza tym nie było źle, skoro...
https://i.ibb.co/LDxVKbm6/IMG-20240107-102400.jpg (https://ibb.co/35pgKG2W)
...obudziłem się ze spuchniętymi oczami o...10:20. Taka sytuacja;)
Spuchnięte oczy, to u mnie oznaka wyspania.
El Czariusz
05.05.2025, 22:44
Nie chiołech...
Epq1MQxSTfU
Wyjątkowo ubezpieczyłem się bielizną merino na dolne członki, by lepiej znosić w mrozie jazdę na rowerze a przedpołudnie nad Wieprzą przywitało mnie bardzo rześko. Mrozek był niezły, bo w drodze do Żabki ręce mi w wilgotnych rękawiczkach zamarzły.
Wpadam więc do sklepu i kupuję dwie zapalniczki, znowu zapominając o zapałkach.
- Czy ma pani jakiś wolny karton?
Niestety...
- Szkoda.
A do czego panu?
- Na rozpałkę.
Aaaa... To pójdzie pan za sklep i sobie do woli wybierze.
https://i.ibb.co/HpdtN9tt/IMG-20240107-110536.jpg (https://ibb.co/bRJsHGss)
Kartonowy raj! Do tego elegancko spakowany.
Chwytam jeden worek i od razu w człowieka duch nadziei wstąpił! Pal sześć, że w lesie...
https://i.ibb.co/ZpKpnNHx/IMG-20240107-112423.jpg (https://ibb.co/hJHJPCXV)
...zaliczyłem spektakularną glebę.
https://i.ibb.co/Q7n2wWFG/IMG-20240107-113250.jpg (https://ibb.co/wZC9mnN1)
Za dnia nie mam żadnych problemów ze znalezieniem przesieki. Raz, że drogowskaz...
...dwa...
https://i.ibb.co/Xr9rxPL6/IMG-20240107-113308.jpg (https://ibb.co/ksps2TBz)
...wyraźne ślady opon.
Patrząc za dnia na powyższy obrazek, trudno nieobeznanemu było ten ten zarośnięty "wjazd" odnaleźć i w sumie o to chodzi.
No to co...? Walka o ogień...?
Ja pier...papier... Po dwóch godzinach na kolanach, mając dostęp do paliwa za cholerę nie jestem wstanie rozpalić ogniska... W końcu rzucam kolejne: kurwa mać, w eter i podejmuje jedyną słuszną decyzję. Zagrzać wodę razem z kawą tylko na kartonowym paliwie, nie bawiąc się w rozpalanie dalej.
Zawilgotniała i zmrożona sosna, to najgorszy materiał. Mogłem nałamać trochę liściastych ale szkoda mi było niszczyć pojedyncze, dęby rosnące tu i ówdzie czy leszczynę. Mogłem pomaszerować do namiastki bobrowej tamy ale...
https://i.ibb.co/PsKjsgPW/IMG-20240107-133633.jpg (https://ibb.co/mrkTr42y)
...kiedy już w końcu usta zatopiłem w kawie zalanej śmietaną, pojawili się znani już nam gospodarze. Przycupnęli nieopodal i rechotają jak żaby...
- El... taki z ciebie surwiwalowiec, jak z łosia dupy kaloryfer.
I dalej tarzają się ze śmiechu...
- Tak...? To zdejmij futro i wskakuj do Wieprzy - jeden z drugim, mądrale!
Śmiech ucichł, jak płetwą bobra odjął.
Myślę sobie... Żadnych sukcesów na tym wyjeździe... Same porażki... Kąpiel już dawno wybiłem sobie z czajnika ale... PKP mam o 15:33... Jeżeli nie ma jeszcze 14-tej, to pokażę bobrom, gdzie łosie zimują. Na cyferblacie mego 70-cio letniego szwajcara 13:50...
- Patrzajcie bobry! Żeby to się tylko raz żyło?!
Idę po ręcznik najpierw...
https://i.ibb.co/v6H6cGkN/IMG-20240107-134502.jpg (https://ibb.co/PvNvrng2)
...i stawiam go przy "ognisku" bo zesztywniał deczko z uwięzionym browarem. Śpiwory już wcześniej wystawiłem na światło dzienne, celem sublimacji kasztelana.
5 minut później schodzę urwiskiem do rzeki i kilkukrotnie zanurzam się po szyję. Bobrom paszcze poopadały.
Wychodzę na brzeg...
https://i.ibb.co/C5Tz2yJH/IMG-20240107-135721.jpg (https://ibb.co/99CNt0wr)
...wycieram się zesztywniałym ręcznikiem.
Pewnie bardziej skuteczny byłby karton ale już spalony do zera.
https://i.ibb.co/bMyhbhpK/IMG-20240107-140517.jpg (https://ibb.co/G41wHwg5)
Pierwsze, co zrobiłem, to wskoczyłem w filcowe botki. Potem się ubrałem. Podszedł do mnie najstarszy bóbr.
- Elwoodzie... Polana jest twoja. Będziesz tu zawsze mile widzianym gościem.
Odczuwam satysfakcję. Zmiana nastroju na mocno pozytywny. Produkcja endorfin, dopamina...
Musze się jednak zbierać, by zdążyć na pociąg. Program wycieczki uważam za wypełniony.
Najeździłem się, co prawda koncertowo ale co tam...
Zanim zwinę nieestetycznie namiot...
https://i.ibb.co/Z1VntBB7/IMG-20240107-135133.jpg (https://ibb.co/JFKf0vvg)
...wytrzepuję zamarznięte resztki kasztelana.
Jeszcze dwa ujęcia...
https://i.ibb.co/zTPj5MxT/IMG-20240107-140555.jpg (https://ibb.co/fzrBSgFz)
https://i.ibb.co/cSnnH0v6/IMG-20240107-140643.jpg (https://ibb.co/DH22yhb9)
Zmiana "obuwia"...
https://i.ibb.co/fGzMmkF8/IMG-20240107-140807.jpg (https://ibb.co/Qj39sPQ8)
...i...
Szybkie foto dla Jurka...
https://i.ibb.co/wTFM5bb/IMG-20240107-145200.jpg (https://ibb.co/TZxm9nn)
...by rozwiać wątpliwości, czy ciągnie od gruntu.
Jak widać nie ciągnie. Na zewnątrz jest "teraz" około -7/-8st. Pod tyłkiem temp. dodatnia.
Lukam ostatni raz na szwajcara i dostaję przyspieszenia. Mam równo 30 minut do pociągu. 5km przed sobą, z czego 300m pchania przez las, następnie 2km do asfaltu i 2,2km do dworca na skróty przez tory i 37m przewyższenia (co teraz sobie dokładnie sprawdziłem).
Szybciej byłoby w odwrotnym kierunku. Do tego jestem extra obciążony:
- workiem foliowym po kartonach + dwie puste puszki,
- dwie pełne puszki piwa,
- czekolada,
- dwie niepełne zapalniczki.
Na delikatny minus spalony tłuszcz z jestestwa ale ten ubytek równoważy uwięziona wilgoć w ręczniku, który skostniał na amen.
Normalnie byłby to już koniec wycieczki ale...
...była walka o ogień...?
Była ale z buta zaliczyć jeszcze blisko 10km, to ja nie planowałem...
Zatem...
El Czariusz
06.05.2025, 07:38
Zatem...
IbSUE4O_rR8
...zapomniałem o pomarańczy, którą wziąłem a również nie zjadłem.
Przed Kępicami jest długi podjazd (długi w sensie do trasy). Cisnę i nie martwię się, że mogę się spocić jak szczur, bo w pociągu, nawet nieogrzewanym to już pikuś.
Lukam na zegarek na kulminacji i mam jeszcze 7 minut. No kozak jestem! Teraz już z górki. Finalnie jeszcze podjazd pod sam dworzec ale wiem, że będę dymał przez tory, bo zaoszczędzę w ten sposób 500m.
Jeszcze tylko ten kundel tylko, co mnie dwa razy atakował, zawzięcie próbując złapać mnie przynajmniej za buta. Za drugim razem tym butem oberwał, więc... go nie ma.
Wpadam na tory, ludzie na peronie więc jest ok. 15:31. Kurde... Świetny czas! Lukam jeszcze przezornie na odjazdy. No i... tradycyjnie pomyliłem czas... Ale... wyjątkowo tym razem na plus! Znaczy odjazd do Słupska o 15:42. Uśmiecham się do siebie sam. Oby tak zawsze od teraz:)
Pół godziny później.
https://i.ibb.co/Kp4KQVvz/IMG-20240107-160142.jpg (https://ibb.co/S4Yf1VC7)
Dla inwalidów... Czyli dla mnie poniekąd.
Jestem już na dworcu sam. Wszyscy udali się do kebabu, to ta oświetlona wystawa w tle na zdjęciu.
Ja jestem twardy.
https://i.ibb.co/b5V4J66M/IMG-20240107-153722.jpg (https://ibb.co/hFNGfggJ)
Jestem przyjezdny ale nie wymiękam.
Półtorej godziny później...
https://i.ibb.co/21VqkQkm/IMG-20240107-165920.jpg (https://ibb.co/FLZ6DMDN)
Dla podwójnych inwalidów... Bo mnie przecież jest dwóch.
https://i.ibb.co/fzPL9Xxg/IMG-20240107-163836.jpg (https://ibb.co/jP1sz8rN)
Od godziny jestem "w drodze", wydeptując wydeptując w szybkim tempie swój szlaczek.
Przy okazji wpadam na trop.
Dwie godziny później ostatni raz...
https://i.ibb.co/N2j98ZFZ/IMG-20240107-172224.jpg (https://ibb.co/8g5rW6m6)
...zawracam.
Wyliczyłem, że przedreptałem w ten sposób około 10km, w temperaturze -10.
https://i.ibb.co/pBQsXsP5/IMG-20240107-173439.jpg (https://ibb.co/v6hrzrBR)
Do Słupska jadę i...
...zdaję sobie dopiero teraz sprawę, jak jestem uwędzony. Na szczęście nikomu to nie przeszkadza. Ba... nawet zainteresowanie mój nieestetyczny rower wzbudza. Pewnikiem jednak u ludzi, którzy w dupie mają estetykę. Zwłaszcza ci starsi się uśmiechają i jakoś tak trwamy wspólnie w tym pozytywnym grymasie.
W Słupsku nawet długo nie czekam. Przysługuje mi "prawo IC", więc korzystam. Na rzeczony IC do Olsztyna (opóźniony tylko 10 minut) czekam niecałe pół godziny co wydaje się pierdnięciem muchy w huraganie czasu, którzy ludzie spędzają w mrozach na dworcach z powodu akceptacji kartonowego państwa.
"Mój" IC na szczęście prowadzi wagon rowerowy, bo inaczej musiałbym czekać na kolejny albo się nie doczekać.
https://i.ibb.co/v4dxT81M/IMG-20240107-192439.jpg (https://ibb.co/QvHFTG9x)
https://i.ibb.co/vvqFGbF2/IMG-20240107-195528.jpg (https://ibb.co/JFt14N1X)
Kwadrans później zrzucam z siebie skorupki cebuli, zostawiam dwie na torsie. Lukam na wskaźnik temperatury w korytarzu. Pokazuje 13,5 st. Idę włączyć kocioł (robimy to manualnie, mimo programatora i takich tam) ale z salonu odzywa się Strażnik Domowy:
- Wyłącz... jest ciepło.
Zegar bije na 20.30...
https://i.ibb.co/DDzjGNhM/IMG-20240107-220739.jpg (https://ibb.co/TBYNKZ60)
Nie paczajcie na datę i godzinę. Programator jest zresetowany. Ręcznie odpalamy kocioł. Kocioł piszę dla Bikera, który go montował. Normalnie piec odpalamy:)
I to tyle akurat z tych zimowych przygotowań.
Przy okazji kulminacji lub solo objeżdżam również większe cieki wodne, na razie na północy globusa PL, typu Brda Słupia, Wieprza, Łeba, Reda czy Łyna, Narew z dopływami itp. Ogólna zasada - jak najbliżej nurtu, najlepiej ścieżkami dla zwierząt.
Jazdy jest na wiele lat. Sporo już za mną, ogrom przede mną. Wszystkie "w moim, specyficznym stylu", jednym słowem kawał, nikomu niepotrzebnej roboty.
Tymczasem powoli zmierzam ku tematowi głównemu i jemu będę coraz więcej czasu poświęcał, bo czas mnie goni.
El Czariusz
06.05.2025, 16:36
"Kocioł piszę dla Bikera, co go montował".
Łączy mnie z Bikerem, jak on to mówi - szorstka przyjaźń.
Z Fazikiem mniej szorstka ale jednak. Ja jestem prosty chłopak. Lubię salceson np. a Fazik mi tego salcesonu broni. W sensie salceson jest a on broni salcesonu, dopiero potem mnie. Jak go (Fazika) przechytrzę, to wyjem cały (salceson) ale potem karczemna awantura. Wypiję Fazikowi całe piwo... Nic. Nie zauważy, doniesie w uniesieniu ale salceson?!
To ja nauczyłem Fazika jeść salceson. To są fakty a on mnie prądem...Prądem, jak mu wyjadam salceson. W związku bez związku miałem być w "Białej" we wrześniu. Wiozłem na plecach przez Kotlinę Kłodzką tę masakryczna powódź. Wracałem z Czech ze szkolenia i była taka opcja. Niestety... Przyszedł od Mario sms - a salceson masz? Do tego fotka "uśmiechniętego" Fazika...
Ja to zawzięty jestem.
Pozdrawiam tym samym byłego komunistę Jędrusa (tego od koszulek) i Siwego. Obaj/oboje chcieli onegdaj mojego usunięcia z FAT. Tylko dlatego, że po prostu nie znali mnie osobiście. Po poznaniu, Jędrus porzucił komunizm... Zasadniczo porzucił wszystko, łącznie z robieniem koszulek a Siwy... Posiwiał jeszcze bardziej. Gdyby mnie poznali wcześniej, mógłbym już nie żyć.
Marek bez buta... Ten 007 (z Podlasia też)... Pojechaliśmy we dwójkę na Białoruś. Ale zanim, Marek przyjechał na swojej upadłej arfyce do mnie. Nigdy nie zapomnimy tej daty. W ten weekend Kwiatkowski został mistrzem świata i właścicielem tęczowej koszulki. Zanim to się wszystko stało Strażnik Domowy pierwszy raz w życiu zrobiła pieczoną karkówkę, nie żałując świńskiego materiału. Marek zostawił tylko kilka kostek. Byłby zwykłym prostakiem ale... przyjechał na afryce z Białego z kwiatem i czekoladą. Dla Strażnika oczywiście i jest do dzisiaj jednym z tych, który swoją kulturą pozyskał serce Strażnika, a to jak wygrać na loterii.
Dżony... Cwaniak już wiedział, jak się zachować. Przyjechał ze świeżo zerwanym słonecznikiem (z jakiegoś ogrodu po drodze) i jeszcze przywiózł... stolik kawowy. Ten się ustawił już u Strażnika na amen.
Mogą z Markiem bez buta przyjechać do nas, opić się alkoholem (którego Strażnik Domowy nie znosi, w sensie spożywania przez otoczenie) a i tak winnym zostanę ja.
Redrobo... Nauczyłem tego młodego chłopaka wszystkiego. Wszystkiego, czego nie umiał do tej pory. Czyli np. mnie słuchać. To jest trudne, to jest prawdziwa sztuka. Kiedyś złapałem go na sztuce słuchania... Zasnął na stojąco. Mistrz.
To on mnie wyprawił na ostatnią wycieczkę. Pierwotnie miałem jechać Redzisławem czyli rowerem, do zakupu którego namówił mnie Redzik...
Nawet umówiliśmy się na serwis przedwyjazdowy. W sensie przeglądu/wymiany oleju w przednim zawieszeniu Redzisława o nazwie Rok Szok Coś Tam.
Niestety, zajechałem do Redzika Ukrainą.
- Gamoniu (pieszczotliwie do mnie, by mnie nie wk...), gdzie masz amora?
Ukrainą jadę.
- Ale amor mogłeś wziąć.
Wziąłem rozrusznik do Golfa.
Bo jak wiadomo (lub nie) Kraszanek, brat Redzika dłubie w tych sprzętach znakomicie. Obejrzał rozrusznik i stwierdził:
- Fajny, oryginalny. Widać niedotykany.
I... mi oddał.
Dlatego rok później byłem bardziej cwany i alternator od Golfa mu wysłałem.
Kraszanka poznałem na jednej z naszych, wspólnych wypraw rowerowych. On akurat przyjechał motocyklielem, bo wiedział, że wycieczki rowerowe ze mną, to wyższy level. To są ZAWSZE wyprawy.
Najwięcej liter poświęciłem Redzikowi ale to tylko dlatego, że jemu przekazujemy z Fazikiem - kierownictwo nad Biurem Turystyki Nieodpowiedzialnej. Młody jest, ale wie, gdzie kurze zetrzeć i takie tam. Jeszcze nie wierzy w Boga ale wszystko przed nim. Ja zdziadziałem, Fazik się totalnie zepsuł/zepsół... Dom buduje w NRD i chyba wszystko jasne. W sensie byki. Umaszczenie jasnoszare. Znaczy, o ile się znam na kolorach, to prawie białe a białe jest jasne.
P.S.
Faziku, matury dzisiaj z matematyki. Słyszę w trójce, że podobno najłatwiejsza matura...
Nie dziwię się. Pamiętasz, jak kilka ładnych lat temu wysłałeś mi zadania, które wziąłem za "egzamin do liceum nowego" wg (wtedy) podziału pani pseudo minister Zalewskiej?
No... musiałem przyklęknąć i ładnych kilka godzin potrzebowałem na rozwiązanie tychże... Ty się śmiałeś do rozpuku, jaki ze mnie nieuk. Tylko... to były zadania maturalne. Jak mi wyjaśniłeś zagadnienie, byłem w szoku.
Fazikowi zawdzięczam dużo. Np. murowanie komina. Wszystko da się zjebać. Ja ten proces zjebałem. Żebym cały murował... Ja zjebałem murowanie komina na odcinku ledwie 1,5m. Fazik z Lupim byli wtedy zajęci ważniejszymi tematami. "Ciągnęli" instalacje wodną i kanalizacyjną na tym mieszkaniu, od którego zacząłem relację.
Aaaa... Lupi.
Lupus to... dostałem rabat na usługę w wysokości 50% robocizny jego.
Byłem zdegustowany, bo ja za darmo pisałem mu jego powrót z Afryki 2, który na tym forum cieszył się mega zainteresowaniem. Do tego stopnia cieszył, że Lupi mówi do mnie:
- El, opowiadaj. Opowiadaj za mnie. Cokolwiek napiszesz, to i tak będzie bardziej prawdopodobne od tego, co każdy chciałby przeżyć.
Tak naprawdę wszystkich, tych nielicznych moich kumpli/przyjaciół zbliżył nas do siebie... remont Przystanku Oliwa.
Porwałem się na coś, co dzisiaj wydaje mi się nierealne dla mnie. Około 80% prac wykonałem sam. Od murowania komina, przez tynki, po instalację elektryczną i chuj wie, co jeszcze.
Trwało to... trzy lata. Gdzieś tam po drodze psycha klękała nie co, czego objawem był ten początkowy tekst o schizofrenii bezobjawowej czerpany z mego bloga;
http://renowacjaposadzek.pl/blog/
Mam na nim mnóstwo niepublicznych tekstów, które są trudne dzisiaj do zaakceptowania. Są ukryte dla "publiczności" moje najlepsze wyrypy.
Będzie jeszcze o tym, w sensie o nich. Zwłaszcza top 1. Mój bezwzględny TOP 1. Jak mnie administracja po drodze do tej wyrypy nie usunie, to ją na finał opublikuję.
Jest znany Cizia Zike - bardzo polecam jego lekturę, podobnie jak Koperskiego. Obu im zarzucano wiele (temu drugiemu bardziej słusznie) w kontekście konfabulacji itp. ale... Obu charakteryzowała jedna cecha. Dla mnie kluczowa.
CIEKAWOŚĆ ŚWIATA.
Rozwinę temat ale tymczasem, wygłoszę taką małą pochwałę dla Fazika.
W moim bezpośrednim otoczeniu znam trzech geniuszy (bliżej, bo jest ich więcej). Po kolei: Pastor, Fazik, Biker.
Z pierwszym i trzecim dysponuję zdjęciami. Ze środkowym - filmami, będącymi bezpośrednim dokumentem.
Z tym środkowym czuję się znakomicie na wyrypach. W codziennym życiu, po akcji z salcesonem, już tylko na wyrypach. Wtedy się kryguje i udaje, że mnie lubi. Ale... mi to w zupełności wystarcza. Po cholerę mi zajebisty kumpel krytykant?
Zatem, prezentuję wam geniusz Fazika pierwszy.
Miejsce akcji: lotnisko.
Otoczenie: Tadżykistan.
Bezpośrednie otoczenie: lotnisko wojskowe*.
*Lotnisko, na którym nie masz szans na...**
**No chyba, że jesteś...
PO_QtfMnWfk
Kierwa, jedna z moich traum w zyciu. Zezarl mi cały salceson za 25 ojro na którego miałem smaka. Kto by się nie wkurwił??? Zanim posmarujesz pajdę chleba , widzisz jak ostatni kawałek salcesonu znika. I jeszcze chwali jaki dobry!!! Bezpieczniki 63A mi przepaliło w chwilę i 3 momenty.
Zamiast kupić wodę w ostatnim sklepie przed zadupiem w tadzyku, przyniósł torbę cukierków , bo niby wody nie było. Też zezarl połowę!
A lotnisko wojskowe w Jirgatolu bylo w p(ł)ytę. Komendant z wieży spoglądał i mierzył czas. Nie wiem kto i w jakim stanie wpadł na to aby ścigać się 33 letnim golfem 6 tys km od domu. Ale fajnie było. Wogóle kto wpadł na pomysł.aby pojechac 33 letnim golfem, bez hamulców w pamir??? Znaczy hamulec ręczny był i działał :D
Dawaj film z reklamówka na pożegnaniu przy tym zielonym jeziorze na przełęczy costam kul, gdzie sędzia pokoju padł na ryj po Podlaskiej zdrowej żywności. I jak żeśmy mu kalacha schowali aby nie zaczął strzelać w swoim zwidzie.
Albo ten film z pierwszego dnia wycieczki w Pamir jak w Augustowie przednie łożyska darły po ramie jakby kulek wogóle nie było w "naprawionym i przygotowanym" golfie.
El Czariusz
06.05.2025, 17:56
Pierwsze sekundy...
nQkSh0w8Cyk
Gdyby nie Śluza (kolejny podlaski pedał) na Kolosach doszłoby do kompromitacji. Składał film na dobę przed prezentacją.
Uratował ten burdel, a nagrodą były brawa dzieci spędzonych w piątek na Kolosy z okolicznych podstawówek. Do tej pory były znudzone ale film je rozkręcił do tego stopnia, że w życiu nie złożyłem tylu autografów, by potem drugie tyle razy dochodzić sprawiedliwości przed sądem, że to nie ja brałem chwilówki w banku nieopodal...
Na "Grąbczewskim" działy się rzeczy, które uwiarygodniają Cizi Zike trele. Powiem nieskromnie, że gdyby mnie tam nie było, nic bym o nich... nie wiedział.
Taki prosty banał. Byłem, to mam.
Byliśmy, to mamy.
5Knshtfo4L0
Ze nas w tym nocnym Cieszynie wtedy na dołek nie wzięli. Całą noc 2 psychicznych na takiej mentalnej wyluzowanej fazie, że w kaftany by nas musieli wziąć i gęby zakleić.
I jak rano w tym parku wyleźliśmy z tego namiotu, to spacerowicze przyspieszali kroku :D
Na zlocie landcruzera w 19 chyba byliśmy. Auta na zlocie za pierdylion pieniędzy, napędy, wincze, webasta i ten golf przy namiocie wyrwanym z PSZOKu.
I ten jeden gościu, co się patrzył na golfa, na te wiszące kable, ten brak tapicerek w drzwiach, ta rdze i to pytanie :
Co trzeba w tym aucie zrobić aby pojechać w podróż?
I ta spokojna odpowiedz: może olej bym zmienił. Albo nie, po drodze się zmieni bo tańszy.
Idealne auto do podróży, zawsze gotowe. Ale co ci po golfie jak głowa nie w podróży?.golf zawiezie Cię w pamiry ale co Ci po golfie w pamirze jak głowa jeszcze w Europie?. Dlatego i głową i golf muszą być w podróży, wtedy jest zajebiście.
6 h jazdy przed Murghabem, totalne zadupie, Chiny po prawej, Pakistan, Afganistan za plecami rzut kamieniem.Nawet radio nie odbiera. Golf stoi na poboczu, podjezdzamy Lublinem. Coś się zepsuło?
Nie, paliwa zabrakło.
Br8l26Rwkq0?
El Czariusz
07.05.2025, 08:13
Zacierało się jedno, do końca. Nie ustaliliśmy dlaczego.
Reszta auta spisywała się znakomicie, zwłaszcza zawieszenie. Przeróbka mojego konceptu, skonsultowana z pierwszy Asem z zaprezentowanej krótkiej listy geniuszy.
Znaczy Pastorem. Ostatecznie Golf "skoczył" z przodu o 70 a z tyłu o 90mm w górę.
Wystarczyło, że raz zatrzymała mnie policja, kiedy zauważyli (po powrocie z Pamirów) auto całe popisane flamastrami i wyglądające "nieciekawie", albowiem naprawy blacharskie (powierzchowne) dokonałem srebrnym pałertejpem.
Szczególną uwagę policji zwróciło to, co wiozłem w golfie.
- Dowód rejestracyjny poproszę.
Proszę.
- Co on tak popisany? Przecież to wygląda na szrot.
W tym czasie drugi z policjantów ogląda golfa szczegółowo.
- Panie... Co pan tu wieziesz w środku?!
Remontuję mieszkanie. Wiozę to, co się udało do golfa wcisnąć.
- ??!!
10 workówx25kg, 3x50l keramzytu, około 35mb kabla trójazowego. Spokojnie... Całość waży tyle, co czterech dorosłych facetów, ja piąty więc...
Przejmuję inicjatywę.
Proszę zwrócić zatem uwagę, jak golf przy takim obciążeniu "stoi"...
Golf stoi, goście stoją...
- Ty... Zwraca się pierwszy do drugiego policjanta... On stoi NORMALNIE!
Aaa... to jest golf country?!
Intonacja jakby zmienia się na podziw.
- Pierwszy raz widzę golfa country na żywo. On jest na ramie?
Nie, ten akurat nie. I to nie jest country, to autorska przeróbka. Model dokładnie sprawdzony w Pamirze.
- W Pamirze? Gdzie to.
W Azji Centralnej niedaleko miejsca, gdzie zbiegają się najwyższe łańcuchy górskie na ziemi. Tu akurat fotka (naklejka na auto) z jednego z takich miejsc.
Policjant ogląda fotę, mruży oczy i zaczyna się śmiać. Co ten kolega ma na tyłku napisane?
- Ten (akurat Pastor) ma na wypiętym gołym tyłku dwie 5tki a jego koledzy 4 i 6. Wynik 4655 czyli najwyżej położona przełęcz na pamirskim trakcie.
No i zwróćcie panowie uwagę, na tylny zawias. Gdybyście nie widzieli zawartości, to golfa można by niemal uznać za pustego. Stoi praktycznie na jednym poziomie a na tylnej belce "leży" około 300kg.
Zaczyna się cmokanie i trochę pytań technicznych. Jeszcze raz zwracam ich uwagę na tylny zawias z prośbą, by się przyjrzeli bliżej kolumnie mcphersona.
- Co to, to niebieskie?
To sprężyna pomocnicza firmy Mud Springs. Sprężyna progresywna, idealne rozwiązanie dla aut ciągających przyczepę, czy po prostu mocniej obciążanych.
Dystrybutorem na planecie PL jest Inter Cars, stąd wiem, że to jedyny model (dedykowany dla golfa 2) sprzedany w Polsce.
Od tego momentu, to już piłka do jednej bramki.
- Nie, no. Mi się najbardziej podoba renowacja blacharki! Rzuca jeden z nich.
Konstrukcyjnie golf jest perfekcyjnie przygotowany. Progi i podłużnice wzmocnione a te przyrdzewiałe błotniki... Nie ma co sobie strzępić wolnego czasu.
- Kurde mol... Super auto. Miłego dnia i powodzenia w remoncie!
Policja zwraca mi papiery, odjeżdża i pokazują jeszcze kciuk w górę...
Możecie wierzyć lub nie ale od tego momentu WSZYSTKIE patrole policji na jakie się natknąłem, jadąc w golfem po Gdańsku i Sopocie mnie zatrzymywały, by fizycznie doświadczyć rozwiązań i przede wszystkim obrazu głównego bohatera.
Wręcz dodam, że zyskałem powszechną sympatię i auto było naprawdę znane. Raz byłem zatrzymywany, innym razem ci policjanci, którzy już "zaliczyli" golfa, po prostu mnie pozdrawiali.
Finałem było zatrzymanie mnie przez policyjna inspekcję drogową. Gonili mnie przez cały Miałki Szlak na sygnale i "dopadli" na moście. Sądziłem, ze to karetka gdzieś goni, wszyscy ładnie się ustawili na prawym a ci podjeżdżają do mnie, no i jadę za nimi.
Stanęliśmy przy szkole muzycznej. Procedura podobna ale tu nastawienie trochę zachowawcze.
Po obejrzeniu gagatka jeden z nich mówi; pewnie już ręcznego nie ma.
- Pan sobie wyobraża brak ręcznego w wysokich górach? Ręczny stoi jak po wiagrze.
Śmiech. Dobra... podniesie pan maskę silnika. Po chwili woła kolegę i rzuca; widziałeś to?
- Akurat dzisiaj rano zerwała mi się z grzybka linka gazu, to ją spiąłem trytkami (i to była prawda, dokładnie rano to mnie po próbie ruszenia z podwórka spotkało). Działa elegancko.
Drugi ogląda blachy, bierze telefon i dzwoni. Po chwili (pamiętam jak dziś) rzuca do telefonu:
- Andrzej, f-cznie! Tak zrobionej blacharki jeszcze nie widziałem! I śmiech.
Tym niemniej zaproszono mnie do środka i jeszcze się trochę droczyli. Puściłem im z jutuba filmik:
g7480B9rSFk
Wiecie, czemu z rury dymi? Bo to na około 3000m jest a podjazd ma ze 20% nachylenia. Czyli mniej tlenu w eterze i bez ręcznego nie bardzo w takich okolicznościach.
Zaraz potem drugi:
0nr12OVFT50
Uważącie, że auto nie jest sprawne? Uśmiecham się. Chłopaki kiwają głowami...
- Jedź pan!
Przybijamy sobie piątkę, biorę kwity i... jadę:)
Wracając jeszcze do zacierającego się łożyska. Zacisk nie pracował normalnie. Rozbierany, czyszczony, gumki sprawdzane z każdej strony. Na sucho wszystko gra, po założeniu tłoczki na lewym zacisku nie odbijały.
Nie ustaliliśmy dlaczego. Ostatecznie zdecydował paproch w nowym, giętkim przewodzie...
Ale... co robić? Łożyska starczało (dostawało w dupę od grzejącej się tarczy, która również dostawała w dupę) na 500km. No więc ustaliliśmy jeszcze na płaskim gdzieś w Rosji, by hamulca... nie używać. Jeżeli w wyjątkowych sytuacja trza było, to zaraz potem na pierwszym możliwym postoju do gry wchodził śrubokręt i ręcznie rozpychałem klocki.
I w ten sposób przejechałem około 12 000km i całe wysokie góry bezproblemowo.
Ale wracamy powoli na podwórkowe tory.
No i gdzie ten Golf tera ? :)
El Czariusz
07.05.2025, 11:01
Na zasłużonej emeryturze.
Namawiam Fazika od dłuższego czasu, by gdzieś się tym razem jego golfem karnąć.
Swego czasu (łoj, dobre 16 lat temu) moi dwa fajni koledzy jadąc samurajem, spotkali hardcorową wyprawę Brytyjczyków na wschód. Ich lider najdalej dotarł do Bydgoszczy. Wisły nie przekroczył... Możemy Brytyjczyków rekord pobić.
Nie będzie łatwo ale kto jak nie my (z Fazikiem) umiemy realizować marzenia?
Siać zamęt na niemieckich blachach na Podlasiu... Na moim na klapie stoi do dzisiaj napis "na Berlin" w radzieckiej cyrylicy. To bardzo ładna i trwała kalkomania. Fazikowi namaluję pędzelkiem ten napis a Marysia kilka kwiatków.
Coś przykładowo na wzór tego, przypadkowo znalezionego w necie Lublina.
https://i.ibb.co/F4Yff1Nt/2.jpg (https://ibb.co/HTPMMy1Q)
https://i.ibb.co/7Jv5RMZs/1.jpg (https://ibb.co/C5BZMCYR)
Jest nawet forum domalowane...
https://i.ibb.co/vC6HRrtY/3.jpg (https://ibb.co/gbL3hXnV)
El Czariusz
07.05.2025, 12:27
Jakby komu pod beretem przyszło zdublować wariant "wieśkowy" powtórzyć, to służę pełną dokumentacją.
Samo przygotowania Wieśka do wycieczki Grąbczewskiego, to był drobny przegląd.
Golfa najpierw przysposobiłem do osobistej wycieczki na Bałkany i historia jego modyfikacji jest równie interesująca jak przepotwarzenie się Lublina.
kawał porządnej roboty. Przy współudziale wspomnianego Pastora, towarzysza Zarodkiewicza (też jest użytkownikiem tego forum) i jeszcze jednego gagatka ale z nim to była wymiana barterowa.
W przypadku dwóch pierwszych po prostu zwykła, przyjacielska pomoc.
Przy Wieśku wykonano ogrom pracy blacharskiej i konserwatorskiej.
Tu fotki wspomnianego zawieszenia (całe zostało zrobione na tip top łącznie z wózkiem i tylną belką). O ile z belka był mały problem, o tyle z przednią kolumną już czysto inżynierska robota Pastora. Cały pomysł polegał na przedłużeniu tulei wcześniejszej wersji, z wymiennym amortyzatorem.
Pastor wykonał robotę perfekcyjnie. Ustaliliśmy jedno, że 40mm, to maks, by zachować "zerową" zbieżność. Pozostałe 30mm zyskałem na feldze i oponie. maksymalnym rozmiarze, jaki dało się wcisnąć.
W temacie tylnej belki było dużo łatwiej, wystarczyło przespawać mocowanie kolumny, tu jednak koniecznym okazało się podcięcie błotnika, bo belka nieco uciekła do tylu, co niejako poprawiło komfotr jazdy.
https://i.ibb.co/qYDJqCtt/20180211-125723.jpg (https://ibb.co/zVm69Fyy)
Tył.
https://i.ibb.co/6cM7qV66/20180301-160408.jpg (https://ibb.co/PsLvV3BB)
Miałem zapasowy komplet w razie W i na nim ładnie widać różnicę.
Jak kto by chciał poczytać, jak Golf się na Bałkanach spisywał (druga wycieczka), to zapraszam tu. Akurat ten odcinek wycieczki oddaje wszystko, czego i w jaki sposób doświadczaliśmy Bałkanów "prawdziwych".
http://renowacjaposadzek.pl/blog/opusciles-trase/
To, co doświadczyliśmy w zeszłym roku, to już tylko wspomnienie fanstastycznej przygody z lata 2016/17...
P.S.
Aż sobie sam poczytałem, to co linkuję... Kurde mol. ja po prostu mam talent;) Talent do takich przygód.
Nie no... czytam dalej...
http://renowacjaposadzek.pl/blog/droga-do-m/
...kolejny odcinek ale wrócę chyba do początku:)
P.S`
Relacja z 2016 też jest super, w sensie przygód. Jest ukryta na blogu i chyba ją udostępnię. Spina moja bałkańską trylogię (2011/2016/2017). Ta z 2024, to już zupełnie co innego. Dołożyłem tylko na życzenie Albanię.
A przepraszam... Białą toyotą (HJ 60) robiliśmy jeszcze Bułgarię (przez Rumunię) chyba w 2014. Też było fajnie.
El Czariusz
07.05.2025, 15:26
Ach... Dodam jeszcze, że sprężyny do Wieśka ciągnąłem z Niemiec, oryginalne sachsy z małą korektą na przodzie - 2mm wyższe. Nie mogłem dostać wersji dedykowanej.
Tylko na nich golf się wyprężył.
P.S.
Dzisiaj na ścieżce rowerowej dostrzegłem kapitalną.modyfikację przyczepki do roweru. Coś pięknego. Nie zdążyłem pstryknąć foty ale obraz zachowałem.
Fakt, że chłop mocno pomarszczony życiem, jak jego wątroba jechał, ale tym bardziej plus za kreatywność.
O Panie, zapomniałem nawet, że to montowalismy na rympał :)
A w następnej wsi, Kizielany, spędzałem niemal wszystkie wakacje. W pierwszej chacie po prawej mieszka mój stryj czyli brat mojego Taty. Dobry człowiek, masz punkt zaczepienia, już jakby znajomy. Stamtąd się wywodzimy. Piękne okolice. Nawet jeszcze tam "chachłaczą".
El Czariusz
08.05.2025, 09:53
Szlakiem Bronisława Grąbczewskiego
1889-2018
Bartosz Grąbczewski
Ośmiu miłośników wspinaczki, alpinistów i podróżników zafascynowanych Azją Środkową oraz historią. Pchani ciekawością, rodzinnymi wspomnieniami, a przede wszystkim zafascynowani postacią gen. Bronisława Grąbczewskiego ruszyli w Pamir, by odtworzyć trasę carskiej ekspedycji dowodzonej przez polskiego odkrywcę i jednego z kluczowych aktorów tzw. Wielkiej Gdy, czyli XIX-wiecznej rywalizacji między Imperium Brytyjskim a Imperium Rosyjskim o wpływy w Azji Środkowej.
Przy użyciu kopi oryginalnych map wydobytych z archiwum Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego wyprawili się do Tadżykistanu na wysokość ponad 3700 m, weszli na szlak ekspedycji z 1889 roku i znaleźli zdarte podkowy carskich koni.
A do tego uwiecznili na zdjęciach kadry idealnie odwzorowujące fotografie na szkle wykonane 129 lat wcześniej.
Zacny Marcinie, przed Tobą będzie trudniejsze zadanie.
Otóż w przygotowaniu mam scenariusz do filmu 8-miu pancernych i dwa psy. Materiału dość, do złożenia serialu pod tym tytułem.
Tak, że ten...;)
Nie będę tutaj opisywał imprezy, do której namówię Pastora by napisał piosenki treść do tytułu: Dni bez deszczu niespokojne.
Zasadniczo szukam teraz w myślach czy na tej ekspedycji był jakiś spokojny dzień...? Nie było. Zawsze coś się działo, do tego stopnia, że miałbym mały kłopot taki scenariusz wymyśleć. Nie to, żebym nie wymyślił, bo to nie ma znaczenia, o czym marzysz, skoro marzysz ale...
Opiszę pewne późniejsze zdarzenie/doświadczenie.
Otóż dwa lata później tak zajrzałem sobie na forum brytana i co widzę? Relacja Wielkiego Pionierskiego Podróżnika.
W rok po naszej wyrypie Wielki Pionierski Podróżnik wpadł na pomysł, by skopiować nasz pomysł. W sensie, że pojedzie w Pamir VW Vento.
Z kolegą, który dorzucił się do projektu. Ów projekt kosztował ich... 20 000zł.
Pal sześć, że tanio. Szanuję ale..., że to całkowicie pionierski projekt, bo wszyscy w ten Pamir tylko terenówkami itd. Pech w tym, że ja znam osobiście Wielkiego Pionierskiego Podróżnika. Ba... Byłem z nim osobiście na jednej bałkańskiej, bardzo fajnej wyrypie. To tej, z której wracałem z Albanii rowerem.
No tak czytam Pioniera i odpisuję, że super ale widzę tu mały "plagiat":) W sensie widziałem tam rok wcześniej Golfa 2 i Lublina 3.
Pionier nie zbity z pantałyku ripostuje: ale wy obwieszeni reklamami jak choinki a ja wszystko swoją krwawicą...
No tak... przyjrzyjmy się tym reklamom.
https://i.ibb.co/C55LjRtk/20180302-164026.jpg (https://ibb.co/277JzG6D)
Na tej focie jeszcze się trzyma reklama... pośladków Pastora.
To on w ekipie Sambora w 2006 przemierzył pamirski Trakt i słynnym zdjęciem z przełęczy Akbajtał chłopcy udokumentowali swój krótki pobyt na 4655. I tak się poznaliśmy z Pastorem pół roku później i ja powtórzyłem trip chłopaków w 2007 z kilkoma wariacjami.
Niestety...
https://i.ibb.co/SDvhjLJ2/20180903-145810.jpg (https://ibb.co/nqkHGWRT)
...gdzieś na trasie dupa Pastora nam odpadła ale widać reklamę Mario z "jego Mongolii".
To ten reklamowy Mario towarzyszył mi przez 12 i pół dnia rowerowo na trasie z Dubaju, przez Arabię Saudyjską i Irak rok temu.
https://i.ibb.co/d9ksGWB/20180928-152343.jpg (https://ibb.co/ZscRWLd)
Tu kolejne reklamy. Jedna moja spod Piku Lenina, druga Lupiego z "jego" Afryki.
Tu...
https://i.ibb.co/Wvv4GGkW/IMG-0445.jpg (https://ibb.co/F44Lmm5b)
...od zadka.
Tym samym zostawiam Wielkiego Pionierskiego Podróżnika z jego pionierskimi wyprawami. Ładne zdjęcia robi, niech robi dalej.
Mój wkład pionierski w wyrypy jest niewątpliwie jeden. Od 2010=tego na wszelkie piesze, górskie wyrypy (i często rowerowe) zabieram krzesełko.
Nikt tego nie robi. Krytykę kolegów przyjmuję. Krytyka się kończy, kiedy zapada wieczór lub dłuższa przerwa i oni tyłkami szorują kamienie.
Ja tymczasem...
https://i.ibb.co/nMkgvChp/20180827-112319.jpg (https://ibb.co/k2cHf1YZ)
...siedzę sobie i podivam.
Czasami to i...
https://i.ibb.co/Fb3dCVwW/IMG-0754.jpg (https://ibb.co/QFQxtdNc)
...to i gitarę extra wezmę.
https://i.ibb.co/1Ykd4NFX/Azja-2013-467.jpg (https://ibb.co/dsRLHv8p)
P.S.
Nie wiem, gdzie filmik jest ale dla Fazika...
https://i.ibb.co/MyfhKSVY/20180826-095945.jpg (https://ibb.co/cKwvR3FG)
2kg grapefruitów tam sobie witaminowo niosłem. Z ręczną wyciskarką do nich.
https://i.ibb.co/vxmhqP9w/20180826-111137.jpg (https://ibb.co/BVjG3Zkz)
Tak, że ten.
P.S.`
Na Lublinie była reklama firmy transportowej MARLEP z Kłescerzyny a Lublin się nie liczy:)
W nawiązaniu do wstępu (informacje ze strony kolosy.pl)
https://i.ibb.co/zWHhyYDL/Jaszyl-Kul-1.png (https://ibb.co/spJv0GzD)
Odtworzylismy obrazy ze wszytkich zdjęć Bronisława. Tu jeden z Zielonego Jeziora.
Okolicę penetrowałem 6 lat wcześniej dojeżdżając do żródeł Karaszury (z doliny tej rzeki biedronkowe fotki)
https://i.ibb.co/YFC0MZkp/IMG-5243.jpg (https://ibb.co/C3cPZ27h)
Ten sam łańcuch widziany od źródeł Karaszaury (od wschodniej mańki).
https://i.ibb.co/3mcZT18G/IMG-5320.jpg (https://ibb.co/nMjJwrVZ)
https://i.ibb.co/gbQ7KBD0/IMG-5322.jpg (https://ibb.co/6cGZCf4K)
Elwood jak Feniks powstał z popiołu :) Dla mnie się podoba :)!
Cieszę się niezmiernie :)
El Czariusz
09.05.2025, 19:40
...miło miło. Ciśnie się na usta...
0arXk03FPdQ
Jeszcze mała pauza w podwórkowym temacie, bo materiały się zbierają, zatem zajawkę ostatniej, golfowej wspólnej wycieczki ze Strażnikiem Domowym wrzucę
Miała miejsce w połowie sierpnia 2023 i była zrealizowana w prawdziwie cygańskim stylu.
https://i.ibb.co/CxFxxxr/IMG-20230813-214029-1.jpg (https://ibb.co/wD1DDDv)
Zaczęła się (i skończyła) na znanym Podlasiakom campie.
https://i.ibb.co/My0Y4H7B/IMG-20230808-082020.jpg (https://ibb.co/Q7w2RVMD)
Celem zaś były trzy nadmorskie stolice krajów o długiej historii lecz bardzo krótkiej państwowości. Rodziły się wszystkie w bólu carskiego cięcia po mocno przenoszonej ciąży.
Niektórzy mogą dopisać - spektakularnego rozwodu, kiedy związek umiera a ludzie pozostają wolni.
Ad wycieczki
Ryga, Tallinn, Helsinki/Turku.?
El Czariusz
11.05.2025, 17:54
Nie inaczej Luti.
Wyjazd stoliczny, nie licząc tolkowej impresji - trwał 7 dni. Pech polegał na tym, że wjeżdżając na Litwę, temperatura spadła do... 13st. i do końca wycieczki nie przekroczyła 18stu. W tym czasie globus PL (w tym tolkowy camp) cieszył się piękną pogodą.
Zatem logistycznie zaplaniłem tak, by to, co nas interesowało (trzy stolice) robić po drodze. Noclegi w terenie, ale dwa w Tallinie po dachem.
W kompetencji Strażnika Domowego było namierzyć ten nocleg i jakieś atrakcje w Tallinie. Do mnie należała reszta.
Jak większość z was wie, z noclegami w terenie na Łotwie i w Estonii nie ma specjalnego problemu.
Przygotowania były proste. Nabita butla 2kg, kluczowy zapas żarcia, king kong do spania, kordła i poduszka dla Strażnika, krzesełka, stolik, bak do pełna, standardowy zapas paliwa, 300E do portfela i... tyle.
https://i.ibb.co/VWnkg9KW/IMG-20230806-170942.jpg (https://ibb.co/XZ0G7LwZ)
Jeszcze tylko drobne cerowanie i u Tolka meldujemy się przed 22-gą.
Startujemy dnia następnego parę minut po 8mej. Pierwszy nocleg na leśnym campie, gdzie musieliśmy jednak wnieść opłatę 5E (stała bez względu ile biwakujesz) jeżeli chciałbym parkować na campie. Nie było co kombinować. Płacimy, bo właśnie przestał padać deszcz, ekspresowo się rozbijamy w zachodzącym słońcu i o 20.33 jestem gotowy do kontemplacji tegoż.
https://i.ibb.co/zTm2rW4P/IMG-20230808-203358.jpg (https://ibb.co/7dSpXx1r)
Pogoda jak teraz nas Zatoką Gdańską. Wyż z nad zachodniej Europy, po ich stronie nawija ciepłe masy powietrza z południa, nam po wschodniej mańce zrzuca arktyczne z północy.
Arcyplan jest taki, by dnia następnego rano jak najszybciej zwinąć majdan i koło południa wjechać do Tallina. Do 15-tej znaleźć zakwaterowanie i darmowy parking (namierzone miałem dwa) no chyba, że "hotelowy" będzie w cenie. Zrzucić bambetle i na starówkę.
Do Tallina z biwaku mamy niecałe 200km.
https://i.ibb.co/q3KG2RgZ/IMG-20230809-090945.jpg (https://ibb.co/dwF9HQph)
W nocy padało, więc trza było trochę king konga przesuszyć.
Gdybyśmy zostali, na bank była by grzybowa z maślaków.
Tym niemniej o 9.30 byliśmy już w drodze.
El Czariusz
12.05.2025, 08:06
Wspomniałem o Cyganach, o ochłodzeniu...
Optycznie wyglądamy jak Cyganie. Golf - niczego mu nie ujmując, jest pordzewiały i odpowiada siwym włosom na głowie starca. Ten (golf) jest golfem zwykłym poza tym. Najgorzej z felgami.
Tu na forum jest kilka wątków dotyczących zabezpieczenia antykorozyjnego. Znaczy to o sporym zainteresowaniu. i tu właśnie zachodzi (moim zdaniem) korelacja właściwa.
Korelacja między rdzą a prawdziwym podróżnikiem. Różnica między turystą a podróżnikiem jest już dość powszechnie znana. Podróżnik śmierdzi. Co do tego ma rdza? Im bardziej zardzewiały sprzęt tym... większy podróżnik?
Nie. Tym bardziej podróżnik biedny a zwłaszcza już, żona podróżnika.
Zatem musiałem zrobić tak, by tej rdzy nie było. I z tym procesem obznajomiony jest każdy prawdziwy podróżnik. Jeszcze jedna rzecz go w procesie wyróżnia. On rdzy nie usuwa, on (prawdziwy podróżnik) rdzę szuwaksuje.
I o tym właśnie - szuwaksowaniu pisze się w wątkach antykorozyjnych.
Każde poważne (i szanujące się) forum podróżnicze musi wręcz taki wątek posiadać, a najlepiej kilka. Nie inaczej jest tutaj.
Nie będę opisywał metod szuwaksowania ale moja spowodowała, że na jakiś czas rdza zmieniła kolor z rudego na czarny.
Wiem, wiem... Najgorzej, jak rudy przefarbuje się na czarny ale... "Działa" to "najgorzej" tylko wtedy, kiedy najpierw widzisz rudego a zaraz potem przefarbowanego.
W ogólnej praktyce tego nie widać. Widzą przepotwarzenie sąsiedzi ale globus nie. Globus widzi srebnego lisa z czarnymi wstęgami.
I o to chodzi.
W naszym przypadku doszedł jeszcze cygański motyw, całkowicie odwracający uwagę od stanu zewnętrznego. Tylna kanapa w golfie złożona, bo musi pomieścić elegancką torbę na kółkach, dużą torbę "ze szpargałami", "coś tam jeszcze", szpej podróżniczy (butla, krzesełka, stolik itp.) oraz: wspomnianą - kordłę, gitarę i sombrero. Te dwa ostatnie fanty wciśnięte (na pozór) bezładnie w kordłę. Tak, w kordłę, nie - kołdrę.
Zawsze mówię, że do tego służy samochód. Lepiej się go pakuje niż np. rower. Kordła na rowerze...?
Parę przykładów.
https://i.ibb.co/svvGF5pq/DSC04941.jpg (https://ibb.co/4ZZGjswp)
Gablota Kudłatego. Za czasów, kiedy prowadził serwis 4x4. Tu nie jedno zmieścisz!
Z rowerem gorzej.
https://i.ibb.co/fdhS7Mfk/Mario-Blues-532.jpg (https://ibb.co/k2RyFKj4)
Tu jak wracałem z Afryki.
https://i.ibb.co/6RB6kPz3/DSCN2467.jpg (https://ibb.co/HDdmjz6W)
Z czeskiej pedaliady.
https://i.ibb.co/NdCvncWx/DSCN2495.jpg (https://ibb.co/FL3rqR86)
https://i.ibb.co/RGw35m4p/F1000032.jpg (https://ibb.co/35ZpJqYy)
Z Puszczy.
No nie da się.
Do Tallina wjechaliśmy w samo południe. Z perypetiami, bo okolice potencjalnych miejscówek poddane były intensywnym pracom drogowym.
Najsampierw elegancko zaparkowałem w darmowej strefie, rzutem sombrera od starówki. Zanim jednak, wjechałem jeszcze ślepo w biznesowe centrum, prosto pod nogi młodzieży, która nie zna już żadnych innych, poza unijnymi - obrazów. Na pewno zaś obrazów przeszłych, wybitnych świadectw sukcesów dawnej motoryzacji.
eT0MHN827hs
Próbowałem przy nich zawrócić, a jak nie wiadomo większości z was, golf 2 nie ma wspomagania. Wymaga na małej prędkości ów brak, pewnej gimnastyki zatem. Dopiero jednak, kiedy ustawiliśmy się w końcu do nich zadkiem, wywołaliśmy salwę upokarzającego nas śmiechu. Rzuciła się młodzieży estońskiej kordła w oczy, gitara i sombrero.
W takich sytuacjach Strażnik Domowy z jeszcze większym przekonaniem, przekonywała (by) mnie, by golf się spalił zaraz po tym, jak Strażnik ze wstydu ale... nie tym razem.
- Wieśniaki... Nie znają się. Rzuciła moja połowica w eter z nutą pogardy ale i wyższości.
To był przepiękny, południowy (w sensie pory dnia) akcent. Z dumą spojrzałem w lusterko, na Strażnika znaczy i zaraz potem wybraliśmy hostel położony idealnie. 10 minut z buta od starówki, 10 minut z buta od portu, 5 minut z buta od bazaru.
Wracając jeszcze na moment do "golfa". jadąc do Estonii (i Łotwy) spodziewałem się trochę radzieckich obrazów, zwłaszcza na drodze a tu "niespodzianka". Nawet na prowincji nie widziałem auta młodszego od golfa V (i jego odpowiedników). Dwa razy passata ale nie B5, tylko młodszego.
Pierwszy raz - pod hostelem.
https://i.ibb.co/60QzbhKz/IMG-20230809-195701.jpg (https://ibb.co/5hZmvDQm)
Akurat wysiadł z niego podróżnik, w stylu wspomnianej, hardcorowej wyprawy Brytyjczyków na wschód (których lider najdalej dotarł do Bydgoszczy). Zaimponił mi. Z miejsca stał się hostelową gwiazdą. Miałem okazję z nim chwilkę porozmawiać. Naprawdę zjechał kawał świata. Tego zachodniego co prawda, ale zawsze. Co ciekawe Estonia nie była dla niego wschodem ale globus PL już tak. Może dlatego, że do Tallina dotarł z Helsinek promem. Do Helsinek zaś objeżdżając Bałtyk dookoła przeprawiając się do Skandynawii z Saasnitz.
Saasnitz wspominam z rozrzewieniem... Też płynąłem tym promem tam i nazad, jadąc do Norwegii z dwoma kolegami w maju 2010. Taki krótki wypad na kilka dni, gdzie oni chcieli się sprawdzić w trudnych warunkach zimowych przez trzy dni na jakimś tam (nie pamiętam już) lodowcu, robiąc jego trawers a moim zadaniem było "trafić" w nich, gdzieś po jego drugiej stronie, objeżdżając tenże kilkaset km.
Następnie wracając, mieliśmy załatwić wizy dla afgańskiej ekipy (w tym też dla uczestnika tej krótkiej, zimowej wycieczki).
Wizy miał nam załatwić Fazik, którego wtedy jeszcze nie znalem ale dostałem od Muchy namiar. W sensie: pisz do Fazika, on Niemiec:)
Napisałem i... tak się rozpoczęła działalność Biura Turystyki Nieodpowiedzialnej.
Umówiłem się pisemnie z Fazikiem w Berlinie, pod ambasadą KGZ. Zanim jednak, z tej Norwegii płynęliśmy w drodze powrotnej do Saasnitz. No i dopłynęliśmy. Odprawa szła migiem, dopóki w oko niemieckiego strażnika granicy nie rzuciła się polska rejestracja.
- Proszę zjechać i... tu pokazał z kwaśna miną, gdzie stanąć.
Prowadził akuratnie Grzesiek (dwa Kolosy), ja robiłem za tłumacza.
Pasporten bite!
No więc spokojnie wyciągam teczkę. Teczka na gumkę. W teczce 16... paszportów.
Spokojnie szukam naszych. Otwieram kolejne, w końcu jest jeden, zaraz potem drugi... i trzeci.
Z każdym ruchem moich gitarowych palców w bezładnej kupie paszportów, kwaśną gębę podkreślały rosnące oczy. W sensie wytrzeszcz.
- Bite!
Szwab bierze te paszporty i znika w budce.
Nie było go z dobry, mocny kwadrans. W końcu się pojawił. Gęba z kwaśnej zmieniła się na niewiadomojaką.
2h później maszeruję do ambasady. Gdzieś w jej bezpośredniej okolicy mam się spotkać z Fazikiem. Pamiętajcie, że to była jeszcze era nokii 3310. Chyba były już pierwsze smartfony ale ja się tam na nich nie znam. Był to już zmierzch tych pięknych czasów, kiedy człowiek operował papierowymi mapami a gps dopiero się (coraz śmielej) rozpychał.
Nawet ja miałem taki. Garmin 60 coś tam. Do dzisiaj nie umiem go obsługiwać ale...
Dygresja.
Parę lat temu Emek wybierał się konkretnie na wschód i zbierał tu dane, jak najkonkretniej poeksplorować KGZ. No więc mówię do Emka:
- Słuchaj, ja mam gps a w nim na 100% ślad z... 2008. To wiem ale nie umiem tego śladu zgrać a warto. Bo jest tam ślad mego dojazdu i powrotu do przełęczy Bedel.
Ślad ten omijał wszystkie posterunki (słynna, strategiczna kopalnia w okolicy) i prowadził opłotkami na granicę z Chinami. Miejsce niezwykłe, dojazd również.
Kiedy (to już 17 lat minęło) pochwaliłem się na znanym forum3po3 faktem, nikt mi nie uwierzył. Jeden z użytkowników obecnego forum może znać tę historię (consigliero), bo okraszona została snem o ataku wilków.
Normalnie się uśmiecham, jak o tym pomyślę, bo odsądzony zostałem od czci i wiary, tak mnie lubiono. Za tę "wyrazistość" ale co tam.
Emek nie skorzystał ale ślad mi zgrał. Jestem z siebie zatem dumny jak cholera, bo to kawałek dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty był.
No! Ale... wracajmy do Fazika tymczasem.
Zatem idę berlińską sztrase i się zastanawiam; jak ja tego Fazika poznam?
El Czariusz
12.05.2025, 09:18
Na szczęście Fazik poznał mnie:)
AuFiBjNTB9o
Wracamy do Tallina.
Polecam taki plan na Tallin. Przyjechać jak my. Zatem masz/macie oczekujcie dla siebie takiego schematu.
- Wieczór popołudnie i wieczór na starówce.
- Noc.
- Cały dzień na starówkę, targ, zakup biletu na prom do Helsinek
- Wieczór na starówce.
- Noc.
- Wczesnym rankiem płyniecie do Helsinek.
- Cały dzień w Helsinkach.
- Wieczorem wracacie do Tallina.
- Wsiadacie w auto (zaparkowane na darmowym parkingu kwadrans z buta).
- Przed północą rozbijacie się nad morzem na darmowym campie, odległym o 50km na zachód.
Nie będę się rozpisywał o Tallinie. Starówka bardzo ładnie zachowana, w specyficznym klimacie.
Strażnik Domowy nakazała dostać się do zabytkowej apteki, muzeum marcepanu i zjeść w taniej, znanej sieci. Ja obowiązkowo dołożyłem targ i byliśmy ukontentowani. Hostel gwarantował do dobrze wyposażonej kuchni i sauny z małym basenem. Kosztowało nas to za dwie doby łącznie 110E (w tym jedna doba parking).
https://i.ibb.co/9dh7bR8/IMG-20230809-164545.jpg (https://ibb.co/q2CvNby)
W aptece.
https://i.ibb.co/7NRjXPg9/IMG-20230809-164744.jpg (https://ibb.co/1Jd7L1sS)
https://i.ibb.co/0pb8fvNX/IMG-20230809-174228.jpg (https://ibb.co/9m5zqSXv)
W sieci.
https://i.ibb.co/zVtGFRG2/IMG-20230809-174613.jpg (https://ibb.co/chsDwFD8)
https://i.ibb.co/My5ZNYtC/IMG-20230809-182139.jpg (https://ibb.co/vCvVz7Tj)
Na zamku.
https://i.ibb.co/tMWPh0B9/IMG-20230809-182603.jpg (https://ibb.co/pv9rPH2S)
https://i.ibb.co/PvyqSNYC/IMG-20230809-221031.jpg (https://ibb.co/Q3Vy5fcm)
Z wieczora.
Za dnia...
https://i.ibb.co/qF4rq2VM/IMG-20230809-162943.jpg (https://ibb.co/zHL49tDh)
https://i.ibb.co/KjLt53yF/IMG-20230809-194328.jpg (https://ibb.co/fYn3XP04)
https://i.ibb.co/Ps58nyBz/IMG-20230810-123030.jpg (https://ibb.co/XfzTgPmk)
https://i.ibb.co/35BLpfLr/IMG-20230810-122733.jpg (https://ibb.co/4wP58s5m)
https://i.ibb.co/chCSfPpF/IMG-20230810-115817.jpg (https://ibb.co/7tRdMHTW)
https://i.ibb.co/Kx0t5FDc/IMG-20230809-193228.jpg (https://ibb.co/F4xQhgXk)
https://i.ibb.co/SDmp6by3/IMG-20230809-184519.jpg (https://ibb.co/0p93nT2G)
https://i.ibb.co/fV14q7LJ/IMG-20230809-190940.jpg (https://ibb.co/PsmwF80k)
W muzeum marcepanu...
https://i.ibb.co/h12c2s7V/IMG-20230810-120921.jpg (https://ibb.co/wrp7py04)
https://i.ibb.co/1JJbXWTf/IMG-20230810-120944.jpg (https://ibb.co/G33FMSRv)
https://i.ibb.co/QjJz6m2P/IMG-20230810-121018.jpg (https://ibb.co/zHmjSfyX)
Muzeum ulokowane jest w piwnicy kawiarni/cukierni. Warto zobaczyć i warto skosztować wyrobów, pralinek w szerokim asortymencie. W muzeum wszystko, co tam zobaczycie w gablotach jest z marcepanu. Muszimy tam jeszcze raz zajechać, tym razem z wnukami:)
https://i.ibb.co/FLzMG9VZ/IMG-20230810-113321.jpg (https://ibb.co/sdqGLhHx)
Na targu.
https://i.ibb.co/21gwqRW2/IMG-20230810-111015.jpg (https://ibb.co/wFMTy8BH)
https://i.ibb.co/Xx3h9y0X/IMG-20230810-132128.jpg (https://ibb.co/d4LdSbCB)
W hostelu.
https://i.ibb.co/sJM8jFxW/IMG-20230810-155145.jpg (https://ibb.co/rf1DkZ8d)
W porcie.
https://i.ibb.co/WN42VsPS/IMG-20230811-074544.jpg (https://ibb.co/hxJmYCZp)
Na promie do Helsinek.
CzarnyEZG
12.05.2025, 11:29
Czytam czytam :)
El Czariusz
12.05.2025, 12:58
https://i.ibb.co/rGPKMhSM/Screenshot-2023-08-10-19-26-54-236-com-tallink-mikiandroid.jpg (https://ibb.co/cc5Kt9Ht)
Dzisiaj wybralibyśmy inną opcję. Z innym terminalem, bliżej starego centrum i wracali ciut wcześniej. Z terminalu 2 chodzą tramwaje do centrum ale chcieliśmy jak najwięcej zwiedzić z buta.
Stare centrum... Po Tallinie, to żadne "stare". Zabudowa secesyjna, takie w sumie Batumi 2. Porównując starówkę Tallina i Helsinki, to w skali 10 jak 10:2.
Mogę napisać z czystym sumieniem: Helsinki konkretnie zaliczone. Zaliczone z buta w 10h z sukcesem. Sukcesem było zdreptać ponad 20km.
https://i.ibb.co/5hBKCdjd/IMG-20230811-122253.jpg (https://ibb.co/CKhP4q9q)
I tak nam pykło 8,5km, maszerując wzdłuż zatoki.
https://i.ibb.co/JjB6HPJL/IMG-20230811-115921.jpg (https://ibb.co/nMgdjSJ2)
W sam raz, by się ekonomicznie posilić.
Po drodze zaliczyliśmy słynny, helsiński targ ale jego atrakcyjność zbyt położnie korelowała z cenami. Na targu w Tallinie też nie było tanio ale przynajmniej za 1E mogłem sobie kupić skarpety z sierści alpaki i nieco droższe z wełny.
Tu atrakcje fińskiej, morskiej kuchni przegrały z polskim kefirem i kanapkami z resztek polskiego chleba, masła i żółtego sera.
Historia Fińczyków nierozerwalnie związana ze Szwedami jest i Rosją. Warto podróżować po świecie, bo przy okazji człowiek może się ciekawego dowiedzieć i czego się nie uczyć. Np. nie trzeba się uczyć fińskiego. Wystarczy poznać wcześniej węgierski albo rosyjski. Ja mówię biegle w obu tych językach tak, że na te 25km biegania po stolicy, spokojnie stykło wspomniane 10 godzin.
No Rosjan jak psów tam biegało. Jak na sierpień 2023, ledwie 1,5 roku wojny i wstąpienie Finlandii do NATO, to zaprawdę wiele. My też wyglądaliśmy na Rosjan. Znaczy ja, bo Strażnik Domowy ze swoją wyjątkową urodą spokojnie robiła za tadżycką wybrankę.
Wczoraj nomen omen mieliśmy wizytę wnuków (znaczy nocowali u nas) i w trakcie jakiejś zabawy przy okazji której sporo śmiechu było, Kacper nagle zauważa:
- Dziadek... a czemu ty masz takie wąskie szparki zamiast oczu, jak się śmiejesz?
Bo ja mleko solę.
- ??
Po tym poznasz wschodniego człowieka. Jak zupę mleczną soli i ma szparki zamiast oczu, to musowo wschodni człowiek. No i pomidorówkę je z ryżem a nie makaronem.
- A my dzisiaj jedliśmy z ryżem! Rezonuje Marysia.
No i wszystko jasne, odpowiada dziadek.
Dygresja.
Dlaczego warto podróżować?
Ledwie m-c temu Marysia, z Kacprem i Mikołajem byli z rodzicami w Malborku. W Malborku na zamku.
- Dziadek, a zamek w Malborku jest największym ceglanym zamkiem na świecie. Chwali zamek Marysia.
No elegancko! A Krzyżaków widzieliście?
- Z mieczami! Krzyczy Kacper.
A pamiętacie, jak rok temu oglądaliśmy razem Krzyżaków, ten fajny film?
- Ten, co babcia zabroniła?
No...
- Taaak!
Ale i tak obejrzeliśmy. Chcecie sobie przypomnieć Zbyszka z Bogdańca?
- Taaak!
No i na dobranoc, mimo sprzeciwu babci obejrzeliśmy wspólnie pierwsze 30 minut.
Rano, po gimnastyce porannej (zawsze prowadzi ją Marysia) i obejrzeniu kolejnych 30 minut fordowskiej produkcji (na kolanach u dziadka i z telefonu - wyjątkowo, bo szkraby mają szlaban o rodziców na telefony), wzięliśmy się za rysowanie.
https://i.ibb.co/WWHDvxq6/IMG-20250511-093301.jpg (https://ibb.co/N6F12VQs)
No i mamy zamek w Malborku (wersja jedna z kilku) i Juranda na koniu w wersji 3D.
Był jeszcze Krzyżak ale został pocięty w walce z Jurandem nożyczkami i nie wiele z niego zostało.
Musiałem jeszcze wytłumaczyć, że Krzyżacy (źli), to nie Rosjanie a Niemcy.
No i tu możemy na chwilę wrócić do historii Fińczyków.
Wszyscy teraz czekają, co zrobi lub bardziej - czego nie zrobił Trump. Co zrobi Europa, by uratować Kijów itd.
A jak tak myślę, że Ukraińcy mogliby wziąć lekcję od Finów, którzy liczyli tylko na siebie i jakimś cudem uratowali swoją niezależność, tracąc sporo terenów. Ja tu widzę dużą korelację, tylko oczywista inna kulturę.
W zasadzie Finowie jako państwo funkcjonują dopiero od 1917-tego roku.
Do 1806 roku byli w strefie wpływów Szwedów, którzy schrystianizowali Finów w połowie XIIw. Potem przez kolejne 100 lat funkcjonowali jako odrębny niemal organizm w ramach imperium rosyjskiego. Dzisiaj są w NATO i mogą być dla wszystkich przykładem organizacji państwa pod kontem obronności.
No, ale tyle o wielkiej polityce i wróćmy do małych spraw.
https://i.ibb.co/T3jcFMn/IMG-20230812-191954.jpg (https://ibb.co/NBDxH2k)
Z rosyjskich wpływów...
https://i.ibb.co/wFF04zyn/IMG-20230812-191605.jpg (https://ibb.co/ZppLxMdQ)
Sobór Uspieński.
https://i.ibb.co/5g4r6yhP/IMG-20230811-123913.jpg (https://ibb.co/tTKq4tp9)
W tle katedra będąca symbolem niezależności religijnej Finów od cerkwi rosyjskiej.
https://i.ibb.co/mV0wxTGV/IMG-20230812-191426.jpg (https://ibb.co/fz95cF2z)
Na Placu Senackim pod katedrą dominuje pomnik Aleksandra II.
Po Powstaniu Styczniowym rusyfikował Kresy a majątek na Litwie utracił m.in. ojciec Bronisława Grąbczewskiego. W 1875 Aleksander II rozpoczął sukcesywny podbój Azji Centralnej podbijając Chanat Buchary. Zginął w zamachu w 1881-ym jak wspominany tu jego następca - Aleksander III.
Nomen omen Janicki w swoich chłopsko-pańszczyźnianych trelach sukcesywnie deprecjonuje rolę szlachty polskiej, czego pokłosiem jest mit uciskanego do granic wytrzymałości pańszczyźnianego chłopa a Aleksander II jawi się jako niemal wyzwoliciel polskiego ludu.
Niestety, życie nie jest takie proste a historia...? Wystarczy próbować ocenić to, z czym mamy do czynienia dzisiaj a przecież mamy dość szeroki ponoć dostęp do wiedzy. Skąd takie różnice...?
Dlatego celem utrwalenia obrazu, że Krzyżacy w naszej historii odegrali złą rolę ułożyliśmy wspólnie z wnukami i o dziwo babcią pieśń O Jurandzie, co sprawił łomot Krzyżakom!
https://i.ibb.co/HD9fhZW2/IMG-20250511-092306.jpg (https://ibb.co/kgPsmZRy)
Na chwilę przed koncertem, już po dostrojeniu instrumentów.
My zaś z babcią drzemy podeszwy do...
https://i.ibb.co/20GrrsZR/IMG-20230811-145637.jpg (https://ibb.co/nqxyynP4)
...do kościoła wykutego w skale.
Kościół możemy obejrzeć bez kupowania biletów.
W trakcie darcia podeszw i miętolenia cholewek...
https://i.ibb.co/W48pJDS0/IMG-20230811-160518.jpg (https://ibb.co/Zp41DHyS)
https://i.ibb.co/9HcTGDnm/IMG-20230811-160715.jpg (https://ibb.co/zVQRNMsW)
Zaliczyliśmy...
https://i.ibb.co/r2DkhTqY/IMG-20230811-154846.jpg (https://ibb.co/gZky8HQN)
...koncert oraz...
https://i.ibb.co/8LmKLgzz/IMG-20230811-165104.jpg (https://ibb.co/xt2Ctqmm)
...najlepszy serwis rowerowy w mieście.
I przypadkowo...
https://i.ibb.co/S7VjrV8Y/IMG-20230811-170653.jpg (https://ibb.co/wrpkspXG)
...mniej znaną halę targową.
Tuż przed promem fajna knajpka nad kanałem, w której serwowano browara z kija. Można było sobie doń podpłynąć łódką, strzelić pifko i... nadziać się na rowerowy patrol policji.
Minęliśmy jeszcze kompleks sportowy nieopodal terminala, z którego odpływał nasz prom. I tu nadejszła kolejna chwila refleksji smutnej dość...
Pytam się po węgiersku ojca jednego z chłopaków biegających za piłką ile kosztuje wstęp na ten kompleks (stadion, kilka mniejszych boisk, hala).
?
- Nic.
Ostatnio rozmawialem z kumplem, który jest już po habilitacji (i po AWFie), pytając, jaką by mi polecił kniżkę z fizjologii dobrą (i biochemii też), bym sobie odświeżył wiedzę i tak zeszło na grant, który realizował w Danii. Realizował go na odpowiedniku naszej fikołkowej uczelni.
Otóż po zajęciach najszła go ochota na uprawienie fizyki ciężarnej (taka jego pasja) i pyta lokalnego doktoranta gdzie mógłby?
- Spokojnie korzystaj z naszych obiektów.
W jakich godzinach i ile to kosztuje?
- Kiedy tylko wolne i kosztuje to tylko twoją chęć.
O, fajny przywilej dla kadry.
- Żaden przywilej. Z obiektów mogą korzystać na tych zasadach wszyscy.
Z basenu też?
- Tak. Tylko warto przeczytać instrukcję.
No to Sylwek skorzystał z siłowni a na finał zaliczył jeszcze basen. Akurat był pusty. Przed drzwiami wisiał kluczyk do szatni i instrukcja.
Korzystaj do woli ale bezpiecznie. Najbezpieczniej w towarzystwie drugiej osoby.
I parę jeszcze porządkowych stricte punktów...
Tak, że ten.
Z wnukami byliśmy do południa na AWFie, bo mamy do niego rzut sombrerem. babcia (była MP w delfinie) poszła z Kacperkiem na basen, na którym zaliczyła tysiące km ciężkich treningów.
Basen zamknięty na cztery spusty. Pusto. Nikogo...
Z pozostałych obiektów również nie możesz korzystać. Kiedyś z dziećmi poszliśmy na Halę Blanika. To piękna, gimnastyczna hala do zawodów i treningu. Akurat tuż przy holu trenowały gimnastyczki artystyczne. Marysia i Kacper zachwyceni do czasu, kiedy podszedł do nas ochroniarz i... nas wyprosił. Nie jesteśmy rodzicami ćwiczących więc won. Nawet zza szyby...
Wracamy na prom. Do tych 10h zdzierania trampków należy doliczyć jeszcze 2x1,5h na szybsze przybycie, bo tyle trwa odprawa (coś jak z samolotami).
Po 22.30 byliśmy już przy golfie. Nikogo nie interesowała kordła, gitara czy sombrero. Nikogo nie zainteresował nasz golf w ogóle.
Do biwakowej miejscówki mieliśmy około 50km. Nie wiem, dlaczego tak długo to trwało ale dojazd zajął nam 2h. Może to kwestia zmęczenia, może braku koncentracji.
W każdym razie w king kongu zalegliśmy dopiero po 1-wszej w nocy, rozbijając się nieporadnie ponad dobre pół godziny. Strażnik Domowy wybitnie straciła humor ale najgorsze miało przyjść dopiero nad ranem.
El Czariusz
13.05.2025, 10:43
Czarny,
dobrze, że nie jesteś zielony!
Tymczasem poranek przynosi Strażnikowi migrenę. Najgorszą z możliwych. Tylko taką jej przynosi... Nie oszczędza jej. Wysysa wszystko. Scenariusz zawsze ten sam.
Wiem, że cierpienie potrwa do 18-tej minimum. W takim stanie nie możemy jechać.
Plan był taki, że dzisiaj dojeżdżamy do Dźwiny, gdzieś w promieniu 50km do łotewskiej stolicy, spokojnie się rozbijamy, by całą sobotę poświęcić na Rygę i niedzielny poranek. Plus w takiej konfiguracji taki, że nie płacisz za parking, byle zaparkować w pobliżu starówki. Ta z mapy wydaje się mniejsza od stolicy Estonii, więc taki gryplan ma sens.
Plan się sypie ale nie ma co deliberować. Musimy to jakoś wspólnie przeżyć.
Tymczasem pogoda sprzyja. Rozbici jesteśmy na wpół otwartym terenie, w lekkim cieniu, jest słonecznie ale chłodno. King kong się nie nagrzewa, bo w takim przypadku musiałbym go przestawić...
Doglądam Strażnika, piję kawę i kontempluję przyrodę. Poranna cisza, taktowana szumem fal. Idealny czas na spokojne refleksje. Plaża dość dzika, z gatunku mniej ładnych od ładnych.
https://i.ibb.co/JWbwNmWB/IMG-20230812-093124.jpg (https://ibb.co/cKpSPkKg)
Wiatr od morza niesie intensywny zapach rozkładających się wodorostów. Na szczęście nie czuć tego w namiocie, który rozbiliśmy w nocy w granicy linii drzew około 100m od brzegu. Sąsiadów kilku, porozstawianych na tyle, że nikt nikomu nie wadzi. Zresztą nie ma jeszcze 9-tej i wszyscy jeszcze po prostu śpią.
Biedna Strażnik z precyzją słonecznego zegara wymiotuje co 20/30 minut, do podstawionej miedniczki. Do tego ona służy... Do mycia naczyń poza tym...
Jest z jakie 10/12st.
https://i.ibb.co/TxbkWLNs/IMG-20230812-093134.jpg (https://ibb.co/cSC1YLsj)
W chwili wytchnienia, biorę ręcznik i idę się wykąpać.
tak naprawdę oboje jesteśmy zmęczeni i to dość solidnie. Łączy nas (poza zbieżną datą urodzin) jeszcze jedna "przypadłość". Ani Strażnik a ni ja, nie umiemy wyspać się w nowym miejscu. Śpimy bez względu na warunki (gleba, wygodne łóżko) jak mysz pod miotłą. Potrzeba kilku dni w jednym miejscu, by się wstępnie zaadaptować. Więc jeżeli przemieszczamy się, zmęczenie stopniowo narasta. Do tego Strażnik jest rannym ptaszkiem (ale tylko w domu), ja zaś nocnym Darkiem. Nie potrafię jednak spać, gdy słońce rozświetla niebo i ziemię. Znaczy o której się nie położę, to i tak (na wyrypach) wstanę koło 6-tej rano.
Dlatego to ja dokonuję porannych, obozowych czynności. W naszym przypadku, to gotowanie kawy. Pijemy ją ze śmietaną 12-stką, której zawsze zapas zabieram ze sobą. ja piję minimum kawy dwie, w dużym kubku, z dużą ilością śmietany, która robi u mnie za śniadanie. Strażnik też nie jada śniadań.
Śniadania to mit. W sensie obowiązkowej konsumpcji. Osobiście jestem zwolennikiem diety nisko węglowodanowej. Ba... propagatorem, dlatego ta cwana sugestia;)
No więc tak sobie liczę i wychodzi mi, że mamy już za sobą 6 noclegów i przesilenie. Nie do końca ma to znaczenie przy migrenie Strażnika, bo ta wredna choroba dopada ją najczęściej w weekendy, kiedy próbuje odpocząć po tygodniu pracy w szkole. Szkole podstawowej. Tu kolejna dygresja.
Ludzie mają mikre pojęcie o szkole, procesie nauczania a im bardziej mikre, tym mają więcej do powiedzenia. Stąd mamy to, co mamy.
Pomysły z dupy wzięte pani Nowackiej, która dla mnie, to mogła by być sprzątaczką w szkole a nie "ministerką" edukacji. Oczywiście ma ona za sobą całe zaplecze sobie podobnych ale spoko... Pani Zalewska również była "super".
No więc mamy już za sobą 6-sty nocleg, więc biorę ręcznik i zanurzam się w ciepłym oceanie. Chłód wody i zaraz potem powietrza przywraca mnie do życia.
Żyję tak do południa. Strażnik żyje dalej tak, jak tego dnia zaczęła. Mija 13-sta...
- Jak się czujesz grubasiu?
Pytanie retoryczne, bo wiadomo, jak się czuje.
Dygresja.
Grubasiu...
- Dziadek! Fuka na mnie Marysia. dlaczego ty do babci mówisz Grubasiu, skoro babcia jest szczupła?! To ty jesteś gruby!
Nie. Ja jestem "tłuściutki". Tak do mnie czasami mówi babcia, jak chce być dla mnie miła.
- Ale babcia nie jest gruba.
No pewnie, że nie.
Po dygresji.
Westchnięcie.
- Wiesz co... Ja ci pościelę w Golfie, rozłożę fotel, będzie ci prawie tak wygodnie jak tutaj. Spróbujemy pojechać. jak by co, to się zatrzymamy gdzieś w cieniu, może uda ci się przysnąć?
No dobrze...
Jest jeszcze jeden myk. Nie mamy już nic do jedzenia i gdzieś po drodze warto zrobić podstawowe zaopatrzenie. Jakiś chleb, masło, jajka. Z tych ostatnich można zrobić wiele ale potrzebujemy też coś do picia. Nisko zmineralizowaną wodę mineralną, do której dodam szczyptę soli. Strażnik i tak zwymiotuje wszystko ale wieczorem może już nie... Wodę wystarczy zagrzać, więc cały gaz z niej uleci, wrzucić torebkę herbaty, odrobinę soli...
Najpierw zatem robię lokum w golfie. I tu moi drodzy kordła jest jest super. Rozprężna mata, mój śpiwór jako pościel i otulająca wszystko "pierzyna".
Na czoło i oczy mokra, afgańska chusta (tyle lat służy...). Ważne oczy, bo migrena to też światłowstręt.
Namiot zwijam w 20 minut. Metodycznie, jak chirurg.
- Ja nie mogę ci pomóc... Rzuca mój "grubasek" z poczuciem winy ale... to dobrze. Jest jakaś reakcja.
Jest super Grubasiu. Wyhaczymy jakiś market po drodze i wio na Łotwę.
Tak też czynimy.
Przed 18-tą wbijam w okolice Dźwiny na namierzony wcześniej, potencjalny biwak. Prowadzi tam kilka dróg i ja wybieram akurat najgorszą. Przebijam się przez las... pieszym szlakiem. Kilka dni opadów zrobiło swoje. Jadę cywilnym golfem i zaczyna się robić gorąco. Strażnik podsypia i na szczęście tego nie widzi. Tym niemniej golfem coraz bardziej rzuca. Staram się objeżdżać jamy na szlaku, który teraz wyraźnie wspina się na klif...
Nie mam jak zawrócić. Nagle na szlaku pojawia się rodzinka z dzieckiem i psem. Robią wielkie oczy ale... pocieszają, że jeszcze ze 200m i będziemy na miejscu. Bym móc się wyminąć uprzejmi państwo wspinają się z trudem na metrową ściankę jaru, który jest dla mnie teraz jak tor saneczkowy.
Strażnik się wybudza, więc od razu uspakajam, że wszystko ok i zaraz będziemy na miejscu.
I tak się dzieje. Do dyspozycji mam dwie super miejscówki. Wybieram "gorszą", bo jest tam swawojka i dużo więcej miejsca. Druga super (odległa o jakieś 100m), ale nie mam czasu na rozkminy. Muszę teraz powtórzyć proces w drugą stronę.
Rozbijam king konga sam i zajmuje mi to ponad pół godziny.
Przeprowadzam Strażnika na "nowe" miejsce. Są małe oznaki poprawy samopoczucia.
Z radością przyjmuję ten dar losu. Wyprowadzam Grubasia na wieczorne ablucje. Grubasek dostaje buziaka i w lepszym nastroju kładzie się w namiocie. Najważniejsze - wymioty w końcu ustąpiły. Uśmiechamy się oboje do siebie. Jest dobrze.
Rozbijam biwakowe fanty i otwieram lokalnego browara.
https://i.ibb.co/Myb0KcnZ/IMG-20230812-190713.jpg (https://ibb.co/V0d4bgVJ)
Dosłownie chwilę potem zjawiają się kolejny goście. W końcu zaczyna się weekkend. Jakaś zakochana para i czteroosobowa rodzina z Rygi, która jest tutaj pierwszy raz. Starszy syn (z jakie 10 lat) od razu wsiada na rower.
Patrzę na siodełko i przywołuję go. 5 minut później śmiga już szczęśliwy z dużo większym komfortem.
Okazuje się, że rodzice pasjonują się astronomią a dzisiejsza noc ma być nocą Perseidów. Ustawiają lunety i... idą spać. Bo festiwal zapowiedziany w okolicach drugiej w nocy najszybciej. Moga mnie obudzić:)
Wymawiam się, bo Strażnik Domowy wreszcie zasnęła snem kamiennym i niech tak jest do rana.
Jestem... szczęśliwy. Tego wieczora nie myślę już o niczym. Spontanicznie od czasu do czasu spoglądam w niebo. Perseidy... raz do roku fruwają po niebie, staram się sobie coś o nich przypomnieć.
Pustka. Pustka w głowie. I czasami o to chodzi. Kojąca cisza i kompletny brak zewnętrznych bodźców. No prawie, bo co jakiś czas trzeba wyjść na stronę;)
Tak czy owak, pięknie bywa - myśleć o niczym... zaprawdę pięknie... Po raz kolejny doświadczam na sobie, że umiem NIC.
Ale NIC jest początkiem WSZYSTKIEGO.
https://i.ibb.co/W4wD9pwr/IMG-20230812-204350.jpg (https://ibb.co/1t5sVJ5C)
El Czariusz
14.05.2025, 08:44
Rankiem zmieniamy strategię.
Tradycyjnie o 6-tej już jestem po pierwszej kawie. Strażnikowi wraca powoli energia ale bardziej już na powrót do domu. Oczywiście Ryga muss sein.
No właśnie...
Osobiście byłem przekonany, że w takiej Estonii dogadam się spokojnie, jak nie po rosyjsku, to po niemiecku.
Nic z tych rzeczy. Miałem z tym dogadaniem ogromny problem. Nawet w kasach portu, kupując fizycznie bilet na prom, miałem z tym ogromny problem. No chyba, że mówił bym po angielsku. Ja po angielsku nie mówię i w tym problem. Ja rozumiem dość dużo ale... w tym języku nie mówię.
Nie pomógł nawet mój znakomity węgierski. Co ciekawe większość turystów na promie, to byli... Rosjanie.
Europa się integruje. Integruje laicyzując, a narodowym językiem międzynarodowej komunikacji staje się angielski. W sensie on jest od dawna ale teraz już wyraźnie powszechny. Rok później nomen omen doświadczyłem tego w Albanii rok później ale o tym może przy innej okazji.
Nic to. Dopóki jedziesz golfem 2 nikt nie oczekuje od ciebie znajomości angielskiego zaraz.
W Estonii.
Na Łotwie.
Czy to państwu coś mówi? Mówi o wyraźniejszych wpływach dawnej planety RP na bieg międzynarodowych wydarzeń.
https://i.ibb.co/4ZQRLJ47/Podzia-administracyjny-I-RP.png (https://ibb.co/d0h4v7kr)
Na Łotwie już jest "lepiej". Język rosyjski jeszcze jest w grze, bo jego status ma tu dość skomplikowany charakter, wynikający z "demograficznego" i administracyjnego podziału obywateli na Łotwy na cztery bodaj kategorie, w tym na: nieobywateli i bezpaństwowców.
W każdym razie, o ile przy zakupie skarpet w Tallinie udało mi się dogadać z kupcem (tak po staremu się wyrażę), bo był mniej więcej moim rówieśnikiem z wszystkimi tego konsekwencjami, to na Łotwie dogadać się z kimkolwiek nie było już żadnego problemu.
W sumie, to pierwszy raz byłem na Łotwie nie do końca tranzytowo i z jednej strony bylem ciekaw, jak to z sympatią/antypatią do naszej nacji jest? Niestety byłem za krótko, by to stwierdzić.
Tym niemniej krótko ale intensywnie dość.
W kontekście zmiany planów... Luknąłem sobie poprzedniego wieczora jeszcze raz na starówkę Tallina i Rygi i wyszło mi, ze ta druga w istocie jest dużo mniejsza. Strażnik Domowy dochodziła do siebie bardzo szybko ale postanowiliśmy się ekspresowo zwinąć z biwaku a na Rygę przeznaczyć czas do 16-tej maks. Znaczy by 0 16-tej być już w drodze na Litwę (NA nie w W). Na tej Litwie namierzyłem już sobie potencjalny biwak, tym razem nad jeziorem i git.
Plan dobry i skuteczny.
W każdym razie o 11-tej mieliśmy już za plecami pomnik Wolności...
https://i.ibb.co/G4wtmC10/IMG-20230813-112034.jpg (https://ibb.co/FLv0p8fK)
...i starówka stanęła przed nami otworem.
Gdybym miał rzeczoną podsumować jednym słowem, opisałbym ją przymiotnikiem: cudna.
El Czariusz
14.05.2025, 09:30
Ryga (i Tallin), to hanzeatyckie miasta, silny wpływ kultury niemieckiej i... Niderlandów. Kto czytał Sieniewicza, ten wie, o co się maszeruje;)
Bez dwóch zdań, stare miasto nas urzekło.
Bardzo lubię ten/taki klimat. Możemy więc podziękować Rosjanom, że skutecznie wprowadzili kwadratowy ład na globusie PL.
Cudem ocalał Kraków, cudem odbudowano Gdańsk i Warszawę. Niestety nie odbudowano np. takiego Białegostoku, który był bardziej zniszczony niż... Warszawa w 1945. Szkoda...
Tu podziękujmy Niemcom i Ukraińcom również za ich wkład w proces rozkładu IIRP.
Wracając do Rygi. Sporo starszego pokolenia wie, po co się do Rygi jechało ale nie o tym;)
W istocie starówka jest piękna. Powtarzam to raz trzeci. No to przejdźmy sie po niej moimi oczami chwilę...
https://i.ibb.co/LLZy3ck/IMG-20230813-113442.jpg (https://ibb.co/7w1DqZY)
https://i.ibb.co/jvvVpX08/IMG-20230813-114332.jpg (https://ibb.co/LzzQG7j0)
https://i.ibb.co/1Jrf4CKR/IMG-20230813-114624.jpg (https://ibb.co/Fq5bdQJ8)
https://i.ibb.co/xq2H21Xj/IMG-20230813-115307.jpg (https://ibb.co/YBNZNcPk)
https://i.ibb.co/Q3jpZxTD/IMG-20230813-122333.jpg (https://ibb.co/VcpJdkzw)
https://i.ibb.co/5hpK8Rmf/IMG-20230813-123529.jpg (https://ibb.co/m5ZNqckM)
https://i.ibb.co/wFWwLPwL/IMG-20230813-124917.jpg (https://ibb.co/C37MtYMt)
https://i.ibb.co/9MfQVvD/IMG-20230813-231029.jpg (https://ibb.co/wvb5wLk)
https://i.ibb.co/27Xsprv4/IMG-20230813-232701.jpg (https://ibb.co/rGncXhxr)
https://i.ibb.co/WpvvyCS5/IMG-20230813-233310.jpg (https://ibb.co/fGddpJmF)
Starówka niewielka ale i świat mały, bo...
https://i.ibb.co/XmLYMYN/IMG-20230813-231839.jpg (https://ibb.co/GgpHNHB)
...spotykamy na mieście dwóch sympatycznych (europejskich) Gruzinów z hostelu w Tallinie.
Mieliśmy z nimi fajny epizod tamże.
Siedzieliśmy w kuchni na kolacji i zeszło się sporo bakpakingowców z zachodniej Europy. W sumie kilkanaście osób. Przy stole gościnnością dzielili się Gruzini. Częstowali wszystkich czaczą ale nikt niczym się nie zrewanżował mimo, że okazji nie brakowało.
Jak się wszyscy rozeszli, postawiłem chłopakom czteropak kasztelana niepasteryzowanego. Jeden z nich już leciał po kolejną flaszkę do pokoju ale powstrzymałem go hasłem, że dzisiaj to bardziej dla Strażnika Domowego tu jestem niż innego towarzystwa i że jutro już o 6-tej rano musimy się pojawić na odprawie promowej.
Tym niemniej zaproszenie do Gruzji pozostaje otwarte a my z chłopakami do dzisiaj w kontakcie:)
Tymczasem w Rydze mieliśmy jeszcze jeden arcypan do realizacji...
El Czariusz
15.05.2025, 07:33
Ryga oferuje coś więcej. Więcej portowego klimatu w starym stylu czyli coś, co czuje mieszkaniec każdego, prawdziwie portowego miasta.
F5WKhzoqGbw
Żebym teraz tylko nie popłynął, bo na bank zdryfuję w jakiejś knajpie. Wiele z nich już nie istnieje, z historii tych miejsc, większość zwietrzała jak w otwartym kuflu piwo, kilka zachowało się jednak w pamięci.
Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec... Śpiewało się na koloniach organizowanych przez UG. Ba... Szalony (były) prezes PZG (polski związek gimnastyki) na zajęciach z gimnastyki (studia) kazał nam to śpiewać. Zabrylowałem, bo jako jedyny intonowałem do końca. Gimnastyka (którą miałem okazję uprawiać), to nie tylko prawidłowo wykonane ćwiczenie stricte. To cały proces, który zaczyna się przyjęciem postawy, wyrażeniem gotowości i w finale ponownie przyjęciem postawy.
Jeden z moich kolegów otrzymywał (w punktacji gimnastycznej - od 0.00 do 10.00) otrzymywał np. celujące, szczątkowe oceny (na finalną składa się ich suma) danej fazy ćwiczenia, co było bardzo ważne w procesie.
Przyjmował postawę, zgłaszał gotowość do wykonania ćwiczenia (popularny wymyk przodem czyli przejście ze zwisu do podporu przodem), następnie przejście do zwisu poprzez wyskok przodem i...
...dalsze próby przypominały już szamotanie się na trzepaku.
Pan profesor podchodził do procesu oceny rygorystycznie.
- Zwis prawidłowy, ocena 0,1.
Dodam, żeby zaliczyć należało otrzymać 2,6 punktów (w starej szkolnej terminologii "trzy minus").
Dopiero zwis prawidłowy a do knajpy jeszcze daleko.
Zatem... wróćmy do Rygi.
W Rydze jest targowisko. Nie targ, targowisko. Targowisko jest szerszym rozwinięciem pojęcia targ. Zdecydowanie bliższe bazarowi. Targ może być rybny. Na targowisku kupisz coś więcej niż tylko ryby.
Np. Biesy, to... biesy. Diabły, z których każdy jest jakąś indywidualnością.
Ich zlot, to już Biesowisko. Organizowałem takie przez 15 lat w Bieszczadach.
Organizowałem w miejscu odludnym, poza granicą. Poza granicą zwykłej, ludzkiej percepcji. Granicę obsługiwała niekiedy Straż Graniczna ale tylko do pierwszego szlabanu. Potem...
W... Rydze targowisko niemal przylega do starówki. Namierzyliśmy je w ramach turystycznej logistyki ze Strażnikiem Domowym jeszcze przed wyjazdem (podobnie jak te w Tallinie i Helsinkach), bo to żelazny punkt mojego programu a przy okazji i Strażnik może tam ze mną pohulać.
Otóż targowisko w Rydze jest, w porównaniu z nawiasem, nie do porównania.
Jeżeli chcesz dobrze i tanio zjeść, to idź tam. Jeżeli chcesz dobrze i tanio się zaopatrzyć w podstawowy koszyk żywnościowy, idź tam. Chcesz cepelii (bursztyn np.) w przystępnej cenie...? idź tam.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że na tym targowisku jest tanio jak barszcz. Ja, nie chwaląc się, chwaląc - mam do tego nosa. Kiedy trzy lata temu polecieliśmy w lutym z ferajną do Kutaisi, to namierzyłem tamże punkt gastronomiczny na klasycznym targowisku, gdzie ceny wyrywały z butów. Za cztery (lane) piwa plus pożywną (tradycyjną) zupę z chlebem płaciliśmy około 11zł. Jak ferajna pojechała "zwiedzać piramidy", my ze Strażnikiem Domowym pojechaliśmy do Batumi. W jedną stronę marszrutką, z powrotem gruzińską elektriczką. Podobna, klimatyczna historia.
Wszyscy zachwycają się słynną koleją w Maeklong, która przejeżdża przez targowisko. Jak wpiszesz takie hasło w gógla, to wyskoczy ci tylko ta pozycja. A taka sama kolej "rozjeżdża" targowisko w Batumi.
Wracamy do Rygi... Z tym barszczem to jest tak, że do niego trzeba dotrzeć. Najpierw przebijasz się przez "normalne ceny", dopiero gdzieś tam hen, na skraju wchodzisz do cenowego raju.
5AuPzEPdhh8
El Czariusz
15.05.2025, 08:49
W czwartek z rana w barze w Kutaisi piwo jak...
https://i.ibb.co/hx7LDSXV/IMG-20230120-170312.jpg (https://ibb.co/RGvYzqhc)
(Czy piwo może kosztować jedno lari...?)
W Bangkoku jak...
https://i.ibb.co/Ngp9tsRS/IMG-20230119-170605.jpg (https://ibb.co/LD6xY8K5)
https://i.ibb.co/93SB446b/IMG-20230119-170619.jpg (https://ibb.co/4g3CSSz8)
...w Batumi.
Bazaru resztki, albowiem zaraz potem - słońce zachodziło nad Batumi krwawo...
https://i.ibb.co/C5n2zLRk/IMG-20230125-113200.jpg (https://ibb.co/DD7ptd0x)
...słychać krzyk drobiu (było) Więckowskiej nieświeży...
Żegnaj Batumi...
https://i.ibb.co/Z6QPWJyn/IMG-20230119-210811.jpg (https://ibb.co/MDz4MhqY)
https://i.ibb.co/0jdXyKq2/IMG-20230119-205757.jpg (https://ibb.co/HDk2TC74)
...żegnaj sławo...
Poniżej diabelski krąg...
https://i.ibb.co/RkH5G2gh/IMG-20230120-153352.jpg (https://ibb.co/9kYMmnpw)
...czyli klasyczne...
https://i.ibb.co/6RYxBNp3/IMG-20230120-153257.jpg (https://ibb.co/HD7sdXMW)
...koło zamachowe.
Jednym słowem - Biesowisko...
Wprawne oko dostrzeże tow. Onucnika, któren to depiluje pięty. Założyciel gangu Sfilcowanych Skarpet. Jedyny, który z powodzeniem ujeżdża Elwooda i do tego w NRD. W Gruzji...
https://i.ibb.co/7N6HWYKV/IMG-20230119-232726.jpg (https://ibb.co/R4V10vcP)
...Karpika.
Obecnie szuka nowego celu w życiu.
Wracamy do Rygi.
El Czariusz
15.05.2025, 10:03
Zamykamy temat Gruzji.
https://i.ibb.co/Tp4JPRb/IMG-20231009-190100.jpg (https://ibb.co/J0v8r2y)
Najpierw parkujemy nasze sprzęty.
https://i.ibb.co/MDWMpGT8/IMG-20230813-134446.jpg (https://ibb.co/nsZzfn23)
https://i.ibb.co/rR954KwK/IMG-20230813-141726.jpg (https://ibb.co/ksZqQVSV)
Wchodzimy na hale targowe. Jest ich tradycyjnie kilka.
https://i.ibb.co/gZD9LtsB/IMG-20230813-132345.jpg (https://ibb.co/s9FRdsLM)
https://i.ibb.co/7xCX9gt5/IMG-20230813-132714.jpg (https://ibb.co/xKLD4mq0)
Wiadomo. Ryby. Tu ceny jeszcze takie konkretne dość.
Ryga leży u ujścia Dżwiny do Zatoki Ryskiej więc ryba musi być. Po środku, jedna z hal przeznaczona do konsumpcji i tu jak w dawnym bloku wschodnim dominuje kuchnia z akcentami takimiż. Samsy, manty, pierożki, bliny - wszystko w przyjaznych cenach. Za 2 czy 3E najesz się. Korzystamy.
Ciekawiej robi się na zapleczu. Im dalej od głównego nurtu, tym taniej.
https://i.ibb.co/hxQDtBB1/IMG-20230813-232805.jpg (https://ibb.co/wZGMxSSr)
https://i.ibb.co/chB5S0cY/IMG-20230813-134131.jpg (https://ibb.co/QvgB3LFD)
Skolko ugodna.
Kupuję kilogram winogron, brzoskwinie, pomidory i pół kg wędzonej szprotki. Pani wydaje mi resztę z trzech euro.
Po drugiej stronie ciąg straganów z bursztynami i cała cepeliada. Bransoletki od jednego euro, magnesy o połowę tańsze niż na mieście. Magnesy zbierałem dla babci Marysi. Już nie zbieram...
Mrowie stoisk z chińszczyzną, te nas nie interesują.
Chciałem rzucić okiem na jeszcze jeden przybytek.
https://i.ibb.co/3YdmtSVT/IMG-20230813-232941.jpg (https://ibb.co/x8LqVzw2)
Rzuciłem.
Ale po drodze doń...
https://i.ibb.co/tpSnjRcm/IMG-20230813-232850.jpg (https://ibb.co/9HJBKP28)
...dokładnie pomiędzy targowiskiem a "pałacem" taki klasyczny bar.
Bar, jakie lubię. Będzie na później, bo do Rygi mam ochotę wrócić. Z dwoma noclegami na mieście, gdzieś o rzut beretem od pałacu.
No i to na tyle Rygi, choć jeszcze na godzinkę wracamy do jej starej części.
https://i.ibb.co/pB1sqbJN/IMG-20230813-141612.jpg (https://ibb.co/bM6ytQzY)
O 16-tej, zgodnie z planem lecimy golfem na południe. Przez Birże. Tu lokowała się linia birżańska Radziwiłłów w opozycji do nieświeżkiej. Tamże, w Nieświeżu - urodziła się moja mama. W gnieździe prawilnych Radziwiłłów.
Ale Birże jutro.
3h później już "rozbici"...
https://i.ibb.co/RG3j5t1Y/IMG-20230813-205715.jpg (https://ibb.co/fVkDcZbq)
...kolacjonujemy się nad jeziorem.
Pogoda jak w latach 70-tych ubiegłego wieku, kiedy planet nie płonęła jeszcze tak intensywnie, jak zapewnia Rafał. Wtedy 25st. to był upał nie do zniesienia 18st zwiastowało nadejście ciepłego lata.
Na kolację zaryzykowałem po drodze (już na Litwie) zakup lokalnej "kiełbasy". Po jej konsumpcji już wiem, skąd się biorą kiełbie we łbie, na pewno w brzuchu. Nie dałem rady...
https://i.ibb.co/vxG1NbxD/IMG-20230813-213952.jpg (https://ibb.co/BVxLhmVw)
Wieczór jak co dzień.
El Czariusz
16.05.2025, 09:58
Litwo ojczyzno moja?
Kiedy wracam ze wschodu zawsze nachodzę mnie refleksje różnorakie.
https://i.ibb.co/TDNfKXyv/IMG-20230814-092904.jpg (https://ibb.co/MyJv8Td2)
To miał (chyba) Mickiewicz na myśli...
7OzxQwWgd8U
No cóż... śniadaniujemy kawowo...
https://i.ibb.co/gssTjRJ/IMG-20230814-082027.jpg (https://ibb.co/B88ZzCB)
...zaraz zwijamy manatki i spadamy, bo może spaść deszcz na na nas.
Pogoda.
No szlag by ją. Nie mamy świadomości, że prze cały czas naszego pobytu na obczyźnie u Tolka powyżej 30st. Tam w istocie zmierzamy.
Po drodze Birże, wjeżdżamy nawet w granice administracyjne stolicy Litwy więc mogę napisać, że cztery stolice ale mijamy bokiem Wilno, by sprawdzić o czym świszcze w trawie Troków.
https://i.ibb.co/TMNykxFW/IMG-20230814-101232.jpg (https://ibb.co/9HdPNkCZ)
https://i.ibb.co/Psw8nS5y/IMG-20230814-101256.jpg (https://ibb.co/kVQFfdhT)
Wjeżdżamy w litewskie Mazury garbate. Mijamy Wilno i lądujemy w samym centrum historycznego parku narodowego. Przyrodniczo cudownie. Rozpychał się tu lodowiec jak hydra czy inna ośmiornica, tracąc języki, zostawiając między wzgórzami jeziora pełne łez.
Lądujemy na Wzgórzu Aniołów. Zagospodarowano ja z okazji 1000-lecia Litwy w 2009.
W Wielkanoc nasz obeszło 1000-lecie koronacji Bolesława na króla globusa PL. Obeszło tyle, co nic. 1000 lat istnienia formalnie polskich struktur państwowych, do których możemy się odwołać. Vivat obywatele nowoczesnej Europy!
"Mickiewicz nie przekreślał ani zdobyczy nauki, ani postępu technicznego. Był jednak konsekwentnym krytykiem rozumu i nauki bez sumienia."
Och, jakbym chciał przeczytać Historię przyszłości Mickiewicza.... zaprawdę chciałbym. Może w końcu też Pana Tadeusza w kontekście prozy Łozińskiego czy Glogera.
https://i.ibb.co/8LC094vd/IMG-20230814-122021.jpg (https://ibb.co/HfSVqpwx)
https://i.ibb.co/nNzsDQ1b/IMG-20230814-122132.jpg (https://ibb.co/fz4YCrN2)
Aniołki.
A tu...
https://i.ibb.co/tpFybzfS/IMG-20250516-073345.jpg (https://ibb.co/1GjH9MV3)
...moje.
Drapichrusty z dziadkiem. Po lewicy dziadka Kacper Włóczykij.
Objeżdżamy park od północy i z zachodu wjeżdżamy do Troków. Przed Trokami stajemy na parkingu jak... 20 lat temu. Widać z niego zamek na wyspie i pałac Tyszkiewiczów. Trochę się pozmieniało.
https://i.ibb.co/WqtDvC7/IMG-20230814-124151.jpg (https://ibb.co/bqJH5tY)
https://i.ibb.co/sLcwYxs/IMG-20230814-130308.jpg (https://ibb.co/qbhsQqm)
20 lat temu można było zjechać autem niemal do jeziora. Kawałek dalej jest rondo. Owe 20 lat temu wyjeżdżamy z spod jeziora prosto na rondo niemal. Za rondem stoi policja i łapie na pistolet. naturalnie stop i czysta polszczyzną koleś mnie informuje:
- Jechałeś 70km/h będzie mandat (dość spory o ile pamiętam). I pokazuje mi odczyt. F-cznie.
Więc odpowiadam czysta polszczyzną:
- A wiesz skąd wyjechałem? Z tego parkingu odległego o kilkadziesiąt metrów. Scenic to nie bolid formuły. I bezceremonialnie dodaję: schowaj sobie ten odczyt - wiesz gdzie!
Zatkało gościa. Powiedziałem; do widzenia, wsiadłem do auta i odjechałem.
Teraz na rondzie policji nie było.
Objeżdżając Troki wspominam jeszcze wie historie. Kiedy owe 20 lat wcześniej przyjechaliśmy nad ranem do Troków musieliśmy i godzinę poczekać na otwarcie biura informacji turystycznej, bo nie przestawiłem zegarka.
Wyczytałem w przewodniku pascala, że tu można najłatwiej/najszybciej wynająć kwaterę i f-cznie. Pani bardzo sprawnie pośredniczyła w nawiązaniu kontaktu z wynajmującą Litwinki nie brała za to od nas żadnej prowizji.
Rozmawialiśmy bez problemu po polsku. Dopytałem jeszcze o jakieś materiały reklamowe więc w odpowiedzi otrzymałem mapki itp. Te juz po polsku nie były.
Zapytałem zatem, czy na zamku (tym na wyspie) są też napisy po polsku? I...
...tu jakby w kobitę piorun strzelił!
Normalnie zaczęła krzyczeć. Co my sobie myślimy?! Tu jest Litwa nie Polska!
Zdębiałem chwilowo...
- A w Malborku na zamku napisy po litewsku są?! To nasza a nie wasza historia!
Cha... Poczułem się jak Stanowski atakowany teraz przez panią Wysocką-Schnepf:)
Uśmiechnąłem się i paruję:
- Świetnie pani mówi po polsku. Gratuluję. Wyobrazi sobie pani, że po litewsku na Malborku ani słowa nie ma ale... są za to po niemiecku. Po niemiecku, bo przyjeżdżają tam Niemcy. Może by i były po litewsku, gdyby Jagiełło zamek zdobył ale nie zdobył. Może dlatego Litwinów na tym zamku tyle, co śniegu dzisiaj w Trokach.
Po drugie... zamiast się tu na mnie wydzierać, może spowodowała by pani po tej rozmowie, by napisy po polsku jednak były. Wie panie dlaczego? Bo wtedy łatwiej by wam było dotrzeć do nas z waszym przekazem i wizją historii. Czyż nie...?
Kobita sposągowiała.
My zaś oddaliliśmy się na kwaterę. Kwaterą było dwupokojowe mieszkanie w wieżowcu z wielkiej płyty. Bodaj na 8-ym piętrze? Trochę słabo, bo przynależał nam jeden pokój. Drugi był już wynajęty. W naszym pokoju trzy łóżka, kuchnia wspólna... Może być. W końcu będziemy tu tylko spać. bo zwiedzać jest co. W cenie piękny widok na okolicę.
Po całym dniu zwiedzania (w tym rzeczonego zamku) okazało się, że naszymi bezpośrednimi sąsiadami jest małżeństwo Łotyszów z... Rygi.
Władimir okazał się dyrektorem szkoły, jego żona Lena - nauczycielką matematyki. Strażnik Domowy nauczyciel w-f, ja niedoszły nauczyciel plus junior. Nie mogliśmy się nie dogadać:) Dogadywaliśmy się bardzo długo i konkretnie. Można powiedzieć, ze przypadliśmy sobie rodzinnie bardzo do gustu.
Do tego stopnia, że przedłużyliśmy sobie pobyt wspólnie jeszcze o dwa dni extra. Spotykaliśmy się praktycznie tylko wieczorem, ostatni wieczór w knajpie. Niewątpliwie do dzisiaj utrzymywalibyśmy kontakty ze sobą, co miało miejsce przez dobre 15 lat, dopóki nie zgubiłem "prywatnego" telefonu i z nim przepadły wszystkie tego rodzaju kontakty. Akurat tego bardzo żałowałem.
Juniorowi też pan dyrektor z żoną pasował, że ostatniego wieczora ułożył dla państwa Morkowiczów piosenkę.
Próbowałem Władimira odnaleźć jakoś i był nawet na to mały pomysł, na omawianej wycieczce ale tym razem tempo było za duże. Pomysł jednak do lamusa nie idzie.
Ot... taka fajna (dla mnie) historia.
Po Trokach Druskienniki z marszu ale nie zrobiły na nas żadnego wrażenia. za to okolica jak najbardziej. DO tego stopnia, ze w pewnym momencie odbiłem na szutrową drogę, która prowadziła prosto do Polski. Na tym szutrze tarka, więc żeby zębów nie stracić sunąłem po pustej drodze ponad 80km/h jak Vatannen jakiś. Strażnik nie za bardzo przepada za takimi drogami i już zaczęła protestować kiedy nagle...
... skrzyżowanie! tak wyprofilowane, ze podbija nam golfa i w locie widzę znak... granica państwa!
Zaraz potem droga przeszła w klasyczną gruntówkę. Oczywiście wyhamowałem i z lekką dusza na ramieniu klucząc, jechaliśmy dalej. Był to czas, kiedy pan Szczerba, Sterczewski i im podobni, biegali wzdłuż granicy z Białorusią i tak się dziwnie na tej granicy poczułem... jak uciekinier jakiś abo co, że nie wspomnę o OPR Strażnika Domowego.
Wyobrażam sobie obraz na potencjalnej kamerze na granicy; nagle przelatuje rzez nią golf 2, pordzewiały a pod tylną klapą kordła z gitarą, sombrero... I mina żołnierza SG kontrolującego ten obraz.
Wieczór u Tolka był już upalny. Cisza, spokój tylko od czasu do czasu przelatywał F-16 pisząc swoją historię chemitrails...
https://i.ibb.co/rf2SNxGf/IMG-20230814-201612.jpg (https://ibb.co/Fq4MC5bq)
hp4endJMu1E
Jedenaście lat pracowałem z Kolegą Sławkiem,
który w Rokiczance gra na - ładnie to pisząc - instrumentach perkusyjnych.
Dzięki temu, w prezencie otrzymywałem kolejne wychodzące płyty zespołu.
Mój młody słuchał ich jako kołysanek:)
ps. czyta się:Thumbs_Up:
El Czariusz
17.05.2025, 07:52
Ten post poświęcę temu, któren dzisiaj korzysta z 45-tych urodzin.
Nie będę słodził, bowiem osiągnął wiek, w którym insulina zazwyczaj ma już dość niezdrowego bytowania.
W związku ze związkiem życzę Fazikowi najsampierw, by prowadził się zdrowiej.
Ale też... by porzucił stanowisko szefa Sfilcowanych Skarpet. Ta organizacja budzi awersję samym skrótem, który się niedobrze kojarzy tym bardziej, że przewodzi jej tow. Onucnik.
Niestety... tow. Onucnik, to nocna wersja Fazika. Mamy tu do czynienia z syndromem dr Jekyla. Temat doskonale rozczytałem w trakcie pedaliad.
Pedaliady.
Pedaliady, czyli kręcenie pedałami.
Kręcenie dwoma to standard. Niekiedy trzema.
W trakcie kręcenia poznajesz naturę. Naturę jednego z drugim i naturę natury czyli bezpośredniego i pośredniego otoczenia.
Poniżej na ten przykład...
https://i.ibb.co/YB4F3LXx/1.jpg (https://ibb.co/Qv73fKk4)
...przykład zbiegu natur.
Powyżej to akurat przykład z pedaliady grupowej. Bardzo rzadkiej zresztą. Tak rzadkiej, jak nazwisko Sraczka. Zdarza się ale nie często.
Pedaliady, to - jak to kreślą malkontenci zatem, wycieczki do dupy.
Poniżej przykłady dwa.
https://i.ibb.co/FLvHf4HT/DSCN2413.jpg (https://ibb.co/q3GJ4YJQ)
https://i.ibb.co/d0PBX3v2/1534som.jpg (https://ibb.co/WWkn7dXy)
Od lewej: dr Honzik (dzienna wersja Fazika), prof. Kocur i DoCent El.
Pedaliady, to wycieczki naukowe.
Każda zaczyna się wykładem dr Honzika (przypominam - dziennej wersji Fazika):
Ajsw9Y4l3lg
Po odsłuchaniu nastąpi ciąg dalszy.
El Czariusz
17.05.2025, 09:03
Dr Honzik w...
https://i.ibb.co/fdwrGj9N/F1000005.jpg (https://ibb.co/qYQmFTCg)
...naturze czystej.
https://i.ibb.co/RprJQp7K/F1000007.jpg (https://ibb.co/tMj1YM36)
Tak czy owak nie jeden z drugim zastanawia się (może); Fazik... skąd Ty naprawdę mieszkasz?
W odpowiedzi na zainteresowanie, opowiem wam dzisiaj historię Fazika, dr Honzika i tow. Onucnika w osobach trzech. 40 letnią ich biografię, spisaną mam skrupulatnie w Pamiętniku znalezionym w koszu.
Skrupulatnie - dzień po dniu.
https://i.ibb.co/8DvKGQkq/IMG-6655.jpg (https://ibb.co/XZ026GH1)
Nie do wszystkich fazikowych zdarzeń udało mi się dotrzeć bezpośrednio, docierałem więc pośrednio. Docierałem w trybie oceny podstawą której, była metodologia badania pośredniego wynaleziona przez geniusza Pastora.
Otóż dotyczy ona oceny czystości odbytu po zrobieniu kupy.
Standardowo trudno jest nam ów fakt stwierdzić, bo trudno samemu tam zajrzeć. Można np. wkładać palec w czeluść, co daje nam już pewien obraz. Jest to własnie doskonały przykład metodologii, na przykładzie konkretnej metody. Metoda ta doskonalona była przez coraz bardziej cywilizowane wieki.
Palec uzupełniano o liście np., by z czasem dojść do bardziej konkretnej celulozy, tj. papieru toaletowego.
Kiedy pośrednio stwierdzimy, że czeluść jest czysta? Kiedy na papierze nie znajdziemy już charakterystycznego zabarwienia.
Czy to oznacza, że czeluść jest już czysta? Absolutnie nie ale każdemu docierającemu do tego etapu, w zupełności to wystarczy. Taki wybór podcierającego. jeden zużyje pół rolki papieru, by do stanu dojść, drugi po prostu umyje tyłek.
Porównał bym bezpośrednio ten proces (badania biografii Fazika) do procesu wyborczego, w sensie osiągania efektu/dojścia do stanu wyboru jednego z kandydatów, których jest 13-stu ale cicho tam. Skupimy się na kandydatach/trzech osobowości Fazika.
Nie przedłużając.
Fazik urodził się na dalekiej prowincji. W klasycznej, patologicznej rodzinie. Bo kto to widział, by w jednym domu chowała się ona tak licznie. System 2 + 4 = 6 dzisiaj jest skrajnie patologiczny. Wytłumaczę szybko te patologiczne równanie.
Dwoje rodziców plus czwórka dzieci, to wynik ciężkich robót babci i dziadka.
NIE NIE NIE. Po trzykroć nie. Pierwsze, to czysta dyskryminacja (kolejny przykład jednej z metod badania pośredniego) pozostałego układu płci ale... nie o tym.
Fazika już w fazie raczkowania...
https://i.ibb.co/0y7Bk00q/IMG-4450.jpg (https://imgbb.com/)
...cechowała wyjątkowa ciekawość świata.
Cdn.
Ech, aby życie napędzało się pedałami. Byłoby łatwiejsze niż tankowanie darmowego prądu za 40 centów /kWh czy innego dizla.
Dodam jeszcze kawałek mojej dziecięcej przygody. Mój dziadek kupował gazetę Poznaj Świat, i ta gazetę sklejał w takie książki. Jako dzieciak w patologicznej rodzinie musiałem iść dokładać do pieca który gotował planete w patologicznej rodzinie która mieszkała w 13 osób w jednym domu. Dziadek babcia, nasza rodzina i rodzina starszego brata.
Rozpalałem ten ogień drewnem i czekając aż się drewno rozpali, czytałem że gazety Poznaj Swiat. Później dorzucalem węgla i szedłem na górę z piwnicy.
Pamiętam artykuły Tonyego Halika o Afryce, o Brazylii, o Azji. Wyobrażałem sobie jako dzieciak , jak żyją gdzie indziej ludzie. Jak mało mają do życia, jak brakuje im pieca w którym rozoalalem ogień aby 13 osobom było ciepło. Dziecięca robota, dziś za nią idziesz do ciupy.
Ale ja nie o tym. Wiem dziś, że te te stare gazety Poznaj Swiat, coś zasiały w moim dziecięcym mózgu i to ziarno zasnęlo na lata. Szkoła podstawowa, technikum, studia w Opolu, studia w berlinie. Linia standardu, sztampa, zwykły synek byłem. I w 2010 poznałem to Szmacidło Elwooda. Ten jebnał wiadrem w te nasiona poznaj świata. I zaczęło rosnąć.
Pamiętam do dziś. Sierpień 2010. Na wiosnę załatwiłem wizy tym gagatkom z Afganistan 2010 komplet ie nie ogarniając tematu, ale załatwiłem. W owym sierpniu (jego koniec chyba) , siedzę u ciotki na kawie i wpada mi mysl że powinni te ewloody z Afganistanu już wracać. Telewizor u ciotki włączony ,Teleexpres leci i w tym Teleexpressie widzę gębę Elwooda Szmacidła który gada że wycieczka z Orbisu się udała,dokładnie w tym samym momencie, w którym pomyślałem o ich powrocie. . Biorę telefon i dzwonię, mówię że widziałem ryja ale - 20 kg i chciałem potwierdzić że to on a nie jakiś podróba.
Później było biesowisko, surowy zakaz spożywania alkoholu pod jakimkolwiek postacią , kultura, trzeźwość, it'd. Poznałem ludzi którzy wsiadają do auta i jadą przed siebie. Nawet oleju nie zmieniają. Po drodze się zrobi. 3 złombole i wycieczka po uczelniach rosyjskich z moim kumplem z Monachium , oplem frontera zakupionym za 1000 ojro na eBayu, który zjebał się na 6tym pasie obwodnicy moskiewskiej . Było biednie ale jako tako.
Najważniejszy olej który trzeba przed podróżą zmienić to ten w mózgu. Jak weźmiesz olej cywilizacji to podróż będzie męka. Sranie w krzakach to podłość dla cywillizacji która wierzy w wygodne kible i się nie zesra. Sranie na luksusie, papierki, czystość bez bakterii. Natura jednak ma inne zdanie...
Zmieniasz olej na lekki 0,5 W100 , lekki olej przygodowy i nie masz problemów z niczym. Ten olej leci przez wszystko bez problemu. Gęsty olej cywilizacji zawiesza się na zwykłej sraczce. Myśli gdzie się zesrać , jaka wygodę zapewnić,.kierunek wiatru, miękkość papieru, gęstość podłoża itd.
Olej lekki podróżniczy , smaruje kolana które prowadzą cię w idealne miejsce , z widokiem na pamirskie góry , gdzie dziękujesz sraczce że daje Tobie takie przeżycia i momenty z tak zajebistym widokiem. Nawet siedząc na kiblu w Berlinie, wspominasz ten widok i załujesz że nie jesteś wtedy z tą sraczka z tym widokiem.
Dalej, olej podróżniczy 0,5W100 pozwala znieść wybuchy silnika, wymiany skrzyń biegów, kardanow, kapcie i inne drobnostki w podróży bez większego zgrzytu. Po prostu życie podało Ci rękę śmiejąc się przy tym i patrzy jak sobie dasz radę. Albo się zesrasz pod siebie albo pójdziesz w górę od obozu i z pięknym widokiem na 7mio tysieczniki będziesz się delektować chwila. Jak wrociszy to wymienisz silnik, skrzynie biegowy kardany i inne pierdoły z uśmiechem , bo wiesz że osady cywilizacji w mózgu nie mają, żadnego wpływu na Ciebie. Następuje ten piękny moment wyjebania na wszystko pomimo że na 8 tygodniowa wycieczkę wydałeś zajebiste 600 ojro w pełnym wypasie, a biuro podróży ma w dupie Twoje skargi. Reklamacji nie ma .
Nie będzie czegoś pomiedzy. Tak jak byłem w Indiach. Albo je pokochasz albo znienawidzisz. Olej w mózgu ważniejszy niż nowe łożyska w golfie które zatarły się 1 km za litewska granicą. A przed nami jeszcze tylko 13000km. Olej cywilizacyjny by się zapalił zagrzał I dostał samozapłonu. Awantura o przygotowanie sprzętu, jakości it'd. Olej podróżniczy w mózgu bierze to na lekko, smaruje zwoje mózgowe i zaczyna działać , aby następne 13 tys km przebiegło jako tako. Byle dojedzie . Huj z tym że hamulców brakło na 4000m n.p.m na zadupiu pod Murghabem jest jeszcze ręczny hamulec i silnik , olej podróżniczy mówi że bez hamulców też da rade. I dał radę! Patrz przed siebie i myśl.
Elwoodzie, dzięki za podlanie gazet Poznaj Świat. Miałem je w mózgu ale zabrakło oleju podróżniczego 0,5W100 za pomocą którego wykiełkowały. Wiem że do podróży potrzeba naprawdę mało. Usiąść, spojrzeć w niebo i pozbyć się cywilizacyjnych osadów które ciagle psują przygodę. Wziąć pusta butle z gazem i pojechać w pamir, wziąć moskietire zamiast namiotu na deszczowe czechy, kupić cukierki zamiast wody na pustyni. Tak, olej podróżniczy w mózgu da radę to zrozumieć i działac. Dzięki Ci za to!
Elwoodzie i reszcie waryjatow dedykuję te dwa czeskie piwa dla was. Wiem że pijecie w tej chwyli jakieś sikacze z supermarketu, więc wysyłam wam orgazm moich kubków smakowych które delektują się czeska ciapowana disitka z kija u Jirzego w christofu na doli koło Liberca, czyli miasta wolności?
Tynki expresowe , zawsze hujowe ;)
142724
Dziekuje wam , Wy Szmacidła!
Ps. Cieszę się że mam kumpli którzy wymieniaja olej w mózgu co tydzień
QoTrguiSHTQ?
El Czariusz
18.05.2025, 13:05
Wróćmy zatem do biografii Fazika.
Wspomogę się tu pismem obrazkowym, bo to stare dzieje.
Rodzice dali Fazikowi na imię Filip. Filip (Fazik) stał się sławny, jak wyrwał się...
https://i.ibb.co/hJt6TCJT/Puzatek-w-konopiach.jpg (https://ibb.co/RkVFJ7kJ)
...z babcinych objęć na polu konopii.
Wyrwał, bo chciał na kolejną wycieczkę, którą co niedzielę organizowali rodzice.
https://i.ibb.co/hJJyDJ23/FB-IMG-1733761276067.jpg (https://imgbb.com/)
Stąd też późniejsze zamiłowania Fazika.
Niestety aromat konopii wypalił Fazikowi dziurę w mózgu. Na tym polu doszło do pierwszych opóźnień w rozwoju Fazika. Wyraźnie negatywnie wyróżniał się na tle swojego bezpośredniego otoczenia...
https://i.ibb.co/6c26LDjB/FB-IMG-1674854952962.jpg (https://ibb.co/LDM4H9V5)
https://i.ibb.co/21C8rB0Y/FB-IMG-1673717968370.jpg (https://ibb.co/nNY3ySq8)
Lektura stała się...
https://i.ibb.co/GvWQRc3Q/FB-IMG-1686333367272.jpg (https://imgbb.com/)
...jego pasją.
Miała na niego wpływ...
https://i.ibb.co/ks8sKTRt/IMG-20230422-113012.jpg (https://ibb.co/Zp8pdrn0)
...jak pływy Missisipi.
Kiedy inne dzieci zimą lepiły normalne bałwany, jego...
https://i.ibb.co/KzfGJ421/FB-IMG-1673420347994.jpg (https://ibb.co/VpzNsngK)
...wyglądał tak.
Zaprawdę uwierzcie mi, że nic tak nie wpływa na dziecko, jak...
https://i.ibb.co/sdmy1gM1/IMG-20240628-152955.jpg (https://ibb.co/0RDh9nd9)
...towarzystwo, w którym się Fazik obracał od lat najmłodszych, jeżdżąc z rodzicami na te niedzielne wycieczki.
Towarzystwo...
https://i.ibb.co/p66CcXBS/FB-IMG-1678553953295.jpg (https://ibb.co/Q77sLm34)
...co najmniej...
https://i.ibb.co/H0kDB7N/IMG-20220823-122733.jpg (https://ibb.co/vbKxV1s)
...szemrane.
Po kolejnej, niedzielnej wycieczce...
https://i.ibb.co/Dfx48gPW/FB-IMG-1638913646119.jpg (https://imgbb.com/)
...napisał swój pierwszy esej.
Od najmłodszych lat pasją Fazika były rowery. Ostatnio zwierzył się...
https://i.ibb.co/tps03LGQ/FB-IMG-1680680233067.jpg (https://ibb.co/VYSF3w1J)
Później klasyka... Ekspresowa szkoła nauki...
https://i.ibb.co/fzbSGyxn/FB-IMG-1690116886175.jpg (https://imgbb.com/)
I dalej...
https://i.ibb.co/N296rT1d/1649147047-aeyl4k-600.jpg (https://imgbb.com/)
...kolejnymi etapami...
https://i.ibb.co/WNFmgryv/IMG-5326.jpg (https://ibb.co/spQ8yTw9)
...czerpiąc z najlepszych wzorców, został...
https://i.ibb.co/Gfz0gffY/FB-IMG-1684915451427.jpg (https://ibb.co/sp82Lppx)
...mistrzem.
Cdn.
z ciekawostek: mowi sie, ze osiol potrafi dzwigac 20 proc. masy wlasnej... czyli nastolatka jakotako... ale to wg unii europejskiej... natomiast pamirskie osly, bez problemu biora 50 proc. i jakos zyja... trzeba im tylko dac czasem zjesc trawe, troche wody i nie bic patykiem po tylku.
Ja jeszcze żyję :D ale esej piękny :)
El Czariusz
19.05.2025, 10:07
Chomiku, boś ty chomik afrykański. Rzadko spotykana odmiana - chomika mutanta.
Coś na wzór krowokura z Tytusa, Romka i ATomka. Krowokur dziennie dawał cysternę mleka i znosił jaja gianty.
Tymczasem.
Jak zwykle niezwykle celne uwagi wtrącił nasz ulubiony Niedorzecznik Biura Turystyki Nieodpowiedzialnej.
https://i.ibb.co/84PddphZ/IMGP7035.jpg (https://ibb.co/0VYFFSwb)
Selektywnie spostrzega otaczającą rzeczywistość. Jest takim naszym profesorem Zinem.
HkjkTAx35iw
Pan profesor szkicował świat piórkiem i węglem, nasz Niedorzecznik...
https://i.ibb.co/DHRHB667/DSC02717.jpg (https://ibb.co/Q3K3Wqq6)
...szkiełkiem i okiem.
Również wzbudzając...
https://i.ibb.co/yc4QJMMg/DSC02718.jpg (https://ibb.co/cSYrdpp2)
... powszechne zainteresowanie.
Zawsze pierwszy, do wyjaśniania mistyfikacji np. Poniżej przykład krótkiej i rzeczowej demaskacji mistyfikacji.
https://i.ibb.co/xtfFv87n/IMGP7097.jpg (https://ibb.co/4nY1ygVb)
Zdziwiony Dariusz dopytuje:
- Jesteś pewien, że na tablicy wyników jest coś nie tak?
https://i.ibb.co/HTJFwjKT/IMGP7100.jpg (https://ibb.co/v4twySc4)
F-cznie! Spójrzcie, co wykrył nasz Niedorzecznik!
https://i.ibb.co/DH2JXhmn/IMGP7101.jpg (https://ibb.co/wFmkHV81)
Albo taki banał...
https://i.ibb.co/XkjrsqNT/FB-IMG-1663568348161.jpg (https://ibb.co/JFmw790P)
...a rozwiązanie banalne.
To nasz Niedorzecznik odkrył, do czego służy mały palec u nogi czy też jaki jest najlepszy środek na hemoroidy?
Pierwszy - do szukania nogi od stołu lub łóżka.
Drugi - środek d...y.
Niestety... rola Niedorzecznika jest niezwykle wymagającą...
https://i.ibb.co/mFdzLRtF/228025088-10217377567264940-4473366798977845668-n.jpg (https://imgbb.com/)
https://i.ibb.co/ZC7Ykj5/Bez-tytu-u.png (https://ibb.co/JPgyM1V)
Ciągłe konsultacje...
https://i.ibb.co/sp4szRNs/DSC02727.jpg (https://ibb.co/mrKhgT2h)
https://i.ibb.co/8RhtFGj/20180904-124209.jpg (https://ibb.co/q4ZVbhR)
...i koniec może mieć...
https://i.ibb.co/6734cHFX/20180902-090757.jpg (https://ibb.co/sd0FpKqW)
...po fazie euforii...
https://i.ibb.co/vx8bFGMN/DSC00043.jpg (https://ibb.co/XZT9QgGn)
...smutny koniec.
https://i.ibb.co/zhr8RLxy/20180906-175852.jpg (https://ibb.co/bgPHBymS)
AI podpowiada obraz Niedorzecznika...
https://i.ibb.co/WpzJ8fbw/IMG-5738.jpg (https://ibb.co/Tq03jtVS)
...po drugiej turze wyborów.
Mimo wszystko...
https://i.ibb.co/Q764HYG9/FB-IMG-1676449814589.jpg (https://imgbb.com/)
...Niedorzeczniku, na zdrowie!
Tym niemniej z marzeniami...
https://i.ibb.co/5xGXTNvY/61185392-2463026897258762-1592378516769341440-n.jpg (https://ibb.co/mFbrJLtv)
...zejdźmy jednak na ziemię.
https://i.ibb.co/wN9T02Qc/20180831-085645.jpg (https://ibb.co/qMtzy2gJ)
...i...
https://i.ibb.co/B5GM4sMy/IMGP7329.jpg (https://ibb.co/ksJC3cC4)
...do robienia placków odmaszerować.
El Czariusz
20.05.2025, 09:21
Po wyborach, można śmielej. Można?
https://i.ibb.co/KcVP0v31/DSCN2494.jpg (https://ibb.co/5Xs0MHf7)
Siwy w swoim podpisie tu na forum wspomina o posranych pomysłach, które w istocie są niepuszczonymi bąkami. Jako gazy przemieszczają się do mózgu i...
Tak naprawdę wszystkiemu winien jest dziadek Fazika.
Szło na komunię świętą i wszystkie dzieci marzyły tylko o jednym, co im maj przyniesie. Upragniony rower, zegarek lub...
Był maja początek.
Przed zbliżającą się lekcja polaka, Fazik niepomiernie nudził się na lekcji historii. Na kwadrans przed dzwonkiem zaczęło go kręcić zdrowo w jelitach. Spinał zwieracze jak mógł. O ile zbliżającą się nieuchronnie, żółtą powódź udało mu się powstrzymywać, o tyle rosnącą produkcję gazów nie bardzo.
Ściskał ile wlezie. Bąki wędrowały do mózgu i zrodziły arcyplan!
Tych, których siedząc w ostatniej ławce nie ścisnął, puścił w eter, przy okazji rozpoczynając nowożytną erę voice of Poland. Czwórka dzieci siedzących plecami do niego, odwróciła się jak na komendę.
To już nie było istotne! Zajęcia odbywały się na trzecim piętrze dużego, przedwojennego gmachu szkoły, jednak na kolejnej (nudnej zapewne także jak flaki z olejejm) lekcji polskiego, Fazika już nie było...
Ledwie dwa kwadransy później pod szkołą rozbłysły światła i dźwięki - straży pożarnej i karetki pogotowia. Straż przyjechała do/po Fazika, karetka do pani od polskiego.
Ogólnie dramat, bo po małoletniego syna musiał przyjechać extra ojciec, zrywając się z pracy i to było najgorsze. To były inne czasy... Czasami lepiej było dostać linijką po łapie, być wyciąganym za pejsy przez dyrektora. Po co od razu po ojca dzwonić, by potem uruchomić proces...
https://i.ibb.co/XkFHc32n/facebook-1747723813531-7330484981988415461.jpg (https://ibb.co/G3CmztxZ)
W domu afera na sześć fajerek...
https://i.ibb.co/mF5x4L7v/FB-IMG-1747671453096.jpg (https://ibb.co/tPpdD75Z)
Mama z ojcem:
- Rany boskie! W kogo on się wdał?! Co ci strzeliło do tej twojej głowy?! My cię tak nie wychowywaliśmy!
Fazik stał ze spuszczoną głową... Dobrze wiedział, co go może spotkać...
https://i.ibb.co/mrxKyTBp/FB-IMG-1727943690999.jpg (https://ibb.co/cKm983vq)
Tylko dziadek nie rwał sobie włosów z głowy. Bo i po co... skoro włosów tak nie wiele? Fazik uwielbiał dziadka. Dziadek uwielbiał Fazika. Ten mały brzdąc był taka małą jego kopią.
Po dziadka też przyjechała straż...
https://i.ibb.co/20pq0ZqX/66449192-2676476995709553-7337330499930554368-n.jpg (https://ibb.co/WNRnNVnS)
...też przed komunią.
Kiedy przyszła pora na kabel od prodiża, dziadek spokojnie, z uśmiechem zapytał:
- I co, jaki widok szczególnie przykuł twoją uwagę?
Mdlejąca pani od polskiego, na mój widok za oknem.
Cdn.
El Czariusz
20.05.2025, 11:18
Gdyby tak Fazika scharakteryzować dwoma obrazkami...?
https://i.ibb.co/5X3MqR4T/FB-IMG-1711863337930.jpg (https://ibb.co/xKbCV7Lh)
Kiedy próbujesz małego człowieka ścisnąć ramami, jest szansa...
https://i.ibb.co/JwTbtpRt/IMG-5340.jpg (https://ibb.co/7dDTCpJC)
...że wyjdzie na ludzi ale...
...szybciej wbijesz go w garnitur, którego nie zdejmie już do końca życia. Ma to swoje ogromne plusy. Np. mundurek komunijny. Zakładasz go tylko raz w życiu.
Wszystko musi mieć swoje miejsce i czas.
Niemal wszyscy rodzimy się geniuszami. Do trzeciego roku wykonujemy najcięższą, umysłową pracę swojego życia. Nikt nas do tej pracy nie zmusza.
Wykonujemy ją sami, jak tylko otworzymy oczy, dzień po dniu, godzina po godzinie i tak a piać... Codziennie, mozolnie przez te lata trzy.
Uczymy się komunikować ze światem.
Potem sukcesywnie nastaje era: zostaw, nie ruszaj, nie rób... No i...
...tak powoli, konsekwentnie na własne życzenie hodujemy "nieroby".
O to dowód.
https://i.ibb.co/RTk3KHvn/Biesy-008.jpg (https://ibb.co/N2d9qYVh)
Leży taki i śni na jawie...
https://i.ibb.co/sddXH1nB/FB-IMG-1679860441782.jpg (https://ibb.co/xttrHgW4)
https://i.ibb.co/ZR8L9pg9/FB-IMG-1678609957984.jpg (https://ibb.co/20tnJ1MJ)
...duma i...
https://i.ibb.co/3yfGGcKB/FB-IMG-1681884731511.jpg (https://imgbb.com/)
...taki wynik jeden...
https://i.ibb.co/3m44KFqk/FB-IMG-1734275390270.jpg (https://ibb.co/k255ZDfM)
...drugi.
Doskonali się.
https://i.ibb.co/pjPshGpL/FB-IMG-1728330653891.jpg (https://ibb.co/60ZpXV5W)
...coraz lepiej organizuje się...
https://i.ibb.co/wNSV1BQb/facebook-1747665313117-7330239613468525500.jpg (https://imgbb.com/)
...we własnym ogrodzie.
Pomaga organizować się...
https://i.ibb.co/q3tkm3hS/242747632-1233606310448474-6065475299763824632-n.png (https://ibb.co/FLSg8Lcr)
...najbliższym.
By nie skończyć jak...
https://i.ibb.co/b5F3pXCR/FB-IMG-1741275449449.jpg (https://ibb.co/VYxNXTzp)
...z mózgiem po...
https://i.ibb.co/205nq37k/FB-IMG-1732454275116.jpg (https://ibb.co/ZRNLdz6M)
Tymczasem będzie pauza w nauczaniu.
Pora spakować fanty...
https://i.ibb.co/BKB2rPM9/IMG-20230410-233405.jpg (https://ibb.co/5xLhn9HP)
Wsłuchać się w słowa...
87Ozl8gGg5Q
...i ruszyć...
https://i.ibb.co/k62RfvFf/Mario-Blues-105.jpg (https://ibb.co/Nn28PbzP)
...gdzie oczy poniosą.
Choć, nie dla mnie...
7q2qXz-PM3Q
El Czariusz
27.05.2025, 10:55
Trzy, dwa, jeden...
j3x4Ymw9qMk
*
Miała to być Pedaliada. Pedaliada klasyczna. Poza wybitnym akcentem, wynikającym z budowy roweru, warunkiem koniecznym jest spełnienie dwóch warunków koniecznych.
Zasada prosta. Jazda od baru do baru (od restaurace do restaurace itp.) i spanie w otoczeniu kompletnie przypadkowym. Nie wynikającym z konkretnego planu, że tu. Ogólne pojęcie tak - okolice ostatniego baru albo... on sam. Co też i bywało/miało miejsce.
Zasada sztywna, jak napęd ostrego koła.
https://i.ibb.co/4Z6wkv5r/IMG-20250522-114359.jpg (https://ibb.co/mCLrpZMW)
Nie został spełniony pierwszy warunek...
https://i.ibb.co/PvPYtmfb/IMG-20250522-114750.jpg (https://ibb.co/7dZzbY6T)
...ani...
https://i.ibb.co/XfGxwjsT/IMG-20250522-120011.jpg (https://ibb.co/LDsdGYtf)
...drugi.
Zatem, by jeszcze zaakcentować zatem, że to nie była Pedaliada, tym bardziej klasyczna - nadałem "temu czemuś" nazwę nie pozostawiającą wątpliwości by uniknąć...
https://i.ibb.co/RTZmXpLb/FB-IMG-1747737711295.jpg (https://imgbb.com/)
...jakichkolwiek, podobnych porównań.
Prawie mi się udało...
* Ten hotelowy bar jest pełen ludzi.
Pianista naprawdę sobie nie radzi,
Nawet stary barman jest naćpany jak kościelna wieża,
Więc dlaczego dziś wieczór miałbym grymasić?
Joint krąży wokół mnie,
A mój nastrój jest naprawdę marny.
Teraz bluesowa (**) gromada chce mnie otoczyć,
Ale wyrwę się po chwili.
Cóż, jestem milion mil stąd
Jestem milion mil stąd
Żegluję jak dryfujące drewno
Po wietrznej zatoce.
Tak, jestem milion mil stąd
Jestem milion mil stąd
Żegluję jak dryfujące drewno
Po wietrznej zatoce
Czemu pytasz jak się czuję?
Cóż, a jak to wygląda u ciebie?
Odciąłem haczyk, żyłkę i ciężarek u wędki,
Straciłem mojego kapitana i załogę.
Stoję na podeście
I nie ma tu nikogo oprócz mnie.
Zobaczysz mnie tam
Wpatrując się w granatowe morze.
Ta piosenka jest na ustach wszystkich,
W całym pomieszczeniu panuje radość,
Wylewna rozmowa,
Wiec dlaczego siedzę tu smutny (*)?
Ten hotelowy bar zgubił wszystkich tych ludzi,
Pianista złapał ostatni autobus do domu,
Stary barman właśnie padł w kącie.
Więc dlaczego muszę wciąż tu być?
Ja nie wiem, pozwól, że ci powiem.
Jestem milion mil stąd
Jestem milion mil stąd
Żegluję jak dryfujące drewno
Po wietrznej zatoce
Cóż, jestem milion mil stąd
Żegluję jak dryfujące drewno
Po wietrznej zatoce.
** gra słów: "smutek" i blues jako gat. muzyczny. Rory, jako wzięty bluesman ma tu na myśli bluesową chałturę uprawianą w alkoholowych i narkotykowych oparach, z której musi się wyrwać.
Na AntyPedliadzie towarzyszył mi muzycznie Rory Galagher, w którego koncercie...
s1lrS2HmAXU
...miałem niezwykłą okazję osobiście uczestniczyć w Kolonii w 1990-tym. Dokładnie na tym. Wcześniej - ściągniętym będąc z baru przez samego Rory`ego, gdzie grałem sobie w kącie na... harmonii. Jego zespół wpadł przed koncertem po prostu do rzeczonego na jedno (może dwa) piwo...
El Czariusz
27.05.2025, 12:16
-DVbP8pun0I
Gdyby to była Pedaliada...
https://i.ibb.co/p6qn73kS/IMG-20250521-082013.jpg (https://ibb.co/BHkwpgY9)
...nie jechałbym IC.
Musiałbym po piątej rano celować w regio i bujać się przez globus PL regionalnymi przewozami do wieczora, by zalec z namiotem w jakiś krzakach.
Ba... Musiałaby to być mocno spontaniczna impreza - też nie.
Odkładałem na nią kasę przez pół roku. 150zł m-cznie. Wystarczyło sobie odpuścić tradycyjne, małe piwo i nadmiar innych cukrów. Nagle przybyło 900zł a ubyło 12kg!
No elegancko!
Za 900zł, to ja na pedaliadzie mogłem ugościć (i taki był arcyplan) dwóch gości...
Zostałem sam. Sam, z kupą kasy. Sam, choć tliła się nadzieja, że jednak nie.
Ta nadzieja późnym, środowym popołudniem, w Szklarskiej Porębie spłonęła jak planeta nadziei - sporej części globusa pl.
Zaczęła płonąć (planeta) od Przystanku Oliwa. We wtorek temperatura zbliżyła się do niepokojących moje receptory - 20st. To był sygnał, że lato już konsumuje wiosnę, jak owa płonąca nadzieję.
Ale co tam... Kasy mam fchuj, w związku ze związkiem olewam cały proces, skupiony na własnym komforcie. Rano zakładam trampki, bo przecież Giewont już w tym roku na pewno w szpilkach zdobyty ale...
Natura wychodzi jednak z komfortowego człowieka i podpowiada... Pedaliada w trampkach - jak znalazł. No tak. Skoro Anty, to wzuwam meindle army gore.
Nie minęło 10h a jeszcze tej samej, płonącej środy parkuję w... Bombaju.
https://i.ibb.co/Xr6n2FSb/IMG-20250521-175126.jpg (https://ibb.co/1tBCvR8L)
Upał jakby zelżał a pan, który wymienił mi w kantorze złotych 450 na 2600 rupii, patrząc na mnie rzuca:
- Jeszcze wczoraj rzucało tu śniegiem i gradem a pan tak na golasa... rowerem?
Ale z namiotem.
El Czariusz
27.05.2025, 14:07
Tamże trafiam na koncert Bombay Bicycle Club. Nie muszę schodzić z roweru. Ich wokalista cudownie leży mi pod lewą stopą... Musze jednakowoż jechać dalej.
Niestety dalej korba dostaje w dupę. Tracę na "dużym blacie" jeden ząb.
N1fCdIfb60c
Biały rower i pedały dwa... Pokochaj mnie... Ale ja mam rower niebieski. Z czasów, kiedy Korba szalała w Trójmieście, jakikolwiek rower był marzeniem. Rower i pedały dwa.
Kiedy upadła komuna Giant w USA wypuścił serię MTB, w tym ten model, którym właśnie próbuję wjechać do Czech - rocznik 1993. Młodszy ode mnie o równo 30 lat.
Kupiłem go trzy lata temu za 600zł w Szczecinie. Pojechałem regio (na karnecie) i przejazd zamknął się w 40zl. Uwinąłem się w ciągu jednego dnia.
To był mój pierwszy rower w karbonie. Trochę skundlony przednim amortyzatorem (ale jak na tamte czasy - bardzo ok). Przestał w garażu u sprzedającego ćwierć wieku. Syn nie chciał na takim "szrocie" jeździć.
Duża rama - 23 cale, też nie sprzyjała szybkiej sprzedaży.
Poza tym... pełen oryginał, osprzęt XT..., jeno z przedniego koła zeszło powietrze wiele lat temu, pewnie dętka przebita.
Na dworcu w Szczecinie miałem wtedy 1,5h na ewentualne prace doprowadzające rower do użytkowania. Zabrałem do plecaka komplet rowerowych narzędzi, dętki itp.
Wystarczyło... napompować przednie koło i tak jeżdżę giantem do dzisiaj. Bez żadnej regulacji. ŻADNEJ... Tak, jak kupiłem, tak po napompowaniu jeżdżę.
Oczywista nie na co dzień. Na specjalne okazje. Ten rower 30 lat temu kosztował ponad 1000$. Dzisiaj mogę powiedzieć - nie darmo. Właściciel na dworzec dowiózł mi go Porsche Cayen...
Akurat teraz (ten wyjazd) okazja była szczególna w dwójnasób. Szczególna ale... plan nie wypalił.
Wszystko przez...
QxQA6WMgMBg
El Czariusz
27.05.2025, 15:17
Sytuacja jest dość wyjątkowa dla mnie. Ważna.
Czuję się, jak w 2008-ym. Kiedy miałem jechać z zajebistą ekipą do Chin a pojechałem sam do... Afganistanu.
No więc jadę sam ze sobą i...
https://i.ibb.co/wNqsfCqz/Bez-tytu-u.png (https://imgbb.com/)
...a ja mam 62 lata i prawie pół.
Pół roku temu potknąłem się na wąskich, stromych schodach do piwnicy, fiknąłem potężnego orła i...
Wszystko wskazywało na to, że będę kuśtykał do końca życia.
Przede mną zaś "ostanie Biesy" - ostatnia organizowana przeze mnie stricte, "nasza" impreza podróżnicza. Zależało mi na niej. Nie udało mi się na niej być.
Na szczęście miałem zastępce. Tym zastępcą był Fazik.
Wracając do wykresu.
Spakowany pierwszy raz od "fiknięcia" wziąłem temat na plecy.
Zjebało się wszystko.
Pogoda, brak spodziewanego towarzystwa i kondycja. Zero tych trzech determinantów zazwyczaj udanej imprezy.
https://i.ibb.co/HDrpr8Sp/IMG-20250521-194100.jpg (https://ibb.co/QF6j6wgj)
To jest to ostanie podejście wg dawnej mapy.cz.
Maszeruję z buta, pchając gianta i jemu dziękuję, że jest taki lekki. Sam waży 9.5kg plus te moje fanty.
Nie wiem ile Gianta pchałem ale... dopchałem do kampingu w Tanvaldzie.
Do tej pory na Pedaliadzie zawsze mogłem liczyć na...
Fqat3BU0hEk
El Czariusz
28.05.2025, 08:29
Ze skurczami dwugłowych nożnych wprowadzam rower na autokamp w Tanvaldzie.
Niebo nad kampem sprasza wszelkie, ciemne chmury, zegar bije na 20.15.
Na kampie jest wolne wifi ale miast z niego skorzystać, dopiero po piśmie obrazkowym pani przy barze łapie stan.
https://i.ibb.co/YFfJtszz/Screenshot-2025-05-22-10-04-58-555-com-google-android-googlequicksearchbox.jpg (https://ibb.co/0RY1fbgg)
Za to pivo staje na stole w tri miga.
https://i.ibb.co/ksYDfR3Z/IMG-20250521-202214.jpg (https://ibb.co/8LFxpWzk)
Pytam, do której bar otwarty. Jeszcze pół godziny. Zatem teraz ekspresowo ale jakby w zwolnionym tempie rozbijam się skutecznie na polu.
Nic nie zjem już tego dnia. Nomen omen w ogóle tego dnia nic nie jadłem (i nie zjem). Śniadań nie jadam, we Wrocławiu czasu na przesiadkę miałem nie wiele. W sakwie na ramie tylko kefir.
W Szklarskiej kantor był zamknięty od kwadransa a w Żabce kupiłem zapałki i kawę sypaną.
Liczyłem, że zjem coś na trasie, po czeskiej stronie. Namierzyłem nawet pension, który miał być otwarty z domową kuchnią i ciapovanym ale był zamknięty a pani przez telefon nie pozwoliła się rozbić na polance przed pensionem. Zaprosiła do Harachowa.
Za mną były już dwa ciężkie podjazdy i nie zamierzałem wracać. Przede mną kolejny a wszelkie bary pozamykane na cztery spusty i to nie od wczoraj.
Dlaczego Tanvald? Bo stamtąd można już gdziekolwiek koleją.
Namiot postawiony, siadam przy stole na zewnątrz. Pani zamyka bar i stawia przede mną dwa piwa w plastiku. Patrzę zdziwiony...
Przysiada się do mnie... Svetobeznik. Tak się przedstawia. Po czesku - obieżyświat. Pochodzi z Prichovic. Obserwował mnie już od dłuższego czasu.
Kiedy ze mnie opadły siły wszelkie, on podziwia mnie za determinację.
- Pięknie jest doświadczać drogi. Tak się uczymy, często w bólu i cierpieniu, nie zawsze przychodzi spodziewana nagroda.
Patrzy na mnie i się uśmiecha...
https://i.ibb.co/tp9dnzVC/IMG-20250521-212850.jpg (https://ibb.co/hFSqrc38)
W Prichovicach, ledwie kilka km stąd jest browar Svetobeznik. Jest też muzeum człowieka, którego... nie ma. Na tej wycieczce piwa Svetobeznik nie skosztuję i nie zobaczę tego, czego zobaczyć się nie da a jest. To, że miałem, nie ma już znaczenia.
Korzystam z wi fi, kiedy zaczyna kropić. Prognoza pogody fatalna ale przecież nie zawsze świeci słońce.
W nocy rozpadało się na dobre. Krople deszczu w tempie vivace waliły o tropik a ja biłem się z myślami do rana; co robić, jak jechać. Czy może z rana spakować się i po prostu wrócić do domu jak najszybciej...
Světoběžník to ne je browar to je pivo. A browar zwie się Pivovar U Čápa.
https://www.ucapa.eu/cz/pivovar/o-pivovaru.html
El Czariusz
28.05.2025, 10:34
Rankiem na bank nie jestem wyspany (i już do końca wycieczki się nie wyśpię) ale stan ogólny wydaje się nie najgorszy. Korzystam z chwilowego przejaśnienia i dosuszam fanty ile mogę.
Poprawiam mocowanie torby podsiodłowej, zaparzam w czasie między dwie kawy, obowiązkowo z dużym dodatkiem 12% śmietany, która obowiązkowo wożę ze sobą. Obowiązkowo ta kawa robi za śniadanie.
Ładuję na maksa telefon, powoli klaruje się plan.
4ByU1va1Iuo
Formalnie cały rowerowy dystans, to ledwie 176km, do ostatniego biwaku już na terenie globusa PL. Niecałe 30 za mną, pozostałe przede mną ale jedno już wiem. Przy obecnej kondycji...
https://i.ibb.co/60wzLfrn/IMG-20250522-085901.jpg (https://ibb.co/LdRmH2Yk)
O 9-tej rano.
https://i.ibb.co/7J359wyd/IMG-20250522-095959.jpg (https://ibb.co/Y75MrzjF)
O 10-tej.
...to ja nie wiem, gdzie dojadę a jednak wolałbym wiedzieć.
Czeske Drahy cieszą się dobrą opinią. Stawiam więc na czeskie koleje.
Pół godziny wczorajszego pchania = kilka minut zjazdu. To właśnie oferują CD.
W Tanvaldzie jednakowoż proponują... autobus zastępczy. Ów odjeżdża dosłownie za kilka minut. Autobusem się nie godzę. Ustępstwa musza mieć jednak pewne granice. Upewniam się, że f-czne koleje żelazne jeżdżą od Żeleznego Brodu.
Szybko wyświetlam sobie...
https://i.ibb.co/twyZzd42/Bez-tytu-u-1.png (https://ibb.co/xKVmY4Dg)
...potencjalnej jazdy plan.
Plan akceptuję, bo mimo konkretnego (jak na mój stan) podjazdu, ciało za bardzo nie protestuje.
Do planu dokładam przynajmniej jeden bar/restaurace po drodze. Tamże, wiadomo. Posilimy się i wychylimy kufelek (a może i dwa) ze Svetobeznikiem, który postanowił mi towarzyszyć i wspierać w drodze.
Plan jest tak genialny, Że aż mi się gęba uśmiecha. Po dwóch godzinach jazdy uśmiech tak mi się przykleił do pyska, że mógłbym startować w kampanii, która zdaje się na płonącej planecie rozkręca ale nie na mojej.
Po drodze żaden bar, żadna restauracja nie była otwarta...
https://i.ibb.co/q3PR9xNG/IMG-20250522-113144.jpg (https://ibb.co/mVMHtS9s)
Pod Sokołem doczytałem tylko, że poza Radegastem rządzi tu Karkonos. Rządzi od pół tysiąca lat, produkowany w browarze Trutnov.
Z rozpiski kolejowej wynika mi, że pojadę przez Trutnov i nie omieszkam sprawdzić na miejscu. Na razie na miejscu w którym jestem - tego nie sprawdzę.
Kombinuję zatem jakiś szybki postój w Żeleznym Brodzie w tym celu również, bo nie powiem - ciśnienie na realizację rośnie.
Najpierw więc mknę na dworzec czeskiego pekape i tu dowiaduję się, że na CD to ja się dopiero przesiądę w Jaromirze. Paczam, czy to po mojej drodze jest i jest ale już nie przez Trutnov. Oznacza to również (jak na globusie PL), że dwa razy będę płacił za przewóz roweru.
No niby to AntyPedaliada z poważnym budżetem 2600 rupii gdzie do tej pory wydałem ich ledwie 200 na nocleg i 3x45 na 11-tkę Radegasta no... ale bez przesady. To już jest antypedalska rozrzutność.
Niestety... Do Jaromierza arrivą, od Jaromierza CD. Wyjścia nie ma a do odjazdu tylko 25 minut.
Co ja tu zdążę zalatwić? Tylko siku i... Jadąc do dworca widziałem mural "Napojka". Jadę więc we w kierunku wskazzanym i trafiam na znak drugi.
https://i.ibb.co/PsQjjss9/IMG-20250522-125112.jpg (https://ibb.co/cKL33KKC)
https://i.ibb.co/rfyF2SJt/IMG-20250522-125100.jpg (https://ibb.co/848NgpVB)
Wychodzi mi napojka pod kangurem.
Ekspresowo korzystam, bo...
https://i.ibb.co/JR2psFQx/IMG-20250522-124125.jpg (https://ibb.co/vxmdjvYs)
...i żałuję, że już bilet kupiony...
Jakiś lokalny browar (w sensie w kuflu) a do wyboru były co najmniej dwa wcześniej mi nieznane i na pewno bym skorzystał, bo klimat baru klasyczny i jeszcze bym sobie pizzę zjadł.
Niestety, mam tylko 11 minut. Dworzec dosłownie o rzut beretem ale gumy z czasu nie zrobię... Jeszcze nie teraz.
Mały włos, by się tak stało, bo wpakowałem się pod pociągu, który owszem - jechał do Jaromierza ale za godzinę i 15 minut. Szybko przesiadam się na właściwy.
Wraz ze mną czeska kolonia.
KEqSm9t7ZEM
https://i.ibb.co/RpyCTvTZ/IMG-20250522-131921.jpg (https://ibb.co/mC8H5D51)
Siedzimy vis a vis.
Dziewczyna na tablecie bawi się w jakimś graficznym programie, rysując konstrukcje itp. Program przelicza, dziewczyna tworzy nowe wizualizacje itd.
Kończy pracę, pakuje tablet do plecaka, którego nie może zapiąć.
Przydałem się.
Obok na pierwszy rzut oka matka z dorosłym synem. Zachowują się jednak jak para kochanków i taką parą są w istocie. Miłość wybiera losowo.
W Jaromirze mam 15 minut na przesiadkę do Adrspachu czeskimi drahami.
Tamże najwyższa formacją skalną są... Kochankowie a najwyższym wzniesieniem Ćap ale bez browaru.
W trakcie pociągowych konsultacji padło mi noclegowo na Teplice nad Metuji.
Czas mam zaprawdę elegancki.
https://i.ibb.co/BDnKm3r/IMG-20250522-145052.jpg (https://ibb.co/tfLPSKx)
O 14.50 kontroluję już pogodę za oknem.
Ta jest, jaka jest. To pada, to leje. Wiozę ten deszcz ze sobą na plecach jakby.
https://i.ibb.co/xK2pgnzJ/IMG-20250522-160251.jpg (https://ibb.co/TDwV0QPm)
Na dworcu próbuję przeczekać ale nie zanosi się na jakąkolwiek poprawę.
Ruszam zatem na kolejny kamp. Kamp przy kościele, 2km od dworca. Oczywiście pół kilometra przed, pcham już gianta z buta. Tak czy owak będę się "stawiał" w deszczu ale...
https://i.ibb.co/tTY91zT9/IMG-20250522-170556.jpg (https://ibb.co/7drq0Qdq)
...pod modrzewiami sucho!
Kilka minut po 17-tej, w dobrym nastroju ruszam na Teplice.
El Czariusz
28.05.2025, 13:08
Schodzę do centrum.
Czynna tylko hotelowa restauracja na czymś przypominającym rynek. Reklamują kilka browarów, w tym jeden nieznany a ze znanych - Plzeńskiego Prazdroja. 65 rupii półlitrowy kufel. Wchodzę.
Ludzi nie wiele. Siadam przy pustym, czteroosobowym stole. Przede mną kolejny, zajęty przez parę w średnim wieku. Polacy.
Jestem zajęty sobą.
euMNVyuqmwo
https://i.ibb.co/wNky7JRn/IMG-20250522-172711.jpg (https://ibb.co/LzFSrQ8T)
Z karty wybieram stek, który okazuje się kurzą nogą... Ten mój czieski...
narzucam sobie pewien reżym. Obiad plus trzy piwa i lulu. program realizuję perfektnie do czasu, kiedy do lokalu wchodzi polska wycieczka. Przy trzecim piwie do swojego stolika zaprasza mnie owa para, w przyjaznym geście dla obsługi lokalu. Ostatecznie przysiadam się, by już w miłym (jak się okazuje) towarzystwie dokończyć te piwo trzecie.
No to jeszcze po jednym...
Piąte dla mnie stoi, kiedy wracam z toalety. Jola i Piotrek. 49+51. Śmieję się bo ja aktualnie jestem 58+62. Kiedy mówię, że przyjechałem tu (do Teplic) na rowerze (z kolejowymi wariacjami) trafiam na podatny dla Joli grunt.
Rower i organizacja imprez rowerowych w okolicy ich miasta bytowego to Joli pasja. Kiedy wspominam, że targam na rowerze gitarę, okazuje się, że muzyka także.
Z przyjemnością słucha się ludzi, którzy z pasją opowiadają o swoich pasjach.
Na pytanie, czy podróżuję sam, wyciągam Svetobeznika. Rozbijam bank.
Jola pokazuje mi logo swojego rowerowego klubu:
https://i.ibb.co/9HXdHtXJ/IMG-20250522-192403.jpg (https://ibb.co/N2hG2ShX)
W ogóle, to jest nauczycielką polskiego. Muzyczną pasję przekuła na tworzenie coverów znanych przebojów, które śpiewa... jej syn. ma swój kanał na tubie a jedna z aranżacji osiągnęła już ponad... 3mln wyświetleń!
I tu nie chodzi o kasę, tylko o frajdę.
Zanim się do nich "na chwilę" przysiadłem zastanawiałem się, co ja tu właściwie robię. Ani ja do takiej restauracji nie pasuję (za obiad i pierwsze trzy piwa - zapłaciłem 500 rupii) ani jej klimat do mnie. Mimo tego, że ja antypedalsko zabrałem w podróż - męską wodę... fahrenheita i nie wahałem się jej codziennie rano oraz na te wyjście użyć.
Ale jak to mówią/piszą klimat tworzą również ludzie. Jola z Piotrkiem tworzyli ten klimat doskonale. Piotrka pasja jest... praca i coś jeszcze. Piotrek jest energetykiem. Wystarczyło nam tylko kilka żołnierskich haseł podsumowujących wiatrakowo/solarny ład i zajęliśmy się pasyjnym dodatkiem jego. Tym czymś jeszcze jest albowiem tworzenie śliwowicy. Po prostacku mógłbym ten proces skonkludować: produkcją ale...
Kiedy kończyliśmy nasze ostatnie piwa, Jola zaproponowała odprowadzić mnie na kamp. Na hasło, że trzeba szybko zaliczyć potraviny, bo właśnie je zamykają również, odparli wspólnie, ze absolutnie nie ma takiej potrzeby, bo są przygotowani na takie sytuacje.
Musiałem chwilę na nich zaczekać, bo w rzeczonym hotelu akurat nocowali.
I teraz wrócę jeszcze na chwilę do procesu tworzenia wspomnianego trunku.
Pędzona wg własnej recepty Piotra okazała się iście królewskim napojem. Niezwykle łagodna w smaku, mimo zacnego "kufelka" wchodziła bezdyskusyjnie. Osobiście uważam, że nawet dobry bimber powinno się pić maks z 20ml kieliszków. Przy większej pojemności, bukiet bimbru potrafi zniweczyć zalety trunku. Tu tak nie było.
Dochodząc do kościoła...
https://i.ibb.co/XZ6pNbY5/IMG-20250522-212035.jpg (https://ibb.co/0j1Z8cs9)
...mieliśmy już Piotrkiem pojemność jednego balentajsa za sobą.
Do akcji wchodziły kolejne...
https://i.ibb.co/tTPtdKC8/IMG-20250522-212044.jpg (https://ibb.co/67Jxdwsg)
...już mniejsze pojemności.
Na kampie dołączają do nas Niemcy, stojący tu kamperami od dwóch dni. Schowani przed deszczem pod wiatą zmuszony jestem przynieść gitarę.
Jola odpala na tubie bluesa Bonemasy, do którego ja "tworzę" molowy podkład. Zabawa trwa...
To był naprawdę udany wieczór...
El Czariusz
28.05.2025, 14:59
Jeszcze czymś zainteresowałem Jolę.
W plecaku targałem zestaw poniżej:
https://i.ibb.co/Y4bWcT6h/IMG-20250523-103704.jpg (https://ibb.co/FknW5q9z)
Współczesna pedagogikę polecam wszystkim młodym rodzicom, dziadkom i nie tylko.
Otóż Jola nie znała tej pozycji ale jako nauczycielka brała udział w szkoleniu jednego z autorów - Tomasza Wilczyńskiego (po moim AWF-ie). Złapała temat, kiedy wspomniałem, że przedstawia ona założenia metody Imopeksis.
Zaintrygował ją drugi tytuł.
Co ma wspólnego matematyka z czesaniem włochatej kuli? Miast skupiać się na liczbach, które w istocie są czymś zupełnie abstrakcyjnym a określoną wartość w przestrzeni nadają jej przedmioty. Co bowiem znaczy samo "dwa"...? Dwa jabłka brzmi już zdecydowanie mnie abstrakcyjnie. Wystarczy jednak usunąć jabłka...
Człowiek porusza się w przestrzeni trójwymiarowej opisującej położenie trzema współrzędnymi, ale rzeczywistość cztero- (lub więcej) wymiarowa wymyka się naszej wyobraźni. Zagadnienie to zostało w książce obrazowo wytłumaczone na przykładzie pieczenia ciasta. Wynik tej operacji zależy od wielu czynników: składników i ich ilości, temperatury i czasu pieczenia. Jeśli każdy z tych czynników potraktujemy jako jedną ze współrzędnych przestrzennych, to okazuje się, że pieczenie ciasta to poruszanie się w wielowymiarowej przestrzeni.
Nawiązałem tu trochę do Pedaliady, na której nigdy nie były poruszane tematy polityczne. Za to włochata kula czesana bywała regularnie. Pokłosiem Pedaliad jest m.in. Kawiarnia Szkocka Fazika tu na forum, niestety w formule bardzo odległej od tej, która rozgrzewała nas przy każdym kuflu czeskiego piwa. Fazikowej nie krytykuję. W kontekście zapisywanych przez Banacha rozwiązań na serwetce jest ona jednak dalece "abstrakcyjna" ale jemu (Fazikowi) i innym potrzebna.
Zdjęcie powyżej poprzedzało te:
https://i.ibb.co/zDkHgqw/IMG-20250523-101547.jpg (https://ibb.co/2HbYrGB)
Wstałem z lekkim, nie powiem - kacem. Bardzo znośnym. Korzystałem z pięknej pogody i osłoniętego przed chłodnym wiatrem terenu.
Spokojnie wypiłem tradycyjna kawę i potem trzy 11-stki ale te, w ponad trzy godziny. Niespiesznie kalkulowałem czekającą mnie trasę. Wariantów miałem kilka ale najbardziej oczywistym wydawał się ten direct ku granicy z globusem PL. Na Miroszów - krótkim zdaniem.
Dłuższym zdaniem - najkrótszą i najbardziej płaską droga do celu.
Liczę, że coś po drodze w końcu zjem, zahaczając o wschodnią bramę ardspachowych skał.
Do granicy mam niecałe 10km, do planowanego celu łącznie 48. Zobaczę, jak wyjdzie w praniu. Fizycznie jest nawet nie najgorzej. Ten wczorajszy, luźniejszy dzień pozwolił mi odbudować nie co sił. No... gdyby nie ta śliwowica...
Mijam bramę ale lokalu "dla mnie" nietu. Ok. Jadę do Polski. Juz sie niczego nie spodziewam tymczasem 2km przed granicą...
https://i.ibb.co/fdXYzxZt/IMG-20250523-133953.jpg (https://ibb.co/xq2St7wG)
...proszę uprzejmie. Po polsku serwują mi karkonosza za 45 rupii.
Rozsiadam się na leżaku o 13.40. Niestety do zjedzenia tylko orzeszki itp.
20 minut później wjeżdżam na granicę ale zanim...!
https://i.ibb.co/1VnmjNS/IMG-20250523-140809.jpg (https://ibb.co/bh3KDVf)
Proszę jeszcze uprzejmiej!
Ba! Można skonsumować gorący posiłek w bardzo przystępnej cenie. Między 165 a 155 rupii zapiekany ser z frytkami i sosem czosnkowym lub wieprzowy rezak w podobnym zestawie. Piwo 45.
Kurde mol... Po dwóch piwach i zapiekanym serze - zostaję. W Teplicach kamp mnie wyniósł 250, tu 210 ale pani przyjmuje ode mnie 200 i też jest dobrze.
Zostało mi na starcie niecałe 900 rupii i postanawiam je tu wszystkie dzisiaj wydać!
https://i.ibb.co/k2PSKsHW/IMG-20250523-152410.jpg (https://ibb.co/hFTmsJ7t)
https://i.ibb.co/zh4PrRRK/IMG-20250523-152907.jpg (https://ibb.co/fYxr2ppm)
Kąpałem się rano w rześkiej, lodowatej wodzie, dzisiaj więc oddaję się już tylko kąpielom słonecznym. O 20-tej zostaje mi już tylko 5 koron.
Ser był, wieprzowy rezak był, na deser/kolację langosz. Cały czas pełny kufelek sączony niespiesznie tak, że trudno mówić o jakimś pijaństwie.
Pogoda dopisała ale musiałem się chronić przed zimnym wiatrem. Noc zapowiadała się bardzo chłodna, nawet poniżej zera ale taka perspektywa nie robiła na mnie już żadnego wrażenia.
Po raz pierwszy na tym wyjeździe naprawdę myślałem o niczym.
"Po raz pierwszy na tym wyjeździe naprawdę myślałem o niczym. "
Lubię takie chwile, upływ czasu znacznie zwalnia.
El Czariusz
29.05.2025, 08:46
Dzięki Gończy.
I jeszcze jedno kylo... Na tym kampie bardzo ograniczony zasięg, nie było wi fi.
Była męska grupa Polaków, obchodząca urodziny kolegi. Przyjechali dnia poprzedniego, jak ja, tylko późnym popołudniem.
Delektowali się... tyskim i to już od rana.
Ale nie o nich. O tym braku bodźców. Po raz pierwszy na tej wycieczce, tak sam dla siebie wyciągnąłem gitarę z pokrowca.
Rankiem, z 5-cioma koronami w kieszeni pozostało mi tylko zrobić sobie kawę z odmierzoną na ten dzień porcją śmietany i pokontemplować najbliższe otoczenie.
https://i.ibb.co/dssHkt3T/IMG-20250524-082901.jpg (https://ibb.co/RGGJQNMF)
Noc musiała być chłodna, bo ja miałem co suszyć a rodacy już po siódmej byli na nogach, biorąc po kolei długie, gorące prysznice. Ja natomiast miałem ochotę się porządnie schłodzić w porannym słońcu.
Wlazłem do kabiny i puściłem wodę. Przez moment leciała zimna ale tylko przez moment, zaraz potem gorąca. Wyskoczyłem jak oparzony.
Od kiedy nie biorę ciepłych kąpieli...? Najdalej sięgam pamięcią do połowy lat 80-tych ale ów brak miał miejsce jeszcze w czasach szkoły średniej.
Zasadniczo, po przeczytaniu Znaczy kapitana zmieniłem nastawienie własnego ciała do otoczenia na długie lata. W ogóle lektura tej książki była pierwszą w moim życiu. Ile miałem wtedy lat...? Na pewno było to MŚ w 74-tym, kiedy to kupiłem swój pierwszy, osobisty rower marki Ukraina.
Skoro Karol Olgierd spał na podłodze, to spałem i ja. Fakt, że potrzebowałem tydzień, by ciało przywykło do podłogi i bym dziwnym trafem, rano nie budził się na łóżku. Mój bohater miał 6 stóp wzrostu, ja dwie, obute w podarte trampki.
Miałem nic ale potrafiłem być szczęśliwy. Owszem, chciałem mieć lepsze trampki i dżinsy, które w trakcie użytkowania się wycierają i zupełnie niepotrzebnie kurczą. Do tego były grube, szyte potrójnym ściegiem i nazywały się "rajfle". Musowo podwinięte nogawki, tak jak nosił się Paragon...
Siedząc rano wiedziałem, że to ostatni poranek AntyPedaliady. Zaraz wejdę w zasięg i będę musiał żyć - skundlony tymi kampami, komfortem itd.
Dlatego jak oparzony wyskoczyłem spod prysznicu, niczym diabeł rażony kubłem święconej wody.
Poszedłem na drugie skrzydło, gdzie z kranów leciała jeszcze zimna i opłukałem się, ile mogłem.
O 9-tej byłem już gotowy do drogi.
https://i.ibb.co/ynMGBsB9/IMG-20250524-093515.jpg (https://ibb.co/PZb3zCzL)
W życiu nie pomyśłałbym, co mnie tego dnia spotka...
P.S.
Emek ładnie wyłapał błąd zupełnie nie istotny ale nie wyłapał kolejnego.
W sumie się nie dziwię, bo kogo dzisiaj obchodzi współczesna pedagogika? Wystarczy nowoczesna i p. Kotula np., która nawet nie ma statusu Kwaśniewskiego (ja mam) ale oczywiście wie lepiej.
Tomasz nazywa się "Wilczewski".
El Czariusz
29.05.2025, 10:27
Autokamp, z którego startuję bezpośrednio graniczy z PL.
Kawałek dalej można wjechać na skraj lasu, będąc zupełnie niewidocznym rozbić się i czekać na kleszcze. Krótki spacer (może ze 100m) i jesteś w barze na kampie.
Może następnym razem.
Dzisiaj tak czy owak, czeka mnie najtrudniejszy etap. namierzona już wcześniej miejscówka odległa o dobrze skonsultowane z mapy.com - niecałe 40 km.
Czekaja mnie trzy podjazdy, w tym jeden naprawdę konkretny ale kondycja się stabilizuje. Dupa daje radę, nogi w końcu zaczynają podawać...
https://i.ibb.co/TBmGMHJJ/Bez-tytu-u-2.png (https://ibb.co/0jhLyf11)
W Unisławie...
https://i.ibb.co/S7mg0QKr/IMG-20250524-105939.jpg (https://ibb.co/HpPyYNrd)
...skręcam na Rybnicę Leśną i Głuszyce.
Wcześniej kupuję sok pomidorowy i mały kefir. Po czeskiej diecie czuję ubytek witamin i spodziewam się potasu, bo pogoda fajna. Fajna, bo wiatr mi sprzyja (choć chłodny) i słoneczko zza kłębów białych chmurek.
Z Unisławia zaczynam się wspinać ale przyjemnie. Noga podaje a i widoki wreszcie zachęcają do zatrzymania z innego powodu, nie tylko zmęczenia. Ładny ten globus polski.
https://i.ibb.co/gFyrsVNt/IMG-20250524-111522.jpg (https://ibb.co/Fq6hGV28)
Rybnica już tuż tuż i stamtąd zjazd do Głuszycy. Perspektywa piękna i całkiem rokująca czasowo.
https://i.ibb.co/nZQgLNw/IMG-20250524-111559.jpg (https://ibb.co/NQWVydF)
W Rybnicy Głuszyce na prawo.
https://i.ibb.co/5g4ZK6L5/IMG-20250524-113031.jpg (https://ibb.co/xtLZFD6M)
Z mapy wyglądało, że zaraz zjazd, no ale z Rybnicy jeszcze nie wyjechałem.
https://i.ibb.co/0jQKvJZP/IMG-20250524-114752.jpg (https://ibb.co/99GhSY2R)
Kurde mol...
Zaczynam pchać.
https://i.ibb.co/pBbf25N2/IMG-20250524-115849.jpg (https://ibb.co/VcJgV5bV)
Na plecach jakaś kopalnia melafiru...
Zaraz potem wyniosły...
https://i.ibb.co/S49QhYNW/IMG-20250524-120517.jpg (https://ibb.co/21f8DVqm)
...jesion a końca podjazdu nie widać.
W końcu dojeżdżam...
https://i.ibb.co/rKLqWr7Y/IMG-20250524-121429.jpg (https://ibb.co/ymMK3jft)
...tu.
Tu się droga kończy na przełęczy Trzech Dolin pod Waligórą...
https://i.ibb.co/NdzNPpSh/Screenshot-2025-05-24-12-15-37-066-cz-seznam-mapy.jpg (https://ibb.co/RkW6mPyn)
Teraz czytam, gdzie jestem w sobotę o 12.15...
Wyciągnąłem telefon dopiero na przełęczy, ufając znakom do końca. Nota bene jeszcze w tym tygodniu zmieniam operatora, znaczy wracam do Play.
M.in. dlatego, że to polska firma, która musi konkurować z uprzywilejowanymi na polskim rynku korporacjami ale tez i dlatego, że w naszym (moim i Strażnika Domowego) przypadku, mamy wyraźny problem z roamingiem i przede wszystkim transmisją danych.
Pal sześć... Niebawem się to zmieni jak wiele rzeczy/tematów wokoło mnie.
Chwilowo nie o tym.
Stoję jak ta... że świadomością, że dołożyłem sobie konkretny podjazd. Nie za długi ale zemści się to na mnie okrutnie. Na razie mimo wszystko trzymam formę, pogoda za to już nie.
Tak czy owak muszę zjechać do Rybnicy. Podjazd 35 min. Zjazd kilka...
Jestem zaraz potem na skrzyżowaniu, na którym skręciłem w prawo. Stoi jak wół - prosto.
Tymczasem słońce za ciemnymi chmurami, zaczyna kropić. Temperatura spada do kilku stopni. Muszę się zatrzymać i odziać, bo za chwilę stanę się soplem. Kiedy się ubieram, w co mam, przeciwpołożnie wspina się prawdziwy rowerowiec i komentuje przez telefon:
- Jprdl... pod górę idzie jechać ale zjazd, to zamarzanie...
Pół godziny później melduję się na... dworcu w Głuszycy.
https://i.ibb.co/RkVXQMKB/IMG-20250524-125230.jpg (https://ibb.co/FLjQ8f10)
Bardziej pro forma, bo linie kolejowe mam podiagnozowane.
To, na czym się teraz skupiam, to "by nie pojechać w drugą stronę przypadkiem". Jestem dokładnie w połowie drogi.
Kiedy mijam Kolce...
https://i.ibb.co/hRpSdPCx/IMG-20250524-132904.jpg (https://ibb.co/N6wMN87g)
...rozpoczynam wspinaczkę.
https://i.ibb.co/XZXpxJxM/IMG-20250524-133148-1.jpg (https://ibb.co/pv2ZjXj5)
Pierwsza kapliczka, jaką zauważam a już trochę km najechane...
https://i.ibb.co/QFZwpTR9/IMG-20250524-134051.jpg (https://ibb.co/BVmMcQxL)
Okolica to mnóstwo sztolni.
I wcale nie stricte górniczych. To jednak nie moja bajka. Bardziej fascynuje mnie to, co wystaje z ziemi a nie w niej wydrążone.
Dostrzegam za to...
https://i.ibb.co/fdS22rhH/IMG-20250524-134112.jpg (https://ibb.co/3ms77SDc)
Wspomniana wcześniej pasjonatka roweru (i nie tylko) nauczycielka polskiego zapytała mnie cz mam jakiś rowerowy osobisty rekord?
Tak. Przejechałem kiedyś w 12h z Kętrzyna do Oliwy 216km.
El Czariusz
29.05.2025, 11:13
PfAWReBmxEs
Za Sierpnicą...
https://i.ibb.co/s9n3c9yh/IMG-20250524-141345.jpg (https://ibb.co/fdf0Zd4b)
...Golgota.
https://i.ibb.co/mddGBNg/IMG-20250524-141857.jpg (https://ibb.co/KBBXGKS)
Przypadkowa rejestracja obrazów...
https://i.ibb.co/1G9FYk1G/IMG-20250524-144857.jpg (https://ibb.co/Df70PZhf)
...podejście odmierzam ilością kroków.
Od dobrych dwóch km dreptam z rowerem a nie na nim jadę.
https://i.ibb.co/9m4hdsrh/IMG-20250524-150050.jpg (https://ibb.co/6ct8qgW8)
Tu miał być "koniec". 100m dalej znowu zsiadam z roweru...
Nie mam sił. Kompletnie.
Wreszcie...
https://i.ibb.co/YB47TKpg/IMG-20250524-150558.jpg (https://ibb.co/WvNWpdgC)
...w dół. Wreszcie.
Jeszcze chwila...
https://i.ibb.co/NM9rfps/IMG-20250524-160520.jpg (https://ibb.co/FF5XcJK)
...bo musiałem wyhamować przed sporą grupką młodzieży, która mi po prostu nie ustąpiła miejsca. Cała droga ich. Brałem ich slalomem.
W końcu upragniony zjazd do Walimia. Zatrzymuję się przy skrzyżowaniu na Glinno ale najpierw jakieś zakupy.
Pytam się wczorajszego lokalesa o jakiś market. Wskazuje koniec miasta w dole. Prosi mnie o drobne wsparcie. Szukam po kieszeniach ale mam tylko 5 koron i 50zł.
Marketem jest Dino. Moje zakupy, to czteropak kasztelana niepasteryzowanego, dwie porcje śledzika na raz i 250ml 12-stki do kawy. Zapas wody mam.
tJxdaOyV8JM
Nie wyciągam sztućców... jem palcami. Przygląda mi się grupa... Tajów albo innych Filipińczyków. Nie zwracam na nich uwagi. Tłustymi palcami kremuję twarz. Wsiadam na rower. Przede mną ostanie tego dnia 2km.
Dojeżdżam do skrzyżowania i... schodzę z roweru. Nie jestem wstanie jechać, nie jestem wstanie pchać... Spinam się ostatni raz. Miejscówki mam dwie do wyboru. Rozstrzygnę o wyborze na górze.
Decyduję się na skrót przez pola.
Kiedy wtaczam się na "plateau"...
https://i.ibb.co/Z1m3VtZ5/IMG-20250524-163024.jpg (https://ibb.co/rfsgmTWY)
...odwracam się za siebie, dopiero potem powoli...
https://i.ibb.co/xqtjXt5w/IMG-20250524-163045.jpg (https://ibb.co/231tW1KR)
...przed siebie...
Moja miejscówka, ta najbardziej spodziewana - zajęta. Odbijam w lewo...
[...] Tak. Przejechałem kiedyś w 12h z Kętrzyna do Oliwy 216km.
O to być może Pan przejeżdżał pod moimi oknami.
Czyta się świetnie, tak wycieczki jak i "podwórkowe":Thumbs_Up::Thumbs_Up: akapity.
Panie Darku, pozwoli Pan, że kolejny raz jeszcze podpytam.
Żona po karierze zawodniczej uwieńczonej takim osiągnięciem, wchodzi jeszcze do wody? Żeby sobie ot tak popływać?
El Czariusz
29.05.2025, 12:04
Rozbijam się nieopodal.
Sam ze sobą.
Jestem wykończony. Z jednej strony rozczarowany stanem, z drugiej zaś, czego się miałem spodziewać?
Ale są plusy z tej wycieczki. Pierwszy - opanowałem "pakowanie" gitary na siebie w taki sposób, że mi praktycznie nie przeszkadza w jeździe.
Drugi - muszę z czasem doprecyzować. Wiem już, czego nie chcę.
Dwa dni później, jeszcze z drogi zamawiam książkę: Historia polskiego smaku M.i J. Łozińskich.
To pokłosie zupełnie przypadkowej wizyty w Twierdzy Srebrna Góra w towarzystwie bardzo sympatycznego, starszego małżeństwa, które mnie zdjęło z trasy i odstawiło później na dworzec PKP.
Otóż oprowadzał nas po twierdzy przewodnik, którego pasją była... kuchnia. I to przypowiastkami o niej w ramach historii twierdzy ją okraszał.
Z tej całej AntyPedaliady...
https://i.ibb.co/YBtd1Xv1/IMG-20250525-170409.jpg (https://ibb.co/hFKd4cp4)
...to wyszła wielka lipa.
NAEppFUWLfc
W sensie, naprawdę muszę poszukać nowego sensu w życiu.
W trakcie szukania, wrócę jeszcze na chwil parę do tytułowego podwórka ale to za moment...
P.S.
Luti, z rzadka;)
Co ciekawe Junior, który poszedł w ślady mamy, jakoś też tak nie bardzo pali się do rekreacyjnego nawet pływania.
Tym niemniej Strażnik Domowy czasami pluśnie rękami raz czy dwa. Parę lat temu, kiedy śmigaliśmy po Serbii w Parku Narodowym Tara u podnóża tamy na Zalewie Zaowine, na dolnym rozlewisku dziecku woda porwała dmuchanego delfina.
Wydawało się, że to już po delfinie ale... przyszła babcia wskoczyła do wody i goniła delfina dobre pół kilometra. Trza było jeszcze z nim wrócić. W nagrodę szacun na polu.
Za to wnuki trochę z dziadka mają...
https://i.ibb.co/zhgZ5j1Y/1748511347424.jpg (https://ibb.co/PZygY3Rn)
Szogun (jak go Strażnik Domowy nazywa) na najwyższym stopniu.
https://i.ibb.co/dJjpytDv/1748511367133.jpg (https://ibb.co/HpBPQCqy)
Marysia na drugim.
Żałuję, że nie zwinąłem się z AntyPedaliady w sobotę, jak miałem w planie, bo na te zawody (z minionej niedzieli) mógłbym się jeszcze załapać.
Niestety brak kondycji, kampingowy komfort itp. przysłoniły mi to, co najlepszego pod ręką na co dzień...
Tak właśnie myślałem.
Podpytywałem z absolutnie amatorsko/pasjonackich pozycji.
Ad braw.
Wczoraj jak wychodziłem z wody. Parka na brzegu. Po grzecznościowym dzień dobry. Pani
- Przepraszam czy to pańskie rzeczy?
- No tak.
- Pytamy bo dzwoniliśmy na pogotowie:mur::mur:
Dziękuję ślicznie za odpowiedź.
El Czariusz
31.05.2025, 10:42
Tymczasem gigant lodowy A23a uwolnił się i po 40 latach niewoli, opuszcza Antarktydę.
Cdn.
stopa-uć
01.06.2025, 11:11
Czy też się chcesz, rozwieść?
El Czariusz
02.06.2025, 09:24
W pewnym sensie, ale nie ze Strażnikiem Domowym.
El Czariusz
03.06.2025, 12:54
We wrześniu 1923 roku z pokładu statku ratunkowego „Donaldson” zeszła na brzeg drobna kobieta o zniszczonej od mrozu twarzy. Po niemal dwóch latach w arktycznym piekle Ada Blackjack wróciła do świata żywych. Była jedyną ocalałą z nieudanej ekspedycji na Wyspę Wrangla – wyprawy, która miała być triumfem kolonizacji, a skończyła się tragedią. Ta historia to nie tylko opowieść o przetrwaniu, ale i o milczącym bohaterstwie rdzennych ludów, ignorowanych przez białych eksploratorów.
Spis treści
1. Kim była Ada Blackjack?
2. Wyprawa na Wyspę Wrangla
3. Samotność, śmierć i walka o życie
4. Dziedzictwo i przemilczana bohaterka
------------------------
Kim była Ada Blackjack?
Urodziła się w 1898 roku w Nome na Alasce. Była inuicką kobietą, ale dzieciństwo spędziła w chrześcijańskim sierocińcu, gdzie uczono ją języka angielskiego i wiary, jednocześnie odcinając od własnej kultury i tradycji. W młodym wieku wyszła za mąż, jednak małżeństwo było trudne i zakończyło się rozstaniem. Kiedy jej syn zachorował, nie mając pieniędzy na leczenie, Ada zdecydowała się na desperacki krok – dołączenie do wyprawy arktycznej jako szwaczka i kucharka. Nie szukała przygód ani chwały. Szukała pracy.
Wyprawa na Wyspę Wrangla
Ekspedycja zorganizowana przez polarnika Vilhjalmura Stefanssona miała oficjalnie na celu zajęcie Wyspy Wrangla w imieniu Imperium Brytyjskiego. W praktyce była to źle przygotowana próba zdobycia rozgłosu, oparta na błędnych założeniach i ignorancji wobec realiów arktycznych. W 1921 roku na wyspę dotarło pięcioro ludzi – czterech młodych, niedoświadczonych mężczyzn i Ada, jedyna kobieta i jedyna osoba rdzennie pochodzenia. Warunki od początku były trudne. Zapasy topniały szybciej, niż zakładano, pogoda była nieprzewidywalna, a dostawy z zewnątrz nigdy nie dotarły. W styczniu 1923 roku trzej członkowie wyprawy wyruszyli pieszo w poszukiwaniu ratunku. Nigdy nie wrócili. Ada została na wyspie z ciężko chorym Lorne’em Knightem, którym opiekowała się przez kolejne miesiące, mimo własnego wyczerpania i narastającego zagrożenia.
Samotność, śmierć i walka o życie
Po śmierci Knighta Ada została zupełnie sama na skutej lodem wyspie, setki kilometrów od cywilizacji. Nie miała doświadczenia w polowaniach, ale nauczyła się przetrwać, polując na lisy i ptaki. Przez całą zimę znosiła samotność, zimno i głód. Każdego dnia szyła sobie odzież z futer i resztek materiałów, mimo odmrożonych palców. Broniła się przed niedźwiedziami polarnymi. Codziennie czytała Biblię, szukając w niej otuchy. Towarzyszył jej tylko kot o imieniu Vic, który spał obok niej w nocy. To on był jej jedyną żywą istotą w tej absolutnej ciszy Arktyki.
W końcu, we wrześniu 1923 roku, na wyspę dotarł statek ratunkowy. Ada przeżyła – wychudzona, zmęczona, ale żywa. Była jedyną osobą, która wróciła z tej wyprawy.
-------------------
Dziedzictwo i przemilczana bohaterka
Po powrocie nie została uznana za bohaterkę. Stefansson i jego współpracownicy próbowali wykorzystać jej historię do wybielania własnych błędów. Ada była przez lata pomijana, a nawet krytykowana – zupełnie niesłusznie. Dopiero późniejsze badania, dzienniki i relacje pokazały, jak wiele siły, odwagi i determinacji wykazała ta cicha, samotna kobieta. Nie miała szkolenia, broni ani wsparcia. Przeżyła tylko dzięki swojej zaradności i niezwykłej odporności.
Z eteru fb.
Fajna historia. :Thumbs_Up:
Nie znałem.
Dziękuję.
El Czariusz
03.06.2025, 20:19
Edycja...
...jednak bezdyskusyjnie wykiprował się twardy dysk z mnóstwem historii tam złożonych, całym materiałem zdjęciowym z ostatnich 18 lat.
Smutne to niby ale... Hindusi mówią, że ważna jest dusza a nie ubiór.
Dokąd ten...
https://i.ibb.co/Kzzs7gdD/IMG-20250602-144825.jpg (https://ibb.co/3YYFWb2v)
Galeria Sztuki Sopot.
https://i.ibb.co/67qV82Dv/1749036636001.jpg (https://ibb.co/jPjBzd3V)
...świat zmierza...?
El Czariusz
04.06.2025, 20:18
Taki miałem slalom między siwymi włosami na głowie i w końcu skojarzyłem, że burdel na kółkach kręcil w kole Jedlina Zdroju.
Na AntyPedaliadzie byłem bardzo blisko i gdzieś mi Borowa rzucała cień.
Tak, że ten... Spowiedź z burdelu w towarzystwie Szarej Eminencji.
Szkoda, że kolarz wybitny wstrzymał koło i szaleje teraz z buta na swoim równoległym kanale.
Zasadniczo kręcę w podobnym klimacie i dlatego byłem fanem burdelu.
hPcELOdVNzE
El Czariusz
08.06.2025, 16:21
Nadlatuje wilga złota. Bądźcie czujni
pk_ffV_uf4c
Siedzę myślami w przyszłym ogrodzie i chciałbym, by odwiedzali go tacy sezonowi podróżnicy.
Tymczasem scenariusz podwórkowy też mocno dojrzewa.
El Czariusz
09.06.2025, 20:12
Jeśli ktoś mówi publicznie:
„Nie czułem się dobrze fizycznie, ale też mentalnie. Miałem dołek. Nie byłem w stanie pomóc kadrze”, to już nie jest piłkarz w formie. To człowiek w kryzysie.
W takim stanie nie podejmuje się decyzji na chłodno.
Podejmuje się je z poziomu przeciążenia emocjonalnego.
To nie strategia.
To reakcja: “Nie dam już rady tego nie czuć.”
A potem zamiast zrozumienia, wylewa się fala komentarzy:
„Co on gada?”, „Presja? On?”, „To milioner, a nie górnik”, 'Wypie*dalaj!'
I dokładnie takie reakcje dokładają cegły do psychicznego muru, przez który człowiek już ledwo oddycha.
Odebranie opaski? To może być tylko symbol.
Ale w momencie kryzysu to symbol ostateczny.
I nagle pada decyzja:
„Nie gram, dopóki on tu jest.”
Nie z ego.
Z wypalenia. Z braku zaufania. Z braku sił.
To nie jest kaprys. To klasyczny objaw chronicznego wypalenia i utraty zaufania.
A im dłużej trwał ten proces, tym mocniej człowiek potrzebuje go zatrzymać. I to nawet za cenę wszystkiego.
I nie, Lewandowski nie „obraził się”.
On po prostu w końcu przestał udawać, że daje radę.
Więc tak! Ja próbuję Roberta zrozumieć.
dawid8210
10.06.2025, 06:35
Nadlatuje wilga złota. Bądźcie czujni
pk_ffV_uf4c
Siedzę myślami w przyszłym ogrodzie i chciałbym, by odwiedzali go tacy sezonowi podróżnicy.
Tymczasem scenariusz podwórkowy też mocno dojrzewa.
Mnie odwiedzają ostatnio żołny:)
Wilga pierw na słuch, potem jak już namierzysz okolicę gdzie przebywa wystarczy czekać, aż przeleci kawałek. Niby kolor rzuca się w oczy, ale w tej zieleni żółty ginie. Kamuflaż elegancki:)
Mnie odwiedzają ostatnio żołny:)
Kogo żony ?
dawid8210
10.06.2025, 08:48
Kogo żony ?
Takich rozrywek już mi nie trzeba. Jestem starszy i mądrzejszy :D
żoŁny:D
El Czariusz
10.06.2025, 09:41
Żołny, to ptasie amazonki. Żony żołnierze.
Mnie odwiedzają ostatnio żołny:)...
Mnie obecnie sroki wyjadaczki. Para srok, która rządzi na podwórku.
Lubią mój parapet od strony jadalni ale zimą. Robi ten parapet za lodówkę, czasami za zamrażarkę lecz zimą coraz rzadziej.
Wyjadaczki o tym wiedzą i czekają, kiedy się pomylę. Wystarczyło, że raz wystawiłem wieczorem podgardle na duży mróz w garnku i zapomniałem przykryć...
W Rumii mieszkaliśmy na trzecim piętrze z dość dużym balkonem. Tamże odwiedzała nas przed dobre pół roku kawka. Oswajała się z dobry m-c ale dokarmianie zrobiło swoje. To był jej balkon i przepędzała wszystkich konkurentów a ja nie ona, to... ja. Bo to była moja kawka. Niestety ojca bardziej. Niestety, "szanowała" tylko ojca. Po kwartale znajomości jadła mu prawie z ręki.
Drugie "niestety". Tak, jak pewnego dnia się pojawiła, tak pewnego znikła.
Brakowało mi jej, jak zimą śniegu...
Potrafiłem wieczorami siedzieć przy oknie i wpatrywać się godzinami w snop światła przy ulicznej lampie, czekając pojawią się w tle płatki śniegu. W zimowe poranki pierwsze, co robiłem rano, to biegłem do okna, licząc na charakterystyczną biel za szybą.
To taki mały przejaw mojej wrodzonej zawziętości był. Jak się na coś uparłem, to zawzięcie wracałem do tematu, jak te sroki wyjadaczki.
To, co mnie dzisiaj martwi, to fakt, że gdzieś tę moją zawziętość gubię powoli...
W ogródku od strony Grunwaldzkiej centralnie rośnie (posadzona przez babcię Marysię) laurowiśnia.
https://i.ibb.co/Z18k9mNx/IMG-20190428-122519-1-CS.jpg (https://ibb.co/cXF7qLxQ)
Kwiecień 2019 (rok i m-c, kiedy babcia Marysia odeszła)
https://i.ibb.co/SXsNnmDz/IMG-20250610-084550.jpg (https://ibb.co/VWjVSC0s)
Dzisiaj.
Ze dwa/trzy lata temu zwróciliśmy ze Strażnikiem Domowym uwagę na dziwne wgłębienia/dołki w piasku pod laurowiśni koroną.
Kto pod nią te dołki kopał... Zachodziliśmy w głowę, kiedy pewnego ciepłego, wiosennego dnia zwróciłem uwagę na rwetes w ogródku. Co się okazało? To był zacieniony "basen" do kąpieli wróbli lub mazurków.
Laurowiśnia wyrosła, że hej i trzeba będzie ją koniecznie przyciąć i basen odsłonić nie co.
Zniknął świerk srebrzysty ale przetrwały dwa serbskie. Wprawne oko zobaczy dąb czerwony, który osobiście dwa lata temu na jesień posadziła Marysia (wnuczka), przynosząc żołędzie z parku oliwskiego.
Rosną tam jeszcze (niewidoczne) trzy kolejne dęby, lipa, jesion i kasztan.
W listopadzie zyskąją wszystkie nowy dom.
Widoczne dwa jawory zostają, to samosiejki. Strażnik Domowy ostrzy na nie piłę ale póki żyję, będą tu rosły!
Ja to w ogóle w poprzednim wcieleniu musiałem być drzewem. Moje wycieczki rowerowe (kulminacje, wzdłuż rzek itd.), praktycznie sprowadzają się do rejestracji foto mijanych po drodze monumentalnych drzew.
W lesie czuję się jak w domu. Mijane kolosy, to takie dziejowe pamiętniki a ja lubię czytać pamiętniki.
https://i.ibb.co/hRFSzsF0/Screenshot-2025-06-10-02-51-00-806-com-facebook-katana.jpg (https://ibb.co/kg2tCK2Z)
Bardziej jednak drzewa.
https://i.ibb.co/mgXZQtW/IMG-20230421-172315.jpg (https://ibb.co/NbmDwpB)
https://i.ibb.co/3mkFn3x2/IMG-20230421-173221.jpg (https://ibb.co/gZ6Wx20N)
https://i.ibb.co/C56TjH7M/IMG-20230421-183757.jpg (https://ibb.co/RpNVXD0B)
https://i.ibb.co/tTPccTxD/IMG-20231212-144209.jpg (https://ibb.co/DHgkkH8Q)
https://i.ibb.co/s9wtndk7/IMG-20240514-124233.jpg (https://ibb.co/5h82mgtZ)
https://i.ibb.co/zkVXBvc/IMG-20240514-144535.jpg (https://ibb.co/PSGcPHp)
https://i.ibb.co/7NC4Bmgk/IMG-20240514-144822.jpg (https://ibb.co/3YdzVZfR)
https://i.ibb.co/KzhJLhbG/IMG-20240517-143506.jpg (https://ibb.co/4gtHYtKf)
Nie szukam jakiś szczególnych, poszukiwanych w ogrodach okazów. Podziwiam starych bywalców naszych lasów, klasycznie polskich gatunków. Oczywiśćce prym wiodą dęby (zwłaszcza dąbrowy) i buki. Te dwa gatunki, w swoim dojrzałym wieku, mają w ogóle baśniowy wygląd. Za nimi lipy (cudowne drzewa), jesiony, jawory (platany), wiązy, klony polne (rzadko ustrzelić) no i iglaste. Świerki, jodły. W Trójmiejskim Parku Krajobrazowym powszechny jest obcy gatunek - daglezje. Bardzo powszechne ale ok.
Tymczasem.
Jeżdżąc rowerem naginam trochę prawo pod siebie. Bo nie wszędzie można obecnie rowerem wjechać/dojechać, zwłaszcza już w parkach narodowych czy innych obszarach chronionych.
By zdobyć/zaliczyć temat/zadanie wybieram wtedy na czas danej eksploracji zimę. To rzadko są jednodniowe wycieczki, łącze je wtedy z biwakami w super miejscach - na wiosnę czy latem absolutnie niedostępnych.
Ponieważ tymczasowy wywołany temat ptaków, to opowiem wam moją osobistą historię z rudzikami.
Cdn.
P.S.
Dawid, nie wiem czy to wyczytałem u Puchalskiego czy Sokołowskiego ale Ty świadomie (lub nie) wspomniałeś o zalecanej przez któregoś z ptasich wyjadaczy, ciekawą metodę uczenia się rozpoznawania ptaków.
To wcale nie jest łatwe, bo nie dość, że trudno gagatka wypatrzyć jednego z drugim przede wszystkim, to jeszcze upierzenie płciowe bywa skrajne odmienne. Poza tym niektóre gatunki są do siebie dodatkowo bardzo podobne (wspomniane wróble i mazurki).
Jak zatem najlepiej tę naukę rozpoznawania ptaków rozpocząć...?
To... w następnym odcinku będzie.
dawid8210
10.06.2025, 11:39
P.S.
Dawid, nie wiem czy to wyczytałem u Puchalskiego czy Sokołowskiego ale Ty świadomie (lub nie) wspomniałeś o zalecanej przez któregoś z ptasich wyjadaczy, ciekawą metodę uczenia się rozpoznawania ptaków.
To wcale nie jest łatwe, bo nie dość, że trudno gagatka wypatrzyć jednego z drugim przede wszystkim, to jeszcze upierzenie płciowe bywa skrajne odmienne. Poza tym niektóre gatunki są do siebie dodatkowo bardzo podobne (wspomniane wróble i mazurki).
Jak zatem najlepiej tę naukę rozpoznawania ptaków rozpocząć...?
To... w następnym odcinku będzie.
Sokołowskiego przeczytałem wszystko co było dostępne w bibliotece u mnie na wsi. Jak tylko wróciłem ze szkoły i swoje obowiązki porobiłem łapałem za lornetkę i chodu w łąki i do lasu. Potem w domu z atlasu próbowałem odgadywać co widzialeem. Ha, mam jeszcze notatniki które prowadziłem za dzieciaka. Tak moja nauka wyglądała.
Ptaki drapieżne najlatwiej po sylwetce w locie i sposobie lotu. Biotop też ma znaczenie. No krogulca, czy myszołowa nie zobaczysz szybujących wysoko jak myszołowy, czy błotniaki. Jastrząb, krobulec to szybki, zwinny zabójca. Przeleci za zdobyczą między drzewami i i już go nie ma.
Teraz gdy mamy internet nauka jest dużo latwiejsza.
Popatrz tu:
https://youtube.com/playlist?list=PLuiikgCc3oFIsNvEBV2AJ63O4W9F6wG3J&si=V6SUguiBHiarllVt
Mazurka od wróbla rozróżniasz po plamce na szarym policzku.
Powodzenia:)
https://cdn.aniagotuje.com/pictures/articles/2023/03/40043202-v-1500x1500.jpg
Co to za ptak? Jest w atlasie?
Dawid, mówiłeś że się znasz :D
El Czariusz
10.06.2025, 14:14
Wygląda mi na kaczkę.
A metoda nauki?
Okazuje się, że najłatwiej zlokalizować ptaka po... śpiewie. Lepiej więc sobie na początek przyswoić/ osłuchać śpiew.
Tak właśnie można trafić na wilgę np.
Dzisiaj to żaden problem. Atlas, wgrane głosy i można się zatracić w lesie, łące czy gdzie tam ptasiego eksploratora poniesie.
Mój wrodzony ćwierć daltonizm niestety wyraźnie mi w procesie przeszkadza. Ja widzę "bryłowo i mechanicznie", tylko tak.
Zbieranie grzybów ze mną, to nie zła komedia dla obserwatorów.
W temacie ptaków drapieżnych, to kiedyś pisałem Fazikowi relację jego donkiszoterii po kraju Basków, Aragonii, Galicji i Leon.
Wszystko tam było zmyślone, łącznie z migracją sępów na wschód, bo Fazik tak wschód lubi przecież.
I ta migracja akurat okazała się prawdą
W temacie drapieżnych ptaków można śmialo założyć, że 90% ich procent, z tych " widzianych" w locie czy przykuci, to myszołowy.
Za to mam jeden mały, osobisty sukces ptaśny. Udało mi się rok czy dwa lata temu ustrzelić koło Kartuz dwa rybołowy. Ustrzelić okiem naturalnie. Coś pięknego.
Jako niedoszły i niespełniony ornitolog fantasta zaproponuję na dobry początek jakiś atlas z malowanymi ptakami, nie z fotografiami. Dobry rysownik wyłapuje szczegóły i podkreśla je w rysunku. Podobnie jak Dawid - (pozdro) szczeniackie lata spędziłem albo z lornetką na świlczańskich polach i w krzaczorach pod Rzeszowem, albo właśnie wertując książki i mój ulubiony atlas Sokołowskiego "Ptaki Polski", który dostałem w prezencie razem z lornetką gdzieś na 10 urodziny od wujka ornitologa.
Dobry fachowiec lornetki nie potrzebuje żeby rozpoznać gatunek, wystarczy słuch. Pamiętam kiedyś oglądałem dokument o jednym ornitologu chyba z Norwegii. Koleś był niesamowity. Wcale mu nie przeszkadzało, że był niewidomy, a mimo to został znanym autorytetem w swojej dziedzinie.
Aaaale :D czy to nie prawda, że ptaki śpiewają głównie wiosną? :D
- chcesz mieć ze mną jajko?
- tak! jak tylko nasramy na kota!
:D
dawid8210
11.06.2025, 18:31
Pozdro Gończy:)
Aaaale :D czy to nie prawda, że ptaki śpiewają głównie wiosną? :D
- chcesz mieć ze mną jajko?
- tak! jak tylko nasramy na kota!
:D
Zimą też, choćby tak: Chlopaaaaki!!! Nasypane do karmnika!
A jak już się ich tam naleci i robi się tłok to można usłyszeć: ej wróbel, wyperdalaj" ;)
Jak już o ptakach, to mi się takie wspomnienie nasunęło:
Tak z 15 - 20 lat temu mieliśmy w robocie Panie Kociary. Zawsze przygotowane żarełko dla kotków, woda, etc... Któregoś dnia słyszę głośne miauczenie. Ale pod lipami (tam było wykładana żarcie) nie widzę żadnego zwierzaka. Podchodzę bliżej - miauczenie jakby z góry dochodzi... Biedny kotek - myślę - pewnie wlazł za wysoko i teraz się boi zejść... Podchodzę bliżej i bliżej... Z lipy odleciała sójka i ... miauczenie ustało :D Skubana się nauczyła, że jak jest miauczenie - to pojawia się jedzenie. Szacun...
Także z tym rozpoznawaniem po głosie może być różnie...
dawid8210
11.06.2025, 20:17
Jak już o ptakach, to mi się takie wspomnienie nasunęło:
Tak z 15 - 20 lat temu mieliśmy w robocie Panie Kociary. Zawsze przygotowane żarełko dla kotków, woda, etc... Któregoś dnia słyszę głośne miauczenie. Ale pod lipami (tam było wykładana żarcie) nie widzę żadnego zwierzaka. Podchodzę bliżej - miauczenie jakby z góry dochodzi... Biedny kotek - myślę - pewnie wlazł za wysoko i teraz się boi zejść... Podchodzę bliżej i bliżej... Z lipy odleciała sójka i ... miauczenie ustało :D Skubana się nauczyła, że jak jest miauczenie - to pojawia się jedzenie. Szacun...
Także z tym rozpoznawaniem po głosie może być różnie...
Tak. Krukowate są bardzo inteligentne. Nie tylko sójki, ale też kruki potrafią naśladować inne głosy. Szpaki też nie gorsze. Nie raz, nie dwa mnie w pole wyprowadzały:)
No to ja jeszcze o krukowatych, o kawkach - było tu wspomniane...
Jeśli znajdziecie małą kawkę, która wypadła z gniazda, to jej ... nie "ratujcie", o ile nie chcecie ponosić konsekwencji tego czynu. Kawki są do bólu "rodzinne", jak takie pisklę wykarmicie - to dla niego będziecie RODZINĄ - a kawka rodziny nie zostawi. Nigdy... Nie da się takiego odkarmionego kawczęta "zwrócić naturze"... To się nie uda. Kawka będzie chciała być zawsze z Wami.
Tak pod rozwagę...
Propo inteligencji ptaków to widziałem w zbukareszcie gawrony układające kasztany na tory trawmajowe :) cała kolejka skurkowanych każdy ze swoim kasztanem :)
Nasze pod domem nosiły kasztana na lampę i korzystały z grawitancji.
No to ja jeszcze o krukowatych, o kawkach - było tu wspomniane...
Jeśli znajdziecie małą kawkę, która wypadła z gniazda, to jej ... nie "ratujcie", o ile nie chcecie ponosić konsekwencji tego czynu. Kawki są do bólu "rodzinne", jak takie pisklę wykarmicie - to dla niego będziecie RODZINĄ - a kawka rodziny nie zostawi. Nigdy... Nie da się takiego odkarmionego kawczęta "zwrócić naturze"... To się nie uda. Kawka będzie chciała być zawsze z Wami.
Tak pod rozwagę...
Tak zrobil moj kolega za dzieciaka i kawka wszedzie za nim latala. Jak to mega wygladalo jak siadala mu na ramieniu, a jak jezdzilismy na rowerach, to latala gdzies w zasiegu wzroku.
El Czariusz
12.06.2025, 10:09
Magneto, z ust mi temat wyjadłeś...;)
Zabałaganiłem trochę w "szkockiej", gdzie wywróciłem kilka stolików jak słoń w składzie porcelany, bo z piciem rano trzeba uważać.
Świeżutki temat w Ptasiej Strefie. Autor zapewne film nakręcił wcześniej, bo temat aktualnie gorący jest i fajnie, że go poruszyłeś.
midELq9-oVE
Tak, krukowate to bestie konformiści. Tu nie ma litości. Podobnie z mewami. Nie jeden raz byłem świadkiem jak mewa próbował zatłuc gołębia.
Ale i kot się pojawił więc...
To kolejni wyrafinowani zabójcy w miejskim klimacie. chcesz mieć ptaki na swoim podwórku? Uważaj na koty.
Na moim podwórku obecnym wszystko jest/miało miejsce ale ptaków już nie ma. Kota zresztą też...
"Historia jednego podwórza" właśnie osiągnęła... a może bardziej samo podwórze - stan, który przyprawia mnie, najłagodniej rzecz ujmując, o głęboką refleksję.
"Piękny" scenariusz, w sensie dobry na film/serial.
Potrzebuje jeszcze kilku dni, by to zebrać jakoś do kupy (kamieni), więc tymczasem "dokończę" temat rudzika (ptaka z pomarańczowym brzuszkiem), bo w sumie moja historia z rudzikiem jest odpowiedzią moją na to, jak powinno wyglądać "jedno podwórze" a nawet nie jedno...
El Czariusz
14.06.2025, 07:56
Literaturą pojadę.
Jest wątek o tradycyjnej kosie ale nie po czemu. Tylko sygnalizacja.
Po czemu jest tutaj. Na moim podwórku.
Powrót do korzeni.
Im bardziej jestem starszy, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że warto żyć życiem, którego inni nie rozumieją.
Clint Estwood
Powrót, bo mam serdecznie dość komfortu narzucanego mi siłą i w ogóle.
Ogólnie to powoli zaczynam mieć to wszystko w czterech. Jeszcze dekada i jadąc bez kasku na rowerze będę zwykłym przestępcą.
Więc zanim do tego dojdzie będę hulał bez niego a jak to robić bez zaniemania wykładam na stronie bezkasku.pl
Zatem do lektury właściwej...
"Starzy kosiarze potrafią być z kosami zżyci. Klepią je nie na byle jakiej babce, tylko dobranej. Ostrze nie może być pofalowane ani wyszczerbione. No i kosisko musi być jak trzeba, ale każdemu służy trochę inne. Dziadek wspomina, jak mu ukradli kosę. Samo ostrze. Dobre ostrze. Ale mieli złe kosisko, więc poszli do sąsiada i ukradli mu dobre. Trzeba być zżytym z tą robotą, żeby nie tylko wiedzieć, czym kosić, ale i co kraść. Ale dziś o dobrą kosę niełatwo. Najwięcej tych z blachy.
- Ale, wtajemnicza nas dziadek, czasem Ruskie dobre kosy przywożo.
Siano trzeba było na nosiłkach, inaczej "nosidłach" - dygać do stogu. Nosiłki to nosze z dwóch kijów. Stogi rosły, czesane na koniec grabiami, żeby nie były kostropate, żeby w deszczowe dni woda spływała z nich niczym z dobrej strzechy. Na spadzistej powierzchni stogu kładło się jeszcze i mocowało kije, tak zwane chrusty, żeby siano się nie zsuwało.
Ile czasu trwała robota?
- Zależy, jaki stóg, tłumaczy Tadeusz Klepadło. Jak z pół hektara, to i w godzinę się stawiało. Jak z półtora, to dłużej, ale jak było dużo siana, to i z hektara trzeba było stawiać parę godzin.
Sam ustawił w życiu kilkadziesiąt stogów. Do tej roboty można się było wynająć u innego gospodarza, jak brakowało grosza. Bogatsi potrafili wyzyskiwać biedniejszych i przy koszeniu, i przy innych robotach.
Gzy na bagnach dokuczały okrutnie. Zwłaszcza w słońcu.
- Czasem jak się nosidła niosło i już tylko ze 20 metry do stoga brakowało, a tu nagle który taki uciął, że się chciało zatrzymać, ale nie szło, człowiek zęby zacisnął i szedł dalej. Raz jak kosił ja na Czarnej Brzezinie i taki uciął, to ja nie wydzierżył, jeno kosę na sztorc postawił, jakby jo miał ostrzyć, i tak się zamachnął, że na ostrze trafił, i do dziś ślad na ręce został, a krew sikała, że nie daj Boże, parę chustek poszło, żeby to zatrzymać.
Czasem sam kosiarz albo i cała rodzina kryli się w stogu przed deszczem lub burzą. Na pustkowiu przy burzliwej pogodzie nie było to zbyt bezpieczne ukrycie, jak i sama zresztą robota pod chmurzącym się niebem. Kiedyś z łąk do wiejskiego urzędu pocztowego, gdzie był telefon na korbkę, przybiegła kobieta.
- Dzwońcie po pogotowie, bo ojca piorun trafił - krzyknęła. Stożył stóg, stał już na górze.
Przeżył, ale trzeba było amputować zesztywniałą nogę.
Najwięcej stogów stało na łąkach nadrzecznych. Były ich tysiące. Bo i siano z łąk, nawożonych przez samą rzekę odkładającą żyzne osady i tworzącą mady nadrzeczne, było tu najlepsze.
- Jak się zwiozło do stodoły, to się chciało jeszcze postać, pooddychać, tak pachniało!... opowiadał nam jeden z rolników.
Dlatego łąki nadrzeczne, nawet nietknięte przez meliorantów wciąż są wykaszane. Można na nie wjechać po ustąpieniu zalewów, bo sporo tam łagodnych wypukłości z naniesionego przez rzekę materiału. W głębi doliny, na pokrytych głównie turzycami torfowiskach stogów było mniej, bo tam z takiej samej powierzchni jak nad rzeką zbierano mniej siana, trzeba więc było pracować na większych i trudniejszych dla koszących powierzchniach. My, miejscy przybysze, widywaliśmy już ostatnie stogi, które jak spiczaste berety wystawały z porannych czy wieczornych mgieł.
Stały tak przynajmniej do zimy. Dopiero wtedy można było zwieźć siano. Tadeusz Klepadło już tylko z opowieści dziadka pamięta, że kiedyś jeżdżono po nie żeleźniakami, czyli wozami na żelaznych kołach.
- Jak był mróz, to taki żelaźniak na bagnie rozcinał kępy na pół, a pod spodem już miał twardo. Gdy leżał śnieg, najlepsze były sanie.
A jak mróz i śnieg nie dopisały?
- To się brało takie sanki jak dziecięce, tylko większe, sami my takie robili, objaśnia Klepadło, i ze dwie kopy na nie się nakładło. Kładło się dwa drągi w poprzek, żeby było na co nakładać. Jeden z przodu ciągnął za powróz albo za łańcuch, z tyłu dwóch popychało.
I tak z pięć razy trzeba było obrócić, żeby zwieźć z pół fury, i dopiero do domu. Raz to my dziadka zgubili. Jechalimy Groblą Honczarowską na naszą biel, Strymień tam się to nazywa. Konia my mieli młodego, a z grobli trzeba przez rów przejechać. Stary to powącha, powącha i dopiero pomału pójdzie, a ten, jak skoczył, to sanki poszły w powietrze, a dziadka nie ma! Patrzę, w rowie leży, raz-dwa go z ojcem wyciągnęli, na grądziku zapalili ognisko i tak się suszył. A ja pamiętam, rogi z łosia wtedy znalazł.
Słowem: szczęście w nieszczęściu.
Dziś Tadeusz Klepadło już nie kosi na bagnach. Większość łąk sprzedał. Zostawił półtora hektara w dwóch kawałkach, by na stare lata pójść, pospacerować, pooglądać. Kosili jeszcze z synem ze trzy lata, jak były dopłaty, ale potem przestali.
- Dziś lepiej ziemi dokupić, słoma to lepszy towar!, wyjaśnia gospodarz".
Fragment książki Grzegorza i Tomasza Kłosowskich pt. "Biebrza. Opowieści o rzece...".
El Czariusz
16.06.2025, 09:54
F6WRxaC3QME
Mamy sportowy weekend za sobą. Kubica ze swoim zespołem wygrywa Le Mans 24h.
https://i.ibb.co/vxfqyrCP/IMG-20250616-072704.jpg (https://ibb.co/zhCx9LWR)
Pogacar Dauphine 2025.
My startujemy w 53-cim Memoriale Żylewicza. Ja tym razem w roli fotoreportera. Rodzinny zespół wielopokoleniowy reprezentował nas w sprincie.
Reprezentował znakomicie. W swojej kategorii wiekowej zdominowaliśmy zawody...
https://i.ibb.co/TM6PSF03/IMG-20250614-144408.jpg (https://ibb.co/VYRMZPC4)
https://i.ibb.co/qLnsks7n/IMG-20250614-143641.jpg (https://ibb.co/fVSp4pqS)
...zwłaszcza w nowej konkurencji...
https://i.ibb.co/Jw01NbQ2/IMG-20250614-142445.jpg (https://ibb.co/Zptj3wmK)
...sprintu synchronicznego.
Było także strzelanie z łuku, pchanie mini piłką lekarską (w tych konkurencjach startował również - z powodzeniem - wasz reporter) i jeszcze kilka innych.
Rodzinne pasmo sukcesów celebrował polski kosmonauta tak intensywnie, że lot musiano odwołać. Dużo się wydarzyło i nie wydarzyło jak widać.
Naprawdę nie było lekko. Nawet Ronaldo z trudem wytrzymywał trudy ale wiek robi swoje.
https://i.ibb.co/99zMJFtg/IMG-20250614-153604.jpg (https://ibb.co/kgkdpR1B)
Potem kibicowaliśmy my.
https://i.ibb.co/Pv5JSxYC/IMG-20250614-162739.jpg (https://ibb.co/4njCQWfN)
Najpierw był chód memoriałowy na 5km. Były emocje. Otóż zwycięzca szedł w tempie na 28 minut z hakiem. 7 lat temu, po czterech m-cach katorżniczego treningu (w ramach fizycznych przygotowań do imprezy Szlakiem Bronisława Grąbczewskiego 1889-2018) w wolontariackiej imprezie przebiegłem ten dystans w czasie 28.50. Przegrałem...;)
Po tych wszystkich emocjach był... mcdonald:) Ale to z inicjatywy Strażnika Domowego. Raz na kwartał można. Potem...
https://i.ibb.co/vCjCY2X1/IMG-20250614-181438.jpg (https://ibb.co/kVSV1YmK)
...zbieranie polnych kwiatów na bukiet dla mamy i koniczyny na tradycyjny wianek. Cały czas towarzyszyła nam nestorka rodu po kądzieli Strażnika.
https://i.ibb.co/Xxf5JG7S/IMG-20250614-183501.jpg (https://ibb.co/LdDgpsxn)
Jeszcze tylko nostalgiczne zdjęcie... Będę scenę kadrował co roku, o ile nie zapomnę.
Na dobranoc, zamiast bajek oglądaliśmy z Kacperkiem (na telefonie dziadka) MP w łucznictwie i skróty dwóch etapów (6 i 7) Dauphine 2025.
Rower, to obecnie kacperkowy TOP.
Czym skorupka za młodu...
deO-PWQoKzY
Rano w niedzielę obowiązkowa gimnastyka poranna. Prowadzi Marysia.
To jest męczarnia dlatego babcia zawsze ucieka do kuchni i robi śniadanie w tym czasie.
Mieliśmy do południa pomalować Golfa i potem śmigać na rowerach ale rodzice odebrali gagatków wcześniej. Zatem do odbioru muzykowaliśmy, po obejrzeniu kolejnego "odcinka" Krzyżaków. To powtórka sprzed roku.
Bardzo się dzieciom film podoba. Obecnie skończyliśmy obezwładnieniu Juranda na zamku w Szczytnie.
P.S.
Tuz przed snem, w sobotni wieczór, po "bajkach" Kacper mnie pyta:
- Dziadek, a masz klucze do roweru?
Mam.
- Ja też bym chciał mieć.
El Czariusz
16.06.2025, 11:27
Polecam zajrzeć na kanał Ptasia Strefa, bo tam pan Kuba prezentuje, jak sam pisze:
Rajd ptasiarzy to ogólnopolska zabawa polegająca na tym żeby drużyna (3-5 osób) zaobserwowała (lub usłyszała) na terenie jednego województwa jak największa liczbę gatunków ptaków w ciągu jednej doby.
O udziale w rajdzie myślałem już od kilki lat, ale zawsze coś nie pykło ;) Tym razem do udziału zaprosili mnie Marta i Mateusz za co serdecznie dziękuję. Piękna przygoda, wspaniałe obserwacje i na koniec niedosyt, który sprawia, że za rok chcemy spróbować jeszcze raz ;)
To długi film, ale co zrobić. W terenie byliśmy 21 godzinâŚ
Tymczasem ja...
XjXtDJEum44
...edukacyjnie promuję teorię muzyki dla inżynierów. Muzyka, to czysta matematyka. Może ją zrozumieć nawet drewniane ucho.
Z tym panem przerobiłem od nowa podstawy harmonii i bardziej świadomie podchodzę do instrumentu ponownie.
Zaglądam do niego od ponad roku i bardzo go sobie chwalę.
Obecnie szukam jakiegoś kanału - stricte kierowanego do nauki dziecka.
dawid8210
16.06.2025, 12:29
Czariusz, jak chcesz poprobować czereśni to teraz jest na to idealny czas w Arboretum Wojsławice. Ok 2500 drzew które właśnie owocują. Mnóstwo odmian. Stworzyli tam bank
genów. Wczoraj byliśmy. Czereśniowy zawrót głowy:)
El Czariusz
16.06.2025, 12:32
Poczytuję historie podwórkowe, w temacie ich zagospodarowania, w otoczeniu hacjend wiejskich itp. i tak widzę, że ludziska poszukują swojego idealnego ogrodu jak koziołek Matołek;)
Będą u mnie dwa orzechy. Jeden swojski, który już rośnie (mam nadzieję, że przeżyje, bo przymusowo przesadzony w maju, z totalną zmianą środowiska), drugi to Jacek. Oba będą miały swoje enklawy.
W temacie rozczarowań ogrodowych przypomła mi się historia z końca lat 90-tych ubiegłego wieka.
Dzwoni do mnie kolega leśnik i prosi o pomoc. Przyjeżdża do nich jakiś niemiecki botanik i trzeba mu pokazać coś tam coś tam wedle jego programu. Zapowiada się fajna wycieczka, więc jeżeli mam ochotę... potłumaczyć, to mnie zaprasza;)
No dobra. Mój niemiecki wtedy jeszcze przypominał niemiecki. Skoro mamy oglądać/podziwiać coś tam coś tam i tłumaczyć, to profilaktycznie zabrałem nie małe co nie co.
No więc po zapoznaniu się z botanikiem, ruszamy w teren. W sensie najpierw asfaltem trochę trza w Kaszuby wbić.
Za Kartuzami na Stężyce bodaj, mijamy przystanek PKS na żądanie. Nagle Niemiec krzyczy stop! Stajemy a ten w pędy te za rzeczony. Nie, nie, nie... My też źle odebraliśmy akcję.
Pobocze zarośnięte chaszczami a ten w nich brodzi zachwycony.
Czegoś się tam dopatrzył w tym niekoszonym, przydrożnym zielsku. Nam trochę wstyd a on zachwycony. No to mówię do "Klausa", że pod te zielone, to ja coś mam z bożej apteki.
Kolega tylko potem trochę smutnie i zazdrośnie patrzył, jak my się z Klausem coraz lepiej rozumiemy i co rusz w te czy inne krzaki.
To była zajebista wycieczka i i kiełbasę se upiekliśmy i w ogóle.
Minęło kilka tygodni i do leśnictwa wpływa pismo dziękczynne prosto z bundes republik, pełne zachwytów ze szczególnym uwzględnieniem profesjonalizmu tłumacza:)
Tak, że ten... Czasy się zmieniają. Migrujemy na wieś, pełni oczekiwań, łąk kwietnych cudnych, ogrodów, owoców pełnych z drzew wszelakich tylko... O tłumaczu zapominamy;) Takiemu, co z powodzeniem przetłumaczy z wiejskiego na nasze.
P.S.
Kosa z lat 70-tym już na mnie czeka. Miała już wczoraj być ale koledze się zapomło.
A zastaw za kosę nielichy.
https://i.ibb.co/MDxbF1Vp/IMG-20250613-100528.jpg (https://ibb.co/271wGMtP)
Czariusz, jak chcesz poprobować czereśni to teraz jest na to idealny czas w Arboretum Wojsławice. Ok 2500 drzew które właśnie owocują. Mnóstwo odmian. Stworzyli tam bank
genów. Wczoraj byliśmy. Czereśniowy zawrót głowy:)
O panie... Kawał drogi!
Szkoda, ze gdzieś nie w okolicy ale pójdę tym tropem.
Czereśnie? Ale można żreć? Ja bym pojechał. Dawno nie byłem.
El Czariusz
16.06.2025, 14:16
Minął tydzień, więc zajrzałem do nasion. Bibuła wilgotna ale ciut dorosiłem.
Przy okazji wygógliłem wszelkie arboreta w pomorskim i odkryłem pod nosem uniwersytecki ogród z zieleniną leczniczą i nie tylko:
https://orl.gumed.edu.pl/
dawid8210
16.06.2025, 14:31
Czereśnie? Ale można żreć? Ja bym pojechał. Dawno nie byłem.
Można. Jest nawet kilka drabin podstawionych.
https://img.joemonster.org/mg/albums/062025/main_07sztuka_wsp_czesna.jpg
Czereśnie? Ale można żreć? Ja bym pojechał. Dawno nie byłem.
To wpadaj, jedno drzewo się kończy ale już następne praktycznie gotowe i jeszcze dwa dojrzewają :D
El Czariusz
17.06.2025, 10:23
Liczy się urbanistyka ogrodowa.
Zawsze mi się podobały plansze projektowe osiedli z kultową, na której operował nowy dyrektor zjednoczenia w dramacie Poszukiwany poszukiwana.
vDt0yeiZu0E
Stoi ekipa, patrzy z góry, z tzw. (kiedyś) lotu ptaka, no przecież prawie każdy miał/ma pragnienie Ikara. Tam Ikara... wróbla!
Potem osiedle powstaje i okazuje się, że budowano je dla tych, co mieszkają na dwóch, trzech ostatnich piętrach a i to nie zawsze.
Tak naprawdę chodziło o to, by ekonomicznie upchać masę na jak najmniejszej powierzchni globusa w ogóle.
W najdłuższym falowcu na Przymorzu upchano 5000 osób. Z nich (falowców), to można było jeszcze co podziwiać.
A więc chodzisz między tymi blokami, wieżowcami i gówno ptasie widzisz.
Gołębie mają z czego srać, to srają, że się tak po staropolsku wyrażę za przeproszeniem.
Zaprawdę z dużym zainteresowaniem czytam wątki o pielęgnowaniu swojego podwórza, ogrodu, kawałka pola itp. Na topie jest teraz trawa. No bo sezon już hula i rośnie ta cholera, że nie wiem co. CO2 w eterze dwa razy tyle, co w XVIII wiecznej RP, to rośnie to, jak szalone. Te zielone w sensie.
No i wyobraźcie sobie, że w grudniu 2024 na gwiazdkę przyszło mi do głowy, żeby przygotować sobie na starość wiejską typowo alternatywę.
Ciągło mnie na wieś odkąd pamiętam. Miałem już nawet w życiu wiejski epizod, ba nawet byłem rolnikiem! Okazało się, że były jednak inne priorytety, też ważne.
Równolegle moje obecne, gdańskie podwórko za zgodą współplemieńców wspólnotowych (6 mieszkań w starej, oliwskiej kamiennicy) doszło do porozumienia i na drodze 2m-cznych negocjacji z właścicielami większościowymi (posiadają 3 mieszkania) zawarliśmy kompromis.
W sensie znaczy określenia potrzeb i ich potencjalnej realizacji.
Zatem zgodziliśmy się wziąć udział w programie Nieruchomości Gdańskich (zarządzają miejskim majątkiem) pod nazwą Wspólne Podwórko 2023 (program jest realizowany corocznie).
Polega to na tym, że wspólnoty zgłaszają propozycję zagospodarowania podwórka (dzierżawionego lub nie od miasta) w ramach konkursu pod rzeczonym tytułem. Spośród zgłoszonych przez wspólnoty projektu wybiera się kilka i nagradza dofinansowaniem do 100 000zł.
Od tego momentu to NG biorą sprawy w swoje ręce i podpisują umowę z wykonawcą, który wygrywa przetarg. Tak to mniej więcej wygląda.
Na czym polegał kompromis nasz?
By poprawić estetykę i funkcjonalność ale z zachowaniem klimatu (wtedy obecnego). Ten klimat, to zachowanie tego, co zielone, z zastąpieniem dwóch pomieszczeń (garaży) trzema i wyznaczeniem strefy parkowania (z utwardzeniem terenu pod te). Całość ponad 1100m2.
Propozycja większościowego właściciela (małżeńska para z dwójką dzieci) była wyjściowo skrajnie różna.
Owe małżeństwo sukcesywnie od 2015 roku pwoiększali swój mieszkaniowy dobytek w kamiennicy, zaczynając od jednego, kończąc na razie na trzech mieszkaniach. Są młodzi (stosunkowo) przed 40-stką. On robi w bankowości, ona jest radcą prawnym.
Ich wizja podwórka, to trawa, alejki, miejsca parkingowe, dwa ozdobne drzewka kilka linii krzewów ozdobnych z dodatkowymi trójkątami innych ozdobnych.
Najogólniej rzecz biorąc - płaski step z "ogródkiem" wodnym w odległym narożniku.
Nasza, dwóch pozostałych rodzin (6-ste mieszkanie - komunalne): zachować to, co jest (prawie centralnie stojący garaż, dzielący podwórko na trzy strefy), utwardzić część terenu pod parking, popracować nad estetyką ale, to co zielone - zostaje. Ze względu na tradycję i zaangażowanie nestorów podwórka w jego utrzymanie.
Nasza propozycja była nie do przyjęcia, więc pracowaliśmy nad kompromisem. Jednym zdaniem, nad ustępstwami jednej i drugiej strony.
Dodam, że do tej pory mieliśmy wybitnie negatywne doświadczenia. Wybitnie negatywne ale... Zawsze jest czas na to, by zbudować należyte relacje.
tak nadzieja pojawiła się przy tym projekcie.
I tu warto (że tak bałwochwalczo to trochę ujmę) prześledzić naszą - ze Strażnikiem Domowym, wędrówkę po swoje "M4". Przez 29 lat "tułaliśmy" się w okolicach AWF Gdańsk, zaliczyliśmy cztery przeprowadzki z całym dobytkiem. W trakcie tych przeprowadzek urodził się Junior i dalej przeprowadzał z nami.
Bywało lepiej lub gorzej ale nigdy nie mieliśmy problemów z sąsiadami. To znaczy początki też potrafiły być trudne ale ostatecznie, to nasze mieszkanie stawało się osią wszystkich, z którymi bezpośrednio dzieliśmy podwórkowy mir domowy. To nam zostawiano klucze, to u nas były klucze do wspólnych części - takie zawsze zapasowe, pewne.
Nie. To nie była moja zaleta. To był atut Strażnika Domowego, którą cechował swoisty, wielopokoleniowy porządek i uprzejmość. Moja otwartość nie zawsze była autem ale "w domu" rządzi Ona. I dobrze rządzi.
Dzisiaj mija nam 36 rocznica ślubu kościelnego. Wczoraj cywilnego. Z okazji tej rocznicy udaliśmy się do PLAY-a, by wrócić do tego operatora z dwóch powodów. Pierwszy - bo sądziłem, że to jeszcze polski operator (a tak już nie jest), drugie, by nie mieć z problemów z roamingiem, bo korzystaliśmy do tej pory z taniej oferty premium mobile i w tym przypadku zawsze mieliśmy mniejszy lub większy problem z łącznością z cywilizowanym światem UE.
Drugi powód, to zakup dla mnie... kąpielówek.
Operator w trakcie zmiany, zaś gaci nie kupiłem. Na cywilnym zawiodłem ale... kupię je dzisiaj solo, jako wspólny prezent z okazji kościelnego:) Zawiedziony Strażnik (moją dotychczasową estetyką na plaży) będzie zachwycona.
Małe, a cieszy.
Na razie tyle z podwórka.
Wróćmy do marzeń/realiów mieszczucha wynoszącego się na wieś, planującego swój piękny, osobisty ogród.
Trawy mam fchuj i trawa zostanie ale... Chciałbym mieć m.in. mały sad.
Dwie, trzy czereśnie, jedną śliwę (ewentualnie dwie - wtedy dosadzę renkoldę) i dwie wiśnie. Te trzy gatunki żyją w symbiozie. Z jednej bęzie bimber pędzony, z drugiej nalewki na nim.
Dwa orzechy, o których już wspomniałem.
Jabłonie są, wymagają rewitalizacji (ponoć to stare odmiany antonówki). Jest Ich chyba trzy.
Ze dwie morele. Ich owoce chciałbym tradycyjnie suszyć jak w Azji się to robi.
https://i.ibb.co/tMv5WKRP/IMG-4525.jpg (https://ibb.co/RpsWVb84)
https://i.ibb.co/XrCqsjJN/IMG-4527.jpg (https://ibb.co/cSrjFkTM)
Do nalewek trzeba będzie jeszcze zadbać o dodatkowy substrat jak pigwa np.
Posadzę też czarną morwę. Nie dla owoców (przy okazji) ale z pamięci do Kryptonimu - zagadki.
Zagadki do rozwiązania są nawet dwie (kameralna kradzież modelu szybowca i ekscytująca całe miasto afera kradzieży wełny z miejscowej fabryki), cały tłum podejrzanych wytypowanych według najbardziej nieprawdopodobnych kryteriów, metody detektywistyczne opierają się na wagarach spędzanych na ganianiu za złoczyńcami, a całość jakoś dziwnie się dłuży...
Ogródek warzywny (to jest dopiero temat).
Kawałek (około 1000m2) własnoręcznie koszonej RĘCZNIE zielonej przestrzeni.
Park z polskimi nasadzeniami (drzewa) ze strefą rekreacyjną (w sumie takie strefy dwie) przylegającą do strumienia (jedna, druga w z przeciwpółożnej części działki).
Alejki a`la naturalna bieżnia do biegania/wyścigów rowerowych w koło całej posesji (około 650 mb) z wydzielonym odcinkiem zielonych "płotków", skocznia w dal i ściana wspinaczkowa i co tam jeszcze przyjdzie do głowy. Czarna morwa będzie centralnym punktem kąciku: Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa.
Tymczasem do roboty.
El Czariusz
18.06.2025, 07:06
"W wioskach nad Świsłoczą, podobnie jak we wszystkich wioskach na Podlasiu, wzdłuż ulicy stoją ławeczki. Ławeczka to instytucja. Miejsce zgromadzeń, plotek i kontaktów. Na ławeczce może przysiąść każdy, kto ma na to ochotę. Przysiadam. Miejscowi rozmawiają językiem nazywanym pa-prostu.
W moich uszach brzmi jak czysta białoruszczyzna. Bywa, że chichot historii nadaje znaczenie miejscom niepozornym.
Granice wielkich państw potrafią przebiegać wzdłuż niewielkich kanałów na łące. Potrafiły też przechodzić środkiem pola należącego do jednego rolnika.
Tak było nad Świsłoczą, gdy w 1944 roku wytyczano granicę polsko-sowiecką. Na konferencji w Jałcie trzech przywódców światowych mocarstw ustaliło, że będzie ona przebiegać wzdłuż linii Curzona. Linia arbitralnie wytyczona na mapie nie spełniała podstawowych kryteriów historycznych, kulturowych ani geograficznych. W okolicach Łosinian wypadła akurat za stodołą mojego rozmówcy.
Kazali nam granicę na naszym polu zaorać, potem zabronować. Kopce ubili, na kopcu rakietę posadzili.
Pomiędzy kopcami przeciągnęli drut. Nie raz zdarzało się, że dziki zwierz zaczepił za drut albo większy ptak usiadł. Albo ojciec mój, który odnosił kamienie na skraj pola, przypadkowo nogą zaczepił. Wtedy rakieta odpalała i oświetlała całą okolicę. I z Michasia chaty, gdzie zrobili strażnicę, żołnierz wybiegał z karabinem.
Sztuczna granica, która pojawiła się nagle w świecie, gdzie nigdy jej nie było, z trudem przedzierała się do ludzkiej świadomości. Z początku nie traktowano jej poważnie, jednak każdy, kto ją przekroczył, musiał się liczyć z poważnymi konsekwencjami, łącznie z pobytem w więzieniu. Osadzali w nim nawet tych, którzy z wojennej zawieruchy wracali do własnego domu.
W 1948 roku postanowiono granicę wyprostować. I chociaż nad jej nowym przebiegiem przez całe dwa lata pracowała specjalna komisja złożona z przedstawicieli obu państw, to nowy przebieg znów nie uwzględniał specyfiki kulturowej, religijnej ani narodowościowej.
Granicę przesunięto na rzekę Świsłocz. Polska zyskała odcinek o szerokości od dwustu metrów do trzech kilometrów, w zależności od miejsca. Wskutek tej decyzji w Polsce miały na powrót znaleźć się wsie: Jurowlany, Ozierany Wielkie i Małe, Łosiniany, Rudaki, Chomontowce, Bobrowniki, Jaryłówka i Gobiaty zamieszkiwane w większości przez ludność wyznania prawosławnego.
Do Polski trafiły również wsie o charakterze polskim i katolickim: Nowodziel, Tołcze, Szymaki, Klimówka.
Mieszkańcy tych miejscowości powrót do macierzy uznali za cud, o który się nawet nie modlili. Sugerowano, by niepasujących profilem narodowościowo-religijnym przesiedlić pod przymusem.
Granica biegła po drugiej stronie wioski, za cerkwią, a teraz trzysta metrów za moją chatą, po Świsłoczy mieszkaniec Ozieran Wielkich wskazuje ręką i tłumaczy: Rzeka dopływa o, tam, gdzie wierzby rosną, widzi pani? A tamta olszyna jest już za granicą.
Granica biegnie po rzece aż do Ozieran Małych, za wioską rzeczka skręca w prawo, a granica w lewo, na pole. Na Białorusi zrobili jej nowe koryto, wyprostowali, pogłębili, zmeliorowali bagna.
Wiosną 1948 roku w wioskach nad Świsłoczą zaczęli się pojawiać agitatorzy i wojsko.
Chomontowce:
Jedna taka agitatorka przyjechała, stara i gruba, a jeden tu ze wsi wyszedł do niej w kapeluszu. A ona do niego: ty myślisz, że ty pan? Ty nie pan, tylko cham. Wam trzeba stąd wyjeżdżać. Tu Polska będzie.
Ozierany Wielkie:
Nas wywozili za granicę siłą. Zaczęli od Jurowlan, całe Jurowlany wywieźli, potem Ozierany Wielkie, Małe, Łosiniany, Rudaki. Brali na siłę, zapomogi dawali po pięć tysięcy rubli, obiecywali nowe domy, i won, zabierać się stąd. Dali dwa tygodnie. Potem granica miała zostać zamknięta.
Przyjeżdżały furmanki, ciężarówki. Ludzie ładowali na nie cały dobytek i jechali za rzekę. Ładowali wszystko, co mieli: kołdry, narzędzia, zwierzęta. Jedna ciężarówka z podwórka wyjeżdżała, już następna podjeżdżała. Wygnali całą wioskę.
Na końcu nas na samochód załadowali, a na nasze podwórko już wjeżdżał samochód z Polakami, żeby zamieszkali w naszym domu. Pojechaliśmy do Klukowców, bo tam mieliśmy rodzinę.
Łosiniany:
To tylko propaganda była, że ludzie wyjeżdżali z własnej woli. Z własnej czy nie własnej, ale spokojnie wyjeżdżali. Co było robić? Sami sobie musieliśmy szukać nowego miejsca do osiedlenia. Kto miał rodzinę, jechał do rodziny, kto nie miał, zasiedlał puste domy po tych, którzy wyjeżdżali do Polski.
Ludzie z Jurowlan wyjeżdżali przeważnie do Dzieniewicz, bo stamtąd katolicy wyjeżdżali, a katolicy z Dzieniewicz do Jurowlan przejeżdżali. Trwało to wszystko jakieś dwa tygodnie.
Ozierany Wielkie:
Część osób rzeczywiście wyjechała dobrowolnie. To ci, na których padło jakieś podejrzenie, ktoś coś na sumieniu miał, bali się. Ale to były nieliczne osoby, głównie aktywiści sowieccy, wojskowi.
Z Ozieran Wielkich wyjechał Szymacha, aktywista, co za Sowieta był sołtysem, i Tamaszyk, ten nie wiem, dlaczego wyjechał. I Iwan kowal, bo tu nie miał do czego wracać, nawet chaty nie miał, niczego, i powiedział, że mu wszystko jedno, czy tu, czy tam. Tam mu drzewo zawieźli na chatę przez granicę i tam pobudował się, i został.
Poza tym Jozik Szeremiejew, Lawończy, Szymach Iwan i Klimak Michaś. Im dali wolne chaty i tam zostali.
Z Jurowlan wysiedlono wszystkich oprócz kilku osób, które się ukryły lub przypadkowo nie było ich w domach. Przesiedlono też Rudaki, ale Chomontowce i Bobrowniki się zbuntowały. Ludzie stwierdzili, że nie wyjadą, chyba że ich siłą do samochodów zaniosą. Kilka osób pojechało do Mińska chciały się dowiedzieć od samej władzy, czy przesiedlenie jest przymusowe, czy dobrowolne. W tym czasie do Chomontowców zjeżdżało wojsko.
Ze dwieście osób przyjechało do Chomontowców, wszędzie pełno milicji, wojskowych. Krzyczeli, żeby zabierać się za granicę, samochody podstawiali, ale nikt nie chciał wyjeżdżać. Gdzie pojedziesz ze swojej chaty? Szczęścia szukać?
My Białorusini, ale nam było wszystko jedno, czy tu Polska, czy Sowiety, myśmy tylko chcieli w swoich chatach dalej mieszkać. Tutaj się urodziliśmy, tu żyjemy, tu żyli nasi przodkowie. A oni, że Łosiniany i Rudaki już wywiezione, i wy zabierajcie się. Postanowiliśmy bronić się. Każdy brał, co miał pod ręką, kto widły, kto kije, kto łom. I wybroniliśmy się.
W Bobrownikach przez dwa tygodnie nie spano. We wsi była zawieszona szyna i gdy ktoś zobaczył wojsko, walił w tę szynę, a mieszkańcy wsi wybiegali z kijami i widłami i podnosili taki krzyk, że było ich słychać w całej okolicy.
Nie chcieli wpuścić wojska. Zablokowali most, przez który ciężarówki chciały wjechać do wsi. Ludzie rzucali się pod koła, a kierowcy nie chcieli ich rozjeżdżać .
Kilka godzin przed zamknięciem granicy do Bobrownik i Chomontowców wrócili wysłannicy z Mińska z wiadomością, że przesiedlenie nie jest przymusowe, tylko dobrowolne.
Ozierany Wielkie i Ozierany Małe:
Jak gruchnęła wieść, że można wracać, to my wszyscy rzuciliśmy się z powrotem, uciekaliśmy stamtąd. Kto jak stał, brał, co popadnie w ręce, byle przed zamknięciem granicy dotrzeć do domu. Dali nam na powrót kilka godzin.
Ludzie rzucili się przez rzekę wpław, bo mostów wtedy wielu nie było, i płynęli, cała rzeka ludzi była. Kto z czym dał radę wrócić, to wrócił. Wywieźliśmy wszystko przez dwa tygodnie, a przywieźliśmy tylko tyle, ile daliśmy radę przez kilka godzin wziąć. Wracaliśmy do pustych ścian.
Za granicą zostały nasze konie i krowy, cały majątek. Został też ojciec. Pogranicznicy pozwolili jeszcze do wieczora zabrać rzeczy. Przyprowadziłyśmy z matką krowy. Ale po konie już nie pozwolili pójść. Zostały po drugiej stronie rzeki.
Ostatniego dnia strażnik przejechał na koniu po wsi, na koniec przejechał przez most na drugą stronę i most wysadzili w powietrze. Ograbili ludzi, a na koniec most wysadzili.
Na początku to nie można było nawet zbliżyć się do rzeki. Pilnowali. Ale na cmentarz jeszcze puszczali na Święto Zmarłych, na dowód osobisty, a potem i tego zabronili. A teraz to nawet ryby można w rzece łowić.
Straż graniczna zna miejscowych, nie czepia się.
Za rzeką zostały wszystkie nasze pola i 180 hektarów pastwisk ozierańskich. Skończyły się wspólne wypasy owiec. Nie było gdzie paść, wygonu nie było. Ozierany Wielkie można było miastem nazwać, takie wielkie były, a po przesunięciu granicy w każdej chacie musiał pastuch być. Każdy brał swoją krowę i prowadził hen w pole, gdzie sobie chcesz, aż pod Kruszyniany ludzie ganiali. Rodzina została, brat cioteczny, ojciec chrzestny.
Od 1948 roku tylko raz u nich byłem. Festyn był w gminie. Autokar nam dali i załatwili przejazd przez granicę. Rano pojechaliśmy, wieczorem wróciliśmy. Potem oni nas raz odwiedzili w Krynkach, i to wszystko.
Czy żałujemy, że nas granica rozdzieliła? Kwestia przyzwyczajenia, proszę pani. Wszystko to kwestia przyzwyczajenia".
Fragment książki Ewy Zwierzyńskiej pt. "Podlaska mozaika. Reportaże z raju" krainy błota i mgły"; z kolorowymi fotografiami autorki
Dzięki, książkę kupiłem :)
consigliero
18.06.2025, 12:55
Grunwaldzka 482 i Wita Stwosza to nasze miejscówki
El Czariusz
19.06.2025, 08:12
Zanim misięwymarzy, to Wita Stwosza długa ulicą jest. Polecam te sztrase, bo jest alternatywą dla zatłoczonej chwilami Al. Grunwaldzkiej a numer 482 u wylotu Derdowskiego zdaje się.
Na rogu Dredowskiego i rzeczonej był kiedyś sklep alkoholowo nocny Tośka. Zdaje się, że jeszcze tam jest ale nie wiem czy nocny i na pewno nie pod starą nazwą.
Kilka ładnych lat bytowaliśmy na wynajmie na niedalekiej - ul. Dr Stefana Miraua. Zawsze miałem sprawdzić, kimże ten doktor był, skoro zasłużył sobie na ulicę. Chyba nawet sprawdziłem ale już nie pamiętam.
Kiedy po kolejnej przeprowadzce, na Mirała, podawałem przez telefon znajomym nowy adres, zawsze usiałem powtarzać i kończyć na przeliterowaniu M-I-R-A-U-A.
Mirała biegnie pomiędzy Wita a Aleją i łączy Derdowskiego z Kaprów.
Zamieszkaliśmy na drugim piętrze, już na skosach a naszym sufitem był nieogrzewany strop strychu. Ogrzewane hacjendy - gazowe. Daty naszej wprowadzki dokładnie nie pamiętam ale było to po drugim Afganistanie (2010) ale na pewno przed pastorową Zorzą.
Przyjmowałem chłopaków przed wjazdem na prom.
37914939
37422799
Ale nie o tym marzymisię.
Preludium do marzymisię jest jednak gdzie indziej.
El Czariusz
20.06.2025, 20:11
Z forum kolejowego.
"Nieznana atrakcja Pomorza - JAR RADUNI pociągiem.
Dobrych parę lat zbierałem się, by zobaczyć Jar Raduni. Wiecie jak to jest - gdy macie pod bokiem Gdańsk z całą masą atrakcji i całą resztę Trójmiasta, to atrakcje "w terenie" zostawiacie na później. Niesłusznie!
Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że zaledwie kilka kilometrów od morza są w Trójmieście wzniesienia powyżej 100 metrów (dosłownie więc "nad poziomem morza" ;) ), a na Kaszubach, w niektórych ich częściach, jest niemal jak w górach. Między innymi z tego tytułu przecinająca Kaszuby na pół linia kolejowa 201 ma tak ciekawy przebieg.
Perełką Kaszub jest rzeka Radunia - która kończy się w Gdańsku efektowym kanałem w amsterdamskim stylu. Najciekawszy jej odcinek położony jest jednak między Somoninem a Żukowem, gdzie rzeka meandruje pomiędzy o wzgórzami, które czasami są o 40 metrów ponad lustrem wody. W ogóle nie podobne to do krajobrazu Pomorza, a przyrodnicy wskazują tu na całe mnóstwo roślin, które są typowe dla terenów podgórskich!
Do Jaru najłatwiej się dostać właśnie dojeżdżając do niego po linii kolejowej nr 201. Dla laików wygląda to tak: w Gdańsku Wrzeszczu, albo w Gdyni wybieramy pociąg w kierunku Kościerzyny, wysiadając w Borkowie lub w Babim Dole. Ostatecznie możemy też wsiąść do pociągu jadącego z Gdańska do Kartuz przez tzw. Bajpas Kartuski (a więc w taki omijający Lotnisko) i wysiąść w Żukowie Wschodnim. Wówczas będziemy bardzo blisko niezwykle efektownego Mostu w Rutkach - również na Raduni. Od jesieni po tym moście odbywa się normalny ruch pociągów, a za kilka tygodni cały ruch kolejowy z Gdańska do Kartuz pójdzie właśnie po tym moście.
Ale UWAGA. To ostatni moment by w taki sposób zobaczyć JAR RADUNI, albowiem od 1 lipca na linię 201, przygotowaną już do modernizacji (co widać na zdjęciach) wchodzą ekipy budowlane, które zamontują tu drugi tor i sieć trakcyjną. Ma to pozwolić, za kilka lat, na dojazd pociągiem elektrycznym i do Kartuz i do Kościerzyny. To oznacza prawdziwą rewolucję w przemieszczaniu się.
Niestety, stacje Babi Dół i Borkowo nie będą obsługiwane pociągami, lecz komunikacją zastępczą. W dodatku, po elektryfikacji linii i budowy jej częściowo w nowym śladzie, prawdopodobnie znikną pociągi Kościerzyna - Gdynia/Gdańsk Wrzeszcz i osobne Kartuzy - Gdańsk Wrzeszcz i pojawi się jedna, połączona relacja Gdynia/Gdańsk Wrzeszcz - Kartuzy - Kościerzyna. To prawdopodobnie oznacza brak obsługi peronu Babi Dół - najbliższego JAROWI, nawet po powrocie pociągów za kilka lat. Wówczas kolejowy dostęp do mało znanej atrakcji będzie możliwy ze stacji i przystanków nieco bardziej oddalonych.
Czy to źle? Dla tych nielicznych turystów, którzy chcieliby zobaczyć JAR - owszem. Jednak Babi Dół to jedna z tych leśnych stacji, gdzie pasażerów w ciągu dnia można policzyć na palcach jednej ręki. Jest tu bowiem tylko dworzec, dom oraz budynek gospodarczy. I długo, długo nic... Jest to więc miejsce niezwykle klimatyczne, ale wydaje mi się, że nowy przebieg linii przez Kaszuby przysłuży się dla wzrostu podróżnych bardziej...
Kto chce wysiąść w Babim Dole - musi się więc pospieszyć!"
El Czariusz
23.06.2025, 09:16
To jest wykonanie perfekcyjne.
PqfkMgVaOeY
Jakieś 45 lat temu dowiedziałem się o tym utworze z... nut. Nuty zapisane były w zeszycie J. Powroźniaka pt. Mistrzowskie utwory gitarowe.
Dwa lata wcześniej, pod wpływem impulsu, zapragnąłem nie mając gitary, nauczyć się gry na gitarze. Nie tak ogniskowo, tylko profi.
Prawie profi, to znaczyło - grać z nut. Profi - grać jak z nut.
Po trzech latach codziennej nauki własnej (najpierw na sucho, potem na pożyczonej gitarze, w końcu na pierwszej własnej), po 7/8h dziennie, doszedłem do wniosku, że gówno z tego będzie.
Nigdy nie będę profi mimo, że już grałem (ćwiczyłem) z nut a "Wspomnienie z Alhambry", które "nauczyłem" się grać ze wspomnianego zeszytu - kosztowało mnie rok pracy.
Wykonanie było złe, o tym wiedziałem. Przekonałem się o tym dobitnie dobre 20 lat później, kiedy pierwszy raz ten utwór usłyszałem "na żywo". Wcześniej nie było okazji.
W czasach komuny ustrzelić wykonanie klasyczne (na gitarze) w radio, wymagało śledzenia wszystkich stacji na okrągło. Raz na m-c coś się trafiło. Wtedy szybko starałem się odpalić kaseciak Grundiga, by nagrać dany utwór.
Nagrać i słuchać potem te szumy bez końca.
Po rzeczonych trzech latach własnej drogi nauki, porzuciłem granie klasyczne, na rzecz ogniskowego, później porzuciłem w ogóle na wiele lat.
Przyszedł ten czas jednakowoż, z początkiem wieku dwudziestego, kiedy wróciłem do gry. Wróciłem, bo dostałem jeden z ostatnich wypusków defila.
Dostałem od wnuczka pani prezes (ostatniej) tej firmy.
To była(i jest) straszna tandeta tak nawiasem.
Ale nie o tym.
Dwa lata temu postanowiłem wrócić do klasycznego grania. Kupiłem sobie yamachę 30M, do nauki w sam raz i nuty. Nie kupował bym zbioru 50-ciu najwybitniejszych klasyków gitarowych, gdyby w pomroku przeprowadzek Strażnik Domowy postanowiła zutylizować potajemnie wszystkie moje, posiadane gitarowe materiały. Było tego naprawdę sporo. Wszystkie zeszyty Powroźniaka, jego materiały do nauki gry od szkoły, po Studium techniki gitarowej oraz Studium wyższej techniki gitarowej, zbiory etiud innych autorów, transkrypcji... Warte to na dzisiejsze nasze grubo ponad 1000zł.
Ale niech będzie. W poczuciu winy Strażnik Domowy zaakceptowała powrót do fanaberii tym bardziej, że oczekiwania wnuków były zbieżne. mają one (wnuki) już też swoje instrumenty. Kacper w wersji 1/2, Marysia - 3/4.
Ja tymczasem półtora roku temu wymyśliłem sobie, że wrócę do "Wspomnienia". By się lepiej zdopingować do nauki/powtórki, obiecałem sobie wykon utworu na 50-tych urodzinach Karpika. Poznaliśmy się na afgańskiej wyrypie, zrealizowaliśmy wspólnie Grąbczewskiego, jakoś razem trwamy w szorstkiej przyjaźni od 15 lat.
Notabene z dniem startu turdefrancy, 15 lat temu równo (w sensie 30 czerwca w nocy) odpaliłem Elwoodem z przyczepką wrotki na wschód. Trza to jakoś będzie obejść...
https://i.ibb.co/S7rzD5Jf/IMG-0116.jpg (https://ibb.co/G3TqfnFH)
Wtedy też wiozłem gitarę ale z liedla, za 120zł.
https://i.ibb.co/nMW5B6bQ/IMG-0611.jpg (https://ibb.co/F4PjXmK8)
Najpierw wiozłem...
Potem...
https://i.ibb.co/Tx3bWNNW/IMG-0750.jpg (https://ibb.co/pBFRhkkh)
...niosłem, by...
https://i.ibb.co/QFYqBqKV/IMG-0754.jpg (https://ibb.co/mChYsYcK)
...umilać sobie mnóstwo wolnego czasu, którym na grę dysponowałem wtedy.
No dobra... Co z tym "Wspomnieniem"?
Ano Karpik obchodzi urodziny 23.06 i po pół roku przypominania sobie i min. 1h ćwiczeń dziennie, mu ten utwór na rzeczone nieporadnie zagrałem.
Tym niemniej, by grać mniej nieporadnie, od tej 50-tki do dzisiaj poświęcam Wspomnieniu min. kwadrans o poranku (wieczorem i ze 30 min.) i postęp widać.
No więc dzisiaj o 6.30 klasycznie wziąłem (akurat klasyczną 20-letnią Esteve nr 1) do ręki i sobie brzdąkam owe Wspomnie, kiedy nagle...
Cdn.
P.S. do Ella wyżej:
Karpiku, rybo słodka(wodna): wsiewo haroszewo! Szto by dziengi byli i uj balszoj stajał!
Zdrowia!
:- )
El Czariusz
23.06.2025, 17:02
Podesłałem mu linka:)
No więc sobie gram z rana i nagle skojarzyłem, skąd Ty ten utwór Elwood.
Strażnik Domowy się krząta w kuchni, jak odkładam gitarę z pytaniem?
- Czy aby to nie urodziny Karpika dzisiaj?!
No tak, pada z kuchni.
- No to dzwonię!
No gdzie o takiej porze?!
- Będę pierwszy!
Ja nie pamiętam urodzin swoich bliskich poza tymi, których urodziny kończą się w styczniu. Jak moje i Strażnika oraz mamy i dwóch zacnych kolegów. Na resztę działa pewien system ale ten z kolei, tylko do pierwszej połowy roku sięga.
Karpik zawsze o moich pamiętał i zawsze miał "pretensje", że ja nie pamiętam jego. Po kolejnej przypominajce rzucił w eter:
- 32 czerwca kurwa!
I tę datę zapamiętałem!
No i zapamiętałem, z jakiej okazji ponownie nauczyłem się grać Wspomnienie z Alhambry i idzie mi to coraz lepiej.
Poniżej inne wykonanie, drugiego z najwybitniejszych, dzisiejszych klasyków gitary.
wPICse0ig_M
Jest kilka wersji "palcowania" lewej ręki. Kiedyś grałem wersję Williamsa (spokojnie zagram ją też dzisiaj). Istotna jest technika prawej - tremolo.
Jak za pół roku opanuję Adagio Sostenuto (Sonata Księżycowa) - utwór którym otwieram pierwszą stronę wątku, to wezmę na tapetę:
4UijpIBlkK4
Dla mnie bardzo się podoba.
Kwiecień 2010. Żyje spokojnie, grzecznie, studia lecą, kumpli mam bardzo hmmm stacjonarnych. Roboty dom, robota, dom urlop na Teneryfie. Z nacka Pisze do mnie forumowy Mucha :
"Elwood potrzebuje wizy do Afganistanu a w Berlinie jest taka ambasada"
I się zaczęło....
Forumowy Elwood był dla mnie gościem w kapeluszu , długimi wlosami , płaszczu, z gitarą pod pachą , nie pijący alkoholu. Czasami zajara sobie dla humoru.
Spotkaliśmy się pod kirgiska ambasada w Berlinie.
I się zaczęło...
Tyle lat na forum jestem a nie umiem skojarzyć czy widziałem się z Elwoodem... masakra jakaś :hah2:
Tyle lat na forum jestem a nie umiem skojarzyć czy widziałem się z Elwoodem... masakra jakaś :hah2:
mi tez mówią ze sie poznaliśmy :D niech Darek dementuje :D
Kurwa, Panowie macie rację: też wydaje mi się, że Go poznałem... ale, tak jakby nie..?
Widywałem Go na Biesowisku - ale potem mi znikał...
Bywał w pewnej dziupli w wielkim drzewie i tam wypiliśmy trochę wiśniówki za spotkanie, które miało nastąpić u Krysi za chwilę.
Całe szczęście, że miałem na szyi taki mały "dzbanuszek" na miód. Bo, przyjechali "kałboje i kałbojki" na swoich 4-ro nogich maszynach i zapragneli coś wypić. Więc w ramach naszej podlaskiej (na uchodźstwie) solidarności użyczyłem Im owego i wspólnie wykorzystaliśmy tego potencjał.
Ela nie widzę.
Dobra: słyszę Go (jeszcze) - czyta pismo święte...o kurwa: będzie teraz bogobojnym alkoholikiem :dizzy: , będziemy pili na zapleczu - tak żeby nikt nie widział..?
Z całej opresji wyprowadzili mnie chłopaki (nie pamiętam z skąd - ale Ci co jechali gdzieś na wschód i z Ich relacji z parudziesięciu koni mech. Ich samochodu większość biegła obok... O Saszy, Griszy i Nataszy... nie wspomnę - ponieważ jestem kulturalny i o kurestwie nie piszę...). O tym jak dotykali je na ekranie projektora.. .też nie wspomnę - a w tym podnieceniu próbowali zmieniać strony waląc paluchami w płócienny ekran... co robili drugą ręką nie wiem... na pewno nie jedli zajebistych pierogów Krysi, bo cały czas (poza spektakularnym wystąpieniem - po którym nic już nie było takie samo...) pili piwo prosto z nalewaka. (co można uznać za pewne osiągnięcie... bo to trzeba mieć 'przepust' żeby to połykać. Szacuneczek.
Kiedyś, znikający Ell postanowił zabrać mnie ze sobą... A było to tak: wcześniej na Biesowisku zarzucił zanętę: idziemy zdobywać wąwóz. Wąwóz to taka zajebista koleina, strasznie stroma i jednopasmowa (znaczy się, że nie można zawrócić ; blisko domu Krysi;), której zdobycie zaproponował Ś.P. Iziemu. Impreza dopiero się rozkręcał więc postanowiliśmy przyspieszyć czas kumulacji i pojechaliśmy. Izi prowadził i był dzielny. Szczytu nie zdobyliśmy mimo mojego werbalnego dopingu ( mam gdzieś to nagrane, nie wiem czy znajdę - ale to jest coś w tym typie: giziu NAPIERDALAJ Ty szczeciński... pasztecie... :bow:
Dobrze, wróciliśmy. Ale po pewnym czasie, Elldorado zarzucił tekst: czy może ja mała Muszka zmierzę się z zajebistym podjazdem? Całe szczęście, że nie byłem na tyle pijany, żeby się zgodzić. Ale chętnie zgodziłem się na wspólną wyprawę podczas której Ell pokaże mi swój kunszt prowadzenia pojazdów 4-kołowych nabytych podczas wielokrotnych wypraw w pizdu.
No i za którymś tam razem dotarł nawet do połowy góry, ale cofając utknęliśmy w błocie, które tam skumulowało się zanim zdarzyliśmy się odlać... dziwne te Bieszczady... :dizzy:
Wierząc w Niego, nie ziołem nawet flaszki, a co dopiero latarki... On, wierząc we własne siły (cienki bolek...) też nic nie wziął. Ciemno jak w dupie.
Mówię: zapierdalamy na piechotę, a auto traktorem ściągniemy jutro.... cały czas mi impreza u Krysi w głowie,itd. .... a ten obieżyświat - ni chujca: na wspominki Mu się zebrało, że pogadamy sobie od serca, itd, Dobra, gadamy.
I wtedy pojawił się Pastor z latarką - nie bał się niedźwiedzi ani wilków...
Zaraz po powrocie do bazy po raz kolejny straciłem z oczu Ella...
El Czariusz
24.06.2025, 08:37
"Kurwa, Panowie macie rację: też wydaje mi się, że Go poznałem... ale, tak jakby nie..?
Widywałem Go na Biesowisku - ale potem mi znikał...
Bywał w pewnej dziupli w wielkim drzewie i tam wypiliśmy trochę wiśniówki za spotkanie, które miało nastąpić u Krysi za chwilę.
Całe szczęście, że miałem na szyi taki mały "dzbanuszek" na miód. Bo, przyjechali "kałboje i kałbojki" na swoich 4-ro nogich maszynach i zapragneli coś wypić. Więc w ramach naszej podlaskiej (na uchodźstwie) solidarności użyczyłem Im owego i wspólnie wykorzystaliśmy tego potencjał.
Ela nie widzę.
Dobra: słyszę Go (jeszcze) - czyta pismo święte...o kurwa: będzie teraz bogobojnym alkoholikiem :dizzy: , będziemy pili na zapleczu - tak żeby nikt nie widział..?
Z całej opresji wyprowadzili mnie chłopaki (nie pamiętam z skąd - ale Ci co jechali gdzieś na wschód i z Ich relacji z parudziesięciu koni mech. Ich samochodu większość biegła obok... O Saszy, Griszy i Nataszy... nie wspomnę - ponieważ jestem kulturalny i o kurestwie nie piszę...).
O tym jak dotykali je na ekranie projektora.. .też nie wspomnę - a w tym podnieceniu próbowali zmieniać strony waląc paluchami w płócienny ekran... co robili drugą ręką nie wiem... na pewno nie jedli zajebistych pierogów Krysi, bo cały czas (poza spektakularnym wystąpieniem - po którym nic już nie było takie samo...) pili piwo prosto z nalewaka. (co można uznać za pewne osiągnięcie... bo to trzeba mieć 'przepust' żeby to połykać. Szacuneczek.
Kiedyś, znikający Ell postanowił zabrać mnie ze sobą... A było to tak: wcześniej na Biesowisku zarzucił zanętę: idziemy zdobywać wąwóz. Wąwóz to taka zajebista koleina, strasznie stroma i jednopasmowa (znaczy się, że nie można zawrócić ; blisko domu Krysi;), której zdobycie zaproponował Ś.P. Iziemu. Impreza dopiero się rozkręcał więc postanowiliśmy przyspieszyć czas kumulacji i pojechaliśmy. Izi prowadził i był dzielny. Szczytu nie zdobyliśmy mimo mojego werbalnego dopingu ( mam gdzieś to nagrane, nie wiem czy znajdę - ale to jest coś w tym typie: giziu NAPIERDALAJ Ty szczeciński... pasztecie... :bow:
Dobrze, wróciliśmy. Ale po pewnym czasie, Elldorado zarzucił tekst: czy może ja mała Muszka zmierzę się z zajebistym podjazdem? Całe szczęście, że nie byłem na tyle pijany, żeby się zgodzić. Ale chętnie zgodziłem się na wspólną wyprawę podczas której Ell pokaże mi swój kunszt prowadzenia pojazdów 4-kołowych nabytych podczas wielokrotnych wypraw w pizdu.
No i za którymś tam razem dotarł nawet do połowy góry, ale cofając utknęliśmy w błocie, które tam skumulowało się zanim zdarzyliśmy się odlać... dziwne te Bieszczady... :dizzy:
Wierząc w Niego, nie ziołem nawet flaszki, a co dopiero latarki... On, wierząc we własne siły (cienki bolek...) też nic nie wziął. Ciemno jak w dupie.
Mówię: zapierdalamy na piechotę, a auto traktorem ściągniemy jutro.... cały czas mi impreza u Krysi w głowie,itd. .... a ten obieżyświat - ni chujca: na wspominki Mu się zebrało, że pogadamy sobie od serca, itd, Dobra, gadamy.
I wtedy pojawił się Pastor z latarką - nie bał się niedźwiedzi ani wilków...
Zaraz po powrocie do bazy po raz kolejny straciłem z oczu Ella..."
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i teraz Mucha nie siada!
Włączyłem tryb aj (udoskonalona wersja AI) i aj mi mówi:
- Więcej spacji kurwa! Będą spacje, będzie git! Bo ma być git i "ch...j"!
Muszko, na pewno było ciemno jak w dupie a my na koniec imprezy wybraliśmy najbardziej bezpieczną opcję zjechania (nie wjechania) wąwozem, opuszczając imprezę ogniskową na Wierchach ostatni.
Nie utknęliśmy w wąwozie tylko na gliniastej łące tuż przed wąwozem już w granicy lasu.
I to, co było najbardziej genialne w tej sytuacji to fakt, że w zasadzie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i nie mieliśmy zasięgu. Widoczność była "słuchowa", bo nie mieliśmy żadnego źródła światła, do tego sama toyota też była czarna. Wiec poza autem (w sensie w środku jego przy włączonym oświetleniu kabiny) było widać tylko ciemność, o której się nawet w Seksmisji nie śniło. Noc była tak czarna jak sumienie faszysty!
Mówiłem więc do Ciebie: siedź w aucie i nigdzie się nie ruszaj, zanim wejdę na najbliższe drzewo, by znaleźć zasięg. Opowiem Ci historię - dlaczemu...
Jeden z moich dawnych kolegów... baaardzo dawnych; przy okazji serdecznie pozdrawiam... No właśnie... Miał takie fantastyczne imię... Nie Wieńczysław, bo ten był Nieszczególny ale też na "W". Coś jak Światowid, Namysław, Myślibór, Świętopełki... Cholera Jasna! Zapomniałem ale... historii nie:)
No więc mój kolega z początkiem lat 90-tych udał się na Madagaskar.
Prawdopodobnie udał się celem zwiedzania przy okazji ale nie o tym. O tym, że spotkały go na Madagaskarze dwie niespodzianki. Najpierw szybko o pierwszej.
Otóż, lądując po południu w jakiejś zapadłej wiosce z dala od cywilizacji, gdzie już nawet małpy dupami nie szczekają próbował się z porozumieć z tubylcami, celem zgody na przenocowanie.
Aaaa!!! Wenancjusz!
Wenancjusz zatem próbował się porozumieć i za cholerę jasną nie szło. W końcu sfrasobliwiony rzucił głośniej w eter swojskie: kurwa mać!
Wtedy stał się cud. W jednym z szałasów odsunęły się "słomiane" drzwi i z wnętrza wysunęła, czarna jak smoła głowa, jedyna z przyciętymi włosami.
- Kurwa mać?!
??
- Kurwa mać.
O kurwa... Skąd u ciebie kurwa mać?
- U mnie ze studiów politechnika gdańska.
Okazało się, że to niedoszły jeszcze absolwent PG, któren to wizytuje w czasie wolnym rodzinne strony.
Historia właściwa.
Pod wieczór Wnenancjuszowi zaczęło się "burczeć w brzuchu" więc na szybko pobiegł w lokalne krzaki. Te lokalne krzaki, to po prostu ściana lasu. Atak żółtej "febry" był nagły więc czasu na szukanie nie było za wiele, no i przede wszystkim nie na ścieżce. Wsunął się więc w tę ścianę na kilka metrów, trochę zakręcił moszcząc teren pod i tak... zastała go noc. Wystarczyło 5 minut, by zapadła ciemność najprawdziwsza z ciemności. Przy tej szerokości geograficznej słońce nie zachodzi. Słońce spada.
Wenancjusz stracił całkowicie orientację. Na szczęście nie zdrowy rozsądek. Przez kilka minut nasłuchiwał ale to nic nie dało. Kompletnie nie miał świadomości, w którą stronę jest wioska, bo zakręcił się kilka razy.
Co więc zrobił? Tak... zaczął nawoływać. Nie panikował, miał przygotowany wariant zastępczy czyli stać w tym miejscu do rana.
Na szczęście nawoływania usłyszano i Wenancjusza uratowano:)
Ta jego przygoda zapadła mi głęboko w pamięci. Wenancjusz (mówiliśmy do niego... Danek - nie przypominam sobie pochodzenia), to w ogóle ciekawa historia.
Starszy ode mnie o kilka lat. Poznaliśmy się na obozie wędrownym. On był studentem po I-szym roku i naszym opiekunem a ja uczestnikiem tegoż, będąc absolwentem drugiej klasy technikum (lub trzeciej). Zatem wiekowo nie jakaś przepaść ale wtedy te trzy/cztery lat różnicy robiły sporą jakość.
Nie wiem, czy Grzesiek tu zagląda (Stopa)ale to z nim zaliczyłem transsyberyjską kolej w połowie lat 80-tych, zrywając się z "autoryzowanej" wycieczki z Harcturu do Irkucka.
W sumie to przez niego i przeze mnie, pani Mucha odleciała własnie z ministerstwa edukacji a pani Nowacka dostanie zawału.
Bo to się w pale nie mieści, w jakim trybie Wenancjusz wychowywał sobie młodzież na obozach.
Na tym naszym pierwszym, już drugiego dnia postawił wszystkim... piwo i pozwolił sobie. Następnie zaprosił do gry w pokera podekscytowaną młodzież i... ograł ją do zera. Mnie nie miał akurat z czego, mnie poza tym jeszcze piwo nie smakowało. Przyglądałem się temu spektaklowi coraz bardziej zdumiony. Przegranym szczeny poopadały.
Do końca obozu nie było zatem żadnych wybryków, tylko wielokilometrowe marsze (to były górskie obozy wędrowne), z reguły od szkoły do szkoły gdzie Uniwerek Gdański wcześniej załatwiał nam nocleg (wszyscy uczestnicy, byli dziećmi pedagogów uczelni). Z wygranej puli od czasu do czasu Wenancjusz stawiał wszystkim... lody. Po dwóch tygodniach byliśmy zwartą grupą (w samej grupie różnica wieku dochodziła do dwóch lat), nie było żadnych niesnasek. Młodsi (ja np.) nabierali pewności siebie, starsi odnosili się do nas po przyjacielsku. To było naprawdę super.
Co ciekawe, nikogo nie interesowało, co Wenancjusz zrobi z pieniędzmi z wygranej. One były po prostu w dobrych rękach.
Tymczasem...
Mucha grzecznie przysiadł w aucie a ja znajdując zasięg zadzwoniłem do bazy. Pastora nie pamiętam ale pamiętam Mario. Na hasło: jak nas szukać, powiedziałem:
- Znajdziecie nas idąc od ogniska po wyżłobionych śladach opon.
I tak nas ekipa znalazła:)
Toyota została, gdzie została i potem Mateusz ze Staszkiem ściągnęli ją ciągnikiem do bazy.
Z tego co pamiętam, to chyba wtedy jedna z ekip ratowniczych a dokładniej autor pierwszej Traktoriady (Ameryka Płd.) wbił się Landkiem w stodołę Kazi i też utknął.
Tak... To były piękne czasy. Byłem wtedy zwykłym, nienormalnym człowiekiem. Dzisiaj - nikim. Prawie wariatem. Na ostatniej imprezie usłyszałem sam siebie i powiedziałem: DOŚĆ.
El Czariusz
24.06.2025, 09:44
mi tez mówią ze sie poznaliśmy :D niech Darek dementuje :D
To już bez znaczenia.
Na forum spędzę trochę czasu ale najdalej do końca lata. Potem będę miał już inne zagadnienia na głowie. Nie planuję udziału w jakichkolwiek imprezach towarzyskich o szerszym charakterze. W mniejszym również nie za bardzo, w sensie "podróżniczym" bo i ten wagonik mi się odczepił.
Niestety... przestałem siebie lubić, co dopiero otoczenie;)
Tymczasem...
Lublin parkuje już w nowym, podwórkowym otoczeniu i bardzo przyjaźnie znaczy nowy dla niego teren.
W Lublinie w niedzielę wieczorem wylądowała kosa. Ma co najmniej 50 lat. Ostrze nie sygnowane, kosisko sfatygowane z ułamanym chwytem.
Przeleżała kosa na działce kumpla wiele lat z ostrzem zabezpieczonym gazą, potem flanelową koszulą i ponownie gazą.
https://i.ibb.co/tTqFMVxt/IMG-20250623-154316.jpg (https://ibb.co/Xr7MZc3g)
https://i.ibb.co/bgrQCfBh/IMG-20250623-154635.jpg (https://ibb.co/WWcGMTy9)
Wykonuję nią kilka ruchów.
Dla człowieka wychowanego na miotle i ściągaczce do wody, zwłaszcza tej drugiej przez ostanie lata, którą zbieram wstępnie miał po szlifowaniu i często takim kolistym ruchem, jak kosą - technika intuicyjnie nie jest obcą.
Ja mam ją, jakby we krwi poza tym.
Czeka mnie jedna z ostatnich przeprowadzek.
Może w końcu ktoś powie prawdziwa prawdę o tych nocnych wyjazdach w bieszczadzkie ciemności i topienie aut? Też mnie to spotkało.
Mucha, byłbyś szczery i powiedział prawdę że Elwood to bardzo dobry kumpel bieszczadzkiego szarmanckiego łosia pederasty. Byś powiedział że siedzisz w tych ciemnościach siedzisz w tym aucie i nagle słyszysz dzwiek wyciaganego korka z butelki i to słynne " dobry wieczór" .(Ostatnie sekundy filmu)
https://m.youtube.com/watch?v=KgSI3qJix-g&pp=ygUbxYFvxZsgb2VkZXJhc3RhIGJhxYJ0cm9jenlr
Pewny nie jestem ale się domyślam ze za kasę szarmanckiego łosia pederasty były finansowane biesy.
Takie chodzą pogłoski po lesie....
Może i były Faziczku, ale w tym światowo-biesowym pędzie... zakupione mięso i tak zamarzło na balkonie i musieliśmy się raczyć tylko tym co nie zamarza...
El Czariusz
24.06.2025, 19:51
"Gdy mi ktoś mówi, że ludzkość idzie z postępem to ja patrzę na niego jak na wariata. No bo czytam książki. I oto mam przed sobą gotową do druku książkę polskiego żeglarza Władka Wagnera.
Jest 1932 rok, a więc ludzkość cofnięta w rozwoju o 90 lat. I tenże młody człowiek postanawia opłynąć świat pod żaglami. Wtedy to było proste. Wziął jacht, kumpla na pokład. Obaj zabrali kompas harcerski, szkolną mapę Europy i jako jedyne dokumenty, legitymacje szkolne. Plus smalec ze skwarkami i cebulką, powidła babcine i wodę w beczkach po piwie. No i popłynęli.
Nie będę opowiadał dalej bo i tak nikt z postępowej obecnej cywilizacji nie uwierzy że nie mieli sponsora i zespołu brzegowego. Dodam tylko że po drodze nasz bohater zbudował dwa jachty, bo poprzednie mu zatonęły.
Żebyście nie musieli szukać w googlach to nie miał złotej karty kredytowej ani nie skończył politechniki w kierunku budowa jachtów. Świat opłynął a obecna cywilizacja przez 83 lata od czasu gdy ukończył rejs kombinowała jak nie wydać jego książki w której to opisuje.
No bo przecież jak tu młodym postępowym wcisnąć kit, że bez uprawnień, sponsora i elektroniki można wpłynąć na jeziora mazurskie a co dopiero mówić o rejsie dookoła świata. I to z legitymacją szkolną w kieszeni."
"Nie będę opowiadał dalej bo i tak nikt z postępowej obecnej cywilizacji nie uwierzy ... "
...pisz, ale nie obrarzaj - rz - specjalnie... O, przepraszam - teraz ja obrażam Waszą inteligencję...
"Żebyście nie musieli szukać w googlach to nie miał złotej karty kredytowej ani nie skończył politechniki w kierunku budowa jachtów".
Zapewne miał niebieską i to wszystko wyjaśnia.
El Czariusz
25.06.2025, 08:24
Muchozol,
widzę, że składasz jajka na forum.
Bardzo dobrze.
Musisz jednakowoż uważać, bo tu rządzi ptasia strefa. Latasz wśród drapoli. Na razie możesz czuć się bezpieczny. Ja np. szuram teraz myszką po Polskich Wyprawach Egzotycznych.
Rok wypusku 1963. Jesteśmy "rówieśnikami". Otrzymałem ją od damy z Mazur, co ma własne jezioro.
Jest kilka takich zbiorczych książek (posiadam prawdopodobnie wszystkie), traktujących o wyprawach "starej, prl-owskiej daty", których historię dość namiętnie śledziłem i miał być im poświęcony nawet jeden rozdział w mojej - o wdzięcznym tytule: "Przygoda bez granic".
Oczywiście na topie tematyka górska.
https://i.ibb.co/d0NS568r/Pod-Araratem.jpg (https://ibb.co/1fC3mKFL)
https://i.ibb.co/jk5Yd7kY/przygoda4x4-retro1.jpg (https://ibb.co/qYn8zbY8)
https://i.ibb.co/fGM3GRm5/Nowe-sukcesy-w-g-rach-Afganistanu.jpg (https://ibb.co/wrynrHDX)
Sporo tego jest.
Większość na padniętym dysku. Nie wiem jednak, co z tą przygodą dalej...
https://i.ibb.co/LX7LTdHL/IMGP6889.jpg (https://ibb.co/ycjwzF7w)
Dobrze pamiętam, o czym wtedy myślalem...
Żyjemy w czasach, w których kurestwo wzbudza zachwyt, a cnota śmieszność.
Dałem sobie jeszcze 2,5 roku na zamknięcie za sobą drzwi z poczuciem, że w końcu zrobiłem coś dobrego.
https://i.ibb.co/xtm3v60H/IMG-6656.jpg (https://ibb.co/bMH7hXZJ)
Biesowisko...
Te prawdziwe trwało dwa lata.
Byłem świeżo upieczonym absolwentem Technikum Elektrycznego w Wejherowie.
Wiedziałem jedno... Nie będę miał 6 stóp wzrostu i raczej nie będzie mi dane wspiąć się po linie, rzuconej z pokładu żaglowca postaci, będącej symbolem siły i męskiego piękna.
Nie będę wysokim, smukłym jasnowłosym mężczyzną, który przeskakuje barierkę i staje na drodze byka, który ma zaraz stratować rannego matadora.
Wiedziałem, czego bym chciał... W obliczu nadchodzącej, nagłej śmierci chciałbym zaśpiewać hardo: niech burza huczy wokoło nas...
Wtedy nie wiedziałem jednego... Że właśnie ukończyłem elitarną szkołę średnią. Świadectwo maturalne z jedną piątką i samymi trójami. W rubryce zachowanie: odpowiedni, w rubryce nieusprawiedliwionych nieobecności - kosmiczne 156h.
Nie. To nie były klasyczne wagary. Nie uciekałem z lekcji. Owszem, zdarzyło mi się uciekać przez Bolkiem, nauczycielem fizyki, którego "zgubiłem" dopiero na wejherowskim cmentarzu. To się działo jednak na przerwie.
Zdarzało mi się spacerować po pustym boisku szkolnym na lekcji matematyki ale to było na polecenie Kruchego. Z-cy dyrektora szkoły, który nas tej matematyki uczył. Jednym razem kazał mi "uzupełnić" pagony.
Może nie kazał... Takie stwierdzenie niesie w sobie jakąś formę przemocy.
- Pójdź się przewietrzyć i wróć z pagonami.
Byłem w czwartej klasie, była to druga lekcja 7-mego semestru i tradycyjnie zostałem wezwany z jej początkiem do odpowiedzi.
Tradycyjnie, odkąd tylko pojawiłem się na pierwszej lekcji matematyki. Byłem wzywany regularnie do ustnej odpowiedzi, na każdej lekcji matematyki. Zaraz po sprawdzeniu obecności.
Nie. Nie dlatego, że jako jedyny po usłyszeniu nazwiska mówiłem: jestem.
Obowiązywała formuła: obecny. Nie pamiętam, czemu akurat ja mówiłem "jestem"?
To nie był powód, że byłem przez Kruchego regularnie wzywany do odpowiedzi. Głupi aż tak nie byłem, by nie wyciągać lekcji z lekcji. Na drugiej lekcji (matematyki) już grzecznie odpowiedziałem: obecny, i zaraz potem...: wezwany do odpowiedzi...
Rozwiązanie zagadki jest /było banalne. Pan v-ce dyrektor Kruszyński miał tylko jedno wezwanie - rytuał. Po sprawdzeniu nieobecności padało sakramentalne: PIĄTY, DZIESIĄTY, PIĘTNASTY. Tylko tyle.
Przez jakiś czas byłem święcie przekonany, że to niesprawiedliwe, potem... się przyzwyczaiłem.
To było wyróżnienie... liczb. Trzech konkretnych. Forma wiecznego skazania, toczenia kamienia pod górę, który i tak spadał w dół.
Kruchy trzymał się tej zasady do końca. Przez pierwsze trzy lata uważałem, że mam pecha. Bo przez cały okres (w sumie pięcioletni) nauki w TE ja zawsze byłem piąty. Pozostałe liczby w ludzkiej formie jednak się zmieniały. To spadkobiercy 10-tki i 15-tki byli prawdziwymi pechowcami a dotychczasowi użytkownicy tychże, spadali o numer niżej.
Co ciekawe, z ustnej odpowiedzi najwyższą oceną był db. Nie ewentualnie dobry +. Nie. Czwórka i koniec dyskusji. Oczywiście taka dyskusja raz musiała się odbyć ale tylko raz. Na pytanie: dlaczego nie więcej?
- Możecie próbować być lepszymi ode mnie w bezpośredniej rywalizacji.
Ok! Czwórka, to świetny wynik, by nie powiedzieć "bardzo dobry". Nikt nie zaprotestował.
Na lekcji Kruchego w ogóle nikt nie protestował. Był tylko jeden taki przypadek.
I miało to miejsce w czwartej klasie na początku roku, kiedy tradycyjne wezwanie Kruchego...
- TRZECI, DWUNASTY, OSTATNI... (uczciwie dodaję, że nie pamiętam tych "nowych" liczb teraz ale coś wrzucić muszę).
Szok!
Panie profesorze! Ale jako to?! Wiadomo, kto protestował! Ja...? Absolutnie!
Niech żyje sprawiedliwość!
Na kolejnej lekcji wszystko wróciło do normy. Wtedy naprawdę po raz pierwszy pomyślałem, że komuna nie upadnie nigdy.
Odebrano mi krótkotrwałą wolność. Byłem przez chwilę rozgoryczony ale trzy lata programowania zrobiło swoje. Wypada jednak dodać, że dla Kruchego te nasze (moje) odpowiedzi, jakie by tam nie były, nie miały żadnego znaczenia. One w ogóle nie były brane pod uwagę przy ocenie końcowej!
Krucvhy miał swój - doskonały zaprawdę, system oceny wymykający się zupełnie z przyjętych standardów. Dla nie go liczyły się kolokwia.
Tak. Kolokwium. Nie "sprawdzian" ale kolokwium.
W danym semestrze takich kolokwium bywało trzy do czterech. Do każdego miałeś trzy podejścia. Za pierwszym podejściem mogłeś finalnie otrzymać nawet bdb. Wystarczylo poprawnie rozwiązać trzy zadania (zawsze były tzry). Rozwiązałeś trzy - ocena bdb. Rozwiązałeś dwa - ocena db. Rozwiązałeś jedno - ocena dst. Nie rozwiązałeś żadnego - pała. Możliwe były plusy ale od dst w górę.
I to średnia ocen z wszystkich kolokwium w danym semestrze decydowała o ocenie końcowej. Mogłeś otrzymać kolejno: db, dst, db (po drodze zbierając cztery dwóje) no celowałeś w db a to był super wynik. Z kolei dst, db, dst to była bardzo silna trója z plusem z możliwością podejścia pod db ale musiałeś zgłosić akces do tzw. dogrywki na koniec.
Dogrywka miał miejsce na przedostatnie lekcji. Dostawałeś jedno zadanie. Rozwiązane: czwórka. Nierozwiązane: dst+.
A ja...?
El Czariusz
25.06.2025, 09:40
Koniec trzeciej klasy. Do końca końca jeszcze dwa tygodnie.
Standardowo pani Trudzia (od polskiego) - nasza wychowawczyni, na polskim sprawdza, jak tam się u nas sprawy mają z ocenami.
Dobrze wiedziała, gdzie "zaglądać". Wiadomo gdzie: Fizyka i Matematyka. Dwie królowe TE. Niekwestionowane.
Pani Trudzia dociera do mojego nazwiska w dzienniku (piąte - przypominam) i niemal mdleje!
- Darek!! Rany boskie!! Ile ty masz dwój?! I tylko cztery tróje... Trzeba interweniować u Kruchego! Upss... u pana dyrektora! jak ty się mogłeś tak zapuścić?!
Trudzia się, to piekli na mnie, to niby współczuje... Zawiesza głos...
W odpowiedzi ktoś z klasy rzuca. Pani profesor... Czoper (takie miałem pseudo) jest już spokojny. Czysta sprawa.
- jak to czysta?! Pewna dwója, to czysta sprawa?!
Pani profesor... jak dwója?! Pewna trója. Czoper ma już wakacje!
- Jaka trója...?!
Ech... Pani profesor... Z każdej strony docierają do Trudzi zazdrosne westchnienia... Pani uczy polskiego a Kruchy ma swój system. System trudny dla humanistki... Mówimy pani profesor, że pewna ta trója Czopera, to pewna trója. Koniec kropka.
- Wiecie, że was lubię... Nie próbujcie mnie tu pocieszać jakimś dziwnym systemem! Przecież to sie w ogóle nie spina.
No dobra... Wytłumaczymy pani!
Po 10-ciu minutach tłumaczenia pani Trudzia była w dokładnie w tym samym miejscu, kompletnie jednakowoż zdezorientowana. Systemu nie załapała ale IIIb jak najbardziej. Pół godziny lekcji polskiego w eter;)
- Opuszczając klasę podszedłem do pani Trudzi i mówię.
- Panie profesor... ja mam naprawdę mocną tróję. Kruchy, to inna liga. Z fizy mam db, to jak mogę mieć pałę z matmy...?
No tak, no tak... Bolek jeszcze gorszy... ja tej waszej matematyki nie rozumiem... 27 dwój, tylko 4 trójki... Przecież to jest pała...
Tak. W szóstym semestrze ustanowiłem rekord, trudny do pobicia.
156 nieusprawiedliwionych godzin, to również rekord nie do pobicia. Wynikał on z kolejnej lekcji matematyki. Ze spóźnień na pierwszą lekcję. Spóźnienia były do 15 min ale... Trzy spóźnienia dawały jedną, nieusprawiedliwioną godzinę. Spóźniłeś się powyżej kwadransa, z automatu godzina nieusprawiedliwiona. Moja liczba była sumą wypadkową wszystkich zdarzeń.
Wróćmy jeszcze do czwartej klasy, Kruchego i pagonów na chwilę.
Pagony po spacerze załatwiłem. W sensie powiedziałem Kruchemu, że na następną lekcję będą, bo dostępne w sklepiku szkolnym - owszem ale... Nie mam pieniędzy na zakup i muszę wziąć rzeczone od mamy. Na następnej lekcji będą. Ok.
Ja miałem pagony z z trzema belkami więc musiałem po prostu samemu jakoś doszyć czwartą belkę.
Z tymi pagonami, to w ogólę były jaja. Były one podstawą szkolnej "fali". Gość, co miał cztery pagony czy V-tkę wchodził do szatni bez kolejki i takie tam. Niekwestionowany status i... ja.
Ja ten status miałem głęboko... W trzeciej klasie już się tłukłem ze starszymi rocznikami pod szatnią. Dopiero w trzeciej, bo dopiero wtedy zacząłem rosnąć i zapisałem się na karate. Nic tak nie dyscyplinowało statutowców jak mawaszi w perły czy tam w ust korale. Plus dla mnie był taki, że nagle przestali na mnie zwracać uwagę.
No więc na kolejnej lekcji z matmy pojawiłem się z pagonami. Kruchy oczywiście pamiętał. Zostałem odebrany pozytywnie.
I tak trwałem szczęśliwie w tym pozytywie, kiedy to razu pewnego Kruchy "kazał" mi stanąć porządnie a nie wypinać brzuch do przodu.
Kiedy się wyprostowałem, pagony... spadły. Nie miałem ich przyszytych, tylko na lekcję z matmy układałem na barkach. Na "co dzień" nie nosiłem, chowałem je do kieszeni marynarki, by nie zapomnieć.
Dla młodszych przypomnę, że szkoły zawodowe były kiedyś mundurowe.
Alu i tu był dla mnie wytrych. U mnie w domu panowała bida z nędzą. Wychowywałem się z siostrą z matką, pedagogiem na UG i...
...i nie wiele się zmieniło do dzisiaj. Po ostatnich podwyżkach w sferze budżetowej edukacji, tym razem "wyrównano" pensje administracji szkolnej.
Sytuacja wzorowa. Sprzątaczka (niczego paniom nie ujmując!) w szkole podstawowej zarabia obecnie więcej niż mianowany nauczyciel.
No więc ja już wtedy tłumaczyłem się przez pierwszy m-c, że mundur się szyje, bo mama pracuje po godzinach, by na ten mundur zarobić.
Później trochę rygor złagodzono, w sensie wystarczyło (obowiązkowo dalej) nosić samą marynarkę.
Ogólnie problem polegał na tym, że większość z nas wtedy szybko z tych mundurów wyrastała. Ja miałem tylko dwa, przez całe 5 lat i drugi otrzymałem na początku klasy czwartej. W tym pierwszym, w trzeciej klasie nie byłem wstanie się zapiąć.
Z tamtych lat zostało mi jedno do dzisiaj... Nie założę za krótkich spodni ani koszuli z przykrótkimi rękawami, choćby skały srały. Jeżeli dżiny mi się skórczyły np. a fajne były, to obcinałem je przy nogawkach. Koszul nie nosiłem i dalej nie noszę. Wszystkie moje spodnie musza się na kostkach załamywać a rękawy sięgać do połowy nadgarstka.
No więc... pagony mi spadły...
- Idź na spacer. Nie wracaj bez przyszytych pagonów.
Poszedłem do szatni, do kantoru sprzątaczek, dostałem igłę, nici i sobie pagony przyfastrygowałem. Kilka minut roboty, bo ja już wtedy szyłem doskonale. Wystarczyło złapać je z góry i z dołu. Cztery operacje i... poszedłem na spacer. Następnego dnia w butonierce na stałe wylądowała igła z motkiem i żyletką.
Przyszywałem je często tuż przed lekcją z matmy. Potem pagony odpruwałem. Poza Kruchym nikt się mnie jakoś nie czepiał. To było wręcz dziwne, że pagonów nie noszę, no... bo ten statut...
O tym statucie wspominam nie bez kozery, bo te trele wprowadzają czytelnika moich treli w klimat, który będzie towarzyszył mi z intensywnością mniejszą lub większą do dnia dzisiejszego.
Otóż zrozumiałem coś w istocie banalnego... jak łatwo jest się wyróżnić "niczym".
Kto pamięta/doczytał hasło z początków tego wątku?
To "nic" jest początkiem "wszystkiego".
El Czariusz
25.06.2025, 09:59
https://i.ibb.co/rRg3f76x/IMG-4424.jpg (https://ibb.co/21wSYntv)
Kto kojarzy, gdzie ten pomnik jego stoi...?
"Cyrus Wielki - twórca imperium perskiego
Jego przyszłą wielkość zwiastowały przepowiednie. Stworzył rozległe imperium, rozciągające się od Morza Egejskiego po Indie. Stał się archetypem dobrego władcy, opiewanym w antycznych dziełach. Na jego czynach wzorował się sam Aleksander Wielki. Przez Persów nazywany był Królem Królów, przez Żydów - Mesjaszem, przez greckich poddanych - prawodawcą, a przez Babilończyków Wyzwolicielem. Kurusz, znany w naszym kręgu kulturowym jako Cyrus, inspirował kolejne pokolenia, od Aleksandra Wielkiego przez Scypiona Afrykańskiego Starszego, który nie rozstawał się z jego biografią, aż po Shirin Ebadi, laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla z 2003 roku.
Dziecko z przepowiedni
W starożytności wierzono, że przyjściu na świat dziecka, któremu pisana jest wielka przyszłość, towarzyszą przepowiednie i znaki. Nie inaczej było w przypadku Cyrusa.
Urodził się około 598 roku p.n.e. jako syn króla Anszanu, Kambyzesa, i królewny Mandany, córki Astyagesa - potężnego króla Medii. Według Herodota Astyages miał sny, które zinterpretowano jako zapowiedź zniszczenia jego państwa przez wnuka.
Aby oszukać przeznaczenie, wydał Mandanę za mało znaczącego Kambyzesa z rodu Achemenidów. Mimo tego posunięcia sny nadal niepokoiły króla, który w końcu postanowił zgładzić wnuka.
Zadanie to powierzył Harpagosowi, jednemu z medyjskich arystokratów. Ten jednak zamiast zabić dziecko, porzucił je w górach, gdzie znalazł je pasterz i wychował. Gdy po latach wyszło na jaw, że Harpagos nie wykonał rozkazu, Astyages ukarał go okrutnie zabił jego syna, upiekł ciało i podał ojcu podczas uczty.
Dalsze losy Cyrusa giną w mrokach historii. Po raz kolejny spotykamy go jako czterdziestoletniego mężczyznę, gdy obejmuje władzę po ojcu. Cyrus okazał się na tyle utalentowanym i energicznym władcą, że Astyages postanowił go usunąć z tronu.
Pierwszy krok ku imperium
Król Medii wysłał przeciw wnukowi armię pod wodzą Harpagosa. Był to kosztowny błąd, Harpagos zdradził władcę, który tak okrutnie potraktował jego syna, i przeszedł na stronę Cyrusa. Autorytet Astyagesa był tak niski, że również druga armia, pod jego osobistym dowództwem, zbuntowała się. Żołnierze pojmali króla i wydali go Cyrusowi.
Król Persji wkroczył do Ekbatany, stolicy Medii, zdobywając bajeczne łupy. Po zwycięstwie Cyrus łaskawie obszedł się z pokonanymi - nie zburzył miasta i oszczędził Astyagesa. Dla współczesnych mogło to świadczyć o humanitaryzmie, jednak dla ówczesnych być może o słabości.
Pokonanie Medii zapoczątkowało efekt domina. Sąsiednie mocarstwa - Lidia i Babilonia, usiłowały zagarnąć dawne ziemie Medów. Cyrus musiał ich bronić.
Dwuznaczna przepowiednia
Pierwszy uderzył król Lidii Krezus, sławny z przysłowiowego bogactwa i przesądny jak większość ludzi swoich czasów. Przed wyprawą na wschód zasięgnął rady wyroczni Apollina.
Pytia jak zwykle odpowiedziała dwuznacznie: Jeśli wyruszysz na wojnę, wielkie królestwo upadnie. Krezus zinterpretował to jako zapowiedź zwycięstwa. Przepowiednia się spełniła ale nie tak, jak to sobie wyobrażał.
W Kapadocji doszło do nierozstrzygniętej bitwy pod Pterią. Z powodu zimy Krezus wycofał się do Sardes, stolicy swego państwa, rozpuszczając większość armii. Liczył, że w nowym roku wspomogą go sojusznicy z Egiptu, Babilonii i Sparty.
Cyrus zaskoczył przeciwnika, ruszając do ofensywy zimą, co było nietypowe ze względów logistycznych. Na równinie, nazwanej później Polem Cyrusa, doszło do bitwy. Mimo przewagi liczebnej, Persowie obawiali się znakomitej lidyjskiej konnicy. Harpagos zaproponował, by ustawić przednią linię z wielbłądów, ich woń miała odstraszyć konie. Fortel się powiódł.
Stolica Lidii, Sardes, upadła. Losy Krezusa są niejasne. Według Herodota, Cyrus okazał mu łaskę i uczynił doradcą. Oficjalne sprawozdanie Cyrusa jest bardziej lakoniczne: zabił ich króla. Zabrał łupy.
Historyk A.T. Olmstead sugeruje, że wersja Herodota mogła być propagandą kapłanów Apollina, obawiających się utraty wpływów po śmierci Krezusa ich hojnym patronie.
Persowie kontra Spartanie
W Lidii Cyrus po raz pierwszy zetknął się z Grekami. Miasta greckie w Azji Mniejszej nie chciały uznać jego zwierzchnictwa z wyjątkiem Miletu. Pozostałe zostały siłą podporządkowane niektóre szturmem, inne jak Fokaja i Teos zostały przez mieszkańców porzucone.
W tym czasie do Cyrusa przybyło poselstwo ze Sparty. Butni Lacedemończycy ostrzegli, by nie krzywdził greckich miast inaczej zostanie ukarany. Zdumiony Cyrus miał zapytać: kim są Spartanie?
Choć sam nie miał okazji się o tym przekonać, jego następca Kserkses dowiedział się tego boleśnie pół wieku później.
Po podboju Lidii Cyrus ruszył na wschód, podbijając kolejne ziemie. Aby zabezpieczyć granice, zakładał miasta, jedno z nich nazwał Cyropolis.
Mane, tekel, fares
Po kampaniach na zachodzie i wschodzie przyszła kolej na Babiloni, jedno z najbogatszych królestw świata. Rządy króla Nabonida budziły powszechny sprzeciw kapłani Marduka nie znosili jego faworyzowania boga Syna, arystokracja i lud cierpiały przez podatki, głód i chaos.
W 539 roku p.n.e. Cyrus pokonał armię babilońską pod Opis, a następnie zdobył Babilon dzięki inżynieryjnemu fortelowi przekierowaniu rzeki. Wkroczył do miasta jako wyzwoliciel, nie zdobywca.
Cylinder Cyrusa
Cyrus szybko porozumiał się z elitami i zdobył ich poparcie. Symbolem jego propagandowych umiejętności był Cylinder Cyrusa - gliniany dokument, w którym przedstawił się jako prawowity władca, wezwany przez boga Marduka.
Cylinder uznawany jest przez część badaczy za pierwszą w historii kartę praw człowieka. Jego kopia znajduje się dziś w siedzibie ONZ w Nowym Jorku.
Ostatnia wojna
Mimo podeszłego wieku Cyrus nie porzucił ambicji wojennych. Zginął w walce z Massagetami, koczowniczym ludem dowodzonym przez królową Tomyris. Według Herodota, Tomyris po zwycięstwie kazała włożyć odciętą głowę Cyrusa do bukłaka z krwią, mówiąc: Nasyć się krwią, której łaknąłeś.
Został pochowany w Pasargadach. Na jego grobie wyryto: "Tutaj spoczywam ja, Cyrus, król królów".
Legenda Cyrusa
Cyrus zyskał uznanie nawet wśród Greków. Ksenofont stworzył jego idealizowaną biografię Cyropedię. Dla niego Cyrus był wzorem władcy, budzącego szacunek nawet wśród podbitych.
Aleksander Wielki pragnął go przewyższyć. Renesans zainteresowania Cyrusem przypadł na czasy szacha Pahlaviego, który uczynił Cylinder Cyrusa symbolem państwowym i nadał synowi imię Cyrus."
Michał Kowalski
El Czariusz
25.06.2025, 14:16
utwHSylN47I
Bardzo ładne wykonanie. Na razie na końcu krótkiej kolejki do nauki. Bezwzględnie jednak obecnie adagio sostenuto. Zbieram się jak sójka za morze do zapisu nutowego - przede mną jeszcze 2/3 materiału...
Tymczasem inny materiał rozwija się jak rozmaryn. Koniec trzeciego tygodnia się zbliża i już zaczyna się coś dziać.
https://i.ibb.co/jv1djXPP/IMG-20250625-130608.jpg (https://ibb.co/wNxT2mFF)
Powoli pojawiają się pierwsze zalążki kiełków.
https://i.ibb.co/gLr6rWW9/IMG-20250625-130359.jpg (https://ibb.co/xt232ggL)
Ta porcja pestek bardziej reprezentatywna.
Jest pewna niewiadoma. Albowiem bowiem ja wiem tylko, że to jedna z wcześniejszych odmian i to z tych dostępnych na Pomorzu a tu wegetacja jest opóźniona.
Wic w tym, że hoduję ale nie wiem do końca co:) Te dwie "partie" kupowane w odstępie dwudniowym. Możliwe więc (a bardzo było by to wskazane), że to różne odmiany czereśni byli (jednak wątpię).
Zatem jeżeli to wczesna odmiana, to mam trzy przypadki. Bo powszechnie uprawiane są właśnie "wczesne" trzy.
Drugi wic polega na tym, że większość czereśni nie jest samopylna a to znaczy, że do obfitego (przyszłego) owocowania potrzebują "partnerkę" z innej odmiany.
W ramach tej samej odmiany zapylanie ponoć nie jest tak skuteczne. W ogóle, by mogły się zapylać, to trzeba dobrać dobrego zapylacza (są takie czereśniowe wybrańce).
Na razie się tym nie przejmuję, bo najpierw musi to w ogóle wyrosnąć i chwile potrwa zanim na takim rosnącym kilka lat drzewku, pojawią się pierwsze kwiaty. Nam też worek musi dojrzeć;)
Mam nadzieję, że to Rivan lub Burłat, najlepiej dwie. W takim przypadku miałbym spokój a`priori;)
W każdym razie jakieś perspektywy widać. Z krótkiej perspektywy powinno wyglądać to tak: w połowie następnego tygodnia powinno kilka ziaren korzenia puścić. Te posadzę w przygotowanych pojemniczkach z ziemią i po kolejnych 4 tygodniach powinny się pojawić małe "krzaczki".
Dzisiaj podjąłem stratyfikację kolejnych kilku ziaren. Też nie wiem, jaka to odmiana:)
Na pewno "zapoluję na samopylną - lapins. Na tą poczekam do początków lipca.
X8uJOUaBy7I
Oto to.
Drugim tymczasem,
na moim podwórku właściwym cisza. Ptaków nie ma.
Się nie martw. Przylecą jak czereśnie zaowocują. :Sarcastic:
El Czariusz
25.06.2025, 15:52
Jednak popołudnie dla mnie a nie pracy. Hydraulicy nie dali rady, elektrycy również więc mam wolne.
A jak wolne, to wracam do Biesowiska.
Fazik chciałby, by tam jakieś tajemnice uchylać... To całe morze tajemnic. Może się sporo wylać. W sensie nic złego. Po prostu jakiś niekontrolowany ciąg wydarzeń, niesiony na fali wspomnień i emocji.
Kiedyś prowadziłem dziennik tej imprezy... Mało z czego byłem tak zadowolony jak z tego dziennika. To był dziennik w stylu Dziennika Maszynisty.
Kiedyś, przed laty wrzuciłem na forum linka do tego filmu. Dzisiaj dalej jest on dostępny ale za pieniądze/abonament.
Film jest doskonały. Przede wszystkim wyróżnia ten film scenariusz i dialogi. ma on w sobie coś z braci Blues, elementy magii ze snem na jawie.
Jestem przekonany, że mój dziennik byłby znakomitym scenariuszem do czegoś podobnego.
Z siebie zrobiłbym narratora. Tylko i wyłącznie. W stylu Tarantino pojawił bym się w jakiejś scenie udając... Kogo mógłbym udawać...? Mam! Siebie.
Ze mną jest duży problem. Od jakiś 15-stu lat. Problem wywołał narastający stres. Wynikiem - chęć opowiedzenia/dopowiedzenia wszystkiego. Otworem paszczowym. W końcu, po 15-stu latach doszedłem do wniosku, że lepiej zmienić... spodnie. Pisanie to inna bajka. Ja piszę dla siebie, nie dla was. W sensie przy okazji dla was.
Z mówieniem/gadaniem jest inna sprawa. Erzatzem jest gadać do samego siebie jak tu - pisać w ten sposób, ale to już na bank choroba.
No więc jako narrator (z podstawionym głosem Fronczewskiego) spisałbym się jak długopis.
Niestety... Dziennik zaginął. Wyszła by z tego gruba książka. Sam scenariusz do filmu/dokumentu trzeba by było zdrowo pociąć. Prowadziłem w tym dzienniku "skorowidz" powiedzeń. Z jednej tylko imprezy, było tych powiedzonek kilkadziesiąt i to już wyselekcjonowanych.
Jak człowiek prowadzący warsztat 4x4 mógł sobie kupić... karawan? Karawan na bazie mercedesa (bodaj 124), który miał być bazą do... kampera.
Kurwa... ludzie. Z haseł, które przy karawanie padały można było by wypełnić całą noc kabaretową. Bo to niezły kabaret był...
Na koniec, ktoś na tylnej, zakurzonej czarnej szybie - nawiązując do profesji właściciela, dopisał mu palcem (po szybie) hasło reklamowe: reanimujemy trupy.
I tak dalej, i dalej, i dalej...
Prawdziwe/właściwe Biesowisko trwało gdzie indziej, dużo wcześniej...
Zaczęło się na badaniach lekarskich w Wyższej szkole Morskiej w Gdyni.
Świeżo po maturze, z jednym bdb na świadectwie dowiedziałem się, że z takimi ocenami, to wszystkie uczelnie techniczne czy tam inne astronomiczne, stoją przed nami otworem. I to była szczera prawda. Zaprawdę wystarczyło tylko zdać maturę ustną z fizyki. Wszyscy, którzy się tego podjęli i zdali, radzili sobie potem znakomicie na studiach.
Wszyscy... Że niby licznie, jak celebryci do szczepień... No nie. Matura ustna z fizyki f-cznie była świętym Grallem ale żeby ludziska walili drzwiami i oknami, by stanąć oko w oko z Bolkiem? Już to było prawie niemożliwe, bo Bolek miał rozbieżnego zeza.
Kruchy miał swój system. Już wiecie... 5-ty, 10-ty itd. Bolek też miał system.
Przede wszystkim mówił bardzo szybko i do tego niewyraźnie.
- Bszzzz t..dd.dbrz arż ton... siadaj.
Ale nikt nie stał... Wszyscy siedzieli jak skamieliny jakieś, w pełnym zatwardzeniu z nadzieją jednakowoż, "że to nie ja padnę ofiarą".
Bolek bez wskazywania palcem, do któregoś z nas się zwracał z... tym czymś... znaczy bzyczeniem, szemraniem, cholera wie, jak to nazwać. Nikt nie wiedział do kogo, bo ten zez, no i... pała. Znaczy ktoś dostawał pałę.
Jedynym, który złamał system Bolka... byłem ja.
Kiedyś, w trzeciej klasie to było, po prostu na kolejne "pytanie/zadanie" rzucone przez Bolka w rozstrzelany wzrokiem eter, nagle wstałem i odpowiedziałem... podobnym bzyczeniem!
Nie wiem, jak to się stało... Po prostu wstałem i to zrobiłem... Zapadła taka cisza, że... jakby w tym momencie wpadła do sali mucha (Mucha czytaj!), to... Sobie coś tam wyobraźcie.
No więc ja stoję a wszyscy sierdzą. Ja wstałem z bzyczeniem przed sakramentalnym "siadaj". Ten wyraz/słowo zawsze było czytelne.
Cisza... Mucha lata w zwolnionym tempie... Próbuję spotkać się z oczami Bolka...
Nagle Bolek eksploduje! Eksploduje całym potokiem bzyczenia, szemrania i Bóg sam wie, czego jeszcze... By na końcu wszyscy usłyszeli wyraźne (ale dalej szybkie):
- Siadaj, bdb.
I tak się stałem fanem fizyki. W TE nie uczyłem się niczego. Miałem jeden zeszyt do wszystkiego a były to czasy, kiedy sprawdzało się zadane lekcje do domu. Mój zeszyt był pusty. Czasami z matmy coś napisałem, czasami.
Po otrzymaniu bdb z fizyki, zeszyt powoli zaczął się zapełniać notatkami z tejże. W piątej klasie (jak wspominałem gdzieś tam wcześniej) mieliśmy już elementy analizy matematycznej pochodne funkcji, rachunek różniczkowy i całkowy.
Nagle zacząłem to wszystko rozumieć. Fizyka zaczęła mi się naprawdę podobać a za nią przekonałem się do matematyki, jako potrzebnego w życiu narzędzia. W życiu, w którym chciałbyś zrobić coś więcej niż zamówić dwa piwa i potem jeszcze trzy. No dobra wziąłeś się za bary z połową skrzynki i brylujesz potem z algebry hasłem: jebnąłem 12 piw!
A, że byłeś w brytyjskim barze, to ci się rozjechało z układu dziesiętnego w niebyt starego funta z 20-stką szylingów i 240-stu pensów. Tyle było warte twoje 12 piw.
Do tego obudziłeś w łóżku z babką, która jeszcze wczoraj była uroczą blondynką o wdzięcznych kształtach a rankiem, brytyjską raszplą.
Nic dziwnego, że angielscy żeglarze tyle czasu spędzali na morzu - nomen omen.
No więc...
Jestem obecny na badaniach zdrowotnych w Wyższej Szkole Morskiej, bo zdałem maturę ustną z fizyki na bdb.
Zdrowotnie byłem ogólnie bardzo sprawny. Niestety mam jedną przypadłość. Kupując materiał dla mamy w sklepie, zachowywałem się jak Dalton. On tez kupował materiał w sklepie, tylko dla żony.
- Szanowna pani czy ten czerwony, co wygląda na zielony, to jest niebieski?
Ci, co zdawali na nawigację musieli obowiązkowo przejść kompleksowe badanie oczu. Po zdaniu matematyki i fizyki z cyframi to ja sobie radziłem znakomicie na każda odległość. Nazwał bym siebie nawet Sokole Oko ale...
Pani pokazała mi tablice z jakimiś kółkami i plamkami, w których ja te liczby miałem znaleźć...
Zatem przede mną nagle wyrosło widmo WKU.
takie to były czasy, że szkoły zawodowe/średnie od razu informowały WKU, że na rynek pracy wchodzą absolwenci tychże. By uciec przed wojskiem absolwencka młodzież starała się przed wojskiem uciec. Drogi ucieczki były różne. Dla mnie droga prosta były studia.
Wszystko szło świetnie, ale wydechło na tym, co nawet polubiłem. Padłem na liczbach...
Zanim jednak padłem konkretnie na ryj, pojechałem z moimi kumplami z klasy w stronę Mazur. Mój przyszły szwagier, który zaraził mnie literaturą młodzieżową dwa lata wcześniej miał bzika na punkcie Pana Samochodzika.
To on wymyślił i wdrożył do realizacji arcyplan. Naszym celem było się przemieszczać śladami tegoż!
Scenariusz? Boski. To miała być podróż za jeden uśmiech.
wuM3a2tE9dg
P.S.
Muszkinie, zdzwonimy się.
ten Nokturn bardzo niepozornie wygląda - koleś bardzo wie co robi z tą gitarą :D
coś podobnie jak kiedyś mnie wzięło żeby się uczyć na klawiszach na początek Schumanna 'Traumerei' - proste przecie :D
Powodzenia!
El Czariusz
25.06.2025, 20:39
Marzenie niby niewinne na gitarę ale to transkrypcja z zapisu ma fortepian. Byłoby Ci ją w takiej wersji łatwiej zagrać.
Nokturn dla mnie zdecydowanie nie na dzisiaj i nie jutro. Na pojutrze:)
P.S.
Mam zapylacza do czereśni. Dzisiaj go skonsumuję;)
Jutro "posadzę".
Wiem, że gdzieś mam kobyłę - Fizjologia roślin i mógłbym w pauzach między graniem poczytywać.
Coraz poważniej myślę o nabyciu kompetencji rolniczych tylko jak przekonać mózg?
Przez żołądek do mózgu!
Zacznij od gotowanych kartofli z koperkiem, ze skwarkami z prawdziwej śfyni i zsiadłym mlekiem. Powinno przekonać.
Czytanie tych opowieści przenosi mnie w inne obszary świadomości, przyjemnie.
Ad. Muchy - "Mucha Nie Siada"
https://www.youtube.com/watch?v=-8uedG1fs2Q
El Czariusz
25.06.2025, 22:26
Się nie martw. Przylecą jak czereśnie zaowocują. :Sarcastic:
Na tym podwórku, gdzie będą rosły czereśnie ptaki są.
Na obecnym - miejskim, zero. "Rewitalizacja" zrobiła swoje ale o tym późnniej.
Tymczasem Strażnik Domowy przycięła laurowiśnię, która zdominowała "nasz osobisty ogródek" od strony głównej szasse.
Wybijają się w tym ogródku cztery małe dęby, ułamany jesion, kasztan, buk i grab.
Je przesadzę na podwórze podlaskie w listopadzie.
Widzę tam aleję z czereśni. Dużo tam widzę ale muszę dobrze przewidzieć miejsce. Jak już wspominałem, będzie mały sad. Będzie dąbrowa. Fąb Kacperka (wnuka) już zyskał blisko 1,5m i na przeprowadzkę ostatni dzwonek. Fąbek czerwony Marysi też ma się coraz lepiej.
Ukorzeniam teraz sezonowane przez zimę pędy laurowiśni. Za późno co prawda wyjąłem je z sypialni ale zobaczymy.
Rozmnożę też cisa, który nam ładnie w ogródku rośnie. Bardzo lubię cisa. Ja w ogóle lubię drzewa. Nie wiem, czy ja wcześniej drzewem nie byłem. Ja się wśród drzew dobrze czuję. O reszcie już wspominałem (brzóz kilka, czarne morwy itd.).
Tuba co rusz podsyla mi kosynierskie tematy. Tym razem Romka od byków (coś dla Fazika).
On też spec od klepania. To ek twierdzi, że teraz babki to do dupy są. Za miękkie, podobnie większość tanich ostrzy, będącymi tylko kawałkiem blachy, co kucia nie zaznała i procesów hartowania.
Jak remontowałem mieszkanie trzy lata, to miałem duży brulion "do remontu".
Pora wrócić do zagadnienia. Na wsi będę przekładał podłogę, wymieniał instalację elektryczną i kładł te, których nie ma.
Najpierw muszę wyrównać poziomy bytowe w mózgu, bo ten przypomina oczy Bolka. Rozbiegany, szumy tylko i bzyczenie....
A'propos siadania muchy i bzyczenia. Sezon w pełni.
https://www.facebook.com/share/v/15KYr2cQ7v/
El Czariusz
26.06.2025, 10:01
Należy przestać "leczyć" ludzi.
To ich najszybciej uleczy.
Mamy wyjątkową zdolność do samoleczenia.
Słomiany zapał.
Wszyscy mi to zarzucali. Wszyscy dorośli. Opinia docierała zewsząd. Zdolny ale leniwy, to pierwszy stopień oceny był. Finalnie - słomiany zapał.
Zasadniczo po rozwodzie rodziców zostałem sam jak palec. Z siostrą tłukłem się o byle co. Jako starsza nienawidziła mnie szczerze. Jeszcze na starej chacie (przed rozwodem) rzuciła we mnie pękiem noży z szuflady.
Nie nie. Nie, żeby postraszyć. Żeby przynajmniej okaleczyć. Tak okaleczyć, bym już nie mógł jej dokuczać.
Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Nie wiedziałem o tym przez całe dekady.
Dowiedziałem się o relacji starszej siostry z młodszym o 1,5 roku z bratem, dopiero kilka lat temu.
Kłócisz się z siostrą, robisz jej na złość wiedząc jednak, ze to prawo nękania, jest twoim prawem na wyłączność. Nie daj Boże z prawa chciałby skorzystać obcy. Wtedy z brzdąca zamieniasz się w tygrysa... Oczywiście w tygrysa lepiej niż w bociana np. Zdecydowanie lepiej to wygląda ale ty wtedy i tak nie myślisz takimi kategoriami. Myślisz kategoriami szybkiej obrony i ataku.
Kiedy zagrożenie zostaje zlikwidowane, wszystko wraca na stare tory.
Ten proces jest konieczny i się w pewnym momencie kończy. To taka wielopokoleniowa mądrość. Udało mi się jakoś przez to przejść i potem na długie lata zapadłem w letarg trwania.
A słomiany zapał...?
To cudowne zjawisko. Jeżeli jakieś dziecko zasługuje na to hasło, to znaczy, że cały czas szuka swojej, indywidualnej ścieżki. Dobry rodzić, w sensie obserwator, będzie słomianemu dorzucał słomy ile wlezie.
Wie o tym hodowca trzody. Systematycznie wymienia słomę w oborze, by tworzyć komfortowe warunki do wzrostu bydła:)
Oczywista trza wiedzieć, żeby to wiedzieć i żeby ten proces przebiegał "porządnie".
Ja wiedziałem tylko, że jestem słomianym zapałem. To była bardzo powierzchowna ocena. Nie wiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Tym niemniej skoro moja siostra była wybitnie zdolna, to wszyscy uważali, że i ja taki jestem. Kiedy ona siedziała w książkach i nikt nie musiał jej zaganiać do tychże i w ogóle do nauki, to i ze mną będzie podobnie, skoro nie miałem praktycznie problemów z nauką.
Mogło być dużo lepiej, gdyby któremuś z rodziców chciało się mnie dopingować do większego zaangażowania w uczeniu się. W ogóle nie czułem takiej potrzeby, realizowałem się doskonale w słomianym zapale. Próbowałem wszystkiego, co przyciągało moją uwagę. A najbardziej moją uwagę absorbowały ćwiczenia fizyczne, wspierane wrodzoną dla każdego dziecka cechą - rywalizacji. Wewnętrzna siła motywacyjna, którą każdy z nas ma. W późniejszym procesie socjalizacji dziecka ta siła w idealnych warunkach przechodzi w potrzebę pomocy innym ale... nie o tym.
U mnie wszystko stało na głowie. Nikt się mną nie interesował, poza lejącą mnie od czasu do czasu siostrą. Moja kreatywność skupiała się zatem na tym, jak jej "oddać". Na szczęście słomiany zapał pchał mnie jeszcze w innym kierunku.
Jesteśmy najbardziej kreatywni wtedy, kiedy brakuje nam narzędzia do zabawy. Narzędzia o którym wiemy, że istnieje i by zabawa szła, musimy je po prostu zrobić/zdobyć. Nie miałeś łyżew, ślizgałeś się na butach. ktoś miał wytartą, kauczukową podeszwę i but sam jechał. Ty nie miałeś, więc albo rezygnowałeś albo czekałeś aż powstanie ze ślizgania czysty lód i wtedy już szło. Przecież wszyscy się ślizgali a ty co...?
Im bardziej stromo, tym różnice między butami się zacierały. Bo ten na kauczuku miał cykora a ty nie. Dopóki nie fiknąłeś potężnego orła. Więc brałeś sanki i na tym stromym zjeżdżałeś tak długo aż tafla lodu powstała. Od razu byłeś level wyżej.
Jak zajumałem siostrze białe, babskie figurówki wszyscy koledzy na dzielni się ze mnie śmieli. ja "zmotywowany" zjeżdżałem na tych figurówkach z góry, gdzie oni bal się zjechać na sankach.
Raj był, gdy siostra z nich wyrosła. na cienkiej tafli lodu wszyscy próbowaliśmy hokeja na butach. Zbijaliśmy sami kije. jak ktoś dostał prawdziwy, to był gość. Ale i tak ja tych wszystkich "frajerów na butach" objeżdżałem babskimi figurówkami jak leszczy.
Palant... palantem był ten, któren nie umiał grać w tę banalną grę. Polska, podwórkowa wersja nie polegała na odbijaniu piłki. Trza było podbić kijem najpierw odpowiednio wyprofilowanego (jak osełka do kosy) knypla i jak ten się unosił (w trudnym do przewidzenia kierunku), dopiero w niego f-cznie walnąć by poleciał za drużynę broniącą.
Wszystko uczyliśmy się od siebie na podwórku a zawsze było od kogo.
Dzisiaj wszyscy mają piłkę w domu i nikt nie gra. Za moich szczenięcych czasów była tylko jedna piłka na pół osiedla i wszyscy w nią młócili od rana do wieczora. Jedni lepiej, drudzy gorzej. Nawet gruby grał. Na bramce ale grał. Jak ktoś był gruby, z automatu się "negatywnie" wyróżniał.
Tak, wszyscy z niego kpili ale to od niego zależało, jak do tego podejdzie czy przetrwa tą nawałę i jeszcze się odszczeknie, czy podda. Ilu było wtedy takich grubasów?
Relacje się wykuwały na podwórku a nie w okienku smartfona. Skarżenie się na zły los, było oznaką słabości. Dzisiaj patriotycznym obowiązkiem.
Tak. To ja znalazłem (jako dziadek) więcej cierpliwości do nauki dzieci jazdy na rowerze. Dzisiaj ją mam. W stosunku do Juniora nie miałem a szkoda.
próbowałem wnuki wprowadzać na coraz wyższy level. To m.in. jazda "na stojaka". Nie udało mi się. Nie udało, bo nie pokazywałem tego na rowerze sam.
W przedszkolu Kacpra (połączonym ze szkołą podstawową do której uczęszcza Marysia) wprowadzono konkurs na "dojazd rowerem" do rzeczonego. oczywista pod kontrolą rodziców. nagle przed szkołą zaroiło się od kolarzy. Ja o tym nie wiem ale...
Któregoś listopadowego, późnego popołudnia zajeżdżam na chatę Juniora. Dzieci zachwycone niespodzianką wskakują na rowery, by pokazać, że one już "po ulicy same jeżdżą". Kacper krzyczy:
- Dziadek! Patrz, patrz!
No to patrzę a on próbuje jazdy na stojaka! Droga boczna, gruntowa, z koleinami i nagle FIK. Leci przez kierownicę, salto mortale ale... szybko dosiada brykę i dalej nadaje:
- Widziałeś, widziałeś?!
I on i ja wiedziałem, ze nie chodzi o przypadkowe salto mortale, tylko pedałowanie na stojąco.
jak się nauczył...? Podejrzał u starszych dzieci.
No i musiałem tak stać i patrzeć:) A on zawraca u sąsiada na kostce brukowej, wyjeżdża na prostą i chulaj dusza! Jestem szczęśliwy.
I tak raz zarazem. Tym czasem wyszła babcia i już...
- Jezu Kacper! Ty się zaraz wywrócisz!
No i babcia wykrakała. Widząc babcię, popisówa miała być juć na tip top i na pełnej pydzie wjechał do sąsiada. Nie wyrobił się na kostce i... zniknął w tujach!
Babcia przerażona a dziadek...?
Ciemno już było i babcia zagoniła Kacpra do domu. gdyby nie wyszła, była by jazda po ciemku na pydzie. Jeszcze wyższy level.
Dziecko w smartfonie, to czas stracony. W domu rodziców smartfon i tv istnieje tylko w ściśle określonych granicach i jest kilkunastominutową nagrodą. I to pod warunkiem, że "program" jest edukacyjny.
U nas podobnie ale daję ciut więcej czasu, bo ta chwila wytchnienia się przydaje wszystkim.
Maks pół godziny. No chyba, że oglądamy Krzyżaków albo Zorro (klasyk, oczywista nie w wersji animowanej).
Ja nie miałem takich rodziców, a bardzo chciałbym.
Stąd jestem niedorozwojem, jakim jestem. Fizycznie ostatni raz "męczyłem" towarzystwo na zakończenie Antypedaliady. Dwa wieczory, w których f-cznie zdałem sobie sprawę, że "ja nie umiem".
Tego się już nie da nadrobić.
Patrzę szerzej na ten step szeroki, który jeszcze przede mną i już za mną.
Nic lepiej nie odda mojego stanu, jak kultowy obraz z Nowowiejskim. Nie chodzi o zemstę... Scena, kiedy wsiada na koń i znika nam z oczu...
Jego małą ojczyznę Azja zamienił w zgliszcza. W powieści Sienkiewicza poniósł zasłużoną karę.
Moja małą ojczyzną są teraz babcie i wnuki. Widzę więcej niż Nowowiejski... Wszyscy widzieli. Czytali, oglądali... Pies to trącał.
Nic się nie zmieniło.
SFEeccGLQdw
Wiem, że ciężko za mną podążać. Życie jest jak rzeka. Najpierw źródło, potem strumień. Co stanie na jej drodze to jedno, ale nieuchronnie płynie w dół.
Jeszcze tli się nadzieja...
paAFQaeG2Sk
Tymczasem zapylacze przygotowane do stratyfikacji.
https://i.ibb.co/zVxwB0vN/IMG-20250626-091715.jpg (https://ibb.co/hF9v4tzC)
https://i.ibb.co/Tx1WhSnk/IMG-20250626-093837.jpg (https://ibb.co/DHYrKy6t)
https://i.ibb.co/ybxL032/IMG-20250626-094059.jpg (https://ibb.co/qP2bBZ6)
https://i.ibb.co/6KQ7Kmf/IMG-20250626-094345.jpg (https://ibb.co/3xK9x7L)
I do lodówki.
A to lodówka proces przyspiesza czy jak?
Też w sumie chciałem o to zapytać jak już pojawił się temat. Widziałem o kiełkowaniu nasion w lodówceâŚ
Natomiast wczoraj mnie Muchozol rozjebał mocno i sobie w głowie powtarzałem ten tekst śmiejąc się sam do siebie. Dobrze mieć taką muszkę.
jestem mucha co z niejednego gówna chleb jadła
No nie mogę :)
El Czariusz
26.06.2025, 10:38
A to lodówka proces przyspiesza czy jak?
W naturze musi czereśnię zjeść ptak i potem kolokwialnie rzecz ujmując - wysrać. Potem taka oczyszczona pestka ląduje gdzieś w glebie i ma przed sobą długi proces dojrzewania. Kilkadziesiąt dni na pozbycie się skorupki, i uwalnia się nasienie. Przychodzi chłodny okres i teraz nasienie dojrzewa kolejne kilkadziesiąt dni. Wczesną wiosną wybija się z gleby malutka "sadzonka".
Postępując jak na zdjęciach ja ten proces przyspieszam. Uwolnione nasionko przez około m-ca "dojrzewa" w lodówce jak w naturalnych warunkach. To jest proces stratyfikacji.
Część nasion puści zalążek korzenia po 28 dniach na tyle, by można je już było przesadzić do małej doniczki. Pozostałe później lub w ogóle, jeżeli nie ruszą.
W doniczce po m-cu powinien pojawić się "krzaczek". co potem...? Jeszcze nie wiem. Wygląda na to, że z końcem lipca, początkiem sierpnia będę miał już gotowe sadzonki przynajmniej dwóch odmian.
W czerwcu przyszłego roku pojadę sobie do tego Arboretum czereśniowego, które "podrzucił" Dawid (nie daleko Mateusza). Objem się tam czereśniami i zachowam konkretne pestki do kontynuacji własnej, konkretnie opisanej hodowli.
Obecnego eksperymentu nie przekreślam, będą sadzonki miały swoje miejsce na wsi. Dopiero za kilka ładnych lat się okaże, co z tego wyrośnie;)
Ale tak sobie to zaplanuję, by wszystkie miały warunki do zapylenia, no chyba, że będzie też odmiana samopylna extra.
Pamiętam z dzieciństwa aleję czereśniową u babci, przy drodze gruntowej prowadzącej do wsi. Zawsze chciałem mieć własne czereśnie:) U babci w sadzie rosły wiśnie szklanki i papierówki. Śliwek nie pamiętam. Była grusza ale owoce niesmaczne.
Dzisiaj popularne stają się alejki czereśniowe, w tym z gatunków ozdobnych. Ja celuję w tradycyjny, trochę bezładny układ sadu ale z przemyślanymi (pod kątem plonowania) nasadzeniami.
Wzmiankowane Wojsławice k. Niemczy są około 70km od mojej wsi ale z perspektywy trójmiejskiej to fakt - obok :) na tyle obok że po drodze na pewno :) tak więc zakołonotuj.
Ja tam się nie znam ale stratyfikacja chyba dotyczy nasion w pestkach a Pan żeś się już ich pozbył. Większość procesów stratyfikacji dla nasion pestkowych nie zakłada wydłubywania nasion z łupin, przynajmniej się nie spotkałem.
https://www.encyklopedia.lasypolskie.pl/doku.php?id=c:czeresnia-ptasia-nasiona
Z innej beczki. Ma ktoś doświadczenie z sadzeniem i hodowlą bambusów mrozoodpornych?
El Czariusz
26.06.2025, 11:03
Też w sumie...
...wczoraj mnie Muchozol rozjebał mocno i sobie w głowie powtarzałem ten tekst śmiejąc się sam do siebie. Dobrze mieć taką muszkę.
jestem mucha co z niejednego gówna chleb jadła
No nie mogę :)
Obaj zapisaliście swój udział (ale nie razem) na kilku mocno kultowych Biesowiskach. Ty na jednym, nietypowym. Nazwanym: Biesowisko 3 i 1/3 - bo było "letnie".
Gdybym akcję ściągania Cymesa spod Komańczy opisał bez świadków, nikt by w to nie uwierzył.
Trzy eMki z koszami i Pastor na krowie...
Mucha zawsze przyjeżdżał na GS-ie, kiedy reszta motocyklowych pedałów w puszkach. Na pierwsze Biesowisko wiozłem w przyczepce mW -750 Konrada, która ciągnąłem akurat Jake`em - Białą HJ 60.
Pogoda w ciągu jednej nocy zmieniła się z normalnej jesieni na piękną zimę. Spadło wtedy pół metra śniegu, który towarzyszył nam już w Bieszczadach.
Zapięty napęd na cztery koła nas uratował ale strachu się najedliśmy, bo jechałem na 33-calowych emtekach...
Tego wieczora zjechała większość ludzi. Następnego dnia dojechał Karol ze Sławkiem w samuraju bez połowy podłogi ale za to z plandeką, zamarznięci na kość, wsunięci w... śpiwory.
Przyjechali następnego dnia, bo umówili się w Zielonej Górze o 12-stej. Tylko niedoprecyzowali sobie - której.
To oni spotkali na trasię tę powracającą, hardcorową wyprawę Brytyjczyków na wschód, której lider najdalej dotarł do Bydgoszczy.
Tak się chłopakom impreza spodobała, a zwłaszcza prezentacje, że postanowili z czystych pasjonatów dalekich podróży zorganizować własną, bardziej hardcorową od Brytyjczyków. Co to była za wyprawa niech świadczy fakt, że dwóch kamczackich Robertów nie wygrało prezentacji w 2009-tym.
A przecież to była (Iziego I Moviego) jedna z najbardziej kultowych, jakie przewinęły się (znaczy ich bohaterowie) przez to forum...
Tak, że ten...
Nie lubię dziadka! Jak mówi do mnie Kacper, kiedy mnie chwilowo nie lubi:)
Ściąganie Cymesa spod Komańczy nie jest rzeczą którą zapamiętałem najmocniej... BO
Mam wciąż przed oczami jak najebany jak szpadel Cymes wyjechał naprawioną emką na wstecznym z garażu Krysi i dokonał nawrotu na pełnej, wspomaganej jeszcze tym spadkiem podjazdu bliskim 40* chyba i wyjebał się razem z zaprzęgiem przykrywając się wozem.
Przysięgam, że byłem pewien naonczas, że zostanę mimowolnym świadkiem czyjejś śmierci i trzeba będzie oglądać krew i mózg. O ile tam jeszcze był jakiś mózg :D Promile ochroniły go jednak jakimś cudem i nie dostał w łeb tym koszem ale Ema pokazała brzuch w całej okazałości. Cud. Tylko tak można to nazwać.
No i oczywiście pamiętam jeżdżenie z naleśnikiem po lesie legałnie - motocyklem. Podczas gdy wszyscy inni wieżli się w autach - niestety, nie kurzyło się :/
Co do bam-busów to na basenie w oleśnicy rosną bambusy w części zewnętrznej saunarium. Nie wygląda mi na to aby je ktoś 'hodował' - od lat mają się nieźle ale nie wiem jaki to typ/odmiana/gatunek. Jeśli Ci to ma w czymś pomóc to mogę kiedyś zrobić zdjęcie.
El Czariusz
26.06.2025, 11:21
Ja tam się nie znam ale stratyfikacja chyba dotyczy nasion w pestkach a Pan żeś się już ich pozbył. Większość procesów stratyfikacji dla nasion pestkowych nie zakłada wydłubywania nasion z łupin, przynajmniej się nie spotkałem.
https://www.encyklopedia.lasypolskie.pl/doku.php?id=c:czeresnia-ptasia-nasiona
Z innej beczki. Ma ktoś doświadczenie z sadzeniem i hodowlą bambusów mrozoodpornych?
No to moja więdza sięgnęła w procesie jej nabywania ciut dalej;)
Tak, stratyfikacja polega na "przerwaniu" długiego spoczynku nasion. Długiego czyli tego, o którym wspomniałem.
Obecnie przez stratyfikację rozumie się wszelkie sposoby czy zabiegi prowadzące do przerwania stanu spoczynku nasion, polegające na traktowaniu ich przez określony czas chłodem lub na przemian chłodem i ciepłem, przy odpowiedniej wilgotności i dostępie powietrza.
Moje nasiona strayfikację przechodzą jeszcze szybciej, bo ułatwiam/przyspieszam im proces "wybudzenia". Usuwając skorupkę z pestki dodatkowo.
FJyswu3k5bs
P.S.
O bambusach to trza jedno pamiętać, że to gatunek mocno inwazyjny (chyba) i potrzebuje wody fchuj jak wierzby.
Mocno by się nad tematem pod tym kątem pochylił.
El Czariusz
26.06.2025, 12:03
...Mam wciąż przed oczami jak...
No i oczywiście pamiętam jeżdżenie z naleśnikiem po lesie legałnie - motocyklem. Podczas gdy wszyscy inni wieżli się w autach - niestety, nie kurzyło się :/
...
No i jakiego przewodnika zajebistego mieliśmy. Prawdziwą legendę LP. W bagażniku HJ-tki wiozłem wtedy Pastora.
A w ogóle na te Biesy umówiłem się z prezesem, ze pojedziemy w dwa auta tuż przez na UA. Na granicy w Krościenku dowiedziałem się, że Elwood nie ma aktualnych badań technicznych. Tak, że prezes pojechał na UA sam a ja wróciłem do Krysi. 7 dni mogliśmy spokojnie hulać legalnie po polasach.
Co do przypadków śmiertelnych, Biesowisko ocierało się o nie co rusz. W niedoszłe morderstwo zamieszany był cytowany to amiho Muszkin.
Najpierw, głęboko nad ranem szedł pod prąd, kiedy wracaliśmy z "orkiestrą" czyli duetem Romka i Arka Zawilińskiego po biesiadzie "na chatę" do Krysi.
Szedł pod prąd, bo szedł pod prąd. Strumieniem wzdłuż drogi, by się nie zgubić a wiadomym było, że strumień przepływa koło Krysi i tylko tam jest prąd, czyli światło na słupie.
Zatem Mucha szedł pod pod prąd, by dotrzeć do prądu, by zobaczyć światełko w tunelu. Kiedy zobaczył, stwierdził, że Arka zabije.
Potem okazało się, ze "zapije" (chyba) ale nikt pewności nie miał. Ani ja, ani Fazik ani Arek, ani Romek. Piliśmy więc wspólnie do bladego świtu, czekając na wyrok Muchy.
Tuż przed zgonem Arek wyznał nam, że:
...jak mnie powiadomił Bohdan (Bohdan zaliczał każdą dziurę swoimi autami. Zaliczał w taki sposób, że potem za cholerę nie mógł wyjechać i przez Bohdana zawsze się walił program), że jest potrzeba wystąpienia na Biesowisku - zlocie Podróżników i Ludzi Dziwnych, uśmieliśmy się wtedy z kumplami braci artystycznej, że wy to nie macie pojęcia, co znaczy pojęcie "Ludzi Dziwnych".
- No i co...? Dopytuje Fazik.
Myliliśmy się.
Przed państwem zespół: Na drodze. Śpiewa i gra mylący się (od czasu do czasu) artysta;)
VwX_Ymyl3K4
Był tez nieżywy Joszka Fiszer, którego znaleźlismy leżącego bez ducha na drodze. Wrzucilismy go do bagażnika Elwooda w środku nocy i... zapomnieliśmy o nim.
Za to nad ranem przypomnieliśmy sobie, że jeszcze nikt nie robił wąwozu i pojechaliśmy go robić. W wąwozie przypomnieliśmy sobie o Joszcze ale zjeżdżając do Krysi, znowu o nim zapomnieliśmy... Z Joszką to długa historia. Długa na pewno. Ciągnęła się przez kilka... Biesów.
Nieżywy Joszka wrósł w tę imprezę korzeniami jak mało kto.
Była Grażyna z Bukowca.
To znaczy nie z Bukowca ale tam się odnalazła, błądząc po lasach w okolicy.
Wyszła na papierosa w szpilkach i się zgubiła. W listopadzie.
Zjeżdżałem wtedy na Biesowisko dopiero około 5-tej nad ranem z chaty. Dosłownie na moich plecach jechała policja, do samej Krysi... Dziwne miałem uczucie ale...
Z radiowozu wysiadła dziewczyna w stroju dziwnym, mówiąca, że jest z Biesowiska. Tak poznałem Grażynę.
Nie będę już niż przytaczał. oficjalnie Biesowisko zostało przekazane w jedyne słuszne ręce.
Wiem, że przyjdzie dzień, kiedy Fazik wybudzi się z bieżącego letargu i będzie działał w temacie. Ja mam inne sprawy na głowie i w głowie przede wszystkim. Przede wszystkim nie chcę nikogo zamordować.
Ja już jestem z innej bajki.
Im szybciej się wyalienuję, tym lepiej.
El Czariusz
26.06.2025, 17:12
"Kilkadziesiąt opowieści (legend?) z puszczańskich wsi, kartoflisk i kombajnów zbożowych. Michał Chomiuk, niczym jeden z braci Grimm, wprowadza nas w świat legend i baśni, ale zaskakuje w nich takimi bohaterami jak policja, weterynarz czy lekarz.
W jego klechdach ktoś, zupełnie jak 100 lat temu, piecze chleb z krwią węża, ale zaraz potem dzwoni jakiś telefon i przychodzą sms...
Chomiuk opisuje świat wiejskich wierzeń, który już odszedł. Opisuje językiem surowym, wiernie, bo od środka, jednak mocno filtrując go własnym chomiukowym stylem. Opisuje świat wierzeń, guseł, zabobonów. Niesprawiedliwego postrzegania odmieńców i płci.
Świat magiczny, pogański, który tak chciał być chrześcijański (na jedno w sumie wychodzi). Ale też świat bóstw i bogów. O jakiego boga chodzi o Jahwe, Swarożyca, czy innego Zeusa, nie zawsze jest jasne.
Podobnie jak jasna nie jest tożsamość samego Michała Chomiuka - człowieka, który jako dziecko odmówił jedzenia zwierząt, a potem zdjął tysiące wnyków w lasach Lubelszczyzny i blokował polowania. Zatrzymywał harwestery w Puszczy Białowieskiej, łapał kłusowników w Lasach Janowskich, a kiedyś w krzakach nad rzeką Wieprz znalazł sarnę z pętlą na szyi i uratował ją, stosując sztuczne oddychanie.
Cóż można jeszcze powiedzieć o Chomiuku, który dzieli się oddechem z sarną? Jedna z jego sąsiadek twierdzi, że to zielarz, wiedźmin. Kiedy na przykład jedzie przez wieś na rowerze, to tak się ziemia trzęsie, że garnki lecą z pieca na ziemię, a szyby drżą w oknach.
MICHAŁ KSIĄŻEK, reporter i przyrodnik, autor m.in. Atlasu dziur i szczelin, Drogi 816, Jakuck...
El Czariusz
27.06.2025, 09:12
Mark Twain opisując swoją podróż po Europie, całkiem niemile wspomina Helwetię... W sensie zdegustowany był. Zdegustowany biedą i zachowaniem tubylców ale... z (przyjętą świadomie) manierą prostaczka za granicą;.
Przejeżdżając doliną Aare niemal w każdej wsi obdarte dzieci wciskały mu gałęzie, obfite w owoce czereśni licząc na zapłatę.
Kiedy Twain szurał po Europie, nasz Sienkiewicz smalił do redakcji Gazety Polskiej listy z podróży do Ameryki. Prawdziwy obraz dzikiego zachodu.
'...Pierwszego dnia przyjazdu, zamiast siąść w reading-roomie i zacząć pisać studia o obyczajach amerykańskich, jak to uczyniła pewna korespondentka do jednego z pism warszawskich, która od razu, przez cudowną prawdziwie intuicję obyczaje te zgłębić potrafiła, wyszedłem na miasto przypatrzeć się choćby przelotnie wszystkiemu.
Prawda, że w nocy nie doznałem tak silnych wrażeń, jak rzeczona korespondentka, której wystrzały rewolwerowe strzelających sobie we łby Amerykanów oka zmrużyć nie dały, nie tylko pierwszej, ale i następnych nocy jej pobytu w Stanach Zjednoczonych.
Co do mnie, spałem tak spokojnie, że mimo woli przychodzi mi wątpić, aby te ustawiczne nocne odgłosy, które słyszała korespondentka, miały istotnie tak tragiczne znaczenie; nie przesądzając jednak ostatecznie tej kwestii, od razu wyszedłem na Broadway i puściłem się na miasto..."
Żeromski...
Mato Bosko, jak ja się męczyłem z lekturami wszelakimi w szkole średniej... Przy Żeromskim umierałem, kiedy nahle...
W moje ręcy wpadł jego dziennik intymny. Zaczął go Stef pisać w wieku 18-stu lat.
Kolejne tomiki spisywał przez lat 10. Po tylu latach, dopiero teraz do mnie dociera, dlaczego ja nigdy nie byłem "obecny", tylko byłem "jestem".
Wtedy naturalnie...
Dziennik nie cieszył się popularnością czytelników, z racji specyficznej, nie zawsze zrozumiałej narracji...
"Urodziłem się dnia 14 października 1864 roku we wsi Strawczynie z rodziców Wincentego i Józefy z Katerlów. Rodzice moi dzierżawili wówczas wieś Strawczyn o kilkanaście wiorst od Kielc oddaloną. Wieś tę dzierżawili rodzice od czasu powstania, tj. do roku 1863 – mówię do roku 1863, gdyż od tego czasu ojciec zaczął szukać innej dzierżawy z powodu znacznych strat majątkowych, poniesionych w wspomnianych wyżej latach.
Po przemieszkaniu w Strawczynie około roku rodzice przenieśli się do wsi Wola Kopcowa, także w bliskości Kielc położonej. Po przebyciu tutaj lat trzech, straciwszy więcej jeszcze na nieintratnym tym majątku, przeniesiono się do wsi Krajno – a stąd w końcu do obecnie jeszcze zamieszkiwanych przez ojca – Ciekot..."
Ten - młodzieńczy Żeromski mnie wciągnął jak rosiczka muchę. Klapka zapadła na dekady. Podobnie jak młodpolskie trele, gdzie akcentowano "jestem".
Będąc już na studiach, wszedłem do księgarni. Był to czas, kiedy królowały dowcipy (na czasie) o milicjantach typu: wchodzi milicjant do księgarni a księgarz - co, pada?
Nie padało ale była to księgarnia. Dzisiaj nie ma tam księgarni. Jest biuro europosła Magdaleny Adamowicz. Jej brat zlecił mi w nim renowację marmuru. Pecunia non olet.
Księgarni nie ma, ale była. Gdyby koło tej księgarni była (powiedzmy) knajpa u Kocura (z praskiej starówki) i miałbym wybierać, najpierw wszedł bym do księgarni.
Bo ja do księgarni wchodzę jak do parku z bogatym drzewostanem (pisałem, że - chyba - w pierwszym wcieleniu byłem drzewem) lub do zwykłego lasu, bez względu na jego charakter. Kiedy ten ma wydzielona polankę spadającą klifem do rzeki...
Nomen omen książki powstają z celulozy, ta z drzewa choć kiedyś i z konopii. Pewnie dlatego tak lubię stare, zmęczone wydania. A gdy jeszcze jest biały kruk...
No więc ja wchodzę do księgarni, bo mi nie wypada nie wejść. Wchodzę w 100 lat po podróżach Twaina, 110 - Sienkiewicza, w duchu mając na uwadze, że Żeromski urodził się równo 200 lat przede mną. Wchodzę i pytam panią sprzedawczynię:
- Dzień dobry... Ma pani coś dobrego?
Nic dobrego.
- Nic dobrego? Szkoda.
Nie szkoda. Nic dobrego, to debiut młodzieńczy amerykańskiego pisarza. Warto. Nie więcej już nie napisał.
- Dlaczego?
Zaraz potem się utopił.
Kupiłem Nic dobrego.
Pamiętnik z czasów bytowania w collegu Duncana Wallace - przyszłego topielca.
Komuna miała się wtedy w PRL-u doskonale. Miałem już zajęcia z filozofii za sobą, nudne jak flaki z olejem. Nic z nich nie zapamiętałem. Gdyby pedał, co wykładał nam "filozofię" robił to jak (wtedy jeszcze) dr Popinigis (ale już) światowej sławy biochemik, to może dzisiaj nie walczył bym z kowitowym szaleństwem a wyszedł bym w końcu z roli: żyję więc jestem i byłbym obecny.
Nawiasem mówiąc, pierwszy wykład profesora Popinigisa był o... alkoholu. Profesor rozpoczął go (czasy komuny) słowami:
- Alkohol, z arabskiego algoul - ostatni pocieszyciel duszy.
Z wykładów pedała nie pamiętam nic. Nie wiedziałem, że jestem uwięziony w klatce egzystencjonalizmu. Klatką jest tu i teraz ale przenoszą cię ciągle z klatki do klatki, bo tu i teraz nie trwa wiecznie.
Bez analizy matematycznej nie da się teogo "tu/teraz" zdefiniować, bo gdy teraz piszę, co piszę, to nie jest to tu i teraz, bo było. Nawet jeśli ktoś opanuje metodę szybkiego czytania do perfekcji, to i tak będzie w kolejnym wagoniku, bo ten "aktualny tu i teraz" jest już odczepiony.
Marazm egzystencjonalny "Nic dobrego" w owym czasie utrwalałem powieściami Ericha, który właściwie powinien być czytany od tyłu. Żaden Remarque... Że niby Francuz? Nie, zwykły niemiecki Kramer. Z niemieckiego: kupiec. Łuk Triumfalny, Czas życia i czas śmierci, Trzej towarzysze, Czarny obelisk... Tak zryły mi beret, że pijąc prawdziwą (wtedy jeszcze) żytnią, doszukiwałem się w niej wyrafinowanego smaku i egzystencjonalnej głębi.
Wszystko przez tego beznadziejnego filozofa...
Epilog.
W 1970-tym odkryto dwa stare, niepublikowane jeszcze tomiki dziennika Stefa. Po upadku komuny opublikowano pełen zapis dziennika (wcześniej dodatkowo okaleczonego cenzurą).
Musze przeczytać ubogaconą i pełną wersję.
Obecnie próbuję się wyrwać z egzystencjonalnej pustki.
Towarzysz Muchotencjusz de Mucha wrócił... na chwile pojawił się Plaku, do mnie zwracają się Darek...
Zanim przestanę być obecny, zepnę się jeszcze dla Stopy i dokończę temat tego, co było dla mnie prawdziwym Biesowiskiem z wariacją podróży koleją syberyjską.
Dzisiaj rano uściskałem Strażnika Domowego.
Po przesileniu dziennym wejdzie w strefę wakacji.
A`propos... jaki to początek lata?
Środek lata mamy już za sobą. Każdy dzień będzie coraz krótszy a noce dłuższe. Przesilenie letnie jest środkiem lata!
A kto nie wierzy, że ziemia jest płaska niech spojrzy na płaskowyż Auyantepui czy Roraimę, po której do dzisiaj biegają dinozaury!
[QUOTE=El Czariusz;882461]Obaj zapisaliście swój udział (ale nie razem) na kilku mocno kultowych Biesowiskach. Ty na jednym, nietypowym. Nazwanym: Biesowisko 3 i 1/3 - bo było "letnie".
Jak nie obaj - jak obaj. Na moim drugim; zarezerwowałem sobie łózko w salonie kawalerów (to pod oknem); ale Ell kulturrrarnie mnie stamtąd wyprosił, bo miał kolegę, którego jeszcze wtedy lubił bardziej niż mnie... No to uj - przeżyłem - pewnie ten Gdański pasztet czy inny paprykarz żałuje do tej pory. Ja nie żałuję, bo spało mi się całkiem dobrze; w łóżku 2-u osobowym, dupa rano nie piekła... Podobno obok mnie był właśnie nasz Śledzik. Całe szczęście, bo to może właśnie dzięki zapachowi śledzia do niczego nie doszło. Uff...
[QUOTE=El Czariusz;882461]Obaj zapisaliście swój udział (ale nie razem) na kilku mocno kultowych Biesowiskach.
Mucha zawsze przyjeżdżał na GS-ie, kiedy reszta motocyklowych pedałów w puszkach.
Niestety nie zawsze. Byłem jako jedyny; na jesień; - nie pamiętam roku - mój motocykl też nie pamięta - gdzie na nierównym podjeździe u Krysi musieliście pomóc mi zsiąść z motocykla. Do tej pory nie spełniłem mojej obietnicy dania w RYJ tym, którzy jadąc puszką igrali z moją śmiercią na zaparpackich winklach (czy jak to nasz Futrzak nazywa..?)
Potem (innego roku) Śledzik przyjechał (też jako jedyny) na motocyklu lc 4 czy jakoś tak się to nazywało - pewnie myślał, że mi dorówna (...ale gdzie tam: brzęczało to, że okoliczne niedźwiedzie barykadowały swoje gawry... potem się spierdoliło (ale chciał nie chciał muszę przyznać, że Rybka szybko to naprawił) Na swoją obronę powiem tylko, że to był spalony bezpiecznik gdzieś pod jego dupą... Pewnie grał chojraka, że niby tak odważnie, szybko zapierdala po tych koleinach... a tak naprawdę, to za przeproszeniem:srał pod siebie, że aż bezpiecznik przepalił.
:D
No dobra wrócę do mojego pierwszego Bieso: było to nietypowo, bo jakoś w lutym. Miejsc już nie było. Ale po tekście Ella tak mi zależało, że nalegałem: Ell a może to, albo tamto, a może weźmiecie mnie chociaż do nagonki... i to Go rozjebało i pozwolił mi przyjechać.
Pogoda była piękna: w chuj śniegu i słońce. Gdzieś mamy z tego przepiękne zdjęcia.
To był PRZEZAJEBISTRZY czas! Nie było żadnych nieporozumień. Jak było trzeba - wszyscy rozumieliśmy się bez słów.
Na zewnątrz: Wilczyca polewała pyszny bimber i ze względu na jej urokliwy urok i dar przekonywania - nie mogłem się oprzeć... w związku z tym nad ranem, zamiast wywalić parę muszych jaj dla potomności - brnąc w sniegu po kolana wyjebałem ze łba w landrowera, który niefortunnie zaparkował na mojej drodze.
[QUOTE=matjas;882464]Ściąganie Cymesa spod Komańczy nie jest rzeczą którą zapamiętałem najmocniej... BO
Mam wciąż przed oczami jak najebany jak szpadel Cymes wyjechał naprawioną emką na wstecznym z garażu Krysi i dokonał nawrotu na pełnej, wspomaganej jeszcze tym spadkiem podjazdu bliskim 40* chyba i wyjebał się razem z zaprzęgiem przykrywając się wozem.
Przysięgam, że byłem pewien naonczas, że zostanę mimowolnym świadkiem czyjejś śmierci i trzeba będzie oglądać krew i mózg. O ile tam jeszcze był jakiś mózg :D Promile ochroniły go jednak jakimś cudem i nie dostał w łeb tym koszem ale Ema pokazała brzuch w całej okazałości. Cud. Tylko tak można to nazwać.
Tak, brzmi to dosyć (dobra: bardzo) irracjonalnie: ale mimo wszystko: był to bardzo pozytywnie (nie mogę znaleźć lepszego słowa) spędzony czas. Czy ktoś z Was spędził ok. 3-ch dni w garażu..? Z przyjaciółmi próbując naprawić motocykl..? I nie nudząc się? Dla niewtajemniczonych dodam, że chłopaki utknęli w trasie i Ell. pojechał po Nich w środku nocy -rezygnując z rozrywek jakie na Niego czekały.
Dobra. Przyjechali nad ranem jakoś - chyba nawet nie dali rady pić - nie pamiętam - w każdym razie wypiłem za Ich zdrowie (każdego z osobna) no i potem, za te szczęśliwie ściągnięte motocykle. Fajnie, bo jak dwa gary to podwójny strzał się należał się. ;)
No dobra: naprawiamy - każdy ma gdzieś imprezę, bo koledzy są ważniejsi - chuj, że na sali trzeba trzymać fason, a w garażu można najebać się letko mocniej.
Ale nie - uwierzcie mi: wolimy garaż i nikt tam nie był za bardzo pijany. Kochana Krysia donosiła nam zagrychę - której zresztą nie potrzebowaliśmy za bardzo, skoro nikt nie pił...
Karwa, te dni minęły tak szybko, że musiałem zostać do poniedziałku - żeby ochłonąć.
W poniedziałek w ramach przygotowań do wyjazdu, Krysia zabrała mnie na przejażdżkę podczas której kupiłem trochę miodu i książkę o Bieszczadach.
Jako niezależny bibliofil, nigdy jej nie przeczytałem. Ale faza została - ponieważ po gruntownych kalkulacjach stwierdziłem, że nie mam wystarczająco pieniędzy na wahę - na powrót do domu.
Krysia przenocowała mnie jedną noc - nie kąpałem się tego dnia, żeby zrekompensować koszty. Zresztą jak każdego innego...
Pożyczyła mi na benzynę...
Aha, i sedno: reperowali my to w chuj czasu - wreszcie Pan Pastor się "wkurwił" - wziął narzędzia, spawarkę w swoje ręce i naprawił to w chwilę...
Tak, że ten...
Nie lubię dziadka! Jak mówi do mnie Kacper, kiedy mnie chwilowo nie lubi:)[/QUOTE]
po prostu powiedz Mu, że nie mamy nic innego do jedzenia... Mały zrozumie.
Co przeżyliśmy razem na Biesach, to nasze.
Postaram się poprosić Ella., żeby wrzucił Wam parę zdjęć - jacy byliśmy szczęśliwi.
Ja też gdzieś mam - ktoś mógłby powiedzieć: jak można nie wiedzieć, gdzie ma się takie ważne zdjęcia..?
Ja nie przykładałem do tego tak wielkiej wagi, bo za rok będzie podobnie -znowu to przeżyjemy - to mój błąd - bo kurwa: nie było tak samo. Każdy rok był inny. A obrazy i dotyk dłoni widzę i czuję do dzisiaj.
El Czariusz
28.06.2025, 09:04
Spojrzenie alternatywne.
"Czereśnie popier... te małe czerwone kurwięta tylko siedzą i knują, jak tu człowiekowi popsuć poranek. Jak nie konsumentom, to sadownikom zawsze ktoś cierpi z powodu czereśni. Jeszcze do niedawna ludzie płakali, że za cenę kilograma owoców trzeba dać tyle, co za metr kawalerki w Sopocie. Teraz, kiedy podaż wzrosła, to sadownicy załamują ręce. Ja się nie wypowiadam, bo by mi czereśnie powypadały z gęby.
Tymczasem czereśnia nie tylko rujnuje ludzi, ale w dodatku łże jak najęta. Tak naprawdę czereśnie to owoce wiśni, tylko że ptasiej. Mamy ptasią grypę, ptasie móżdżki, no i ptasie wiśnie, czyli czereśnie. Warto mieć to na uwadze, gdyby ktoś za bardzo w piórka obrósł.
Wiele niesłowiańskich języków w ogóle nie wyróżnia oddzielnej nazwy dla czereśni. Dla nich to po prostu cherry, kirsche albo cerise, tak jak inne wiśnie. Słowo czereśnia wzięło się od starożytnego miasta Cerasus w dzisiejszej Turcji, tak jak wakacje od waka`cjus, co w starotureckim znaczy "spółkować z kierowcą autokaru".
Faktycznie, Turcja słynie z czereśni, a odkąd zaczęliśmy tam regularnie jeździć, również z czereśniaków. Nie można jednak ich tak sobie przywieźć w bagażu podręcznym. Jakiś czas temu czereśniowa przemytniczka dostała za 3 kilo czereśni 300 zł kary na lotnisku w Gdańsku. W 2022 roku jeszcze by na tym zarobiła, bo czereśnie na rynku pierwotnym dochodziły do 260 zł za kilogram. Cen z rynku wtórnego nie znam, bo się archiwum zesrało.
Skoro przy tym jesteśmy, to z czereśniami trzeba ostrożnie z kilku powodów. Po pierwsze, są jak Helena Trojańska, tylko zamiast okręty w morze, wyprawiają ludzi na porcelanę, bo zawierają sorbitol, czyli naturalny alkohol cukrowy. Można się po jego nadmiarze nadąć jak radny na otwarciu Biedronki, a można zamienić w gejzer pionowego startu. Czereśnie w Europie zawdzięczamy, tak jak inne gówniane rzeczy, np. salut i prawo Rzymianom.
A konkretnie wodzowi Lukullusowi, który powinien nazywać się Łykullus, bo pochłaniał czereśnie w takich ilościach, że na jego cześć wymyślono termin uczta Lukullusa. To podróż kulinarna, która rozpoczyna się sałatką owocową, a kończy koncertem jelita grubego.
Po drugie, czereśnie są bronią zakazaną konwencją Jordanowską. To od ogródków Jordanowskich, których blaszane zjeżdżalnie latem paliły ogniem tysiąca słońc, a zimą metalowe słupki niewoliły więcej języków niż chińscy cenzorzy i krówki mordoklejki. No więc konwencja Jordanowska stanowczo zabrania wykorzystania czereśni w charakterze broni miotanej, jeżeli uczestnicy potyczki mają na sobie ubrania z grubsza białe. Czereśnie zawierają antocyjany i farbują do tego stopnia, że kiedyś używano ich w charakterze szminki.
Poza antocyjanami czereśnia zawiera amigdalinę, która w kontakcie z kwasami żołądkowymi zamienia się w cyjanowodór. Franca trzyma ją szczelnie zamkniętą, więc trzeba by rozgryźć 200/300 pestek, żeby się człowiek przez czereśnie wybrał do krainy wiecznych lodów, nigdy nie kumałem, dlaczego ktoś miałby wybrać na emeryturze od życia polowanie zamiast nieograniczonego ciamkania Bambino.
Poza amigdaliną czereśnie zawierają również melatoninę, więc garść przed snem działa podobnie jak fikuśne tabletki reklamowane w radio pomiędzy spotami na suchość dróg rodnych."
El Czariusz
28.06.2025, 11:01
Co przeżyliśmy razem na Biesach, to nasze.
Postaram się poprosić Ella., żeby wrzucił Wam parę zdjęć - jacy byliśmy szczęśliwi.
Ja też gdzieś mam - ktoś mógłby powiedzieć: jak można nie wiedzieć, gdzie ma się takie ważne zdjęcia..?
Ja nie przykładałem do tego tak wielkiej wagi, bo za rok będzie podobnie -znowu to przeżyjemy - to mój błąd - bo kurwa: nie było tak samo. Każdy rok był inny. A obrazy i dotyk dłoni widzę i czuję do dzisiaj.
Pod tym się podpisuję.
W podpisie mam, co mam.
Brakuje tam Kmicica. Musiał dorastać w nienormalnej rodzinie, która przed unijnymi normami schowała się głęboko na kolonii wsi.
Do 7-miu lat nikt (w sensie rodzic) o zdrowych zmysłach się takimi brzdącami nie zajmował. Robiły takie dzieci, co chciały - z pomysłami na "życie", o którym się nie śniło współczesnym im Nowackim, Kotulom, Muchom czy Spurkom a Biedronie i Śmiszki, były trzymane od dzieci z daleka.
Robiły te szkraby, co chciały bo rodzice nic o tym nie wiedzieli. Robiły to poza domem lub w domu, kiedy baczne oko rodzica zawieszało wzrok na sprawa "wyższej troski".
Wiadomo było, że jest granica tej dziecięcej swobody. Przekroczenie jej najpierw należało do dziecka. Bardzo często taki brzdąc szybko dostawał info zwrotne pod postacią złamanej gałęzi, załamanej tafli lodu, atak rozsierdzonych os. To potrafiło bardziej boleć od klapsa w tyłek, kiedy kubek z zawartością zmieniał stan skupienia w kontakcie z cudzą głową.
I tak dalej, i tak dalej...
Proca, dzida, łuk i strzały to był podstawowy elementarz. Wzorcem - najsilniejszy we wsi lub starszy brat, i gdzieś w tle ojciec. Najlepszym arbitrem elegancji był dziadek i babcia.
Im bardziej poukładana rodzina, tym lepiej. To rodzina z najbliższym otoczeniem - była małą ojczyzną i kościołem. Ojczyzną, nie - matczyzną.
Nie ma co relatywizować lub nie daj Boże, podchodzić symetrycznie.
Aleksander Macedoński nie był zły czy dobry... Był Wielki. Czyngiz Chan - Zdobywcą. Każdy na miarę swoich czasów.
SXHurG3eN-4
Masz rację Mucha, było fajnie.
Tak było. Gdybym miał charyzmę Kmicica...
Ja się zatrzymałem w rozwoju. Na dobrych pomysłach. Z perspektywy 55 lat stwierdzam, że jestem urodzonym solistą. I taki mi jest najlepiej.
Najlepiej jest mi solo. Dziwnym trafem wtedy potrafię wziąć pełną odpowiedzialność za siebie, swoje czyny. Nie ma nikogo koło mnie? Nie ma spalonych wsi.
W życiu tak się do końca nie da. Życie zmusza do interakcji i bycia społecznym.
Tak... Biesowisko było fajne. Do czasu. Jak EWG. Kiedyś przestrzegano surowych zasad. Bano się organizatora. Niestety... Organizator stał się różowy, potem tęczowy i Biesowisko się rozsypało. Bo oni (uczestnicy) przecież... itd.
Były kiedyś kółka zainteresowań - super. Z czasem to one stały się kołem zamachowym (zwłaszcza jedno), niby fajnie ale finalnie...? Finalnie przeszły w krąg terrorystów. Takie towarzystwo własnej adoracji.
Ostatnią, świeżą krwią tej imprezy była Zajebali.
Nie przebiła się. Formalnie władzę przejęła lewa strona tej imprezy. Zwolennicy szczepień. Ja zostałem faszystą. Zostałem wykluczony a sygnały docierały...
"Bohdan... chciałbym się dostać na Biesowisko. Jak się zapisać?
- Pisz do organizatora... Impreza naprawdę fajna tylko organizator pierdolnięty..."
Dwa lata później organizator jedzie z wystraszonym na jego wyprawę życia. Przeżył.
Wystraszony z niejednego pieca chleb jadł. Zasadniczo umoczony w gównianym interesie (budował Czajkę, tę warszawską). Spróbował czegoś nowego w życiu. Pojechał na czereśnie, dostał wiśnią szklanką po łbie.
46 dni razem...
Kilka lat później napisał powieść. Nie dało się streścić wszystkiego, co przeżył w te 46 dni, bo trza by było wyciąć całą Puszczę Białowieską, by to na czymś spisać.
Każdy jeden, kolejny dzień został zamknięty w sekundzie.
Sekunda, to mało...? Sekunda to wieczność. Kiedy odpadasz od ściany El Kapitan masz tych sekund blisko 20 do dyspozycji, zanim zgaśnie światło.
Nie jednemu po 20m już się wyświetla cały życiorys.
pJf86_l91-M
Zostało mnie (tak sądzę/mam nadzieję) jeszcze te 20 lat, by dokonać przewrotu.
W przyszłym tygodniu robię pierwszy krok. Najpierw proca dla Kacpra, potem malowanie golfa w... Zostawię wnuki na godzinę przy golfie, tylko pozaklejam szyby. Zapewnię narzędzia.
https://i.ibb.co/9mHb7NKB/IMG-20240615-173713.jpg (https://ibb.co/0pyCxc41)
Obiecane równo rok temu. Obiecaj dziecku...
Babcia tradycyjnie...
https://i.ibb.co/R4vBn75Y/IMG-20230728-200736.jpg (https://ibb.co/zHn7cNkQ)
Tymczasem...
https://i.ibb.co/JwGCzWyT/IMG-20240609-103241.jpg (https://ibb.co/FLynBk01)
...nie jest latwo tu się dostać ale...
https://i.ibb.co/TM1Ny7t6/IMG-20240609-085718.jpg (https://ibb.co/m50Pp24k)
...jak już...
https://i.ibb.co/twVDyrxN/IMG-20240609-074342.jpg (https://ibb.co/DP0Q3286)
...to jest pięknie.
[QUOTE=biker;877479]Ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że świat jest fabryką do tworzenia ludzi nieszczęśliwych. I że nie jest to kwestia braku wyboru, tylko dość świadomego wyboru, który jest wygodny dla garstki. Reszta się dopasowuje, nawet do największych absurdów. Tak jest w globalnej skali, ale też na poziomie naszych zwykłych codzienności, gdzie wplątujemy się w sytuacje niemożliwe i beznadziejne.
Czasem trzeba p...ąć pięścią w stół a newet go wywrócić i zacząć ŻYĆ
Dlaczego nie napisałeś: PIERDOLNĄĆ..!!!?
Masz zupełną rację (tylko,niestety teoretycznie) bo: ;jestem naprawdę załamany;: ale do większości Polaków, to nie dociera; nawiązuję tu do wątku w którym pisałem o Kanadzie... to zlepek ludzi z całego świata. W każdym miejscu widzisz wszystkie odcienie skóry. O skórzanych kurtkach nie wspomnę. A jednak potrafią współżyć, integrować się i nie zabijać nawzajem.
Naszej (chociaż to nie moja) mentalności nie da się zmienić tak szybko.
Przepraszam, ale Polacy w większości (mam szczerą nadzieję, że to jest jednak mniejszość...) nawet nie potrafi poprawnie pisać po polsku, a co dopiero wyrażać się z sensem lub mieć własne zdanie o czymkolwiek.
Radio maria i chuj... (to zajebiście po polsku).
Wydaje mi się, że nie możecie narzekać na mój polski. Byłem poza kilkanaście lat; nawet myślałem w obcym języku; wróciłem do innego świata, gdzie niektóre dzieci nie wiedzą co to jest długopis... (kugelszrajber - jakby nasz germaniec czytał).
Pojechałem do babki, która produkuje dobre pierogi - pyta: na kogo będziesz głosował - dyplomatycznie odpowiadam: że o takich rzeczach nie powinniśmy dyskutować przy pierogach...
Jej odpowiedz: ale żebyś wiedział: jak wygra Trzask, to zajebią nas emigranci, a jak nie dadzą rady, to zadusi nas Unia...
No i weź tu pierdolnij pięścią w stół.
Pierdolną bym jej w łeb - ale nie chciałem pójść siedzieć za głupią pizdę...
Nie obrażając naszych kochanych cipeczek ze zlotu "Baby na... i tu chyba się trochę pogubiły" Nie chcą naszego wsparcia - mimo wszelkich deklaracji - to... nie... a ja też chętnie zmieniłbym płeć na te kilka dni.
Liczę na to, że tak jak kiedyś Elwood ze względu, zaprosił mnie na Biesowisko, tak i nasze kochane kobitki (które pragnę poznać) też zlitują się..?
Nadmienię, że przeprowadziłem parę remontów i zrobiłem trochę mebli od zera. Tak, że miarką posługuje się dosyć sprawnie i w zamian za zaproszenie mógłbym wyręczyć Was w mierzeniu odl. od podłogi do Myszki... bardzo chętnie!
Mniam, mniam - ale zwyrol ze mnie... :D
Wybaczcie, poproszę... albo zaakceptujcie też poproszę!
Wiem, że to nie ten dział.
Ale, wydaje mi się, że im mniej kobiet to przeczyta tym lepiej dla mnie... chociaż mi już niewiele pomoże....
Chyba, że to zaproszenie... co nasze Panie..?
Wiem, że Fazik był i nic się nie działo. A ja przy Faziku to pizda jestem nie chłop.
;- )
El Czariusz
28.06.2025, 16:02
Przychodzi baba do lekarza i mówi:
- Z bliska nie widzę.
A z daleka?
- Z Koszalina.
Na dzisiaj tyle dobrego.
No i mamy obraz co El chciał pokazać .
A co chciał pokazać pytanie ?
Jam nie Babinicz jest zajebis...
A najbardziej to k… jak to nie zaproszony się bawił bo przecież zaproszenie od Fazika od gebelsow to nie to
consigliero
28.06.2025, 23:17
No i mamy obraz co El chciał pokazać .
A co chciał pokazać pytanie ?
Jam nie Babinicz jest zajebis...
Ale Świętości nie szargać,
bo trza żeby święte były
Nie chce mi się jeszcze spać - to podzielę się z Wami taką refleksją. Właśnie obejrzałem wiadomości o nielegalnym wypalaniu trawy - o czym my wszyscy wiemy. Picie i palenie trawy jest nawet zakazane na Biesach.
No i odnośnie trawy: taki zając, krowa czy koń wpierdalają rzeczoną trawę lub inne siano z trawy zrobione.
I teraz pytanie 26-go roku: dlaczego ich gówna różnią się wyglądem i konsystencją ?
P.S.:
Siedziałam na wszystkich... zależnie od apetytu czy pory dnia wybierało się różnie: miałam ochotę na sushi - koń, bigos czy inna fasolka po bretońsku - krowa, a na śniadanie, tradycyjnie chrupki z mlekiem od zająca.
Gdzieś wyżej Ell pisał coś o babciach czy ciociach. Nie chce mi się szukać i cytować. Napiszę o swojej.
W podstawówce marzył mi się motorower. Do tego stopnia, że jadąc rowerem, rozpędzałem się, przestawałem pedalić i wyobrażałem sobie, że to posiada silnik i samo jedzie...
Niestety motorynka kosztowała miesięczną pensję obojga moich rodziców.
Potem stary rzucił pracę i został ajentem (młodsi będą musieli wesprzeć się internetami). Otworzył mały bar, gdzie na stojąco jadło się co było w hurtowni: od wszystkich dań, które wymieniłam w poście wyżej do innych kiełbasek i pieczonych kurczaków.
Zaproponował mi pracę w ramach resocjalizacji. Każdego wieczoru myłem sztućce - On nazywał to: widelczyki. T.zn.: one same się myły będąc zalane ciepłą wodą. Dłużej zajmowało mi ich liczenie (stary płacił od sztuki) niż wyjmowanie z wody.
No dobra: w ten sposób zarabiałem i każdego miesiąca zarobione dziengi pakowałem w woreczek, podpisywałem i skrzętnie ukrywałem przed moim starszym bratem, który jako junior zdobył wicemistrzostwo Polski i był powoływany do kadry Polski w piłce nożnej. Niestety nasza 3-ia furia sfaulowała go i długo nie pograł... a pieniędzy potrzebował.
Wracając do Babci - wiedziała, że zbieram na upragniony motorower. Miała kawałek pola i zaproponowała, żebyśmy zaposiali tam truskawki, które sprzedamy i będę zapierdalała 50-tką.
Tak zrobiliśmy. Truskawki wyrosły. Zebraliśmy je - Babcia załatwiła łubianki (młodzież - internet). Stary podwiózł do hurtowni, a tam powiedzieli: że małe, nie kształtne, w piachu, itd. Dziwne to, bo przecież oni wtedy nawet nie słyszeli o E.U.
W każdym razie Babcia; w bardzo kulturalnych słowach; powiedziała im co myśli i kazała nam się wynosić.
Pomyślała o dużym zakładzie włókniarskim niedaleko Jej domu (Biawena), gdzie mnóstwo ludzi pracowało na 2 zmiany. Zdążylismy na tych, którzy wychodzili o 15-tej i cały towar opierdoliliśmy w tri miga i tak przez kolejne parę dni... I w ten sposób stałem się posiadaczem czeskiej jawki 50-tki.
El Czariusz
29.06.2025, 08:56
Jo, wyedytowałem posta, bo AI nie zostawiła na mnie suchej nitki, po wrzuceniu jej mego - posta do weryfikacji.
Ale była to już AI bardziej inteligentna emocjonalnie od takiej zwykłej, bo dopisała: na ch... ci to?
Odpisałem jej: jeb... cię pies!
- A ciebie dwa.
No to ciebie ten niedźwiedź od ruskiego myśliwego i... się AI zawiesiła.
Mucha - więcej spacji. Nie pisz tak ciągiem. Myśli Twoje bardziej przejrzyste dla oka będą.
Pracujące dziecko, by zrealizować swój cel, to coś pięknego. Piękne zjawisko.
W mojej okolicy rowerowej, w Sopocie w zeszłym roku dwójka dzieci, na ścieżce rowerowej sprzedawała lemoniadę własnej roboty z dużej wazy. Tanio nie było, na szczęście nie wziąłem kasy na przejażdżkę. Tanio, nie tanio. Zacnie. Najlepsza i tania to nauka biznesu.
W Chinach w ogóle się do takich biznesów ulicznych nie mieszają. W sensie państwo, i taki tani biznes kwitnie i wszyscy zadowoleni.
Człowiek, który sam na siebie zarabia, nic państwo nie kosztuje a jeszcze państwu służy.
My wybraliśmy inny model. Państwa sterylnego, z nowoczesną ochroną małoletnich.
Dzisiaj drugi dzień wakacji. Strażnik Domowy opiernicza mnie, że o 7.15 rano robię sobie kawę. W ekspresie do kawy, który dostałem od wiary biesowej na 60-te urodziny. Wyje to, jak czterolatek, który domaga się swoich praw. Prawa do samostanowienia.
Tak! Mówi taki czterolatek sobie. Włożę widelec do kontaktu. Wszyscy już lecą z krzykiem, że...
No właśnie. Co się niby wydarzy, jeżeli jakimś cudem uda mu się jakoś wpakować ten widelec w dziurki? Zamiast krzyczeć, powinno się dziecku tłumaczyć:
- Pamiętaj Kacperku, celuj tak, by widelec równo wszedł do kontaktu. Wtedy kopnie widelec a nie ciebie.
Jak będzie starszy, bez bólu zewrze odpowiednie styki w rozruszniku, by odpalić golfa lub Lublina bez ingerencji w stacyjkę. Albo...
https://photos.app.goo.gl/s3j28chLqpSDz86d9
Drugi dzień wakacji...
Wczoraj dostałem info, że podrzucą nam szkraby w drugim tygodniu lipca. Z prababcią knujemy uruchomić Lublina w celu swobodnego transportu nieletnich. To, co mnie ekstra ucieszyło, to fakt, że Marysia i Kacperek mają "chwilowo" dość szkoły i przedszkola.
Dla mnie zawsze szkoła była zesłaniem. Każdy wolny dzień od szkoły przyjmowałem z radością, pod warunkiem jednak, że był to dzień wolny od szkoły dla wszystkich.
To, co mnie równoległe "martwiło", to puste podwórko a nie pełna szkoła. "Palić, rabować" w wolnym czasie z cennych sekund!
No właśnie... Puste podwórko.
Na razie muszę sobie poradzić z osami, które uwiły gniazdo w samym narożniku przy wejściu do garażu. Nie ma opcji, by nie było walki o eter, o czym się przekonałem wczoraj. Nie pamiętam, kiedy miało to miejsce przedostatnim razem. Pamiętam wczorajszy atak. Ucięła mnie jedna cholera.
Kiedyś obszedłbym się z nimi bezceremonialnie. Dzisiaj zrobię to z ceremoniałem. Wolałbym, by przeżyły ten ceremoniał. W końcu to nie komary...
P.S.
Muszkinie, na mojej tubie udostępniłem film z biesowych, biesiadnych tańców. Widać wyraźnie jak szukasz miejsca do złożenia jajek.
El Czariusz
29.06.2025, 22:21
Dzisiaj niespodziewanie zlądowały kasztany na Przystanku Oliwa.
Od razu wyższy level. Na rowerach nie pojeździliśmy, bo tych pilnują na razie osy, zatem ruszyliśmy w teren z buta.
Szeroko pojęte okolice Katedry Oliwskiej.
Wracając przez park koło Muzeum Etnograficznego zaszliśmy w podwórze tegoż na mini kiermasz.
Dzisiaj sporo tradycyjnej sztuki ludowej, nie żadnej cepelii ale klasycznej sztuki. Klasyka kaszubska.
Schowana przy bocznym wyjściu wystawa Instytutu Kultury i Dziedzictwa Wsi na szczęście wypadła nam po drodze i tam utknąłem.
Z dobry kwadrans rozmawiałem z paniami z Instytutu, które z pasją przedstawiły mi najnowsze pozycje, w tym z historii wsi. Z sympatią przyjęły moją krytykę Janickiego, za co wnuki otrzymały fajne prezenty ale na odchodnym zdołałem rzucić okiem na:
https://nikidw.edu.pl/seria-biala/
Rewelacja.
W przygotowaniu piąty zestaw bajek że Świętokrzyskiego zatem nabyłem rzeczone cztery.
Na dobranoc na pierwszy ogień poszły bajki podkarpackie, potem Suwalszczyzna i Podlasie, na finał maruszyłem pomorskie.
Zestaw czterech pozycji rzeczonych kosztował mnie 160zł ale nie żałuję.
Bardzo ciekawe podejście do tematu. Bajki zbierane jak grzyby przez autorów tyle, że nie po lasach a po wsiach.
Nagrywane w gwarze, "tłumaczone" na nasze. Można je odsłuchać w oryginale,skandując kod QR drukowany na końcu bajki.
Pięknie ilustrowane, z wykorzystaniem motywów ludowych danego regionu. Wybitni autorzy grafik.
Czekać będę na kolejne wydania, ze szczególnym akcentem na Warmię i Mazury. Albowiem bowiem kiedyś zaczytywałem się w rzeczonych, z dużym - co prawda opóźnieniem wiekowym ale co tam.
Gdzieś je mam, podobnie jak legendy z Bieszczadów. Bajki proste ale z morałem.
Na końcu każdej bajki słowniczek "wyrazów obcych" jak np. kunsztownica. W życiu bym nie trafił właściwego znaczenia.
To akurat z gwary kociewskiej (bajki pomorskie) ale jest i kaszubska. Kto zgadnie, co znaczy: strzyż?
Może się w treści kaszubskim poświęcony ów zagadkowy wyraz. Celem małej podpowiedzi dodam, że strzyż... szczekać potrafi.
El Czariusz
30.06.2025, 00:30
A teď příklad našich jižních sousedů, kteří plácají kosu
yyroGT8GPaU
El Czariusz
30.06.2025, 07:30
Drugi dzień wakacji.
Było: O Piekiełku, złej wsi, Czarnej Wodzie i kunsztownicy.
https://i.ibb.co/zVh1G2dL/IMG-20250630-062127.jpg (https://ibb.co/F4b9gYpf)
...Młynarz (cieżko chory) siedział pod chajdabaną Wierzycy i czekał aż we wsi zegar wybije północ.
Działo to się w kupalnockę.
Kiedy dzwony zaczęły bić na rzeczoną, golusieńki młynarz skoczył za radą kunsztownicy w największe pokrzywy... Zaraz potem wrzask jego przerażliwy (Aaaaaaaa!!) poniósł się po okolicy. Tak "...głośno krzyczał, że aż go ci, co w głębi lasu kwiatu paproci w noc sobótkową szukali, usłyszeli. Krzyczał, bo palić go całe ciało zaczęło okropnie. Chyba od tego bólu strasznego zobaczył nagle na wzgórzu joannitę na białym koniu..."
Dokładnie jak zaleciła i przewidziała kunsztownica.
W te pędy pobiegł do domu, szybko się nakrył kołdrą i zasnął.
"...Kiedy rano oczy otworzył, czuł się lepiej, dwa dni później jeszcze bardziej się poprawiło, a na trzeci dzień wyzdrowiał..."
8h wcześniej.
Kto przejdzie przez las pokrzyw, bohaterem zostanie! Rzucił dziadek Darek i dzieci ruszyły ostrożnie ku olsze samotnej, otoczonej chmarą zielonego rycerstwa niczym Jurand w Szczytnie. Ostrożnie, by zielonego płaszcza przypadkiem gołą łydką nie trącić!
Aż tu nagle, dziadek zmienił się w kunsztownika i gałęzią wierzby upadłej, odciął szkrabom drogę powrotu!
W wyniku zamieszenia, część bohaterskiego animuszu przerodziła się w panikę i młodszy zuch w pokrzywy wpadł! Lament poniósł się po okolicy... A okolicą był staw przy Młynie Oliwskim.
8h później.
Po wysłuchaniu bajki...
- Dziadku! A mnie od pokrzyw katar się zmniejszył!
Zaraz potem mały zuch zasnął snem kamiennym, uśpiony melodią...
https://i.ibb.co/S4Db4Szr/IMG-20250630-072339.jpg (https://ibb.co/nNq9NpFC)
...gwary kociewskiej.
El Czariusz
02.07.2025, 08:06
Gniazdo os zostało wczoraj zlikwidowane. Zauważyłem, ze budują nowe. W miejscu bardziej bezpiecznym dla otoczenia. Nie naruszają mojego bezpośredniego terytorium na Przystanku Oliwa. Ja uszanuję ich wybór. Można żyć koło siebie.
Po załatwieniu tematu - możemy spokojnie ruszyć na Zlot Graniczny.
Dzisiaj palenie ognisk.
Jutro wyznaczenie granicy nowej republiki - Globusa PeEl.
W 2007-ym przemierzałem Elwoodem północny brzeg Issyk Kul na wschód, w kierunku przejścia granicznego z KAZ.. W okolicach Kara Czunkur trafiłem na klasyczną, kirgiską wersję Buszkaszi. No nie szło odpuścić.
Zawody cudo. Po zawodach rozdanie nagród i powolne zamykanie imprezy.
Ja się świetnie nadaję na zamykanie wszelkich imprez, zajrzałem więc do jednego, dużego namiotu, gdzie celebrowano sukces "swojej" drużyny.
Zajrzałem i nie było opcji, by nie poświętować przyszło z sukcesorami sukcesu. Akurat trafiłem na konkurs śpiewania. Stałem się z mety "gościem honorowym", zaproszono więc i mnie do wyrażenia uczuć śpiewem.. Mając na uwadze to, co widziałem, czyli pokaz kunsztu jazdy konnej (nie żadnego tam "anglezowania") wziąłem oddech i...
ZCw9zp0hJw4
Nikt nie rozumiał słów ale "siła przekazu" była ogromna duchem, wywołała duże emocje. Dostałem burzę braw, ktoś zapytał o czym pieśń?
- O małym, Wielkim Rycerzu.
Naprawdę nie musiałem więcej tłumaczyć.
Jeżeli miałbym napisać, co mnie ukształtowało "pierwotnie" (kipisz górsko-stepowy), to siła przekazu telewizyjnej wersji Przygód Pana Michała w pierwszym, czarno-białym wydaniu.
Pamiętam - jak dziś, pierwszy odcinek serialu, wyemitowany w 1969-tym roku. Miałem dokładnie tyle lat, co mój Kacperek dzisiaj.
Wspomniałem o młynarzu, który "uleczył" się w pokrzywach. Następnego dnia musiałem podejść do bankomatu z rana i Kacperek poszedł ze mną. Po drodze zauważył siedlisko pokrzyw.
- Dziadek, a mogę dotknąć pokrzywy?
Możesz, pewnie. Jak będziesz się delikatnie z nią obchodził, to może się nawet nie poparzysz.
Kacper "dotykał" zwiększając "natężenie".
- Aj! Pali.
I... nic.
- A gdzie pali?
Pokazał na kłąb kciuka i tyle byle dalszego "palenia". Zero dalszej reakcji. Sam zdecydował i zaliczył proces poznawczy.
W nagrodę opowiedziałem mu, jak u babci Władzi na wsi przebrałem się za Winnetou i w samych gatkach przepasanych wiechcią słomy, na boso zakładałem orle gniazdo na wierzbie przy stawie.
Nagle gałąź wierzby się pode mną załamała i dziadek spadł w samo pokrzywowe epicentrum pod wierzbą!
- I co?!
Nikt dotąd - odpowiadam, i chyba nigdy potem, nikt nie słyszał tak drącego się w niebogłosy wodza Indian. Dziadka paliło całe ciało!
- Ale wyzdrowiałeś?!
No jasne! Nigdy potem nie wlazłem na golasa na żadne drzewo, pod którym rozrosły się pokrzywy:)
hdeZbxjQAxk
El Czariusz
07.07.2025, 09:38
Wróciłem z łona na bezłonie.
No może nie do końca bezłonie ale to inny świat.
Na łonie pozostał Brat Michał - pustelnik. Przechodzi przemianę.
https://i.ibb.co/yBG3f5xZ/IMG-20250704-194844.jpg (https://ibb.co/4g9QmM0X)
Wieczorne kątemplucie.
Rankiem doniosły...
https://i.ibb.co/jZw8RHRy/IMG-20250703-125302.jpg (https://ibb.co/prK1ynyf)
...krok w nową rzeczywistość.
Potem kolejne kroki inicjacji...
https://i.ibb.co/qFJMvkx9/IMG-20250705-112031.jpg (https://ibb.co/WpVWLgsF)
Ablucje.
https://i.ibb.co/G3fDGgt8/IMG-20250704-123613.jpg (https://ibb.co/Fqk1cG0y)
Potem żucie...
https://i.ibb.co/8DQ8Zggq/IMG-20250704-123451.jpg (https://ibb.co/7J0ymttP)
...pszczół.
Tak, to dzisiaj wygląda...
https://i.ibb.co/273SZP5V/IMG-20250707-070721.jpg (https://ibb.co/HDTChYXw)
...plaster w sensie.
Na łonie zaś dziwy takie...
https://i.ibb.co/BHcTScXS/IMG-20250705-075941.jpg (https://ibb.co/j9b31bc1)
i...
https://i.ibb.co/fVHs9tKp/IMG-20250704-160630.jpg (https://ibb.co/KcWJD7Qq)
...owakie.
W sensie jajka dziwne takie. Z jednym żółtkiem.
I w ogóle... Dziwnie.
Widziałem w okolicy ministra rolnictwa bez krawata, w gaciach samych.
https://i.ibb.co/HfL1YJ2g/IMG-20250705-134115.jpg (https://ibb.co/JwW02hdk)
https://i.ibb.co/PZCnTvNq/IMG-20250705-143113.jpg (https://ibb.co/mCzwvVGf)
Jak to minister... Na liczne pytania kręcił (sękacza wyborczego gratis).
Zresztą może to nie minister ale dziennikarz z tvp3 stojący obok ministra, pozdrawiał ministerialną świtę, odczytując długa listę świtującycvh i świtezianek.
Potem wszyscy dziękowali. Brawa dostał jednak tylko jeden. Ten, co przemówienie streścił do zwykłego:
- Dziękuję. Bawcie się dobrze.
To był Brat Andrzej. Ojciec prowadzący Brata Michała, któren by być zaincjowany do końca, musiał pożegnać jedyną.
https://i.ibb.co/3ybBLsQc/IMG-20250705-124132.jpg (https://ibb.co/xSbJRsd6)
Zipsw_Oi65c
Potem Narwianki zaśpiewały o tacie, co miał kosę i synu, co miał tatę z kosą i że potem obaj razem przepili siano.
https://i.ibb.co/BVgBcmz8/IMG-20250705-141937.jpg (https://ibb.co/4ZjpKcmB)
Dziwne to wszystko.
11-letni syn sąsiada jeździ traktorem aż miło, krowę wydoić umie, tymczasem my...
https://i.ibb.co/99X1z9bk/IMG-20250706-142454.jpg (https://ibb.co/Z6sFt6Bp)
l7RjvA_cAUA
Jak lubisz bajki wciąż, to polecam Ci Ceske Pohadky Pana Drdy. Czytałem je jako dziecko I były absolutnie fascynujace. W ub roku kupiłem sobie w Pardubicach w oryginale.
Wręcz zyskały na wyrazie.
M
El Czariusz
07.07.2025, 23:11
Elegancka podpowiedź. Bajki czeskie zakupione a, że wieś mam od czwartku na głowie, to będą w sam raz.
Przyceluję jeszcze bajki mazurskie, bo tymi zaczytywałem się na... studiach, no i będę obserwował nowości z lektur Instytutu.
Przez kilka dni byłem oderwany od rzeczywistości, poddając diagnozie stan ducha własnego i wiejskiego domu, któremu zamierzam przywrócić życie.
Nie to, że już wydehły ale wymaga wsparcia nieco.
Powrót do realu znowu wystawia moje organy na chwile próby, znieczulam się zatem każdą wiejską literaturą, zwłaszcza techniczną.
Wydechły pisze się przez "ch" bo to chyba od zdechnąć.
Z matury miałem 3+ ale razi mie to po ślońskich ślypiach
El Czariusz
08.07.2025, 08:28
Jedź po bółki:D
Wydehły pisze się jak pisze. Wydehnięty pisze się przez "cecha" ale i tak będę pisał przez "samocha".
Ludzie ze wschodu nie patrząc na bukwy, wiedzą - jak się słyszy. Ta "cecha" jednakowoż zanika ale giętkie ucho wyłapie.
Wyłapie ćwicząc wymowę: chleb - hamulec np. Nagle "ha" staje się tępe jak ostrza moich dwóch kos.
https://i.ibb.co/s9b7wv3c/1751953486163.jpg (https://ibb.co/gZmYTMgQ)
Widzoną na obrazku zabrałem ze wsi - sygnowana logiem SFK ale brzmi tępo i jest zdrowo przeciągnięta miejscami i mocno pofalowana. Idealny przykład nieumiejętnie klepanej kosy.
Dom kryje szereg skarbów, których obecnie pilnuje Brat Michał. Gdzieś kryje też babkę, jak zapewnia mnie kuzyn właścicielki. Mieszka w tej samej wsi, kilometr dalej i jest wychowany klasycznie. On zrobi wszystko (z pomocą zgromadzonego sprzętu). Jak trzeba, sfrezuje lub wytoczy (manualne wersje frezarki i tokarki) w stolarni zaś dorobi z drewna, co mu tam wyobraźnia podsunie. Wcześniej przetrze na równiarce itd. i tak dalej, i tak dalej...
Tysiące narzędzi poukładanych na stojakach, tablicach, stołach nad którymi powoli traci kontrolę. W jednej ze stodół stoi pod plandeką W 124 500E.
Z pasji pszczelarz, zbiera stare wagi. To on przejeżdżając podrzucił nam plaster miodu i zachęcił do żucia.
Szkoła klasyczna... Mąż, zdolny manualnie, żona - maluje piękne landszafty. Konserwatywna (kręgosłup katolicki) rodzina.
Jedyne, w czym mogę im zaimponić/zyskać szacunek, to samodzielnie doprowadzić do życia chałupę.
Sąsiad z za miedzy, mój imiennik - jako jeden z dwóch (po Wojtku) wypasa jeszcze krowy tradycyjnie. Na jednym zdjęć z poprzedniego postu, widać jak krowy zmierzają na wyżerkę. Najpierw Gosia w passacie B6 blokuje główne skrzyżowanie we wsi a Darek je w szybkim tempie przegania.
W piątki, świątki, bez urlopów, bez wolnego, coraz bardziej przytłoczeni unijną papierkologią i kontrolami, i czy inwentarz ma należyte, domowe warunki do bytowania. Bo wiadomo, to urzędnikom bardziej zależy, by inwentarz się zdrowo chował niż jego właścicielowi.
Ale... nie narzekam!;)
Bo jeszcze mi się dostanie.
P.S.
Od Tow. Zarodkiewicza dostałem pasek cienkiej blachy, na której poćwiczę klepanie.
Próba koszenia jednakowoż zaliczona. Czeka mnie mnóstwo czystej fizyki, w ramach pokuty za brak przystosowania do społecznego życia.
Mam półtora m-ca czasu, by się doprowadzić do stanu wykonawczego.
Tymczasem i ja zamówiłem:
https://i.ibb.co/20g19Gg4/Screenshot-2025-07-07-23-31-35-722-com-opera-browser.jpg (https://ibb.co/rK4RjD4r)
Prawdopodobnie zadam naiwne pytanie: baśnie Andersena przerobione..? :)
El Czariusz
11.07.2025, 19:23
Wakacje.
GzFhZFfZXLc
Jelcz ogórek to było busidło⌠pamięta ktoś sznurek przez całą długość żeby zawołać na żądanie? :)
Jak byłem małym bajtlem to największa przygoda było poprosić kierowcę żebym mógł
Siedzieć na pokrywie silnika. Całe 15km - las, serpentyny, wpatrywać się w zmiany biegów, sapanie hamulca. Nie każdy kierowca się na to zgadzał ale z reguły
Udało się wymiałczeć :) piękne wspomnienia.
Linia 32, Boguszów Gorce, Wałbrzych Śródmieście.
Po pierwszym Twoim zdaniu chciałem napisać o siedzeniu na silniku. To była zajebioza dla małolata. Pewnie młodzieży będziemy musieli podesłać jakieś zdjęcia, żeby wiedzieli o co chodzi.
:)
Ee tam jeżdziłem ogórkiem po placu tata z boku, a ile godzin przesiedziałem na miejscu koło kierowcy nie wspominam.
El Czariusz
11.07.2025, 21:35
Wczoraj późnym popołudniem wracamy z długiej wycieczki na Westerplatte.
Najpierw SKM, potem autobus sezonowy linii 606. Zwiedzanie, trochę historii i z powrotem
Na Żabiance przy dworcu wchodzę że szkrabami do cukierni.
- Dwa pączki proszę.
A dla pana?
- Walerianę.
Odbyliśmy podróż za jeden uśmiech. Na Westerplatte śliczna, młoda dziewczyna ustępuje mi miejsc w autobusie. Bardziej Kacprowi ale biorę go na kolana. Przy okazji zostaliśmy obdarowani pięknym uśmiechem.
Tak... Jak to w wakacje. Nie ma bajek. Dozuję serial z uśmiechem i Wakacje z duchami.
Legalnie i niech to gęś kopnie oraz: babciu ratunku!
Tak zostałem Dudusiem.
P.S.
"Każdego roku mały pingwin pokonuje ponad 8000 kilometrów wybrzeża, aby ponownie spotkać się z rybakiem, który uratował mu życie, gdy znalazł go pokrytego ropą i na skraju śmierci.
Ta prawdziwa historia ma miejsce w Brazylii, gdzie Dindim bezbłędnie wraca ze swojego naturalnego siedliska w argentyńskiej Patagonii do domu Joao Pereiry de Souzy - mężczyzny, który go uratował w 2011 roku.
Pomimo ogromnej odległości i swojej dzikiej natury, Dindim rozpoznaje swojego wybawcę, wita go z entuzjazmem i spędza u jego boku kilka miesięcy, zanim wyruszy w drogę powrotną.
Naukowcy wciąż nie do końca rozumieją, jak udaje mu się odnaleźć drogę, ale ta wyjątkowa więź poruszyła cały świat i stała się symbolem relacji między ludźmi a zwierzętami."
Był nie dawno film o tem z Jean Reno, dobry. A wracając do QnER45fQ1Fo to była super komedia .
El Czariusz
12.07.2025, 14:56
Bahdaj wymiata.
Podróż za jeden uśmiech, Wakacje z duchami, Do przerwy 0:1, Stawiam na Tolka Banana - to wszystko ekranizacje (nomen omen doskonałe) jego wybranych powieści młodzieżowych.
Znakomicie się czyta i ogląda.
Na tapetę dla szkrabów wjedzie jeszcze Pan Samochodzik. Też kilka ekranizacji z Mikulskim.
W ogóle jest fantastyczne forum Pana Samochodzika:
https://pansamochodzik.net.pl/
Kopalnia wiedzy i... w ogóle... bomba.
Przyjdzie jeszcze czas na Nizurskiego, potem Szklarskiego. Jak tylko ogarną czytanie ale i tak juz im nieźle czytanie wychodzi.
Tymczasem od kilku dni zaposiadowuję...
https://i.ibb.co/G4gN9y0Q/IMG-20250709-150932.jpg (https://ibb.co/Hfm3C6VT)
El Czariusz
12.07.2025, 19:17
wuM3a2tE9dg
EBkwoK63CkQ
zQD7OWu5ygw
Wersja kinowa.
2bOtskCqOxg
Pan Samochodzik w starej wersji.
64rEUa80Q6k
Co do reszty to jednak polecam lekturę Nienackiego.
"Świętą" trójcę zamyka Niziurski, z kultowym dla mnie: Siódmym wtajemniczeniem.
Tę jego kniżkę polecam przeczytać na końcu.
1. Księga urwisów.
2. Sposób na Alcybiadesa.
3. Niewiarygodne Przygody Marka Piegusa.
Kapitalna ekranizacja:
sGrZ7YfzYTE
4. Klub Włóczykijów.
5. Naprzód Wspaniali.
6. Siódme Wtajemniczenie.
Te czytałem, żadna mnie nie zmęczyła i na 100% do lektury ich wrócę. Ostatnia pozycja to ikona.
P.S.
Oglądamy we trójkę (z wnukami) pierwszy odcinek Podroży za jeden uśmiech (było na zachętę). Jest scena, w której Leszek Herdegen dorabia na lewo, na mieście GAZ-zem 69. Zabiera niby na stopa Poldka i Dudusia spod krakowskiego dworca. Widząc, tę nieprzystającą do współczesnej rzeczywistości scenę, Marysia dopytuje:
- Dziadek... a wtedy nie porywano dzieci...?
Zabiła mi delikatnie ćwieka.
W każdym razie bakcyl złapany. Drugi odcinek - już wypiekami. Skoro z otwartymi buziami przerobili Krzyżaków (podzielonych na 5 odcinków), to o dalsza edukację się nie martwię.
https://i.ibb.co/mVvCCP7R/IMG-20250709-121834.jpg (https://ibb.co/cSbccsdy)
Dzisiaj Junior odbierał drapichrusty i Kacper tatę wypunktował trzy do zera. Zbyszko z Bogdańca wie, że tylko frajerzy atakują miecz. Kontra i kłucie.
Do końca m-ca przerwa w nadawaniu.
Jadę ostatecznie sprawdzić, skąd wzięli się Bułgarzy, po których tylko nazwa się ostała w europejskim cyrku.
El Czariusz
18.07.2025, 07:45
W Bułgarii, nad morzem, gdzieś pomiędzy Kawarną a Kamen Briagiem.
Za stołem w jednej z nadmorskich knajp, stylizowanych już od dawna milutko i globalistycznie, zasiadła bułgarska rodzina, której królowała matrona o posturze menhira oraz jej małżonek: łysy, równie zwalisty i ciężki. Zasiedli za stołem i rozmawiali. W tle chałturzył jakiś wesoły muzyk, który grał na przemian covery Abby i Metalliki. Muzyk był wesoły a sala smutna. Choć robił, co mógł, nawet kawały opowiadał między kawałkami, to prawie nic nie osiągał, czasem jakiś lekki chichot. Aż mi go żal było.
Ale gdy muzyk przestał grać i nastała cisza, wtedy ten łysy, zwalisty zaczął śpiewać. Normalnie, jako gość przy stoliku. Z zamkniętymi najpierw oczami śpiewał. I była to pieśń jakaś stara, ludowa, z tym zawijasem bliskowschodnim, charakterystycznym dla Bałkanów, i po chwili do męża dołączyła matrona, do matrony, pozostali ludzie przy stole, a po chwili inni goście lokalu. Słuchałem zachwycony, i sam bym śpiewał, tylko że tekstu nie znałem. A i muzyk dołączył.
consigliero
18.07.2025, 08:01
Już to dzisiaj czytałem, podrzucone w ramach przeglądania sieci. Mogę tylko przytoczyć własną historię, gdzie zagrałem tego łysego w samolocie Kubańskich linii lotniczych
https://www.africatwin.com.pl/showthread.php?t=8328
El Czariusz
18.07.2025, 18:51
Łysy to zgrany temat.
Lata temu w Obzorze.
Jeden z wielu lokali. Wieczór, wszystkie obłożone z wyjątkiem tego, więc wchodzimy.
Nic się nie dzieje, dwuosobowa kapela przygrywa bez entuzjazmu. Puste stoliki, życie toczy się obok.
Strażnik pragnie kuchni lokalnej, coś tam zamawiamy, ja coś z alkoholowego sortu.
Nic się nie dzieje... Tymczasem kapela wchodzi w smutne, rodem z Rumelii Wschodniej nuty - porzucając covery z europejskiej listy przebojów.
Patrzę w oczy Strażnika Domowego... Wstajemy i ruszamy do tańca.
Dochodzi północ. Cały lokal bawi się z nami. Chwilę wcześniej do naszego stolika dosiada się dwóch o nie bladej cerze dżentelmenów, pytając wcześniej o zgodę.
Stawiają nam w rewanżu wino, ogromny dzban wina.
Obwieszeni złotymi łańcuchami, eksponują złote zegarki. Wzbudzają w lokalu szacunek. Kelner lata koło naszego stolika jak pszczółka Maja. Stolik zapełnia się frykasami, mafiozi zachęcają do konsumpcji.
Strażnik żałuje, że się już objadła, ja korzystam. Zamawiam rakiję w rewanżu.
Pijemy i bawimy się dalej. Wszyscy się bawią, wszystkie stoliki zajęte, przed lokalem mimo późnej pory długa kolejka chętnych.
Kapela rżnie na ludowo, mafiozi zawodzą przyciągając nuty, ale w cudnej harmonii.
Jeden ze stolików zajęty przez grupę rodaków świetnie się wkomponowuje w klimat.
Jestem w siódmym niebie ale pora się zwijać.
Przywołuję obsługę, chcę płacić ale jeden z mafiozów wykonuje "ten gest".
Zbijamy niedżwiedzie i wychodzimy.
El Czariusz
01.08.2025, 10:01
...kiedy się wraca.
Epilog.
"Rośnie rzesza ludzi, którzy nie tworzą żadnych wartości. Są tylko agentami pijaru. Nie wiem, czy cywilizacja sama się opamięta, bez wielkich wstrząsów czy tsunami..."
Lecimy od Krysi. Byłej sołtysowej Rybnego, królowej Biesowiska. Pogoda pod psem...
https://i.ibb.co/8npPmLLN/IMG-20250729-074040.jpg (https://ibb.co/CpZVw33m)
...rankiem sennie ale rześko.
Turystów na lekarstwo, cisza, spokój. Czekając na Mateusza, syna Krysi rozmawiamy ze Staszkiem i wspominamy stare, lepsze czasy. O ile lepsze...?
Dokładnie o 56% ale procent będzie rósł.
Kto ciekawy, niech zerknie sobie na f-rę z PGE, którą akurat mam przed sobą. Tyle extra płacimy za dwutlenek węgla.
Stasiu klei w kotłowni płytki, w przerwie pali ze Strażnikiem Domowym serbskie LD Rose. Na drogę dostajemy 10 jajek od prawdziwych, domowych kur, pasztet z dzika - nagroda z bieszczadzkich kulinariów, kolejnego konkursu lokalnych wyrobów, który Krysia wygrywa. Najlepiej wychodzą Krysi nalewki ale pasztet też dobry.
Krysia się lekko zżyma, bo to nie pasztet (wątrobianka), jak donosi Staszek.
Krysi nie ma, bo z samego rana pojechała załatwiać "sprawy" do Leska i nie zdążymy się pożegnać.
Jeszcze tylko Mateusz szybko pozbywa nas problemu w PaScudzie, likwidując czujnik otwierania drzwi. W sensie odcina ten jeden kabelek, który w kostce za to odpowiada. Te czujniki padają po swoim "przebiegu" a mnie nie muszą informować, że drzwi nie domknąłem jak pisklak przy małej chociażby zmianie ciśnienia w przedziale kierowcy czy też nierówności na drodze.
Tym bardziej, że zespół czujników funguje z centralnym zamkiem. Skutek taki, że nie zamkniesz auta pilotem ani nawet z kluczyka.
Mateusza powinni zapamiętać uczestnicy słynnego, dzikiego Biesowiska 3 i 1/3. M.in. Pastor czy obecny tu Matjas, kiedy to śmieli się ze składaka strucla - wiejskiego moto z "byle czego". Do mniejszego śmiechu było, kiedy dowiedzieli się, że moto (jak najbardziej fungujące) złożył sobie... 10-cio latek.
Dzisiaj ów dawny 10-ciolatek prowadzi swój własny warsztat:
https://i.ibb.co/3YhzwqCx/IMG-20250729-103558.jpg (https://ibb.co/0VJtkSG0)
Wklejam celem reklamy, bo może się jeszcze komuś przydać przy potencjalnej awarii na bieszczadzkich zadupiach. Mateusz zakończył edukację mechaniczną na szkole średniej (z wyróżnieniem) ale naprawia z pasją i zaskakującą wiedzą.
Jak właściciel warsztatu w Szypliszkach, który zaskoczył Fazika.
Co prawda Mateusz twierdzi, że z motorów się wyleczył ale...
https://i.ibb.co/tkLzzBK/IMG-20250729-103245.jpg (https://ibb.co/rTd33k0)
...za "stodołą"...
https://i.ibb.co/C3TNkmcq/IMG-20250729-103341.jpg (https://ibb.co/bM8qSQ0x)
...nie dokończony projekt.
Nie motocyklowy ale jednak. Silnik klasyk. 90koni TDI, hamulce z poloneza bodaj itd. Nie wiele trzeba, by jeździł. Niestety w "stajni" pojawił się quad i...
Ale nie o tym...
Bez pikania, z jajkami, pasztetem z dzika, papierówkami i czosnkiem z ogródka, ruszamy prosto z Bieszczadów do domu.
Jeszcze tylko krótki postój w Rzeszowie z tankowaniem na leclercu. Stacje leclerca dla oszczędnych polecam.
Do Rzeszowa dojeżdżamy na resztkach bułgarskiego paliwa, które jest najtańszym w unijnym bloku. Zaraz przy leclercu jest kebab, dużo lepsza alternatywa od jakiegoś maca czy kejefsiego. Najadamy się do syta i powinno nam styknąć do Gdańska. Kebab też polecamy.
Zasadniczo mieliśmy wracać pod koniec tygodnia ale załamanie pogody w Rumunii... o tym może później, więc mamy wczesne, wtorkowe popołudnie. Zatankowani po korek, najedzeni ruszamy 19-tką na Warszawę.
Prognozuję, że jak Warszawa nas nie przyblokuje za bardzo, to na 19-tą zlądujemy w Gdańsku. Nawet zaczyna przebijać się słońce...
To czemu na kawę nie zaleciałeś, jeśli w ten wtorek to mialem wolne?
El Czariusz
01.08.2025, 12:00
Następnym razem, bo...
wTjLZwpmufw
Okolice Janowa Lubelskiego. Ruch nieduży. Na poboczu ekspresówki stoi nowy LC. Trójkąt przed, znaczy problem.
Widzę, że kierownik próbuje zatrzymać auto w tle przed nami. Nowy land cruiser... jednak zdejmuję nogę z gazu.
30 lat wcześniej stałem tak na starej 7-mce, gdzieś między Mławą a Nidzicą. Testowałem w drodze do W-wy nową C-15 stkę. To już druga była w małej flocie wschodzącej gwiazdy biznesu globusa PL - czyli mnie. Zabrakło mi paliwa, bo rezerwa inaczej reagowała niż w tej pierwszej.
Stałem już tak kilka godzin i nikomu nie było w głowie się zatrzymać aż nastała noc głucha. Były to czasy złe, koniec XXw. nie był do końca bezpieczny na drogach więc w sumie się nie dziwiłem.
O drugiej w nocy, to już czystym aktem odwagi było zatrzymać się w podobnej sytuacji. Pogodzony z faktem, że trzeba będzie przekiblować do rana i jakoś dalej sobie radzić zauważyłem dwie żółte świeczki powoli się do mnie zbliżające. Machnąłem...
O dziwo świeczki zatrzymały się. W skąpym ich świetle pojawił się starszy pan. Właściciel Skody 105.
- Może w czym pomogę?
Głupia sytuacja proszę pana... Po prostu zabrakło mi paliwa.
- Wcale nie głupia, głupio tak bez zapasu jeźzić.
Ma pan rację ale jestem po fakcie.
- Pewnie nie ma pan kanisterka?
Nie mam, głupio się uśmiecham...
- Niech pan wsiada. Niedaleko, z jakieś 5km jest stacja paliw. Kupi pan tam sobie kanisterek i napełni paliwem.
Z nieba ciemnego jak sumienie faszysty spadł mi ten starszy pan! na stacji kupiłem kanister, paliwo i wracamy.
- Proszę zalać najpierw zanim odjadę. To diesel, oby się nie zapowietrzył.
Instalacja ma pompkę, więc najpierw pompuję paliwo. Po chwili kręcenia silnik odpala. Jestem niewymownie szczęśliwy! Szybko sięgam do portfela i wyciągam 20zł "za fatygę". Za dwie dychy można było wtedy nalać 12 litrów paliwa...
- Proszę zatrzymać pieniądze i teraz ja mam do pana prośbę.
Słucham!
- W podobnej sytuacji na drodze, proszę się zatrzymać jak ja i spróbować pomóc. Czasami wystarczy się tylko zatrzymać. Sama świadomość, że nie jest pan zostawiony sam sobie potrafi zdziałać cuda.
30 lat później... zdejmuje nogę z gazu. Strażnik Domowy wie, że choćby skały srały ja się zatrzymam. Zna te historię i nieraz podobna sytuacja miała już miejsce.
Zatrzymuję się za toyotą i cofam na odległość holu.
- W czym mamy problem?
O jej... strasznie głupia sprawa... Zabrakło mi paliwa. Wiem, ze to głupio wygląda ale żeby było śmieszniej, zostawiłem telefon w firmie.
- Zdarza się, choć trudno to sobie wyobrazić, uśmiecham się. Nieszczęścia lubią chodzić parami.
Ma pan rację ale jeśli użyczy mi pan telefonu, to ja już sobie poradzę.
- Nie ma problemu ale możemy go w banalny sposób szybko rozwiązać sami.
Po prostu pana zholuję na MOP, który jest dosłownie za kilometr, bo sami rozważaliśmy zatrzymanie się na nim. Dolałbym panu od ręki paliwo ale wyjątkowo nie zalałem dodatkowego kanistra, bo jestem zatankowany pod korek.
Przy okazji sam się dziwię, ze tego nie zrobiłem.
Ale, zdaje się, na drodze szybkiego ruchu nie można holować...?
- Długo pan stoi?
Dobre półtorej godziny.
- Za 5 minut będziemy na MOP-ie, i wtedy szybko rozwiążemy problem.
Gość jest wyraźnie zszokowany. Jak wspomina, już dawno nie czuł się tak "ubezwłasnowolniony", wręcz bezradny ale powoli wchodzi na normalny poziom.
- Cholera, przecież znam ten MOP. Tam się ludzie zatrzymują i na pewno ktoś by mi telefonu użyczył...
Na MOP-ie udaje mi się ściągnąć paliwo do 5-tki jako miarki. Zalewamy toyotę. Udaje się ją odpalić, zlewam kolejne kilka litrów, by mieć pewność, że nie stanie gdzieś po drodze do Niska, gdzie mieszka i prowadzi firmę.
Ale to nie koniec przygód. Okazało się, że musieliśmy jego firmę wygóglać, bo do nikogo (nawet do żony i syna) nie pamiętał numeru telefonu.
Śmiejemy się, bo ja też nie pamiętam! Strażnik Domowy - mój tak.
Zostawiliśmy na chwilę pana, by z mojego telefonu szybko ogarnął, co miała ogarnąć. Przeprosił jeszcze na chwilkę, bo miała na mój numer oddzwonić jego żona.
Po rozmowie z żona pan Marek, bo tak miał na imię zwraca się do nas.
- Szanowni państwo... państwo wracacie do domu a pora już późna. Do Gdańska daleko a ze względu na pogodę, skróciliście urlop więc... wnoszę, że nie musicie się państwo "aż tak spieszyć". ja proponuję państwu - nalegam wręcz, by skorzystali państwo z naszego letniego domu w Lasach Janowskich. Tam mamy wszystko, co jest potrzebne do życia, przede wszystkim ciszę i spokój. Spokojnie się państwo prześpicie i jutro podejmiecie decyzję, co dalej.
Przekomarzania trwały dobry kwadrans ale pan Marek nas... przekonał.
- Będzie na państwa czekał syn. Wszystko udostępni, pokaże co i jak. Macie telefon do żony, gdyby tylko coś potrzeba było, bez żadnej kozery dzwońcie.
Absolutnie nie będziemy państwu przeszkadzać, dosłownie wpadniemy koło 20-tej na minutkę, bo żona bardzo chce państwa poznać, a ja tym bardziej czuję się zobowiązany.
W sumie, to teraz my jesteśmy w małym szoku. Pół godziny później meldujemy się w środku lasu przed bramą prowadzącą na dużą, leśną posesję....
Letni dom okazuje się dużym, drewnianym domem z czterema... sypialniami, dwoma łazienkami, ogromną antresolą, dużym tarasem i pełnym, gospodarczym zapleczem. Dwoma dużymi garażami, pomieszczeniem gospodarczym, drewutnią, małym, komfortowym domkiem letniskowym ale ny absolutnie mamy korzystać z komfortu dużego domu. Jest duży staw, jest sauna... Wszystko na działce hektarowej w otoczeniu lasu i... w ogóle.
Komfort jak z bajki. Jest pełna lodówka, jest barek... Wszystko do naszej dyspozycji a syn gospodarza po chwili taszczy jeszcze skrzynkę perły chmielowej i od razu lokuje połowę zawartości w dużej lodówce.
Koło 18-tej dzwoni żona pana Marka i pyta czy wszystko ok i że ona wpadnie ciut wcześniej z... pieczoną kaczką, ziemniaczkami - bo przecież nie możemy tak "bez kolacji" ciepłej.
No i godzinę później melduje się na majdanie Dorota. Fajna, energiczna babka... nauczycielka w-fu! I to był koniec:) Kobitki się w tri miga zgadały.
Gospodyni sięgnęła do barku i nalała bez ceregieli po krysztale znakomitej nalewki z pigwy. Ja zostałem przy piwie.
- Syn mnie odwiezie, rzuca Dorota i... Marka.
Zostawiam kobiety i idę się przejść po okolicy. Obiecałem Strażnikowi Domowemu w Rumunii, że przy stole to już mnie nikt nie usłyszy.
Kontempluję w ciszy, co tu się wydarzyło...
https://i.ibb.co/0yV5b6bj/IMG-20250729-181459.jpg (https://ibb.co/HTpZ8b8D)
https://i.ibb.co/DP4yDb9R/IMG-20250729-181449.jpg (https://ibb.co/kVKfgy4S)
https://i.ibb.co/ds7CbXyr/IMG-20250729-180538.jpg (https://ibb.co/35k6fVH7)
Nawet wieża widokowa jest.
https://i.ibb.co/XxXLxgtB/IMG-20250729-185141.jpg (https://ibb.co/tpBKptDf)
Ale to wszystko nic.
Najlepsze dopiero było przed nami...
Wystarczy nie miec strachu w życiu aby przeżyć takie przygody.
Ta skrzynka perły mi tu nie pasuje. Pewnie nie starczyla. Juz widzę ta nówkę toyotę LC utopiona po osie w środku lasu, bo po piwo do wsi przez las trza było jechać :D
Co? Ja nie przejadę?
Czyta się i czeka
No i Pięknie:Thumbs_Up::popcorn:
El Czariusz
01.08.2025, 18:53
Po 20-tej wpada Marek.
Widząc, ze dziewczyny odjechały swoim wagonikiem, biorąc piloty do garaży rzuca:
- Choć Darek, pokażę ci mój świat.
Brama w pierwszym się podnosi a w środku...
https://i.ibb.co/cKH9y7hY/IMG-20250729-203521.jpg (https://ibb.co/SD8g69wf)
Dorota i Marek jeżdżą na co dzień nowymi land cruiserami. Tu pod dachem stoją zabawki (nie wszystkie) Marka.
Jeszcze jedna toyota hillux w pełnej zabudowie camperowej z wszelkimi bajerami. To hillux osobisty Marka - na jego wypady bliższe i dalsze. Takie, gdzie chce być niemal w pełni niezależny.
Obok ciągnik porsche (sic!), willys (sic!) (w nienagannym stanie technicznym, oba na chodzie), kuchnia polowa i... to co widzicie sami. Stara afra, świeżo wypucowana, po konkretnym przeglądzie.
Na kufrach naklejki krajów, które na niej zaliczył. Zwracam szczególną uwagę na Maroko i Białoruś.
W drugim garażu... powóz konny, którego można spiąć z zabytkowym ciągnikiem naturalnie. W Nisku jeszcze piękna zastawa i druga, nowa... africatwin.
Jestem szczerze zachwycowny. I tak mój zachwyt jest odbierany. Podchodzę jeszcze do gablotki...
https://i.ibb.co/B2gGdH7M/IMG-20250729-203442.jpg (https://ibb.co/4Rj29wDr)
Chwilę później...
https://i.ibb.co/cPsgZQS/IMG-20250729-172258.jpg (https://ibb.co/xyrCB6t)
Strażnik Domowy "pyrka" na ciągniku.
Potem wszyscy gramy w żołnierzyki. Kończymy zabawę o 1-wszej w nocy. Dorota wydała wcześniej dyspozycje:
- Zostajemy:)
- Marek, ogłoś w firmie dwudniowe święto narodowe.
To ostatnie oznacza, że kocura nie będzie i w firmie myszy mogą grasować.
No i ostatnia decyzja:
- Jurto wycieczka ciągnikiem i wozem po Lasach Janowskich!
El Czariusz
01.08.2025, 19:30
Przed wyjazdem kupiłem kilka książek, w tym historię Bułgarii liczoną od czasów bułgarskiego odrodzenia.
I tę zabrałem ze sobą. Poza nią, trochę literatury "drewnianej", nuty i teksty kilku piosenek, które w końcu postanowiłem opanować. Znaczy teksty owe.
Poza tym zabraliśmy rowery, king konga, stolik, dwa krzesła, butlę z gazem 2,5kg z zestawem dwupalnikowym.
Z napojów - 18 puszek niepasteryzowanego kasztelana i tyleż 1,5-litrowych petów muszynianki.
Koło zapasowe, zestaw kluczy i rozkładaną deskę... klozetową. Ładnych parę lat temu dostałem ją w prezencie - w formie złośliwego żartu, by mnie bardziej ucywilizować. W końcu, po tylu latach nie zawahałem się jej ze Strażnikiem użyć i to był strzał w dechę. Do gotowania patelnię, jeden garnek i papier toaletowy. Ten ostatni wiadomo do czego ale dopiero teraz sobie o nim przypomniałem.
Bez papieru toaletowego ani rusz. Zapomniałem o pile - składanej tacumie i czasami mi jej brakowało. Została na wsi ale specjalnie kupiłem drugą z dwoma zapasowymi ostrzami, by mieć ją zawsze pod ręką w aucie. Do wszystkiego zestaw sztućców zwykłych i opinela 9-tkę, który świetnie służy w kuchni i do obrony. Ostry jak brzytwa od czasu, kiedy to naostrzył mi go Redzik jeszcze grubo przed Grąbczewskim. Tylko zczarniał, bo to stal węglowa. Twarda ale krucha, trza uważać.
Tuż przed wyjazdem, od poniedziałku do piątku rano grasowały u nas drapichrusty. W niedzielę planowaliśmy wyjazd. Byłem pewien, że sobota styknie na przygotowania.
Po raz pierwszy w życiu ogarniałem winiety. Rumuńską i bułgarską, bo ponieważ to te dwa bałkańskie kraje były celem obecnej wycieczki.
Rozkmina "o co z nimi chodzi" zajęła mi sporo czasu. Z czynności dodatkowych wykupiłem też wersję premium mapy.com (dawne mapy.cz).
Jestem przyzwyczajony do grafiki tej strony ale obecnie w wersji free ma się dostęp do tylko jednej, wybranej mapy. Wersja premium pozwala wgrać dowolną ilość. Można ściągnąć free mapy gógla i nawigować oflajnem ale nie lubię gógla.
Podróżuje oszczędnie, co pozwala zachować niepotrzebnie wydawaną kasę na to, na co faktycznie lepiej ją wydać. Okazji na to "lepiej" nie brakuje.
Już na długo przed wyjazdem zdecydowaliśmy zmienić operatora sieci komórkowej czyli wrócić do playa. Przez kilka łądnych lat byliśmy w premium mobile - taniej sieci ale zawsze był kłopot z dostępem do internetu i w ogóle.
Nigdy nie kupowałem kart na miejscu. Tym razem mocny nacisk był na tereny UE więc wróciliśmy do playa ale... w trakcie wycieczki. Na szczęście wszystko zafungowało poza numerami telefonów. Mimo, że wszystkie miałem zapisane w chmurze gógle (przynajmniej tak sądziłem), połowę utraciłem.
No i ten wyjazd był jeszcze pod jednym względem szczególny. To był wyjazd all inclisive.
El Czariusz
02.08.2025, 10:21
...ale życie jest cudem.
Komu są potrzebne komary?
Skoro są, więc są. Skoro mam jeszcze krew która krąży we mnie i Strażniku znaczy, że żyjemy. I dlatego jesteśmy komarom potrzebni.
Po co ja o tym? O pożyciu i komarach?
h5tKnWQ_pmM
Tymczasem...
Poniedziałek 14.07.
Szkolenie w Bieszczadach. Kosa i taczka. Artykuły pierwszej potrzeby na mojej wsi.
https://i.ibb.co/CK107ZCJ/IMG-20250714-104617.jpg (https://ibb.co/VYjBSZnH)
W czasie między Mateusz krysiowy, U Makumby przywraca mi poprawne działanie zamykanie PaScudy - odcinając czujnik drzwi kierowcy.
Zaraz potem w imię Ojca i ruszamy.
Później potem...
...I znalazłem w końcu pragnień moich przystań...
https://i.ibb.co/tPbXrbqX/IMG-20250714-203444.jpg (https://ibb.co/yB8Sj86S)
Mija dokładnie 10 lat, kiedy wyposażeni pierwszy raz w king konga, rozbiliśmy się tu nad Dunajem po raz pierwszy. Genialną, tranzytową miejscówkę wyczaiła Strażnik Domowy.
Darmowy camp sponsorowany przez gminę, z pełnym (darmowym) zapleczem socjalnym. Toalety, prysznice z ciepłą wodą, kuchnia, gaz i prąd. Wszystko za darmo.
Mamy tam "swój" plac. Mamy swoje komary... Tym razem nas oszczędzają. Nie wiadomo tylko - dlaczego...
Domyślam się... Nie kopie się siedzącego na krzesełku, pijącego chłodnego kasztelana. Definitywnie żegnam się z moim sposobem poznawania obcego świata...
Za blisko 200zł wykupione winiety, w planie autostrady... Wszystko po to, by w założonym terminie dostać się do apartamentu z klimatyzacją (działającą), basenem, barem celem wylegiwania się na zmianę... Basen, plaża, basen, plaża... Plaża nad Morzem Czarnym.
Ja chcę leżeć plackiem nad morzem, spać w apartamencie z łazienką...
Ok... Dzwonię do Jovana - Serba udającego Greka.
Poznaliśmy Jovana w niezwykłych okolicznościach przyrody 10 lat temu. Wtedy realizowaliśmy mój plan na Serbię. Golfem 2, który się elektrycznie nam biesił, bo i on miał swój plan.
To była realizacja w pięknym, starym stylu. Golf wydechł nam elektrycznie na eleganckim parkingu przy bulwarze nad Dunajem w Nowym Sadzie.
Była niedziela, my zmęczeni dotarciem nad serbski Dunaj vis a vis Fruszkiej Gory (okolice Głażana). Po szybkim rozbiciu king konga (na prywatnym terenie - naddunajskiej restauracji - za zgodą obsługi bezproblemową) po 20-tej ruszyliśmy podziwiać zamek u podnóża Gory rzecznej.
Zaparkowałem cudnie, nieopodal bulwaru, niedzielnie gratis.
Sił starczyło nam na 40 minutowy spacer. Już w świetle lamp wracamy do Golfa.
Przekręcam klucz w stacyjce a tu nic, nawet mrugnięcia, jakby aku całkowicie wydechło... tylko po czym?
Chwilowo zachodzę w głowę, co tu się wydarza i to wystarczyło, by wzniecić powazny niepokój w Strażniku Domowym.
- Darek, co się stało?!
Nie mogę odpalić, wydechło się aku chyba, dziwne... Spokojnie odpowiadam.
- I co teraz?! Co my teraz zrobimy?! Jezzzzuuu... Niepokój szybko przeszedł w panikę.
Mój Strażnik nie wie jeszcze, że właśnie wszedłem w tryb "wyprawowy". Znam siebie i czuję się w tym stanie doskonale.
- Kasiulku... Uspakajam ciepłym tonem. Obiecuję ci, że najdalej w ciągu dwoch minut rozwiążemy ten problem pozytywnie.
Ale jak?!
- Wraz z drzwiami otworzę się dla ciebie przestrzeń, jakiej nie miałaś jeszcze okazji poznać. Przestrzeń dla otwartych na życie, jak te drzwi teraz.
Otwieram więc drzwi Wieśka, wychodzę na ulicę. Dosłownie w tym momencie zatrzymuje się przy mnie astra z serbską rodziną. Kierowca pyta, czy zwalniam miejsce?
- Tak ale pomożesz mi odpalić aku z kabli.
Ja kabli nie mam. Odpowiada z troską.
- Ale ja mam.
Nie ma problemu!
Cały proces trwał nie dłużej niż obiecane dwie minuty... Na twarzy Strażnika Domowego zdumienie walczy z ulgą. Ja proszę jeszcze Serba o chwilkę cierpliwości. Wyjmuję czerwony, niezmywalny mazak i proszę całą rodzinę o złożenie "podpisów" na golfowej skórze. Tradycja. Wprowadziłem ją w 2015-tym, kiedy leciałem tym golfem do Iranu.
Poncki na Moście Siekierkowskim też swój podpis wtedy (2015) na golfie składał, bo ogarniał mi tłumaczenie przysięgłe tureckie golfowych kwitów. Zdaje się, że w trakcie składania odpadł mi wtedy tylny zderzak zaraz potem. O ile dobrze pamiętam, to auto Ponckiego również się zbiesiło i nim odjechałem odpalaliśmy jego furę z kabli.
Wszystko działo się na tym moście o 2-giej w nocy bodaj:)
To już nie wróci... choć...
q2Hu4s2zpMc
...no więc dzwonię do Jovana...
El Czariusz
02.08.2025, 13:27
Jovan udający Greka załatwia nam apartament w Primorsko. 5 noclegów w (dość) komfortowych warunkach. Tylko dojechać więc jedziemy.
https://i.ibb.co/6RHWSdtW/IMG-20240717-195445.jpg (https://ibb.co/cc6r9m8r)
https://i.ibb.co/SwWVjXFk/IMG-20240718-161053.jpg (https://ibb.co/0y8Y7jH0)
https://i.ibb.co/20w7YPVw/IMG-20240720-091125.jpg (https://ibb.co/rKgGfM8g)
https://i.ibb.co/twfR1BZM/IMG-20240720-091546.jpg (https://ibb.co/8n3kQMzD)
https://i.ibb.co/GbyZFtF/IMG-20240720-134033.jpg (https://ibb.co/45zbJYJ)
https://i.ibb.co/XkW1YKP9/IMG-20240722-180129.jpg (https://ibb.co/HpK6hby0)
https://i.ibb.co/bjjTfyN6/IMG-20240722-155732.jpg (https://ibb.co/PssKSb1r)
https://i.ibb.co/93Bspvpn/IMG-20240721-195759.jpg (https://ibb.co/3YVBTsT1)
Potem płyniemy.
https://i.ibb.co/wr4rdNfz/IMG-20240723-113059.jpg (https://ibb.co/YThTN7xL)
https://i.ibb.co/fYBp0jWP/IMG-20240723-150903.jpg (https://ibb.co/DDsCK0FS)
Zwiedzamy.
https://i.ibb.co/xqLRp3zH/IMG-20240723-154107.jpg (https://ibb.co/JjtMfCrQ)
pH0QVOCxsHg
https://i.ibb.co/Z9H9XPc/IMG-20240723-203824.jpg (https://ibb.co/np3pmvQ)
https://i.ibb.co/JWykgbw9/IMG-20240724-195352.jpg (https://ibb.co/9mVYSfk7)
https://i.ibb.co/QFcM4kWP/IMG-20240725-140644.jpg (https://ibb.co/DDbQZYB9)
Czasami jemy.
I tak lądujemy w Bułgarii...
https://i.ibb.co/CK9J38M2/IMG-20250724-205842.jpg (https://ibb.co/9H4wkgVt)
...wreszcie.
:Thumbs_Up:
Komarów w Zwierzyńcu nie ma, byłeś?
El Czariusz
03.08.2025, 11:09
Jo, był najazd na Zwierzyniec.
Inwazja miała mieć charakter rowerowy ale się odmyśliliśmy. Do spalenia jest Lublin zaś, w którym spodziewam się dużych łupów.
Tymczasem,
tuż przed wyjazdem przyjmujemy drapichrusty. Cztery dni edukacyjnej demolki w trakcie której studiujemy m.in. literaturę Tytusów. Pogoda powstrzymała nas przed (obiecanym) malowaniem pordzewiałego golfa ale w zamian (również obiecane) czekały realizacje: proca i miecze. Padło na te drugie.
Udaliśmy się zatem z Marysią i Kacprem do mrocznej piwnicy, gdzie w glinianym garncu spodziewaliśmy się znaleźć odpowiedni materiał. Materiał ów złożony tam przez Strażnika Domowego czyli pozostałości ćwierćwałków, drewnianych rurek kwadratowych, listewek itp.
W trakcie przeszukiwania piwnicy nagle Kacper wpada na wymieniony wcześniej przez dziadka odpływ typu klik klak.
- Dziadek... co to jest?
Tłumaczę... Kacperek klika i WTEM!!!...
El Czariusz
04.08.2025, 09:08
Ledwo uchodzimy z życiem.
Zaatakowały nas jak później nad Maricą - wieczorem. Całe hordy tureckiej nawały, która cięła nas jak w amoku. Zamknęliśmy się w twierdzy, by rankiem wymknąć się w pożodze... Hordy ustąpiły, cel osiągnęły.
Ocalałym 120-sto konnym oddziałem uciekamy na zachód, konstatując zadane nam rany.
Rok 1363, równo 800 lat przed moimi urodzinami. Ivan Aleksander dzieli odrodzoną Bułgarię między dwóch synów, co finalnie doprowadzi do upadku tejże, trzymanej potem przez pół wieku pod tureckim buten.
Nie tylko ją, całe Bałkany odcięte linią Dunaju.
Tli się jeszcze szansa, musimy jednakowoż ujść dalej z tym życiem, by gdzieś na południowych stokach Witoszy rozbić potajemnie obóz celując między dwie, pamiętające jeszcze czasy rzymskie - twierdze: Ichtiman i Samokow.
Mam ze sobą bułgarski bedeker jako dowód tego, co się wydarzy. Wystarczy (tak sądzę) przekonać starszego Stracimira (ogranego przez ojca w tryktraka), by wraz z bratem wsparł Serbów i Bośniaków na Kosowym Polu. Potem będzie jeszcze jedna, ostatnia szansa pod Nikipolem. Jeżeli nie Starcimira, to drugiego, młodszego brata Iwana przekonać będę próbował. Ten będzie rządził na Tyrnowie. Wszystko to po drodze, mam tylko czasu nie wiele...
Muszę precyzyjnie klikać korkiem od muszli, by trafić dokładnie w czas, który mi to umożliwi. No i za każdym razem zapewnić sobie drogę ucieczki. Tytus zwiał przez Krzyżakami na drzewo, rzucając im 10zł z Kopernikiem na awersie. Od tej pory Krzyżacy czują do Tytusów potężną awersję, bo nic gorszego najeźdźcę nie spotka, jak krnąbrna nacja.
W głowie mi się wszystko kłębi, jak w tak krótkim czasie przekonać kogoś, kto żyje w innej bajce...? Za chwile będzie koniec. Wszyscy bracia skończą marnie jak my tu nad Wisłą.
Tu (globus pl) nie zrobię już nic i może dlatego chciałbym zmienić bieg historii...
- Kamraci! Kopernik własną monetę bije!
Moją monetą jest bedeker i 862 lata historii.
Przecinając zachodnie zbocza Starej Płaniny, tuż przed zachodem słońca wjeżdżamy do współczesnej Bułgarii. Mkniemy, co konie wyskoczą, by rozbić się gdzieś nad Iskarem, na ogonie mając (a jeszcze bardziej z tyłu głowy) mnóstwo oddziałów tureckich. Za nami w grupach po czterech, pięciu ich jeźdźców.
Trzymam między nogami korek, mijając Sredec. 50km zanim ściągam lejce, delikatnie cisnąć prawą ostrogą zostawiam po lewej Ichtiman i jadę na Samokow. Szlak w coraz gorszym stanie, trza uważać, by konie podków nie straciły.
Wreszcie docieramy nad Iskar. Rzeka zdrowo wylała. Po oddziałach Stracimira jednakowoż tylko odchody po krzakach. Z jednej strony cieszy to.
Nie odchody oczywista ale cisza. Rozbijamy się ekspresowo (i perfekcyjnie), będąc przygotowani na turecki atak z każdej strony ale nie...
Tym razem (widać) przemknęliśmy nie zauważeni. Zauważalnie też upał zelżał.
Strażnik Domowy uzbrojona przeciw Turkom, konstatuje okolicę ja przywołuję dwóch kasztelanów i po wieczornej odprawie kładziemy się spać.
Rankiem...
https://i.ibb.co/qF4db62r/IMG-20250716-085828.jpg (https://ibb.co/M5jsqdJC)
https://i.ibb.co/RZZsWy9/IMG-20250716-105436.jpg (https://ibb.co/2mmCBNy)
Strażnik Domowy tym razem kontempluje.
Stracimir nie przybył zostawiam więc dyskretny...
https://i.ibb.co/zVhXqxCL/IMG-20250716-085708.jpg (https://ibb.co/pjvfYwNs)
...list znaczony laką i...
...zwijamy niespiesznie majdan.
El Czariusz
04.08.2025, 13:42
Cywilizacja Wielkiego Stepu.
Analiza struktur społecznych tegoż prowadzi wcześniej czy później do powstania ordy. Czynnikami warunkującymi - biała śmierć/susza = rabunek.
Kaprysy wodza zastępują prawo.
Największą radość czuję, rozlewając krew moich wrogów i łzy ich kobiet.
Na pierwszy plan wysuwa się agresywna walka o byt. Konsekwencją tego jest militarna organizacja społeczeństwa, z naczelną zasadą bezwzględnego posłuszeństwa wobec jednoosobowego władcy i jego mandatariuszy, obejmuje ona wszelkie dziedziny życia. (Koneczny).
Cytowany wyżej Czyngiz Chan zdawał sobie jednakowoż sprawę o przewadze trybu osiadłego nad jego koczowniczym/rozbójniczym. Zastanawiało go, że tak nędzny w istocie tryb, generował ogromne bogactwo bez uciekania się do przemocy. Produkcja rolnicza lokowana wzdłuż rzek była mniej zależna od kaprysów pogody oraz sprzyjała wymianie handlowej.
Zyskiwały te ordy/kaganaty, które potrafiły tworzyć zręby państwowości jak np. Chazarowie.
To oni zmusili do migracji Bułgarów, klasycznego ludu stepu (osiadłych między Dniestrem a Kubaniem) w tym tej ich części, która za sprawą Asparucha znalazła nowe miejsce bytowania nad Dunajem, w VIIw. Szybka slawinizacja uładziła turańskie geny, chrystianizacja pomogła tworzyć zręby państwowości.
(...) Rok 1363, równo 800 lat przed moimi urodzinami. (...)
Zawsze podejrzewałem, że może jesteś z innej planety, a tu proszę... Podróżnik w czasie. To już nic mnie nie zdziwi... :)
Czyta się.
El Czariusz
04.08.2025, 18:32
Paczam:)
I co widzę...? Musiałem zbyt emocjonalnie wcisnąć "klika" bo przy okazji wyekspediowalem swoje urodziny do 2163.
No dopiszę na szybko, co f-cznie widzę po urodzeniu, "bo to się w pale nie mieści".
Leżę na trawie, nad zalewem Iskar, paczam w niebo i widzę to, co wy widzicie na ostatnim zdjęciu...
https://i.ibb.co/zVhXqxCL/IMG-20250716-085708.jpg (https://ibb.co/pjvfYwNs)
...tylko od dołu, by nie było wątpliwości.
Strażnik Domowy też czasami zaskakuje. Ona by się chciała przenieść (na chwilę) w czasy Dzikiego Zachodu.
Ja mam w zwyczaju dogłębnie (oczywista na ile to możliwe) przestudiować historię kraju (krajów) do którego (których) się wybieram. Przy tworzeniu "obrazu" obecnej wycieczki dotarłem do wielu ciekawych f-któw, ba...
Pojawiło się nawet coś na miarę nowej zajawki. Nowy obraz inspirowany wędrówką ludów z Wielkiego Stepu. Tylko na chwilę...
W życiu codziennym nikogo nie obchodzi, co robisz.
W życiu niecodziennym jest taka wieś Matra ze skansenem, gdzie są ostatnie ślady Pieczyngów, ich obyczajów itd. Byłem o rzut beretem.
Tryb się zmienił. Mózg wyłączył. Byłem ale "gdzie indziej".
Tymczasem suniemy naszym oddziałem na wschód. Na plecach "morze" Turków, którzy odbijają na Adrianopol. Zapewne powiadomić Murada, że coś się święci i zebrać większe siły.
O 16.16 docieramy na miejsce.
Godzinę później.
https://i.ibb.co/h1hF0HJn/IMG-20250716-175225.jpg (https://ibb.co/93zHP2kf)
https://i.ibb.co/XZ567mfq/IMG-20250716-172014.jpg (https://ibb.co/8DxGrFnH)
Krótka odprawa z kasztelanem.
Klima funguje i nawet...
https://i.ibb.co/gFbS5qL4/Screenshot-2025-07-16-18-57-59-262-com-google-android-youtube.jpg (https://ibb.co/3Y5pD69R)
...bułgarski internet wyraża akceptację.
BTW. A ten Ivan Aleksander w którym roku to zrobił ? ( w sensie - czy pomyliłeś rok, czy upływ czasu ).
El Czariusz
04.08.2025, 19:54
W 1363-m podzielił Bułgarię wedle dwóch synów. Kiedy umarł w 1371-ym Stracimir się zbiesił i odrzucił zwierzchnictwo brata. Ogłosił się carem na Widinie. Stracimir był starszym, z pierwszej żony - synem Iwana Aleksandra.
Iwan Szyszman był młodszym - faworyzowanym i przeznaczonym do nadrzędnej roli.
Taki nasz podział dzielnicowy i nic z tego dobrego nie wyszło.
Iwan Aleksander miał więcej synów. Michałowi Asenowi z pierwszego małżeństwa udało się nawet zatrzymać Turków ale ostatecznie poległ.
Węgrzy, Bułgarzy to w istocie czysta spuścizna Wielkiego Stepu. Ci ostatni się zeslawinizowali i uważa się ich język (staro-cerkiewno-słowiański) za jądro językowe języków słowiańskich. To na bazie tego języka Cyryl z Metodym opracowali cyrylicę i w ogóle usystematyzowali ten prajęzyk słowiański.
Ciekawostką jest duże podobieństwo bułgarskiego z macedońskim. Oba te języki mają wspólną, wyjątkową cechę. Nie występuje w nich koniugacja czyli odmiana przez przypadki. Pierwszą stolicą odrodzonej Bułgarii była... Bitola. Podobnie Serbowie traktują Kosowo.
Stąd tyle tarć, choćby na małym podwórku - Bałkanów Południowych. Czyja powinna być Macedonia? Grecy doprowadzili ostatecznie (obecnie) do zmiany nazwy nowego, macedońskiego państwa, Bułgarzy nigdy nie zrezygnowali z rewizjonizmu (podobnie Węgrzy czy Serbowie).
Im większe manifestacje przynależności do sąsiadów, tym większe manifestowanie swojej odrębności przez Macedończyków.
Jak słucham tego ... o nacjonaliźmie i rosnącym faszyźmie globusa pl, to pusty śmiech mnie ogarnia w kontekście mieszania narodami w tygle bałkańskim.
Nie dojdziesz do ładu, szukając tam korzeni. A jak będziesz konsekwentny, to znajdziesz je w Mongolii, Turcji, Kazachstanie... gdzie chcesz.
W sumie to Bułgarzy mogliby z powodzeniem ubiegać się o Krym. W tym kontekście powiedzenie: gdzie Krym a gdzie Rzym... nabiera zupełnie innego znaczenia.
Tego zaś, co działo się nad Dunajem, to już tylko tęgie głowy albo losowo... małpa. Co by tam nie wylosowała, dało by się przypasować.
Tymczasem po zajęciu apartamentu w Primorsko, ruszyły przygotowania do primorskiego tur de franca. Wybitnie szpiegowskiego etapu, pod który osobiście przygotowałem nasze dwa mustangi.
Najpierw jednak...
"Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie karczmy babińskie?" to pełne staropolskie powiedzenie i w Twoim kontekście dodatkowy koloryt tygla...
Ale wszak tyś nie Babinicz...
Jam karczma. 3 baby były ...
144673
Jam babinicz?
consigliero
05.08.2025, 06:39
Jam karczma. 3 baby były ...
144673
Jam babinicz?
Widać że Ludwik się sprawdza nie tylko przy malowaniu drewna :)
El Czariusz
05.08.2025, 10:19
A i my z Krymem wiązaliśmy ogromne nadzieje.
Mickiewicz a sprawa krymska itd.
Pierwsza aneksja Krymu, to misterna gra faworyta Katarzyny II - Grigorija Potiomkina, który przy Katarzynie dorobił się ogromnego majątku. Potiomkin zyskał tytuł Księcia Taurydzkiego (Krym nazywany był w Rosji Taurydą) i został szczęśliwym posiadaczem ogromnych dóbr na Kijowszczyźnie i Bracławszczyźnie.
"Jego zadaniem było dbanie o dobry nastrój Imperatorowej. O rozrywki, doznania artystyczne i intelektualne, marzenia, pragnienia. Choć Krym był już rosyjski, trzeba się było postarać, by także na drodze wiodącej z Sankt Petersburga na Krym, a zwłaszcza na terenach nadczarnomorskich, wydartych z rąk Tatarów, wszystko lśniło, kwitło i śpiewało, jakby ta ziemia od zawsze była rosyjska.
Folklor z reguły robi korzystne wrażenie na władcach. Potiomkin wiedział, że aby zadowolić Imperatorową trzeba uczynić lud szczęśliwym.
Ten syn niższego oficera z okolic Smoleńska sam był przecież kiedyś "ludem". Pamiętne zatem były podczas "wielkiej inspekcji" carycy w 1778 roku, jej uroczystej podróży na Krym wraz z monumentalnym orszakiem festyny ludowe pełne muzyki i śpiewów.
Postojów według kronikarzy, do których należał Georg von Helbig, autor pierwszej wydanej na Zachodzie biografii Potiomkina, było siedemdziesiąt sześć. Miejscowości, które odwiedzano po drodze doprowadzone zostały do stanu wręcz idealnego.
Naprawiono drogi i płoty, świeżo bielono domy. Cieszyły oko rozkwitłe kwiaty przytargane w wiadrach prosto z pałacowych oranżerii i wsadzone do ziemi. Na gałęziach i parkanach porozwieszano dzwonki.
Kwitł w miasteczkach przy krymskiej trasie handel, na drogach turkotały raźno wozy pełne zboża. Nikt nie kradł, nikt się nie zataczał, nie złorzeczył, nie przeklinał, dobrobyt zaglądał ludziom w oczy."
Wiedza o tym, czym były Wioski Potiomkinowskie stała się dostępna w Europie dzięki Georgowi von Helbigowi, radcy w poselstwie księcia Saksonii w Petersburgu. Przeczytał uważnie jego książkę także Adam Mickiewicz.
Cóż... Utrata Krymu przez Tatarów była skutkiem przegranej wojny 1768-77 przez Turcję, wybuchłej nomen omen w wyniku spalenia obozu Konfederatów Barskich, uciekających przed Kozakami. Powodów upadku było więcej.
Gdy po wojnie z Turcją tatarski tron w Bachczysaraju objął wykształcony na zachodzie snob i lekkoduch Szachin Girej, uwiedziony grą carycy (przekupiony pochlebstwami i wyrafinowanymi uciechami) zrzekł się władzy i został okrzyknięty... kolaborantem, kłamcą, tchórzem. Oczywista przez tatarów krymskich.
Następnie dla zachowania pozorów trzymano go w areszcie domowym a mirzów (szlachtę tatarską) przekonywano, że że mogą być spokojni o przyszłość swojej własności, tradycji, obyczajów i religii.
Łapówki i seria intryg rozmiękczyły do końca część elit tatarskiej społeczności.
Na zachodzie piano z sympatii do Rosji, bo w końcu okiełznano barbarzyńców...
Ale i my fizycznie byliśmy na Krymie. Za sprawką Leona Potockiego i jego Pałacu Liwadyjskiego z katolicka kaplicą, który nabył w Liwadii ziemię i zafundował sobie posiadłość. Po śmierci Leona posiadłość kupił car Aleksander II. Żywota dokonał tutaj Aleksander III.
W ramach Konferencji Jałtańskiej (zespół Liwadia została dzielnica Jałty) rezydował tam Roosvelt.
Leon Potocki (herbu Złota Pilawa z linii prymasowskiej), akurat zasłużył się dla kraju.
Historia Złotej Ordy, bo to jej spadkobiercami byli Tatarzy krymscy (a Złota Orda - imperium Czyngiz Chana), to równolegle historia upadku IRP. Najazdy tatarskie na południowe kresy, które miały miejsce przez ponad trzy stulecia (od XVI do XVIIIw.) pustoszyły i sukcesywnie wyludniały te tereny. Szacuje się, że w wyniku branek - czysty, żywy handel niewolnictwem (główne źródło dochodu Złotej Ordy) IRP straciła około 3mln ludzi. Uwzględniając współczesną tym czasom demografię, były to straty ogromne. OGROMNE.
W tym kontekście (historycznym) jedyną spuścizną obecnej Ukrainy może być (dla mnie, trzeba by jednakowoż zapytać AI - prawda?) Ruś Halicka a i te tereny były najeżdżane regularnie przez Tatarów zwłaszcza pod protektoratem tureckim. Zresztą to w bezpośrednim naszym sąsiedztwie najlepiej rozwijał się nacjonalizm ukraiński.
Bardzo łatwo jest dzielić wielonarodowe nacje. Stąd, jadąc na Bałkany zawsze wracam z takim obrazem. Był jeden czynnik, który jednoczył - wiara/wyznanie. Drugim - język. Trzecim - wspólny wróg.
Zanim zanurzę się w fale Czarnego Morza pytanie:
Z którym/którymi (z obecnych) polskimi politykami najlepiej kojarzy się wam Szachin Girej?
Nie musicie tutaj odpowiadać. Możemy się nie interesować polityką, polityka i tak zainteresuje się wami.
Szczerze pisząc, moim (niczym branki dla Tararów) marzeniem było wyrwać się z polskiej rzeczywistości. Wyrwać się z kraju, którego praktycznie już nie ma. Bardziej nawet krainy czyli terenów przyległych do Wisły, zamieszkiwanych przez uśmiechniętych ludzi. Ludzi, którzy zgodnie z AI powszechnie uważają Pudziana za celebrytę.
Nie... to nie jest oskarżenie. Niezwykle świadom własnych słabości, także i z tego powodu zapragnąłem "uciec" z Polski.
Dlatego obiecałem sobie, że nie dam się wciągnąć w żadne dyskursy z nikim. Nikim spotkanym po drodze. Znaczy - nie brać w spontanicznych dyskursach udziału. Prawie mi się udało...
Prawie... Bo miałem zaplanowane dwa spotkania. Jedno na Uniwersytecie Sofijskim im. Klemensa z Ohrydy, drugie na Uniwersytecie Politechnica w Timisoarze. Udało się w Sofii...
https://i.ibb.co/3m6HtBMy/IMG-20250724-151852.jpg (https://ibb.co/1GyxH8df)
https://i.ibb.co/M5xWjDtp/IMG-20250724-151923.jpg (https://ibb.co/XkrNdZKp)
...gdzie zamierzam podjąć pracę na Wydziale Nauczania Początkowego z wykładowym językiem węgierskim.
Ale o tym później...
Wcześniej dodam jeszcze, że drugie odrodzenie Bułgarii miało miejsce po przegranej przez Turków wojny z Rosją w 1877r.
Gdyby przeszły ustalenia Traktatu w San Stefano (praktycznie) Rosja zyskała by dostęp do Morza Egejskiego a księstwo Bułgarii (pod rosyjskim protektoratem) obszar marzenie.
Stało się jednak inaczej ale... O tym później.
Tymczasem...
El Czariusz
05.08.2025, 13:04
Drugiego dnia, dokonaliśmy przeglądu łazienek.
Jak w Sopocie, zastajemy na miejscu południowe i północne. Po środku bulwar primorski, okalający półwysep primorski.
https://i.ibb.co/spByxChb/IMG-20250717-094141.jpg (https://ibb.co/FkPgZX9m)
Widok na południowe, z których wracamy. Ciągną się daleko poza ograniczającą widok budkę. Zwizytowaliąmy koniec, a jakże.
https://i.ibb.co/yc0VVhWf/IMG-20250717-103150.jpg (https://ibb.co/gLy66vzj)
Bulwarzymy.
https://i.ibb.co/HfV6y3mx/IMG-20250717-105001.jpg (https://ibb.co/4n7zL3BY)
Wizytujemy północne.
https://i.ibb.co/tPwpWtNj/IMG-20250717-110359.jpg (https://ibb.co/wrZhxXbG)
Tak...
...zdecydowanie północne.
Wracamy celem uzbrojenia się.
https://i.ibb.co/kVRj4ZNq/IMG-20250717-141542.jpg (https://ibb.co/RGxf38RQ)
Uzbrojenie.
https://i.ibb.co/gZmL47Lb/IMG-20250717-182650.jpg (https://ibb.co/MkZxBhxy)
Rozbrojenie.
Wczorajsze popołudnie i dzisiejsza inspekcja pozwoliły nam na ustalenie podstawowych warunków bytowania. Przede wszystkim dostęp do zaopatrzenia i miejsca produkcji melaniny.
Przy okazji organizacji backpakingu czyli transportu niezbędnych do plażowania się materiałów.
Rolę lodówki plażowej spełniła doskonale torba na medykamenty. Spadek po sponsoringu moich kolegów - hurtowni medycznej w sensie, którą oni z powodzeniem prowadzą. Poza rozbudowaną, profesjonalną apteką zafundowali nam (uczestnikom wyrypy Śladami Grąbczewskiego) komplet opon.
Torba na medykamenty wykładana była na czas transportu i bytowania zamrożonymi wkładami, które akuratnio mieściły się w apartamentowej lodówce (w zamrażarce jej w sensie).
Apartament w pełni zaspakajał nasze potrzeby, moje klimatyzacja. 25m2, które kosztowały nabywcę 850€/m2 i biorąc pod uwagę nieodległe czasy zakupu uznałem to, za dobry interes dla Serba udającego greka, który nie ma bezpośredniego dostępu do morza.
Co ciekawe, większość właścicieli doskonale porozumiewała się językiem polskim, który dominował to miejsce i tereny przyległe. Zupełnie nam to nie przeszkadzało, bo apartament służył nam do tego, do czego miał służyć. Przede wszystkim odpoczynku.
Pierwszego dnia pobytu zmienił się nam dostawca telefoniczny i przy okazji pozbyłem się kilku nr telefonów bez mojego udziału. Coś tam synchronizacja nie zagrała ale przyjąłem to jako dar eteru.
Brakowało jednego... Prawdziwego targu jakie z powodzeniem spotykaliśmy w Macedonii (jeszcze) w odpowiednikach podobnych, turystycznych miejsc. Np. w Ohrydzie czy Strudze itp.
Ale już w Albanii nie. Podobna sytuacja jak tutaj.
W ogóle Bałkany mi powoli odjeżdżają... Zmiany, jakie się dokonują (nieuchronnie) napawają smutną refleksją...
Wszyscy oni pragną tego, co uśmiechnięty coraz bardziej globus pl. Pragną zobaczyć to, co ja po powrocie do domu. F-rę z PGE za energię elektryczną, której główną pozycją jest opłata za CO2. Ponad 50% ceny... Nie będę już pisał w imię czego, bo Wiechów u nas dostatek, nie przekrzyczę.
El Czariusz
06.08.2025, 10:39
Dnia trzeciego dysponuję już paragonami grozy. Nie jestem głupi... Cudzymi.
Przejdźmy do konkretów.
W Bułgarii tanie są dwa produkty. Piwo i paliwo. To z tych na "p". Tanie jest jest jeszcze to na "s". To, po co niby przyjeżdżają tu wszyscy.
yNmi1hmBp9k
No więc ja nie narzekam. Gdyby piwo było drogie...
Ja mam już klocki prawie poukładane.
Pierwszy raz byłem w Bułgarii w... ponad 50 lat temu. Wyjadałem w Widinie, w ogrodzie zaprzyjaźnionego z mamą profesora niedojrzałe jeszcze winogrona.
One sobie po prostu rosły w ogrodzie! Na targu w Widinie arbuzy leżały jak kartofle w piwnicy na zimę, w potężnych stosach. do tego stragany uginały się pod ciężarem pozostałych egzotycznych owoców - brzoskwiń i moreli.
Żadne tam śliwki czy jakieś jabłka. I jeszcze figi! Te też rosły w ogrodzie na drzewie. Do dziś pamiętam ten intensywny zapach drzewa figowego. Trudno go pomylić z innym... No może z przefermentowanymi fusami winnymi.
Tyle pamiętam ze stołu.
Aaa... jeszcze carewicę! Carewica raste na poleto. Do dzisiaj toczka w toczkę. Robili z carewicy makę, z mąki chleb.
Dzisiaj wszystko się na tym globusie pomieszało... ale nie o tym.
Wnuk profesora jest dzisiaj rektorem uniwersytetu sofijskiego. Zależało mi, by go odnaleźć. Udało się. O tym później.
50 lat temu takie czasy były, że za trzyosobowy namiot (harcerski klasyk) w Bułgarii można było otrzymać 120 lewa. Ja to pamiętam, bo za 120 lewa mogliśmy spędzić extra w Złotych Piaskach dwa tygodnie. Znaczy mama, siostra i ja. Pan profesor pomógł sprzedać (wszystko było wcześniej umówione) i mieliśmy wspaniałe wakacje w drugiej połowie sierpnia.
W PRL-u nie było globalnego ocieplenia i "u nas" nad morzem była już wtedy jesień. A tu...? Gorące piaski, ciepłe morze i słońce od rana do wieczora.
Ech...
Tymczasem robię przerwę, bo zaprzęgają nowego prezydenta globusa pl. Muszę to zobaczyć.
El Czariusz
06.08.2025, 12:05
Prezydent zaprzęgnięty. Podziękował poprzedniemu za wiele sukcesów.
W istocie za minionej prezydentury zaczęliśmy tracić suwerenność.
Tak to jest jak się próbuje braki testosteronem uzupełniać z przesadą zewnętrznym i karmić elektorat fruktami. Od strony fizjologicznej dawno już poznane procesy. Mega zdrowiu służą ale...
To już ostatnie tego rodzaju uwagi. Czynię je, bo tak zawsze po Bałkanach mam. Łatwiej szukać przyczyn upadku poza własnym podwórkiem.
W związku z powyższym zgłaszam samokrytykę, bo sam jestem upadkiem.
Robiłem m-c temu parapetówkę, to zjawiły się tylko dwa osobniki. Nikt z rodziny, tylko kumpel, co ma dużo czasu i drugi, który nie ma gdzie mieszkać.
Ci, co mieli najbliżej, to już w ogóle.
Jeden z nich, to nawet uciekł nad morze z Podlasia.
Potem mnie w sobotę przed wyjazdem odwiedził, jak już mógł spokojnie wracać na Podlasie ale tylko dlatego, że potrzebował kompresora.
Jak ci jedna osoba mówi, że jesteś do dupy - możesz zignorować. Jak dwie? Też. Na szczęście było ich tylko dwóch.
Se6wQ6eXPMA
Tymczasem dnia trzeciego rankiem Strażnik Domowy poszła sobie popływać w basenie. Rano pusto i widzi, że ktoś tam rzeźbi baseny... To też poszła porzeźbić. Ja zostałem na balkonie.
Rano jest przyjemnie rześko. Morze robi swoje i bryza też. Ważne, morze nie jest zupą. Drobny minus taki, że za dnia panuje duża różnica temperatur i bryza konkretnie wieje ale chłodzi. Do plaży nie mam uwag. Do "naszej" znaczy.
Ten nasz kawałek piasku nie jest obłożony komercyjnymi parasolami. 200m wolnego na 7-niu kilometrach? Mamy parasol własny.
No więc Strażnik Domowy pływa, ja podziwiam jej pływanie, bo sam nie umiem. Opieram się podziwiając o balustradę i kątem oczu widzę sąsiadkę.
Sąsiadka stoi w... żakiecie i wpatruje się w eter jak (za przeproszeniem) krowa na pociąg.
Ponieważ obiecałem sobie solennie, że choćby skały srały nie wdam się z nikim w żadną, nawet najkrótszą wymianę zdań. Bezwzględnie!
Dlatego... mówię:
- Dzień dobry.
El Czariusz
06.08.2025, 12:44
Pani się odwraca i widzę... oczy załzawione.
Fajnie musiało być, skoro ze łzami pani Primorsko żegna.
- Dzień dobry... Mógłby mi pan pomóc?
W czym mogę pani pomóc?
- Mąż musiał szybko w interesach wyjechać i walizkę wrzucił na górną półkę w szafie. Nie jestem wstanie jej zdjąć... Mówią do mnie oczy smutne łzawe...
Ok. Zaraz podejdę i walizkę zdejmiemy.
Wypada wyskoczyć z pidżamowych gatek, brzuch wciągnąć i takie tam.
Chwilę potem ściągam walizkę, która waży tyle, co mój Strażnik Domowy. 52 kilo w ciele kobiety a w walizce...
Zdjąłem i tak stoimy.
Kobitka w wieku 30 między 50. Takie czasy, że masz problem z określeniem...
Swoje zrobiłem, zgodnie z obietnicą powinienem się zwijać.
- Skąd te łzy w oczach...?
Kobitka w odpowiedzi chowa twarz w dłoniach i... jak nie wybuchnie płaczem krokodylim!
Mąż mnie zdradza...
Kwadrans później niecały wiem więcej.
Imię swojskie, lat 36. Matka... trójki dzieci. Trzech chłopaków. Najstarszy... 18 lat. Dalej 16,5 + 10.
Stary f-cznie w biznesach przyleciał i bardzo się spieszył. tak się spieszył, że zostawił telefon. Zaraz potem telefon się rozdzwonił. Jeden numer. Pewnie coś ważnego ale telefon męża święta rzecz. Praca, praca, praca... On zarabia pieniądze, nie ma czasu. Kobitka nie pracuje, wychowuje dzieciaki i ma co robić.
Więc dobra żona nie odbiera ale przychodzi sms. Może to ważne, może od męża... Sms odczytuje i...
Stała tak dobre pół godziny, zanim usłyszała moje "dzień dobry". Po kwadransie mógłbym ją scharakteryzować jednym zdaniem. Kobieta zajęta domem, który wraz z rodzina jest jej całym życiem i jedyną potrzebą.
Dzieci na obozach. Apartament własny (stąd wiem ile kosztował), kupiony przez męża.
Sms nie pozostawia złudzeń. W nim zdjęcie, które jest kropką nad "i".
Jesteśmy już po imieniu:
- Masz jakieś zdjęcia dzieci?
Wolę się upewnić. Zdjęcia są. Mnóstwo zdjęć.
- Słuchaj... masz fajne dzieci. Muszę cię zostawić, bo Strażnik Domowy wraca z basenu i zaraz potem ruszamy w teren.
Ok. Jasne...
Pięknie...
Ozzy Osbourne nie żyje.
tMDFv5m18Pw
El Czariusz
06.08.2025, 13:49
0qanF-91aJo
Na razie nic Strażnikowi nie mówię.
Dzisiaj się plażujemy. Jest słońce, temp. powietrza 29 st. (będzie więcej).
Robimy... kanapki z resztek salami itp.. Melon pocięty ląduje w pojemniku plastikowym, w drugim sałatka z pomidorów, bladej papryki, twarogu typu feta.
To wszystko na zamrożone wkłady. Na górę trzy mocno schłodzone piwa.
Nasza plaża odległa jest o 1800m. Apartament mamy na wzgórzu więc elegancko się zjeżdża. Potem asfaltem połamanym trochę jeszcze kilometr. Kwadrans później jesteśmy rozbici. Strażnik w siódmym niebie ja w szóstym.
Parasol, leżak, krzesełko, klapki, prowiant, słońce, bryza, morze cool (na tym odcinku wszystko cudownie gra).
300 metrów bliżej centrum golasy. My jak najdalej od nich. To głównie golasy niemieckie na emeryturach. Jakbyś rzucił na plażę otyłe, pomarszczone manekiny... a fe.
Przywołuje obraz sąsiadki... Nie no... Tylko ten żakiet, chyba go zdejmie?
Smażymy się kilka godzin.
Ciężko się trochę zwinąć ale trzeba. Ja już jestem usmażony. Będzie bolało. Na parkingu pod apartamentowcem zrzucamy fanty i z plecakiem śmigamy na miasto.
Bliżej centrum odkrywam market z gotową garmażerią. Możesz tu na wagę kupić kilka zup do wyboru (wybieram klasycznie ciorbę) i coś na drugie. Bierzemy musakę. Są nadziewane papryki, kawałki kurczaka z ziemniakami, coś grilowanego. No i twarogi na wagę.
W bliższym nam markecie najtaniej warzywa i owoce, przed południem piwo w promocji za 1,09 puszka. mam już swoich faworytów. Promocyjne się łapie.
Po drodze...
https://i.ibb.co/bjVBp3PV/IMG-20250720-201736.jpg (https://ibb.co/tw6syh46)
...na uboczu (z dale od centrum) namierzamy lokal, w którym jada sporo Bułgarów z ulicy. Ceny najlepsze w mieście. naleśnik na mieście min 6 lewa, tu 4,20 plus to, co w garmażu też taniej.
https://i.ibb.co/Qj66w5PF/IMG-20250720-120535.jpg (https://ibb.co/LhCC7Gxz)
Nie ma sensu czegokolwiek samemu "gotować". Piwo z kija burgaskie 0,5l - 3,20.
Można sobie przyjść wieczorkiem jak człowiek na kolację z dala od zgiełku. Będziemy "odwiedzać". Od biedy na mieście kebab za 8 lub 10 lewa i też się najesz.
https://i.ibb.co/bgmkwHY5/IMG-20250720-203153.jpg (https://ibb.co/3ydn6fVm)
Flaki i faszerowana papryka (szkembe czorba i plnieni czuszki z kajma)
https://i.ibb.co/6JW6yBxY/IMG-20250720-203027.jpg (https://ibb.co/KzrC5wk6)
Po drugim, to już się wychodzić nie chce.
Wieczorem widzę sąsiadkę bez żakietu. Wzdycham...
- Nie pocieszaj... ja do niczego jestem.
Ja tam nie będę Niczego pytał o zdanie. Nie odsłaniaj się za mocno na plaży, bo cię jeszcze kto w jasyr weźmie. Ja jestem zajęty więc odpada.
Dziewucha blado ale się uśmiecha.
Ja tymczasem...
El Czariusz
06.08.2025, 14:19
...planuję.
https://i.ibb.co/7tbyLQ6q/IMG-20250720-191749.jpg (https://ibb.co/3mkhQvLn)
Sączę chłodne burgasko i planuję wypad na południe. W Carewie, w muzeum mam się spotkać z...
Ciiii... Ściany mają uszy a misja bardzo trudna. Zaprawdę bardzo.
https://i.ibb.co/hRLD6h31/IMG-20250716-191704.jpg (https://ibb.co/tMQ8GkVP)
Zagłuszam nawet myśli.
W przerwie zagłuszania układam plan misji, koryguję, uzupełniam, koryguję...
Ze Strażnikiem Domowym mija nam tego wieczora łącznie, dokładnie 121 lat.
Naszym rumakom, liczę... 32 + 28
Czy podołamy...? Musimy. Od tego zależy... ważne, by nie położyć.
q88koeaqrEg
El Czariusz
06.08.2025, 19:07
Kto się jeszcze rozsiadł?
Stefan Banach i Przestrzenie, w których można się zgubić (i odnaleźć)
-Czyli jak polski matematyk z Lwowa wyprzedził czas, nie mając nawet komputera
Wyobraź sobie matematyka.
Ale nie w sensie podręcznikowym: biała kreda, krzywe okulary, suchy żart.
Wyobraź sobie człowieka, który tworzy przestrzenie tam, gdzie inni widzą tylko chaos.
Człowieka, który potrafił przekształcić pojęcie „odległości” w filozofię istnienia funkcji.
Człowieka, który zamiast kija do bilardu używał normy, a zamiast stołu — przestrzeni liniowej pełnej.
To był Stefan Banach.
Geniusz z ułamkiem kredy w ręku, kawą w duszy i zeszytem pełnym nieskończoności.
Lwów. Café Szkocka.
Scena jak z surrealistycznego filmu: stolik, kawa, matematyka i... koniak.
Banach, Ulam, Mazur, Kuratowski, Nikodym. Brzmi jak lista postaci z polskiego „Incepcji”.
Ale to była rzeczywistość.
Zamiast snu — aksjomaty.
Zamiast pogawędek — twierdzenia.
Zamiast rachunku — Szkocka Księga.
Nie pytaj, ile tam padło pomysłów.
Bo odpowiedź brzmi: więcej niż pi ma cyfr.
Przestrzeń Banacha — co to w ogóle jest?
Technicznie?
To przestrzeń liniowa, w której można mierzyć długość i w której każda zbieżna ciągłość normy prowadzi do granicy — a granica ta również należy do tej przestrzeni.
Nieco bardziej zgrabnie:
To matematyczny salon, gdzie każda funkcja czuje się u siebie.
Jeszcze lepiej?
To miejsce, gdzie ciągłość ma dom, a granice nie są wyrzucane za drzwi.
Czyli: jeśli masz funkcje, operacje, przekształcenia – i chcesz, żeby wszystko miało sens, było pełne i domknięte – wchodzisz do przestrzeni Banacha.
Nie musisz zdejmować butów, ale musisz znać normę.
Norma – czyli linijka, która mierzy nieskończoności
Każda przestrzeń Banacha ma normę.
Nie w sensie moralnym (choć i takie przydałyby się fizyce głównego nurtu), ale matematycznym.
Norma to sposób mierzenia długości, odległości, wielkości funkcji.
W świecie Banacha:
Jeśli potrafisz coś zmierzyć,
I jeśli suma długości prowadzi do granicy,
A granica też jest „mierzalna” –
To znaczy, że jesteś w domu.
Dlaczego to genialne?
Bo Banach zrobił coś, co robią tylko nieliczni:
Zamienił inteligencję geometryczną w uniwersalny język analizy funkcjonalnej.
W jego przestrzeniach można analizować ciągi, funkcje, całki, operatory — a wszystko to bez wychodzenia poza strukturalne granice matematycznego komfortu.
To jak stworzyć świat, w którym nawet chaos ma swoją logikę.
I każdy błąd prowadzi do... zbieżnej granicy.
I tu zaczyna się poezja matematyki
Bo przestrzeń Banacha to nie tylko narzędzie.
To ontologia.
To sposób patrzenia na świat, w którym pojęcia takie jak „bliskość”, „zbieżność” czy „ciągłość” mają sens nawet dla nieskończonych bytów.
Dla fizyka — to matematyczna wersja pokoju, gdzie nieskończoność siedzi na fotelu, ale nie wywala nóg na stół.
Dla filozofa — to dowód, że nawet abstrakcja może mieć swój adres zameldowania.
A to wszystko zrobione w Polsce. Bez Google’a. Bez Mathematicy. Bez Wi-Fi.
Stefan Banach — geniusz samouk, odkryty przypadkiem przez matematyka z innego stolika.
Zamiast kariery akademickiej — kawa, kreda i spektakularna wyobraźnia.
Zamiast wielkiego laboratorium — kawiarnia z marmurowym stolikiem.
Zamiast grantów — księga zapisana ręką pijanych (i genialnych) matematyków.
Dlaczego Banach to nie tylko matematyka, ale model rzeczywistości?
Bo w jego przestrzeniach można umieścić fizykę kwantową, klasyczną, a nawet topologiczną.
Bo każdy model, który chce być stabilny, potrzebuje pełności, normy i funkcjonalności.
Bo bez przestrzeni Banacha świat wyglądałby jak równanie z luką w środku.
I dlatego też model SQR – ten nasz – rezonuje z jego duchem.
Bo w SDM-SQR przestrzeń też nie jest dana raz na zawsze.
Jest dynamiczna, zmienna, pulsująca.
Ale każda jej konfiguracja lokalna tworzy własną przestrzeń funkcji, własną normę, własną rzeczywistość — chwilową, ale pełną.
Może nie przestrzeń Banacha w sensie klasycznym.
Ale na pewno — duch Banacha w sensie topologicznym.
Zakończenie, które zbiega się do sensu (z normą równą 1)
Stefan Banach nie tylko zmienił matematykę.
On ją przestrzenił.
Nadał jej wymiar, gdzie funkcje mają domy, a nieskończoności uczą się grzecznie chodzić po schodach.
I chociaż dziś jego nazwisko pojawia się w podręcznikach na całym świecie —
to gdzieś w tle nadal słychać dźwięk mieszania kawy i szelest zapisanej strony w Szkockiej Księdze.
Bo wielka przestrzeń zaczyna się od jednej zbieżnej idei.
A.Urbaniak
El Czariusz
06.08.2025, 23:23
Z Banachem, to o przestrzeń chodzi, fotel i nieskończoność na fotelu, choć bardziej ma krześle.
Takie wprowadzenie. Coś jak dostać się przez dziurę w głowie do mózgu, w którym...
Po węgiersku będzie.
Historia z tym moim węgierskim ciągnie się od wojska. Wojsko i węgierski. Nikt by mnie normalnie z tym duetem nie skojarzył ale trio tworzyliśmy.
Najpierw zostałem murzynem ale po kolei. Kolej zawiozła mnie do Sofii z mamą i siostrą.
Potem pan profesor zabrał nas do siebie, do Widynia.
No i tam, w Widynie poznałem Laszlo, wnuka pana profesora i Laszlo mówił po węgiersku.
Kompletnie go nie rozumiałem. Nic a nic. Ale tak zupełnie nic. Nawet nie rozumiałem jak ma na imię a Laszlo to imię wcale byle nie jakie.
Wnuk Laszlo w każdym razie też nie wiedział, dlaczego akurat tak miał na imię ale ja też wtedy nie wiedziałem, czemu mnie Dariusz.
Wiedziałem jednak, że to imię króla, któremu tysiąc niewolnic usługiwało. Tak mówiła mi mama ma dobranoc. Perskie baśnie, niewolnice...
Zaraz wszystko opiszę i rozjaśnię, dlaczego umiem węgierski lepiej i dlaczego to interesujące może być.
Zaraz, to znaczy jutro.
El Czariusz
07.08.2025, 11:38
Poczytuję wątek Atomkowy regularnie. Zajrzałem dzisiaj rano i...
Posty Brzeszczota jak "bicz boży" Attyli...
O co chodzi z tymi Węgierczykami i dlaczego to akcentuję... To jest bardzo długa historia ale postaram się ją streścić - możliwie do objętości Bożego Igrzysko Davisa.
Węgierski dopadł mnie wiosną 1983 roku na łące w Zegrzu. Łąka (znaczy trawa coś na wzór łąki kwietnej) rosła sobie na zarośniętym nią stadionie sportowym Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Łączności. Wylądowałem w niej przypadkowo, ocierając się lądowaniem (w niej - Szkole) o granice absurdu.
Z perspektywy 42 lat to wszystko wydaje się nierealne wręcz ale pewne konsekwencje widzę do dzisiaj. To akurat w temacie jakości polskich sił zbrojnych i dlaczego mam zero szacunku dla określonych "elit" wojskowych w tym upadłym kraju ale... nie o tym.
Częściowo tylko o poziomie nauczania w szkolnictwie wojskowym i jakości egzaminów na wojskowe studia w tamtych czasach.
Dość powiedzieć, że z matematyki na egzaminie wstępnym dostałem do rozwiązania równanie z... dwoma niewiadomymi.
Równanie z jedną niewiadomą moja wnuczka rozwiązywała z powodzeniem w wieku lat sześciu a wnuczek młodszy już jej z powodzeniem wtóruje.
Nie ważne. Ważne, że na jakichkolwiek studiach, których podstawą jest matematyka (jak techniczne np.) pierwszy semestr z matematyki (albo drugi) wprowadza nas w świat granic, pochodnych funkcji, funkcji pierwotnych itd. No nie inaczej było w WSOWŁ w Zegrzu z tym, że tam powtarzano program matematyki w ogóle na pierwszym roku.
Taki najprostszy... Podobnie z zajęciami z elektrotechniki, gdzie podstawy matematyki są potrzebne by zliczyć (sumy) natężeń prądu na wejściu i wyjściu z węzła... Z drugim prawem Kirchoffa możemy tworzyć funkcje liniowe... uuu, to już wyższa szkoła.
Moja edukacja w TE w Wejherowie z matematyki pozwoliła mi spokojnie ten etap pominąć.
Zresztą maiałem tej wiosny zupełnie inny cel krótkoterminowy. Jak najszybciej wojsko (jakie by nie było) opuścić co mi się w końcu w atmosferze pełnej abstrakcji czystej, po odsłużeniu pełnych dwóch lat - udało dokonać. Uff...
Więc kiedy nastała wiosna a ja byłem już po unitarce i zajęcia ruszyły pełną parą, zamiast na nie, chodziłem na stadion. Mogłem chodzić ponieważ jak to w wojsku - nie sprawdzano obecności, tylko obecność meldowano.
Ponieważ zasadniczo ja byłem bardzo lubiany w plutonie, nasz pluton (czyli taki odpowiednik klasy), w porozumieniu moim z-cą d-cy plutonu (nim był świeżo upieczony ppor po szkole) spokojnie obywał się na zajęciach beze mnie.
Dodam, że z-ca d-cy plutonu wybierany był po unitarce już spośród nas (członków trzech drużyn, tworzących pluton).
Ten wiosenny, to był drugi semestr zajęć ale niejako pierwszy z punktu widzenia nabywania czystej, teoretycznej wiedzy.
Oczywiście bardzo sprzyjała mi pogoda. Naprawdę. Miniona jesień była długa i ciepła (jesień 1982) a nadejszła wiosna nie gorzej.
Im bliżej maja, tym trawa była wyższa, więc coraz śmielej sobie radziłem, Jednakowoż starałem się po sobie nie zostawiać żadnych śladów. Poruszałem się do legowiska jak kot skaczący między lasem butelek.
To był mój osobisty kawałek zielonej podłogi i czułem się w takim środowisku znakomicie.
Przy okazji studiowałem. Tak. Ponieważ byłem nieprzystosowany próbowano mnie karać za niesubordynacje wszelkie na każdym kroku. Kiedy pewnego dnia dyżurny kompanii (drugoroczniak) powiedział, że zajebie mnie regulaminowo na metrze kwadratowym, zrobił błąd.
Zachęcił mnie do gruntownego (co i tak było obowiązkowe) przestudiowania regulaminu służby wewnętrznej i wartowniczej i w mniejszym stopniu pozostałych dwóch regulaminów.
Te pierwsze dwa nauczyłem się... na pamięć. Doskonale ku temu służyła wiosenna atmosfera stadionu.
Zwłaszcza regulamin służby wewnętrznej opanowałem biegle. Do tego stopnia (a był to niemały klocek), że potrafiłem zacytować każde, rozpoczęte zdanie podając przy tym numer strony i liczbę wiersza. W tym ostatnim czasami się myliłem. Wystarczyły dwa m-ce nauki.
Własnie z tego powodu (poza abnegacją) stałem się na "uczelni" pierwszy raz sławny. Bylem jak wrzód na dupie wszelkich służb, które próbowały mnie egzaminować ze wzorowego, wojskowego zachowania.
Zdawałem raz po raz taki egzamin z uśmiechem na ustach. Nie można mnie było od tak - rzucić na glebę i kazać mi pompować czy co tam.
Oczywista przeszedłem też etap klasycznej jednostki liniowej (potem OTK i BiBu) i tam obowiązywały inne zasady ale tez sobie radziłem. Nie regulaminem a siłą.
W WSOWŁ etyczne zasady prawdziwego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego były dla mnie priorytetem zwłaszcza, kiedy ja te zasady łamałem.
Taki specyficzny paragraf 22. Waliłem w chuja ale broniłem się... doskonałą znajomością regulaminu. Odpowiadałem jak Duduś. Nie było na mnie mocnych.
Za to m.in. miałem duży szacunek wśród kolegów, bo przełożonych doprowadzałem do rozpaczy. zasadniczo wszystko po to, by mnie z tego WSOWŁ wyjebano do służby zasadniczej, bo to była jedyna droga odzyskać wolność.
Może też dlatego ("wychowywany" w oparach absurdu) tak dobrze (nie ukrywam) radziłem sobie w obliczu wszelkich konfrontacji "zdobywając" z powodzeniem "dziki" wschód. Pomijając już fakt, że miałem kontakt z dzikim wschodem od młodzieńczych lat - vide akcja "pan profesor z Widynia".
Teraz węgierskie clou...
P.S.
Skutek mego leżakowania był jeszcze jeden, co mnie w końcu zgubiło. Rozbierałem się do gatek i okazjonalnie opalałem. Do tej pory uważałem, że mimo częściowo zielonych oczu, jestem klasycznym białasem. Nigdy do tej pory nie byłem opalony poza fragmentarycznymi epizodami mego ciała.
W maju wyglądałem już jak murzyn. autentycznie jak murzyn. taki z prlowskiego filmu, jak wypastowany brązową pastą.
Teraz (jeszce raz) węgierskie clou...
El Czariusz
07.08.2025, 12:06
Pewnego, gorącego południa, kiedy regulaminy miałem już we wszystkich możliwych palcach wpadłem na pomysł, by nauczyć się języka obcego.
Brałem różne języki pod uwagę ale przede wszystkim kilku nie brałem. Pierwszym był - rosyjski. Miałem go po uszy w domu. Drugim - niemiecki,
ale wrogowie byli jasno sprecyzowani.
Z wrogami się co prawda później przeprosiłem (bez przesady) ale na ten moment w grę wchodził angielski. Jednak po wizycie w "uczelnianej" bibliotece z angielskim pozostała mi droga Broniarka Zygmunta. Ten uczył się angielskiego słuchając Wolnej Europy.
Zawiedziony wróciłem na łąkę stadionową i rozmyślałem... Nie uwierzycie, jaki język przyszedł mi do głowy... NIE UWIERZYCIE!
Chwila zastanowienia?
I... węgierski myślicie? Nie, nie:)
Kolejna chwila i... Tak. Kto zgadł, otrzymuje nagrodę główną konkursu: widok morza z Kołobrzegu, dojazd na koszt własny.
Tym językiem był... bułgarski.
W końcu miałem pewne podstawy: carewica raste na poleto.
Tak, to zadecydowało. Podekscytowany rozwiązaniem z totalnej dupy pognałem do biblioteki!
Pognałem z takim entuzjazmem, że mało się nie zdradziłem.
- Gdzie się pan tak opalił?
Siedzę przy oknie na zajęciach.
- Dłonie też?
One też siedzą przy oknie.
Niestety... Nie mam nic w bułgarskim.
- A co w ogóle jest poza rosyjskim?
Hm... Coś tu mam...poczeka pan.
No i pani przynosi mi słownik polsko-węgierski czy węgiersko-polski i dorzuca rozmówki. patrzy na mnie, moją reakcję i z sarkastycznym uśmieszkiem pyta:
- Pożycza pan?
El Czariusz
07.08.2025, 12:41
Niecałe trzy m-ce później melduje się z węgierską literaturą u pani Jadwigi.
- Dzień dobry, przyszedłem oddać słownik i rozmówki.
I co...?
- Mam do pani prośbę.
Więcej słowników nie mam, pani Jadwiga się do mnie uśmiecha ale już tak inaczej.
- Proszę mnie przeegzaminować.
Z czego?
- Z węgierskiego.
Po egzaminie pani Jadzia stała mi się bliska. Mocno już starsza pani, okazało się - bardzo sympatyczna. Była w małym szoku. Polubiła mnie. Może jednym z powodów był fakt, że praktycznie byłem jej jedynym "klientem"?
Podchorążowie z biblioteki nie korzystali, tylko nieliczni, wśród taki ja - wybitnie egzotyczny. Murzyn, który nauczył się węgierskiego słownika na pamięć.
Zacząłem panią Jadwigę regularnie odwiedzać. Pani Jadwiga wybierała dla mnie literaturę, z czasem coraz bardziej "wyrafinowaną", tę akurat przynosiła z... domu.
Czytałem w każdym czasie wolnym, później po nocach, co owocowało permanentnym niewyspaniem ale miałem przecież swoją łąkę. Im więcej czytałem, tym dłużej na łące spałem. To zgubiło moją czujność.
Do końca nie pamiętam okoliczności mojej wpadki ale na szczęście poniekąd - przyłapał mnie szef kompanii.
Już dawno miał na mnie oko. Akurat on widział we mnie "nieoszlifowany, wojskowy diament".
1. Znakomicie strzelałem. To było pokłosie ojcowego podejścia, kiedy to starszy zabierał mnie na strzeleckie zawody. Zabierał mnie, od kiedy tylko byłem wstanie wyleżeć przy kbks. Akurat te "zajęcia" bardzo mi odpowiadały.
2. Miałem zawsze czystą broń.
3. Byłem mistrzem kompanii w składaniu i rozkładaniu AK 47 na czas.
4. Świetnie radziłem sobie na torze wojskowych torach przeszkód.
5. Byłem mistrzem pierwszego rocznika w rzucie granatem.
6. Miałem niekwestionowany szacunek/pozycję u kolegów z plutonu.
Punkt 5-ty był całkowicie niezrozumiały dla wojskowych osiłków.
Ja jednak wybrałem węgierski, który stał się z czasem, moim drugim 'domowym" językiem. Do niczego niepotrzebnym. To znaczy do czasu...
El Czariusz
07.08.2025, 13:45
Czas biegnie nieubłaganie.
4-ty dzień pobytu. Strażnik Domowy idzie z rana nabić trochę basenów, mnie na kawę zaprasza sąsiadka.
Nie da ci ojciec, nie da ci matka tego, co może dać sąsiadka.
A co może dać sąsiad...?
O tym literatura milczy. No więc nadrabiam te braki.
Na imię sąsiadce Alicja. Zasadniczo - wiejska baba ale... nie z urody. F-cznie wychowała się na warmińskiej wsi i w tym kontekście "wiejska baba", zorientowana na tradycyjne wychowanie dzieci i wszystkie te konserwatywne trele. No więc duże plusy u mnie.
Ale ponieważ obiecałem sobie solennie, ze w nic się nie będę angażował, pytam:
- No i jak się czujesz...?
Już lepiej, to znaczy ciągle próbuję się oswoić z faktem ale nie potrafię.
- Byłaś na plaży, bo widzę małą metamorfozę córki młynarza w czerwony, rewolucyjny sztandar?
Na basenie byłam.
- No to dzisiaj zapraszamy cię na kolację.
??
- Tylko zasłoń wdzięki, bo powoli muszę wzrok odwracać. No!
Dzisiaj pogody nie ma. I to był warunek rowerowej ekskursji. Jest pogoda, jedziemy na plażę. Nie ma? Ekskursja. Ekskursja nie byle jaka przypominam.
Misja szpiegowska, spotkanie w muzeum... Oficjalnie - królewski etap tur de franca. Etap morderczy.
Na początek...
https://i.ibb.co/jvW9tHp4/IMG-20250718-122256.jpg (https://ibb.co/wNwZtYv6)
...wspinaczka do Kitena.
W Kitenie koty i ładna panorama na Primorsko.
https://i.ibb.co/cX82r1C4/IMG-20250718-122705.jpg (https://ibb.co/fGNrx2nj)
Koty dla Sztywnego Andrzeja.
W sensie fotki. Sztywny był udziałowcem parapetówki. Taki rewanż, bo lubi koty.
Przed Łozencem...
https://i.ibb.co/5W4xV5BZ/IMG-20250718-131452.jpg (https://ibb.co/KjhzH9Fn)
...dzikie plaże. Początek półwyspu świetne miejsce na dłuższy, dziki popas.
Pomiędzy rajskimi plażami Maczata Dupka (jaskinia). Taka atrakcja ale nie dla nas.
Przecinamy Łozenec zmagając się z przeciwnym wiatrem. Przed Carewem konkretny podjazd a nawet kilka konkretnych. Dokładniej trzy konkretne, do tego w odkrytym terenie. Na czarnym jak smoła asfalcie, w pełnym słońcu...
MASAKRA.
W Carewie umówiony jestem ze szpiegiem między stoiskiem z książkami i kapeluszami.
https://i.ibb.co/VcCMCSzS/IMG-20250718-141857.jpg (https://ibb.co/PvW1WhPh)
Niestety. Szpiega nie ma. Umówiliśmy się, że spotykamy się przy złej pogodzie. Pogoda jaka jest...
https://i.ibb.co/2YWtb3cX/IMG-20250718-143054.jpg (https://ibb.co/rfF6W25n)
...każden widzi.
Na wypadek jednak takiego wypadku, mamy zostawić info w skrytce.
https://i.ibb.co/HLptDtG8/IMG-20250718-142328.jpg (https://ibb.co/xK81S1zT)
Skrytkę mieliśmy odnaleźć w muzeum. Oto muzeum.
Zmieniamy czujnie hasło na:
A legjobb gesztenyék a Place Pigalle-ben nőnek.
Wracamy, objeżdżając Carewo. Przystankujemy w małpim gaju na wjeździe do Carewa, konsumując brzoskwinie.
Z wiatrem raźniej ale to, co doskwiera nam najbardziej to ból jaskini. Z wiatrem raźniej ale nie czuć z drugiej strony jego zbawczego powiewu.
Na szczęście jest sporo cienia po drodze.
https://i.ibb.co/Rt98yCX/IMG-20250718-155438.jpg (https://ibb.co/bYPtJr4)
Minusem odcinek drogi szybkiego ruchu, której panicznie boi się Strażnik Domowy. Jadąc rowerem lepiej rozumiemy wjazdy i wyjazdy z bocznych dróg, zasilających ekspresówkę. Lepiej tez rozumiemy dlaczego akurat w takich miejscach ustawia się lokalna policja.
Hm... jak to punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.
Tego asfaltu...
https://i.ibb.co/FLgwqMxx/IMG-20250718-160304.jpg (https://ibb.co/KpFqzk00)
...znaczy ponad kilometrowego odcinka, nie da się ominąć.
Ujście rzeki przed Kitenem, to raj dla wędkarzy a i przypomina ujście Potoku Oliwskiego do Zatoki, czy bardziej Piaśnicy do Bałtyku w Dębkach.
Ogólnie plażom (piasek i woda) wystawiam ocenę dobry z plusem. Nic jednak nie przebije naszych w Europie (bałtyckich w wybranych obszarach).
Dlatego mnie te "rajskie" czarnomorskie plaże aż tak nie fascynują jak bytowników oderwanych od bezpośredniego dostępu do wody.
Z Przystanku Oliwa mam równo 3km do pierwszej z brzegu w Jelitkowie, którą bardzo lubię ale ta nasza w Primorsko - bardzo ok.
Zjeżdżając umordowani na chatę, szybko konsumujemy "podwieczorek".
https://i.ibb.co/YFcQ6Bs3/IMG-20250718-195546.jpg (https://ibb.co/yc6PDFjX)
Taki nasz bałkański klasyk.
Wieczorem zabieramy Alę na miasto. Dla niej, to prawdziwa wyprawa na druga stronę lustra.
El Czariusz
08.08.2025, 18:14
Mam Jelcza z przyczepą P01 (w kolekcjonerskim stanie) ale pomieniał bym się...
uW6rRghErG4
El Czariusz
09.08.2025, 00:35
...zacytuję, na wesoło.
"W ostatnich dniach na naszych oczach rozgrywała się jedna z najbardziej rozkosznych relacji podróżniczych ever. Anna Lewandowska wraz z przyjaciółką ruszyły na Sri Lankę i pokazywały wszystko live na Instagramie. Niby nic niezwykłego, wszak nie tylko znani ludzie jeżdżą, zwiedzają i wrzucają zdjęcia, a jednak jest tu uroczy twist, bo dziewczyny najwyraźniej naoglądały się Azji Express i uznały, że też chcą spróbować zrobić to jak bied⌠tfu, normalni ludzie, czyli bez consigliere, Szerpów, kucharza, masażysty, sommeliera, stylisty, prywatnego fotografa, trenera od oddychania i pani od trzymania parasolki, żeby słońce nie raziło w oczy. Tylko one, 14-kilowe plecaki i przygoda.
Spały w hostelach, jeździły pociągami trzeciej klasy, raz nawet tuk-tukiem, a ostatnio Anka tak zaszalała, że zdecydowała się na eksperyment kulinarny, daleko wychodzący poza jej percepcję. Robert pewnie przecierał oczy jak to widział, a później, jak dotarło do niego, co tu się właśnie odjebawszy, kompulsywnie wyszeptał: âA to oszustka matrymonialna, mi zakazuje, a sama robi. Halo Yamal? Idziesz na kebsa?â. Ale po kolei.
Pierwsze wywinięcie mózgu na lewą stronę przyszło, gdy znalazły nocleg za siedem euro, czyli mniej niż Anka wydaje przez sen. Okazało się, że nie ma tam ręczników, a kibelek jest wspólny dla wszystkich. Nie odważyły się skorzystać i ustaliły, że w razie W zbiją szybkę w swoich torebkach Gucci, ale z fascynacją przyglądały się ludziom, którzy szli tam bez krępacji. Trochę jak David Attenborough, który przyczajony w krzakach obserwuje rzadki gatunek w naturalnym środowisku.
Sama podróż na Sri Lankę też z gatunku ekstremalnych. Robert podobno proponował, żeby skorzystały z prywatnego jeta, ale uznały, że skoro szukają prawdy, to lecą rejsowym. Totalny krejzeusz, najpierw trzeba było przejść odprawę, podczas której kazano im wyciągnąć wszystkie rzeczy z kieszeni i wrzucić do specjalnej miski. Baa koleżanka musiała zdjąć buty bo miały metalową klamrę i pikały na bramce. Później człowiek gnije pod gejtem i czeka aż otworzą bramki⌠i w sumie jak teraz Anka o tym myśli, to stwierdza że mogła sobie w tym czasie posiedzieć i pooglądać Netflixa, ale już godzinę wcześniej przed bramką uformowała się kolejka i Anka nie wytrzymała presji i też się w niej ustawiła. Psychologia tłumu welcome to. A w samolocie, nie uwierzycie, za zasłonką od klasy biznes jest jeszcze klasa ekonomiczna, gdzie nie serwują dietetycznego Dom Pérignon, ale za to jest jeden podłokietnik dla dwóch osób.
Kolejna przygoda zaskoczyła podczas wspinaczki na Most Dziewięciu Łuków. Fizycznie oczywiście zero wyzwania dla dziewczyn, bo hej, się trenuje się, ale Anka przyznała, że wchodzenie w skórzanych klapkach to nie był najlepszy pomysł. Nie oceniajmy, bo po pierwsze, kto mógł przewidzieć, że trasa nie będzie wyłożona dywanem z Komfortu, a po drugie, kto nigdy nie wszedł na Rysy w Kubotach, nie może nazywać się prawdziwym tatarnikiem. Gdyby miała przy sobie reklamówkę z Biedry, dostałaby honorowe obywatelstwo Zakopanego, ale niestety nikt jej nie powiedział.
Kropeczką nad i była konsumpcja burgera z lokalnego gastro-straganu. Oczywiście, żeby najbardziej gorliwe fanki nie dostały zapaści, szybko dodała, że jako wsad wybrała kurczaka i zrezygnowała z sosów, czyli anarchia, ale kurde bez przesady. Dorzuciła też anegdotkę, że jej translator w telefonie chyba coś źle przetłumaczył, bo kiedy zapytała o bułkę bezglutenową, podobno śmiali się nawet w Malezji.
Hostel, tuk-tuk, klapki, burger⌠oesu, ale ktoś tu odpina wrotki. Co następne? Kimka pod namiotem na Woodstocku i hot dog z Żabki? Czy świat to wytrzyma? I co na to Marina? Chociaż z drugiej strony może jej powiedzieć, że to było coś w stylu Coachelli, tylko bez koncertu Beyonce.
Najbardziej lubię ten szczery szok w jej relacjach, gdy mówi âkurde, w życiu nie uwierzycie, jakie ekstremalne warunki zaliczyłyśmy, założę się, że nie mieliście pojęcia, że są takie miejscaâ, a ty to czytasz i masz takie âAnka, jakby ci to powiedzieć⌠my tak żyjemy⌠tzn. żylibyśmy gdyby były promki na lotyâ. Ale bez złośliwości, bo to zdziwienie niczym się nie różni od naszego, kiedy Anka pokazuje na Instagramie pięciogwiazdkowe resorty, a my pytamy w komentarzach âEj, dlaczego w tej łazience są dwie muszle? Że niby ktoś to projektował z myślą, że przyjedzie dwójka zakochańców i będą dwójkować synchronicznie, trzymając się za ręce?â, na co Anka odpisuje âNie, głuptasy, to jest bidet⌠hmmm jakby wam to wytłumaczyćâŚwyobraźcie sobie zraszacz ogrodowy, tylko...â
El Czariusz
09.08.2025, 10:16
...bo ten odcinek będzie szczególnym i wymaga odpowiedniego podejścia.
Pierwsza uwaga: nigdy nie oceniaj kobiety po żakiecie.
Stąd ten cytowany post powyżej poniekąd i nie chodzi mi o ocenę pani Lewandowskiej.
Każdy niech sobie wyciąga wnioski, jakie mu się nasuną.
I nie chodzi tu o obecną żonę prezydenta aczkolwiek jest pewna analogia do niej ale nie taka, jaką zapewne zaraz wam przyjdzie do głowy.
Konkretnie chodzi mi o... urodę. Gdyby ktoś śmiał mnie zapytać jak scharakteryzował bym teraz pod tym względem sąsiadkę, to właśnie tak.
Uroda pani prezydentowej i dodam, że podoba się mnie się ale bez szaleństw i wirtuozerii. Coś te panie łączy extra. Obie wcześnie urodziły pierwsze dziecko, co jest "współcześnie" odbierane jako zarzut.
Zarzut uśmiechniętej demokracji.
No więc:
let's get ready to ramble, przed nami wspólne kolacjone!
El Czariusz
09.08.2025, 19:01
Nie mogę jeszcze kolacjone przetrawić tym bardziej, że kolacjone to po włosku... śniadanie.
Kolacjone było wyjątkowe jak to, co mnie dzisiaj spotkało. Zderzyłem się dzisiaj z murem. Wszystko bez to, co Strażnik Domowy zarzucił mi przedwczoraj (czwartek) wieczorem.
Bo f-cznie wyszło na to, że przez 8 dni nie opuściłem mieszkania na dłużej niż kilka minut i nie dalej niż 30m licząc promień od klatki podwórza.
Miało to miejsce dopiero wczoraj ale dzisiaj było fest. Przez cały tydzień zastanawiałem się, na co wyjdę.
Na dwór czy na pole. No więc jak wyszedłem, to zderzyłem się z murem.
Nie fizycznie ale mentalnie i było to cudowne uczucie. Powrót do lat dawno minionych.
O tym przed kolacjone jutro.
Przede mną morze notatek.
El Czariusz
10.08.2025, 11:02
Świeci słońce, jedziemy na jelitkowską plażę.
Ja jadę dla paragonów grozy i dla zdrowia. Słońce = Zdrowie.
I nahle...
https://i.ibb.co/HD3qBBp2/1754767241902.jpg (https://ibb.co/xSd6XX8s)
200m od Przystanku Oliwa...
...co tu się wyrabia?!
Szybkie śledztwo i okazuje się, że jesteśmy w samym środku Tur de Mur.
Osiedlowa inicjatywa z kilkuletnią już tradycją. Jestem w szoku. Pozytywnym aczkolwiek (jak to u mnie/ze mną) z elementami smutnej refleksji.
Tur de Mur odbywa się dwa razy w roku. Latem wyścig dzienny, w październiku wyścig nocny. Deklaruję udział i ruszamy na wschód.
Na wschodzie...
https://i.ibb.co/chqctdky/FB-IMG-1754748215185.jpg (https://ibb.co/Zz96KCGf)
...od 1968 w Jelitkowie niezmiennie.
No z tą różnicą, że wtedy oranżada kosztowała 1,50 a dzisiaj "domowa lemoniada" - 24. Czy ja narzekam? Absolutnie. Gałka lodów złotych 1,20 a dzisiaj tych złotych 10.
Nie wiem, po ile wtedy było piwo (tradycyjny kufel)...
HYBDt8zgYMo
...ale w Jelitkowie przy deptaku wiem. 500ml - 17zł.
Czy ja narzekam? Nie.
Rozwaliła mnie cena gofra wersji bita śmietana, dżem - 27zł.
Czy ja narzekam? Nie.
Ale w cholerę ludzi narzeka. Ba... Oni dobrze wiedzą, ile taki gofr, gałka loda, piwo powinny kosztować. Ja nie wiem ale wiem, że chciałbym na tych narzekających dobrze zarobić. Że pretensje na Berdyczów, do Jarków i Donaldów.
Na plaży cudownie.
No... ale gdzie refleksja smutna? Oczywiście. Tuż przed wejściem nr 77 (nasze ulubione) przed nami mama z trójką małych szkrabów. Każdy ma rowerek, nie najtańszy.
To pierwszy (ukraiński) "paragon grozy" - 2550zł/m-cznie.
Proszę wybaczyć parze, która skończyła 121 lat za tę ostatnią refleksję. Starość nie radość.
Na plaży cudownie.
To pierwsza, słoneczna sobota od... czerwca? Chyba tak. W czerwcu udało nam się trafić w taki weekend. W Primorsko słońca mimo wszystko było pod dostatkiem.
Na plaży cudownie.
Piasek, jakiego nigdzie na południu Europy nie znajdziesz. A jak ci się uda, to będzie parzył w stopy.
Na plaży cudownie.
Woda w Zatoce przyjemnie chłodna.
Na plaży cudownie.
Przeżyjesz bez parasola.
Na plaży cudownie.
Przeżyjesz, nawet z paragonem grozy w kieszeni. Będziesz żył krócej ale przeżyjesz.
Po przeżyciach na cudownej plaży, wracamy do domu. Ja jestem ciekaw, na jakim etapie jest Tur de Mur? To nie wyścig z czterech liter, tylko poważna impreza! Są strefy bufetu, czipliderki i w ogóle - jest cudownie jak na plaży.
Jak jechaliśmy na cudowną plażę, wyścig akurat się zaczynał...
https://i.ibb.co/Z5RhZMt/IMG-20250809-154429.jpg (https://ibb.co/4zwjQV9)
...tu.
Na powrocie z cudownej plaży...
https://i.ibb.co/NnG5rHSr/IMG-20250809-154252.jpg (https://ibb.co/0VzTKdtK)
...jeszcze nie osiągnął półmetku.
Mijam po drodze kolarzy uzupełniających elektrolity, zbijamy piątki.
Nie tylko na plaży jest cudownie. Inicjatywa Tur de Mur mnie rozwaliła.
Na chacie melduję Strażnikowi, że impreza w toku i że rozwija się znakomicie.
- No ale te "elektrolity"... Jeszcze straż miejska przyjedzie, zamknie imprezę i...
Nie zamknie, bo raczej nie przyjedzie. Poza tym uczestnicy tacy trochę przypakowani. Chciałbym zobaczyć jak gdańska SG "rozbija" osiedlową inicjatywę.
A finał ekskursji...
https://i.ibb.co/gFRCT2C5/IMG-20250809-155127.jpg (https://ibb.co/CsHF7cFk)
...taki.
Tarator, to taka, bałkańska bieda wersja tego, co serwuje mój Strażnik Domowy.
Tymczasem zbieram siły, by jakoś sensownie streścić naszą wspólną kolacjone z Alicją. Tak... nie oceniaj nigdy kobiety po żakiecie.
P.S.
Może kto zgadnie, co to za impreza oliwska - Tur de Mur? Ja nie zdradzę (tak szybko).
El Czariusz
10.08.2025, 13:38
1948.
Raport.
"Uparty. Leniwy. Niegrzeczny. Przeszkadza na lekcjach. Prace domowe wykonuje źle lub wcale. Jego zeszyty są brudne i pełne bazgrołów. Mógłby być doskonałym uczniem, gdyby tylko chciał."
Nie był ulubieńcem nauczycieli. Nienawidził szkoły. Nudę zabijał częstymi zmianami placówek, powtarzał klasy, aż w końcu w ósmej porzucił edukację. Oświadczył, że już nigdy tam nie wróci. I słowa dotrzymał.
Podczas gdy podręczniki nie potrafiły go zafascynować, ulice jego miasta wręcz przeciwnie. Fasady tych domów opowiadały o Egipcjanach, Grekach i Rzymianach więcej niż w jakakolwiek klasach - napisał później.
Bez szkoły. Bez dyplomów. Bez planu na przyszłość.
A jednak w 1987 roku, chłopak, którego zeszyty były pełne bazgrołów, odebrał Literacką Nagrodę Nobla.
El Czariusz
10.08.2025, 21:29
...prawda ukryta jest pod...
Węgier, Polak dwa bratanki
i do konia i do szklanki.
Oba zuchy, oba żwawi,
niech im Pan Bóg błogosławi.
To pierwotna wersja słynnej przypowiastki. Dzisiaj bardziej znana z odwróconej formy (Polak, Węgier...) i przeróżnych wariacji. Konia zastępujemy bitką itd.
We właściwej formie po raz pierwszy ujrzała światło w przekazie Hieronima Napoleona Boćkowskiego w 1839.
Padła z usta największego, polskiego uciekiniera czasów zaborów- uczestnika Powstania Listopadowego, zesłanego na Syberię (i to z niej uciekł) Rufina Piotrowskiego.
Jego postać wraz z Janem Prosperem Witkiewiczem przywraca pamięci m.in. Elżbieta Cherezińska w swojej ekscytującej, fabularyzowanej powieści Turniej cieni, obejmującej fascynujący okres Wielkiej Gry, w której to zupełnie niedoceniona została rola Bronisława Grąbczewskiego. Organizując ekskursję ladami Bronisława Grąbczewskiego 1889-2018 próbowałem z marnym skutkiem jakoś tę znakomitą (acz i kontrowersyjną) postać ludowi przybliżyć.
Rok później cytuje w swych Gawędach, których cały ich zbiór wydano w Paryżu w 1852 (Powiastki i gawędy) oraz w 1863 (Powieści kozackie i gawędy) - Michał Czajkowski.
Ale etymologia przypowiastki jest wcześniejsza. Przypisuje się ją czasom Konfederacji Barskiej, dokładniej oddziałowi Generalności, który bytował w latach 1768-72) w Preszowie, dokąd zbiegła część Barzanów ścigana przez Kozaków.
Ówczesny Eperjes (Preszow - dawne Górne Węgry) etnicznie obejmował Słowaków, których wschodnio-słowacki dialekt był (i do dzisiaj jest) zrozumiały dla Polaków. Ba... uznawany jest za swoiste słowiańskie esperanto, rozumiane przez wszystkie słowiańskie narody.
W czasach Konfederacji Barskiej Słowacy uznawali się za... Węgrów. Węgrów, którzy nie mówili językiem Madziarów. Ci posługiwali się mową z grupy jeżyków zauralskich - ugryjskich należących do grupy języków ugro-fińskich.
Dosłownie najnowsze (z lipca tego roku) badania lokują językowych przodków Węgrów i Finów w... Jakucji pośród zbieraczy "jagód".
Tymczasem Węgrzy mają obsesję związana z pochodzeniem od wojowniczych ludów tureckich i ciągnie się to za nimi już od średniowiecza, kiedy to kojarzeni byli z Hunami.
Najazd Hunów na Europę odcisnął trwałem piętno na psychice ludów tejże. Do tej pory Rzym zmagał się z Wandalami (barbarzyńskimi Germanami), to czym wsławili się Hunowie wywróciło znany do tej pory obraz zła wcielonego w ludzkie postacie.
Kiedy Madziarzy ruszyli na zachód szybko wróciły skojarzenia. Posługiwali się podobną taktyka i orężem (kompozytowe łuki), równie odmiennym i niezrozumiałym językiem, siejąc spustoszenie w całej Europie.
W 894r. zasiedlili Koltinę Panońską skąd przez blisko 60 kat terroryzowali najdalsze zakątki Europy organizując łupieżce wyprawy. Ważne, jak Madziarów nazywano a przylgnęła do nich nazwa Hungry, wcześniej będąc Ugrami. Etymologię nazwy Madziar zostawiam wam, bo...
... nie o tym.
Wracając do... Słowaków, to z nimi jak widać znakomicie integrowali się Polacy. Co ciekawe sami Słowacy, będący wspólnotą etniczną, w czasach Wiosny Ludów i pierwszych ruchów narodowościowych, nie istnieli politycznie do tej pory. Etnicznie jak najbardziej ale ewolucja do dzisiejszej nazwy miała charakter egzodemiczny.
Byli po prostu nazywani Słowianami, co znajduje swój specyficzny obraz w nazywaniu płci. Mężczyzna - Słowak, dziewczyna - Słowenka (nie słowaczka).
O ile państwo (autonomia) po Wiośnie Ludów nosiło nazwę Węgry, o tyle nacje je zamieszkujące nie. W połowie XIXw. tylko 40% mieszkańców Węgier mówiło po "madziarsku". Do tej pory językiem urzędowym był łaciński/wołowski a większość ludzi porozumiewała się... serbskim.
Zatem wracając do "bratanków" moglibyśmy pokusić się o zmianę: Słowak, Polak i... też było by dobrze.
W każdym razie, wracając jeszcze na moment do... Madziarów, postanowili oni "zawłaszczyć" dla siebie "madziarski/ugryjski" i finalnie dzisiaj tym językiem w większości się posługują.
Po upadku Monarchii Habsburskiej do władzy doszedł Mikloś Horthy i obalając po drodze Węgierską Republikę Rad, wprowadził iście "prawicowy terror" (trzymam się nowo mody) dążąc do rewizji Traktatu z Trianon.
Rewizjonizm tkwi głęboko w sercach Węgrów. Ba... po traktacie Węgrzy Górni dalej uważali się za... Węgrów a nie Słowaków. Nowa rzeczywistość zmusiła ich do przyjęcia nowej dla siebie nazwy.
-----------------------------------------------------------------------------
Kto dotrwał, do tego wiersza może nie żałować poświęconego czasu.
Ten sam czas, w tej samej formie ale w zdecydowanie lepszym wydaniu poświęciła mi/nam... Alicja.
Jednym zdaniem, dojechaliśmy wspólnie do kolacji. Wspólnie z tymi wami, którzy to czytacie.
Specjalnie dla cierpliwych napiszę teraz, że Tur de Mur to wyścig... kapsli! Ów murek widoczny na zdjęciu, ciągnący się wzdłuż AL. Grunwaldzkiej od ulicy Pomorskiej do granicy Sopotu w swym północnym odcinku (od ul. Bitwy Oliwskiej) był areną zmagań popularnej niegdyś: gry w kapsle.
Smutna refleksja taka, że grają dzisiaj w tę zacną grę - "stare konie".
Pomysł i realizacji przezacne w każdym razie.
Wracamy do Alicji.
Co z tego, co napisałem tak naprawdę jej dotyczy?
Ano ta "analiza" znanej przypowiastki. Sama przypowiastka przywołana przypadkowo, przerodziła się w fantastyczny wykład. Wykład przy wspólnej kolacji, na która ją zaprosiliśmy.
Wszystko bez to, że ja umiem... węgierski a Madziarzy zeslawinizowali się całkiem przykładnie. Biorąc pod uwagę, jakie mieli (Madziarzy) ciągoty, wystawia to Słowianom niezłą laurkę.
Wszystko to "bardziej", bo to co usłyszeliśmy od Alicji okazało się jej "ukrytą" pasją. Pasją tą najogólniej rzecz biorąc jest slawinistyka. Będzie o tym więcej.
Nomen omen, potraficie wymienić jeszcze jeden naród słowiański, który etymologię nazwy ma podobną?
Sama kolacja była w istocie pożegnalną.
A Alicja okazała się niezwykle interesującą kobietą, zwłaszcza pozbawiona żakietu.
Pozbyła się go znacznie wcześniej...
Na kolację poszliśmy albowiem lekko ubrani. A było to tak...
El Czariusz
11.08.2025, 09:18
...ujrzałem piękne ciało.
Umysł też jest ciałem. Można się nim dzielić, ot tak. Bezpośrednio z tego ciała płynie muzyka taka, jaką lubię.
zHLSm2hqURw
...zwłaszcza w południowych koloniach...
...a po drugie, wydałeś 150 000$ na wiedzę, którą mogłeś zdobyć w bibliotece publicznej...
https://i.ibb.co/SDD8L83D/IMG-20250720-221513.jpg (https://ibb.co/WNNwTw2N)
Siedzimy przy stoliku, w otoczeniu girland w znanej już nam z dobrych cen i klimatu restauracji. W głębi sali rozsiadła się Bułgarska rodzina i ucztuje w gruzińskim stylu.
Zaraz podejdzie do nas kelnerka, zatem wybieramy z dzisiejszego menu kilka potraw. Dzisiaj na deser palacinka ale intensywnie przeglądamy kartę. Jako, że ja osobiście cenię lokalną kuchnię centralizuję się na... sznyclu wiedeńskim i pizzie quatro formaggi.
- Ciekawe jakie sery w tej pizzie? Zagajam.
Spróbuję dopytać. Odpowiada Ala.
Podchodzi kelnerka, Ala niemal szeptem dopytuje. W eter płynie szum niezrozumiałych wyrazów, jak w pociągu do Kościerzyny, kiedy to nienachalnie króluje kaszubski, mówiony do ucha. Wprawne moje wyłapuje jedno, znajome słowo - "błagodaria". Było jeszcze "sirenie", "kaszkawał"...
Zapada cisza... Ala wyjaśnia:
- To klasyczna pizza z tym, że sery lokalne wg kompozycji kucharza. Sznycel duży, rozbity na cały talerz z frytkami i surówką. Kawał dużego mięcha.
Pytałaś po bułgarsku?! Dopytuje Strażnik.
- Tak.
Jesteś Bułgarką?
- Nie, śmieje się Ala.
Pierwszy raz widzę ją uśmiechniętą.
To taki "wypadek" przy pracy.
- Pracy?
Źle się wyraziłam, bardziej by pasowało: skrytej pasji. Ale to szczegół, nieistotny w sumie.
A ponieważ obiecałem sobie, że...
- Żadna pasja nie jest nieistotna. Kto ma pasję, chowa w sobie skarb. Ja lubię słuchać ludzi z pasją. Nie własną naturalnie. Lubię, jak ludzie o swoich zainteresowaniach opowiadają z pasją. Nawet, kiedy te zainteresowania są mi obce. Skąd twoja?
Moja? Nie wiem... tak znikąd. Kiedyś chciałam być nauczycielką... polskiego. Zdałam nawet na filologię polską ale zaraz potem urodził się pierwszy syn. Nie udało mi się połączyć studiów z wychowaniem. Jak zaszłam w drugą ciążę, zrezygnowałam.
- A bułgarski?
To wynik szerszego interesowania się językami w ogóle. Siłą rzeczy słowiańskimi.
Kiedy mąż kupił ten apartament, to jakoś tak z górki poszło, bo miałam motywację ale nie chcę was zanudzać...
- No coś was łączy moje panie. Polski od w-fu, to tylko rzut beretem:)
No i tu miałem już panie z głowy. By mieć lepiej, zamówiłem im butelkę białego, półwytrawnego wina. Ale się fajnie panie rozgadały...
Potem już tylko Primorsko baj najt.
Ubiegłego wieczora zaliczyliśmy ludowe występy w muszli koncertowej. Taka mała, typowo rzymska scena, gdzie prezentowały się zespoły ludowe na przemian z solowymi występami. Coś, co bardzo lubimy.
Tego wieczora była dogrywka ludowa a potem pałeczkę na głównej scenie ścisłego centrum przejął znany bułgarski didżej raper.
5QwvaIVHaQo
Ale nie o tym...
Nie ma to, jak na finał - basen baj najt.
El Czariusz
11.08.2025, 10:09
Siedzimy na pustym basenie. Regulamin surowo zabrania korzystania z niego po 23-ciej.
Zatem do wody nie wchodzimy. Może to i lepiej;)
Strażnik Domowy zostawia nas samych.
Rozmawiamy o moim dawnym projekcie. Czerwonej księdze narodów/etnicznych grup/języków, które znikają z kuli ziemskiej. Projekt był zawężony do ludów Wielkiego Stepu oraz posługującymi się językami ugro-fińskimi.
Chciałem po prostu objechać wymierające narody poczynając od Iżorów zamieszkujących Ingrię po Mansów, z których ledwie 300 jeszcze posługuje się tym językiem.
Rozmawiamy o izolowanych grupach językowych (język baskijski) itd...
To znaczy Alicja pięknie o tym opowiada.
- Zrealizowałeś projekt?
Nie... gdybym go zrealizował na pewno byśmy się nie spotkali.
- ??
Determinizm moja droga.
To już nasze ostatnie solo-spotkanie. Kiedy Strażnik Domowy tłukła się rano o ściany basenu, my wdawaliśmy się w pogawędki na dzielonym tarasie.
Takie o wszystkim i o niczym. Zaproponowałem Ali, by korzystała z Perszinga kiedy Strażnik i ja zepniemy je po plażowaniu itd.
- Więcej zobaczysz, łatwiej zapomnisz. Ja lubię jeździć solo, w miejsca dość odległe od cywilizacji. Tu o to wcale nie tak trudno. Postaw sobie jakiś cel i realizuj. Niedaleko jest jakieś grodzisko, jaskinia... takie banalne jeżdżenie ciut dalej niż wokoło komina.
Po jednej z wycieczek powiedziała, że kupi sobie rower, tylko jaki?
- Każdy będzie dobry moja droga. Wystarczy nie tworzyć barier.
Siedzimy na basenie, mija północ, śpiewamy...
oyJ9BrR2GdM
Ala, obiecaj mi tylko jedno...
Wróć na studia.
- Zrobię to!
Dostaję pięknego buziaka w policzek. Czuję się jak dziadek, który dożył czasu, kiedy wnuczka opuszcza dom, celem dalszej edukacji.
Ściskamy się serdecznie i to mi niepostrzeżenie... łezka płynie po pliczku.
iOLOMVYrpZw
El Czariusz
11.08.2025, 11:39
Tu nie ma moi czy twoi. Nie wiem co chcesz dokładnie powiedzieć przez sformułowanie...
...ale w ten poziom dyskusji to wybacz ale nie wchodzę.
Doceniam.
To zdecydowanie wymaga szerszej perspektywy i wykracza poza esensję tego forum w otwartej jego części, poświęconej podróżom. Poza tym ciężko z dupą nastawioną do jeża prowadzić jakąkolwiek polemikę.
Tymczasem,
kładę się spać z głową przepełnioną przywołanymi marzeniami. Trzeba wracać na ziemię.
Jutro czyli dziś tyle, że jutro... To poniedziałek. Kończy się nam pobyt, zatem wstajemy wcześnie i Strażnik sprząta obejście a ja znoszę fanty do auta.
Część zadań wykonałem jeszcze przed wczorajszymi, wieczornymi trelami korzystając z faktu, że PaScudę objął już cień.
Poranna kawa, godzina pakowania, buśka z Alą na pożegnanie (teraz jej oczy się szklą) i...
Ów noblista (z jednego z poprzedzających postów) powiedział:
Zadanie człowieka jest w istocie bardzo proste. Trzeba żyć swoim a nie cudzym życiem.
...i tą 'złotą myśl" serwuję Alicji na koniec.
Dotrzymałem słowa. Nic o sobie, poza wymienionymi hasłami. Wspomniałem jedynie o wyobraźni. O tym, że lubię oddawać się tejże, w konstruowaniu hipotetycznych historii jak ta z bułgarską misją.
Językoznawstwo to wspaniała przestrzeń, aż dziw, że korzystałem z niej w tak ograniczonym zakresie dotąd. Nie...
Nie pojadę, nie będę realizował "tych marzeń". Będę zdobywał te kulminacje mezoregionów aczkolwiek z wariacjami, które podpowiedziała mi Ala.
Wracając (bo wsio mi umyka) na chwilę jeszcze do wieczornego basenu muszę dodać, że momentami czułem się jak bym rozmawiał z kumplem, z którym zdarzyło mi się rowerowo przemieszczać Czechy. Wspominając o misji, dostałem w "prezencie" wspaniały wykład dotyczący inwazji tureckiej na Bałkany, pyszny dodatek do kolacyjnego preludium o bratankach itd.
Chciałem to jakoś streścić ale nie potrafię. ogrom... zaprawdę ogrom wiedzy tej dziewczyny wprowadził mnie w osłupienie.
I to wszystko, dzięki pracy własnej. Wieczorami, w chwili wolnej...
Z pasją poznawała język staro-cerkiewno-słowiański, reszta słowiańskich języków to już jak po maśle... Bułgarski, macedoński, serbski, słowacki plus mój węgierski... W sensie mój dodatek. Alicja na razie biegle porozumiewa się czterema wymienionymi. Po głowie chodzi jej łacina, turecki i farsi.
- A węgierski?
No i przez ciebie węgierski!
Tymczasem przede mną zadanie postawione przez Strażnika Domowego.
Sozopol i Nesebyr.
El Czariusz
11.08.2025, 13:27
Jeżeli kogoś interesuje darmowa publikacja pt: Zabytkowy rower, to...
https://ksiegarnia.nid.pl/bezplatne/
Mnie interesuje plus inne zagadnienia też mogą się przydać, jak remont i utrzymanie domu drewnianego, ocena stanu technicznego zachowania budynku drewnianego i wiele innych.
El Czariusz
11.08.2025, 14:01
W lipcu 1985 roku, po ponad szesnastu latach nieustannych nurkowań, zaciętych batalii sądowych i wyniszczających problemów finansowych, spełniło się marzenie człowieka, który nigdy się nie poddał.
Mel Fisher – legendarny amerykański poszukiwacz skarbów – od zwykłego nurka stał się człowiekiem, który poświęcił każdy grosz, każdą godzinę i każdą cząstkę sił na odnalezienie zaginionego skarbu. Szukał Nuestra Señora de Atocha – hiszpańskiego galeonu, który w 1622 roku zatonął u wybrzeży Florydy podczas gwałtownego huraganu. Statek należał do floty przewożącej olbrzymie bogactwa z Nowego Świata do Hiszpanii.
Przez lata Mel i jego zespół przeszukiwali dno oceanu, znajdując jedynie strzępy historii – kawałki ceramiki, rozsypane monety, drobne ślady złota. Przeżył niezliczone niepowodzenia, w tym najtragiczniejsze – śmierć syna i synowej w wypadku podczas poszukiwań pod wodą.
Publiczne drwiny, sceptycyzm mediów i topniejące fundusze niemal zniweczyły jego działania. A jednak Fisher wciąż powtarzał swoje motto: „Dziś jest ten dzień”. I pewnego letniego poranka słowa te stały się rzeczywistością. Pod piaskiem rozbłysły sztaby czystego złota – a zaraz po nich strumień monet, szmaragdów, biżuterii i zabytków. Odnaleźli skarb Atochy – największe podwodne odkrycie XX wieku.
Odzyskany majątek wart był ponad 400 milionów dolarów i obejmował m.in. kolumbijskie szmaragdy, srebrne sztaby oraz bezcenne relikty historyczne. Jednak historia na tym się nie skończyła – Fisher musiał stoczyć wieloletnią batalię sądową z rządem USA o prawo własności.
W końcu sądy orzekły na jego korzyść, uznając go za prawowitego właściciela skarbu, który pochłonął większość jego życia. Dziś część tego niezwykłego znaleziska można podziwiać w Muzeum Morskim Mela Fishera w Key West na Florydzie – jako lśniący symbol niezachwianej wiary, że marzenia, choćby spoczywały na dnie, zawsze mogą wypłynąć na powierzchnię.
Myślę, że oddałby całe te skarby gdyby mógł przywrócić życie synowi, który zginął podczas zatonięcia statku poszukiwawczego. Historia Fishera fascynuje poszukiwaczy od lat. To również niesamowita historia, którą ktoś może kiedyś sfilmuje.
El Czariusz
11.08.2025, 16:44
Jerzy Gruza o Walendziaku z Czterdziestolatka.
"Jan Gałązka- parodysta,, który zagrał Walendziaka w "Czterdziestolatku"- to był człowiek nie z tej ziemi. Aktor i brzuchomówca w dodatku [W 1951 roku ukończył Państwową Szkołę Dramatyczną Teatru Lalek, a dwa lata później zdał egzamin eksternistyczny dla aktorów]. Więc on jak każdy brzuchomówca miał rozdwojenie jaźni. On nie wiedział kim jest naprawdę.
Na końcu swojej kariery, po "Czterdziestlatku", zaczął jeździć z lalką Bartek- taką kukiełką drewnianą, którą wykorzystywał do rozmów na aktualne tematy polityczne i nie tylko. Miał szereg koncertów, z których żył. Zaangażowałem go do epizodycznej roli w "Rewizorze".
W związku z tym, że Tadeusz Łomnicki grał główną rolę, a był jednocześnie członkiem KC, więc byłem zobowiązany do tego, żeby szanować go niesłychanie. Wytłumaczyłem więc Gałązce, że skoro mają razem scenę, muszę go przedstawić Łomnickiemu, żeby wiedział z kim ma grać, bo przecież on o żadnym Gałązce nie słyszał.
Długo umawiałem się z Tadeuszem i wreszcie dopiąłem takiego terminu, że mógł nas przyjąć w szkole. Podwiozłem Janka. Zauważyłem, że miał przy sobie torbę z kukiełką. Zapytałem po co, a on odpowiedział "a nie ważne, mam sprawę." Wchodzimy do szkoły teatralnej, a tam Gustaw Holoubek otoczony wianuszkiem pań. Gałązka przerywając mu rozmowę, pewnie o jakiejś interpretacji , złapał go za ręke i mówi: "Panie Gustawie, pan jesteś nerkowiec, prawda? Bo my razem mamy nerki chore. W tym samym szpitalu się z panem leczyłem. Jak sikanie, w porządku?"
Gdy to usłyszałem wyrwałem go od Holoubka i zaprowadziłem do gabinetu. Wychodzi Tadeusz do nas, wita nas, a Gałązka z miejsca mówi tak: "rektorku kochany, gdzie tu jest telefon z wyjściem na miasto?"
A tam stoi 6 telefonów na biurku. Tadeusz mówi, że wszystkie są z wyjściem na miasto. Ja już chcę zakamuflować sytuację i tłumaczę Łomnickiemu co zamierzam powierzyć Gałązce, ale jednocześnie obserwuję jak tamten się łączy i do słuchawki pyta: "Sochaczew? Co macie? Zaczęliście pierwszą część? Ja dojadę niedługo. Wy grajcie pierwszą część, a ja na drugą zdążę. Nie, no tu Łomnicki mnie prosi, żebym grał. Chyba się zgodzę."
Próbuję więc ratować sytuację i mówię: "Janek, to spróbujmy przeczytać te kwestie przy panu rektorze, żeby było wiadomo jak będziemy to robić."
A on łapie tekst i bełkotliwie go czyta, po czym stwierdza: 'i tak to mam zamiar kreować. Jeżeli się panom to nie podoba to ja mam dużo zajęć. Nie obrażę się jeśli powiecie, że nie."
Zbaraniałem. Łomnicki też, a Gałązka łapie kukiełkę, żegna się i wychodzi.
Rektor odprowadził go, a potem odwrócił się do mnie i mówi: "amerykański aktor!"
El Czariusz
11.08.2025, 17:13
Myślę, że oddałby całe te skarby gdyby mógł przywrócić życie synowi, który zginął podczas zatonięcia statku poszukiwawczego. Historia Fishera fascynuje poszukiwaczy od lat. To również niesamowita historia, którą ktoś może kiedyś sfilmuje.
Tymczasem "wczoraj" (1519) wyruszył w świat z Sewilli Magellan.
"W 1965 roku, gdy większość szesnastolatków zajęta była szkołą i marzeniami o dorosłości, pewien chłopak o imieniu Robin Lee Graham szykował się do trudnej oraz wymagającej przygody.
Uzbrojony w niewiele więcej niż marzenie i niewielki, 7,3-metrowy jacht o nazwie Dove, wyruszył z Long Beach w Kalifornii, z zamiarem opłynięcia całego świata — w samotności.
Wielu drwiło, przewidując, że wróci po tygodniu… o ile w ogóle wróci. Ale Robin nie był zwyczajnym nastolatkiem. Tęsknił za otwartym horyzontem, szeptem morza i szansą na poznanie świata na własnych zasadach.
Przez następnych pięć lat Robin przepłynął ponad 33 000 mil morskich po bezkresnych, kapryśnych oceanach. Zmagał się z wściekłymi sztormami, w tym jednym w pobliżu Durbanu w RPA, gdzie wiatr osiągał 225 km/h, a fale groziły pochłonięciem kruchej łodzi.
Doświadczył samotności głębszej niż najgłębsze oceany — bez kontaktu z drugim człowiekiem, z ograniczonym zapasem jedzenia, kierując się jedynie gwiazdami i własną determinacją. Mimo fizycznych, emocjonalnych i duchowych prób, nie ustępował, skrupulatnie zapisując w dziennikach szczegóły swojej podróży.
Jego rejs poruszył wyobraźnię milionów ludzi, zwłaszcza gdy National Geographic zaczął publikować relacje z tej niezwykłej odysei. Kiedy w 1970 roku powrócił, mając zaledwie 21 lat, stał się światowym symbolem wytrwałości i młodzieńczej odwagi.
Jego wspomnienia, spisane w książce Dove i zekranizowane w filmie o tym samym tytule, uwieczniły tę podróż — nie tylko jako żeglarskie osiągnięcie, ale jako dowód na to, co może się wydarzyć, gdy młody człowiek odważy się podążyć za marzeniem, choćby wydawało się szalone."
El Czariusz
11.08.2025, 19:53
Do mózgu wlazła mi Alicja.
Tak mniej więcej wyglądała nasza rozmowa.
Ona mówiła podobnym językiem. Zaprawdę nie mniej interesująco.
qMwluYHOnAk
Tyle, że to ja byłem po drugiej stronie lustra.
P.S.
Sprawdziłem stan rozwoju moich czereśni w lodówce i... Powinny być już wstanie gotowym do posadzenia ale okazało się, że większość "zgniła". Otóż na etapie "łupania" tę większość niewidocznie połowiłem.
Za mało delikatny w procesie byłem.
Tym niemniej jestem z kilkoma nasionami przy nadziei.
Jest jeszcze jedna pula pestek, która po powrocie z Bałkanaliów wylądowała w lodówce. Były to pestki przesuszone.
Kontrola jutro. Oczywiście nasiona delikatniej wydobyte.
El Czariusz
11.08.2025, 21:45
...zanim wyginą.
"Tudowlanie to grupa subetnograficzna Rosjan znad rzeki Tud, prawego dopływu Wołgi, z ziemi rżewskiej, sąsiadującej z dawnym ujezdem bielskim województwa smoleńskiego Wielkiego Księstwa Litewskiego. W 1903 r. ich liczbę szacowano na 45 tysięcy, w 2021 r. w spisie powszechnym ludności Federacji Rosyjskiej narodowość tudowlańską wskazało 9 osób.
Tudowlanie byli bowiem jedną z tych tradycyjnych społeczności Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje, a reszty dokonało rozproszenie i asymilacja z rosyjskim otoczeniem.
Tymczasem historyczni Tudowlanie wyraźnie różnili się od swych wielkoruskich sąsiadów, przez których byli nazywani białokaftannikami albo też Polszcza czyli Polska. Co ciekawe w odróżnieniu np. od sąsiednich Polaków z guberni smoleńskiej, Tudowlanie byli społecznością chłopską, poddaną rosyjskim pomieszczikom.
Odnotowani są przez podróżników i etnografów od XVIII wieku na ziemiach, które w latach 1355-1462 bywały na krótko opanowywane przez Wielkie Księstwo Litewskie, nigdy jednak nie stanowiły części Rzeczypospolitej, jak województwo smoleńskiej.
Ziemia rżewska była moskiewskim pograniczem Rzeczypospolitej w momencie jej największego zasięgu terytorialnego lat 1618-1654 za panowania dynastii Jagiellonów-Wazów.
W związku z tym etnogeneza Tudowlan pozostaje do dziś niewyjaśniona. Jedni uważają ich za lokalną ludność białoruską, która przesunęła się maksymalnie daleko na wschód i przez to wyróżniała w wielkoruskim moskiewskim otoczeniu.
Inni uważają za polskich przesiedleńców, deportowanych przez Moskwę już w XVII wieku i osadzanych nie na Syberii, ale na opustoszałej w wyniku wielkiej smuty ziemi twerskiej.
Jest też pogląd, że Tudowlanie są, czy może byli, gdyż w połowie XX wieku roztopili się wśród rosyjskojęzycznych ludzi radzieckich, potomkami archaicznych proto-Słowian ludu Krywiczów, którzy w VI wieku z północnej Polski wyruszyli na wschód, osiedlając się najpierw w okolicy Pskowa, a potem potem migrowali na południu, niosąc ze sobą język słowiański podobny do dialektów północno-zachodnich Słowiańszczyzny, a więc właśnie do dialektów lechickich, z których w przyszłości powstał język polski."
Choby my ślonzouki,ale my nie stopnieli
El Czariusz
12.08.2025, 09:01
...bez "początku", nie było by reszty. Najważniejszy jest początek tego filmu.
nQkSh0w8Cyk
Śluza składając ten film, rozumiał, co jest grane. Tylko dlatego go złożył.
Był koniec zimy, już spakowany, miał jechać z rodziną na narty... do Włoch.
Został, złożył film i w narty ch...j szczelił.
Ale... za promowanie zdrowego stylu życia (na wyprawie Śladami Bronisława Grąbczewskiego) najpierw medal od prezydenta a potem pół miliona złotych na hotel w centrum Białegostoku z kpo.
Ślonzouki...
Etymologia wyrazu Śląsk.
Z lach, z lask, zlask, Śląsk. Rodowód czysto polski od Lecha, Lacha, podobnie jak Opole.
Pole, Polanie, o pole (widzę), Opole.
Staniszcze... od panicza (złośliwie przezywanego "paniszcze") Stanisława.
A, że Stanisławów było dwóch, jeden mniejszy, drugi większy...
Tymczasem pod Łowiczem...
Zm_p-hqmWDo
Dokładniej w Złakowie. Obraz koloryzowany, wypacza f-czny kolor, bogatego stroju łowickiego. Niedziela, wszyscy idą, jadą do kościoła. Bardzo pięknie.
Komu po drodze, niech sobie zweryfikuje dzisiejszy obraz z tym 95 lat...
Chopie, Ty dupisz fleki. Ślonzouki z gruby przeca wylejzli, bo tam od powstania świata wungiel fedrowali
El Czariusz
12.08.2025, 09:58
Tak 11 lat temu, pisał o nim Newsweek:
Odnaleziony w ubiegłym tygodniu José Salvador Alvarenga twierdzi, że od grudnia 2012 r. dryfował po Pacyfiku. Miał żywić się mięsem żółwi, pić deszczówkę i krew ptaków. Jednak jego historia budzi wiele wątpliwości.
Alvarenga był uzbrojony tylko w nóż i płachtę materiału, którą osłaniał się od słońca. - Nie wiedziałem, która jest godzina, jaki mamy dzień. Ani razu nie zobaczyłem lądu, tylko ocean, ocean. Było bardzo spokojnie - tylko dwa dni z wysokimi falami - powiedział mężczyzna brytyjskiemu dziennikowi "Telegraph".
Gdyby okazała się prawdziwa, losy Alvarengi byłyby jedną z najbardziej niezwykłych opowieści o walce człowieka z żywiołami. Tyle, że relacja rozbitka powoduje mieszane uczucia u ludzi, którzy mieli okazji jej wysłuchać. - Trudno mi wyobrazić sobie kogoś, kto przetrwałby 13 miesięcy na morzu – mówi amerykański ambasador na Wyspach Marshalla Tom Armbruster, który rozmawiał z rozbitkiem. Jednak z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś nagle pojawił się znikąd na atolu Ebon. Nie ma wątpliwości, że ten facet wiele przeszedł i dość długo był na morzu – dodaje ambasador.
Pierwsze informacje o odnalezieniu rozbitka pojawiły się w piątek. Brytyjski "Guardian" pisał wtedy, że mężczyzna nazywa się José Ivan i na oceanie spędził około 16 miesięcy. Szczegóły te okazały się nie nieprawdziwe, ponieważ kontakt z atolem Ebon, na który został wyrzucony jest bardzo utrudniony. Na wyspie nie ma internetu, jest zaledwie kilka telefonów. Dziś mężczyzna został przetransportowany do stolicy Wysp Marshalla Majuro, gdzie miał szansę opowiedzieć swoją historię lokalnym władzom i ambasadorowi Armbrusterowi.
Z punktu A do punktu B - taką, liczącą ponad 12,5 tys. kilometrów trasę musiał pokonać Alvarenga:
Rozbitek twierdzi, że nazywa się José Salvador Alvarenga, ma 37 lat i jest obywatelem Salwadoru. Do Meksyku przyjechał pracować przy połowie rekinów. Mężczyzna utrzymuje, że wypłynął na ocean 21 grudnia 2012 r. wraz z nastoletnim chłopcem imieniem Ezechiel. Silnik łodzi uległ awarii, a sztorm zepchnął ich na pełne morze. Od tego momentu dryfowali. Chłopiec zmarł kilka miesięcy później, a Alvarendze udało się dotrzeć do atolu Ebon, położonego 12,5 tys. kilometrów od Meksyku.
Gee Bing, przedstawiciel władz Wysp Marshalla, który rozmawiał z Alvarengą twierdzi jednak, że jego opowieść jest niezbyt przekonująca, a mężczyzna nie potrafi podać wielu szczegółów, np. nazwy przystani w Meksyku, z której wypłynął. - Brzmi to niezbyt wiarygodnie i nie jestem pewien czy wierzyć w tę opowieść. Spotkaliśmy się z nim i wcale nie wydawał się chudy, w porównaniu z innymi rozbitkami, których [uratowaliśmy] w przeszłości – twierdzi Bing.
Z kolei zdaniem oceanografa Erika van Sebille, z którym rozmawiał „Guardian” historia Alvarengi jest prawdopodobna z naukowego punktu widzenia. Prądy morskie na Pacyfiku płyną bowiem z okolic Meksyku w kierunku Indonezji, mijając przy tym Wyspy Marshalla. Z historii znane są też przypadki rozbitków, którym udało się przetrwać wiele miesięcy na morzu. W 2006 r., także nieopodal Wysp Marshalla, odnaleziono trzech Meksykanów, którzy twierdzili, że dryfowali 9 miesięcy. Z kolei w 1942 r. chiński marynarz przeżył południowym Atlantyku ponad cztery miesiące.
Czy zatem opowieść Alvarengi jest prawdziwa? Za pewne okaże się to w najbliższych dniach. - Kiedy uda nam się kontaktować z miejscem, z którego pochodzi będziemy mogli zdobyć więcej informacji – przekonuje Gee Bing.
Ponieważ zawsze żywo interesowałem się tematyką marynistyczną, naturalnie wszelkie morskie dokonania nie są mi obce.
Najbardziej "ekscytujące" są nie te (dla mnie), do których przygotowywano się, niejednokrotnie wiele m-cy (nic im naturalnie nie ujmując) ale właśnie takie - bez scenariusza.
Ze scenariuszem, moi niekwestionowani bohaterowie, to Alain Bombard i William Willys.
Bez scenariusza... jest wielu niezłomnych. Jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń (dla mnie) jest niezwykła historia Hose Salvadora Alvarengi.
Historię tę znakomicie oddaje film poniżej. Dlatego ja nie będę się silił dalszym opisem. Posłuchajcie...
8qw_BJ9ZVuo
El Czariusz
12.08.2025, 10:03
Chopie, Ty dupisz fleki. Ślonzouki z gruby przeca wylejzli, bo tam od powstania świata wungiel fedrowali
Jo, richtyk! Ale... jak wyszli, to powstał problem.
Na dwór czy na pole?
Chopie, Na ślońsku cisnymy na plac. Na polu trachtorym jadymy a na dworze to ksionzniczki miyszkajo.
Jakby nie my, to byjscie wongel na filmach z hameryki ino widzieli
El Czariusz
12.08.2025, 11:54
Jo!
To idealny przykład germanizacji Ślązaków.
Bardzo skutecznej, stąd tyle naleciałości niemieckich.
W każdym razie chciałbym przy stole usłyszeć, co do powiedzenia w sprawie mają na ten czas Kaszub ze Ślązakiem próbujący się porozumieć każdy swoim językiem prawiąc.
No zgermanizowali nas, co zrobić.
Kumpla żona, ta co ze mną była w ekipie konkursu na mosty, czysta Kaszebka. Trochę przy piwie przegadaliśmy po swojemu i dawało rade, ale łatwo nie było.
El Czariusz
12.08.2025, 13:18
Jo!
Polski, to jeden z trudniejszych języków. Co drugi Polak się nie rozumie.
Sporo mam najechane bicyklem po Kaszubach. Poznasz (tych prawdziwych) po czarnym podniebieniu i wysokim czole. Czarne podniebienie, to łatwe skojarzenie.
Wredny charakter. Wysokie czoło, to wpływ zatoki i morza.
Wzięło się z pytania, które że często zadawali słysząc fal szum:
- Co to tak szumi, zafrasowani pytali, mrużąc oczy, marszcząc czoło.
Zaraz potem klepali się w rzeczone, wołając:
- Morze!
Mantelzak, tłumok, bindel, miech.
Niemcowi się wyda przez chwilę, że może Kaszuba rozmiōc jak Ślązaka ale tylko bez sztërk. Chùtkò kùńc.
El Czariusz
12.08.2025, 18:17
No to pora na 16-stolatkę teraz.
"Miałam zaledwie 16 lat, kiedy samotnie wypłynęłam z Australii w rejs dookoła świata. Bez eskorty, bez statków wsparcia, z jedynym towarzyszem – szumem wiatru i biciem serca oceanu.
Przez 210 dni mierzyłam się między innymi z burzami, były noce, gdy nie zmrużyłam oka, pilnując fal wysokich na ponad 10 metrów, które groziły pochłonięciem mojego marzenia.
W jednej z takich burz maszt niemal runął – myślałam, że to koniec. Ale przetrwałam. Gdy świat wątpił, ja z drżącymi dłońmi cerowałam żagle.
Przed wypłynięciem pewien ekspert w telewizji stwierdził, że moja wyprawa skończy się katastrofą. Że będą musieli mnie ratować… albo stanie się coś gorszego. Te słowa wracały do mnie za każdym razem, gdy czułam się słaba. Ale strach stał się moim kompasem, a determinacja – wiatrem w żaglach.
Nie miałam gorących pryszniców, świeżego jedzenia ani nikogo, kto przytuliłby mnie, gdy traciłam siły. Płakałam wiele razy. Innym razem krzyczałam w niebo, żeby nie czuć się niewidzialna. Schudłam, doprowadziłam ciało do skrajnego wyczerpania, a w pewnym momencie byłam pewna, że nie wrócę. Ale każdy świt przypominał mi, że jestem o krok bliżej.
Po prawie siedmiu miesiącach zeszłam na stały ląd. Nikt nie musiał mnie ratować. Sama przepłynęłam oceany, napędzana mieszanką szaleństwa, odwagi i wiary w siebie. Nie byłam już tą samą osobą.
Nauczyłam się, że świat jest ogromny, ale odwaga może mieszkać w małym ciele. Nie zrobiłam tego dla sławy – zrobiłam to, by udowodnić tej ośmioletniej dziewczynce, która czytała o żeglarzach, że to jest możliwe.
„Kiedy ktoś mówi ci, że nie dasz rady… uśmiechnij się. Bo właśnie zamierzasz to zrobić.”
– Jessica Watson
Jo!
Polski, to jeden z trudniejszych języków. Co drugi Polak się nie rozumie.
Coś w tym jest. Kilka lat temu przysłuchiwałem się rozmowie kogoś ze Śląska / Zagłębia (ja nie rozróżniam - wybaczcie) z Podlasiakiem. "Wujas to ma taką dupną chałupę..." - "To nie może wyremontować ?" (Dupna - duża, dupna - do dupy).
Wysokie czoło, to wpływ zatoki i morza.
Wzięło się z pytania, które że często zadawali słysząc fal szum:
- Co to tak szumi, zafrasowani pytali, mrużąc oczy, marszcząc czoło.
Zaraz potem klepali się w rzeczone, wołając:
- Morze!
Słyszałem jeszcze wersję z odstającymi uszami - od nasłuchiwania, co tak szumi...
Ja za to pamiętam taką piosenkę (z 8-9 miesięcy spędziłem w Borsku koło Wdzyz / Wiela na lotnisku...) bodaj to w 1988 roku było...
Będzie z pamięci, fonetycznie po polsku, z błędami...
"Mój Tata kupił kłeza
Trzi dibczi za niom dał
uwiązał ją do włeza
i taki profit miał.
Jedze, fuksa, jedze,
tabaczki pożiwał,
obejrzał się za kłezam,
no daibeł się urwał."
"Kaszebszczi mowo pikno ist"
Już nie zakłócam...
El Czariusz
13.08.2025, 07:53
Ależ zachęcam do podobnych interakcji, jak z Tobą czy Fazikiem.
To są bardzo inspirujące tematy, zwłaszcza dla tych, którzy szukają sobie celu podróży.
Dlaczego nie zajechać za pierwszym zdaniem napisanym po polsku, do klasztoru Cystersów Henrykowie? Przy okazji sprawdzić, co kryją pozostałe opactwa tego zakonu?
Współcześnie klasztor henrykowski funkcjonuje jako przeorat opactwa szczyrzyckiego. Opactwo Cystersów w Szczyrzycu zaś, z obrazem Matki Boskiej Szczyrzyckiej, jest jednym z sanktuariów maryjnych w Polsce, będąc zarazem jedynym nieprzerwanie istniejącym klasztorem cystersów na ziemiach polskich.
W kontekście "pierwszego zdania napisanego po polsku" akt ten dokonał się w księdze henrykowskiej a autorem jej był... Niemiec. Widzę go oczyma wyobraźni jak siedzi przy stole z gęsim piórem w ręku i próbuje przeliterować"Szczurzyczyn".
"...Spośród wszystkich wspomnianych wątków najbardziej interesuje nas obecnie nie tyle obraz życia henrykowskiego konwentu, ile raczej w tym swojsko brzmiącym spisie około 120 nazw miejscowych oraz ich krótkiej historii, a także zapisane tam po raz pierwszy zdanie w języku polskim. Oryginalny cytat z Księgi Henrykowskiej zawierający to właśnie zdanie polskie, w łacińskim zapisie brzmi następująco: Bogwali uxor stabat, ad molam molendo. Cui vir suus idem Bogwalus, compassus dixit: Sine, ut ego etiam molam. Hoc est in polonico: Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai. Co w polskim obszerniejszym tłumaczeniu tego fragmentu z polskim zdaniem znaczy: âGdy zaś tam przez pewien czas przemieszkiwał (Bogwał Czech), pojął za żonę córkę jakiegoś kleryka, chłopkę grubą i zupełnie niezdarną.
Lecz trzeba wiedzieć, że za owych dni były tu w okolicy młyny wodne ogromnie rzadkie, przeto żona tego Bogwała Czecha stała bardzo często przy żarnach mieląc. Litując się nad nią mąż jej Bogwał mówił: âSine, ut ego etiam molamâ â to jest po polsku: Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai, czyli âDaj niech ja pomielę, a ty odpocznijâ.
Tak ów Czech na zmianę mełł z żoną i często obracał kamień tak jak żona. Co widząc sąsiedzi, chociaż wówczas nieliczni, nazywali go Bogwał Brukał i stąd pochodzi, że całe jego potomstwo nazywa się Brukaliceâ.
To polskie zdanie zostało zapisane w 1270 r., a więc 750 lat temu, i należy do najstarszego zapisu, pierwszego pełnego zdania w języku polskim.
W starszych dokumentach, na przykład w tzw. Bulli protekcyjnej papieża Hadriana IV dla biskupstwa wrocławskiego z 1155 r., mamy również zapisy polskie różnych miejscowości, ale w odróżnieniu od zapisu z Księgi Henrykowskiej są to tylko same nazwy, bez żadnej historii.
Są też niektórzy językoznawcy, którzy wymieniają nieco starszy okrzyk w języku polskim księcia Henryka Pobożnego na polu bitwy z Tatarami pod Legnicą: âGorze nam się stałoâ z 9 kwietnia 1241 r. Ale te słowa wypowiedziane przez księcia zapisał dopiero Jan Długosz w swym dziele Historia Polonica 200 lat później.
Niezwykłość tego polskiego zdania zapisanego w Księdze Henrykowskiej polega również na tym, że łączy się z kilkoma ważnymi wątkami wielokulturowymi. Otóż pierwszą księgę kroniki z interesującym nas zdaniem polskim napisał po łacinie opat Piotr â Niemiec z pochodzenia.
Odnotowane zaś zdanie w języku polskim wypowiedział Bogwał Czech do żony Polki. Tak więc mamy tu cztery wątki kulturowe â niemiecki, łaciński, czeski i polski.
Warto też zwrócić uwagę na inny jeszcze szczegół zapisany w 1270 r. we fragmencie dotyczącym wsi âBrukalicyâ, ofiarowanej niegdyś przez księcia śląskiego Bolesława Wysokiego służącemu mu Czechowi o imieniu Bogwał. Otóż ten, zdawać by się mogło prosty służący, odznaczał się na co dzień wysoką kulturą osobistą, skoro mimo zmęczenia pracą w polu, jak zaznaczył kronikarz: na zmianę mełł z żoną i często obracał kamień tak jak żona â mówiąc: âDaj niech ja pomielę, a ty odpocznijâ.
A było to przecież w rzekomo âciemnym średniowieczuâ, w którym kobietę traktowali niektórzy jak zwykłego robota. Tymczasem Bogwał, prosty wieśniak, wyręczając swoją żonę w ciężkiej pracy, zachowywał się iście po rycersku..."
http://nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/index.php/2020/07/01/pierwsze-polskie-zdanie/
I tu znowu wrócę do mojej Alicji z Krainy Czarów. To od niej usłyszałem tę historię - związaną z pierwszym zapisem "zdania w języku polskim".
Śmieliśmy się, że dokonał tego Niemiec ale i za tym poszła kolejna (jej) ładnie opowiedziana historia.
A może bardziej - wykład. Język, dialekt, gwara itd... Poseł Fritz byłby zadowolony!
A i przy tym wyrażenie "zbrukany" nabiera innego znaczenia, prowadząc nas bezpośrednio do wsi Brukalice. Zatem zbrukany, to obywatel Brukalic? Niech i tak będzie, dla tych też, co trochę zła poczynili (jak ja) i czują się "zbrukani".
Czy droga prowadząca do Brukalić już asfaltem pokryta...?
Może pieron (jeden z drugim), co ma bliżej coś dopiszą? jak to było?
Ślůnsko rajza do Rusyje, czyli jak dwóch pieronów, jedyn gizd i dwie frele do Murmańska pojechali [czerwiec 2013]
https://africatwin.com.pl/showthread.php?t=19296
El Czariusz
14.08.2025, 09:05
Z ogrodu botanicznego PAN w Powsinie.
Zagrabianie i układanie w kopy – sztuka, która łączy pokolenia.
Po koszeniu łąki przyszła pora na kolejny etap – zagrabienie i ułożenie siana w kopy. Dawniej była to praca wymagająca współpracy całej rodziny i często sąsiadów. Na polu spotykały się pokolenia – starsi przekazywali wiedzę, młodsi uczyli się od nich, a praca stawała się okazją do rozmów i wspólnego spędzenia czasu.
Skoszoną trawę zostawiało się najpierw do lekkiego podsuszenia w słońcu. Potem roztrząsano ją grabiami i kilkakrotnie przewracano, aby wyschła równomiernie. Gdy była już dobrze podsuszona, zgrabiano ją w długie wały, a z nich formowano kopy – stożkowate stosy siana. Ich kształt nie był przypadkowy – chronił wnętrze przed deszczem, dzięki czemu siano pozostawało suche aż do momentu zebrania.
Kopy pełniły jeszcze jedną ważną rolę – pozostawione na polu pozwalały, by z wyschniętej trawy wysypały się nasiona, wspierając przyszłoroczny rozkwit łąki.
To naturalny sposób odnawiania roślinności, bez ingerencji maszyn i chemii.
Taka metoda jest przyjazna przyrodzie – nie niszczy siedlisk owadów, drobnych zwierząt i ptaków, a fragmenty nieskoszonej trawy stają się dla nich bezpiecznym schronieniem.
W dawnych czasach sianokosy były wydarzeniem społecznym – po pracy organizowano wspólny posiłek w polu, ktoś grał na harmonii, a śmiech i rozmowy niosły się po łące. Dziś te obrazy znamy głównie z opowieści i starych fotografii, dlatego tak ważne jest, by tę wiedzę i umiejętności zachować.
Mailem to szczęście że przeżyłem takie właśnie sianokosy. Sąsiedzi, sąsiadki, łąka za łąka. Kompot z jabłek z wiadra cynkowego do dzisiaj mi ten smak przypomina. Chłodnik z miski do zarabiania ciasta. Jadło i piło z blaszanego kubka.
Muzeum zapomniało o jednej ważnej rzeczy jakim było drzewo na każdej łące dające cień. Najczęściej była to jabłonka, która zrzucała ci owoce podczas sianokosów. Dzieci biegające były z nami, dzieci małe spały na kocu pod tą jabłonka. Butelka octu obowiązkowa na użądlenia jak się nadeplo na osy.
To było społeczne wydarzenie , to nie była praca.
Dodaj jeszcze wspólne zbieranie jagod, grzybów. Przed każdymi świętami zawożenie blach z ciastem do piekarni na wypieki, skubanie gęsi (kobiety) , świniobicie, zbieranie kartofli. Wspólne imprezy przez cały rok.
Zajebiście się cieszę że miałem okazję to przeżyć i wiele się nauczyć. Radość która dzieciaki dziś przeżywają przed komputerem przez cały rok, jak przeżywałem w jeden dzień. A radosnych dni było dużo w roku.
Dzisiejsze zabawki za pierdylion pieniędzy nudzą się w kilka chwil. Ja każdego roku czekałem na eventy z rodziną, sasiadami , te śmiechy, kawały, babcie często śpiewały, wszyscy uśmiechnięci, zero depresji. Nawet ojciec zwalniał mnie ze szkoły , jak.byly takie społeczne eventy.
Brudny, spocony rozbiegany dzieciak. Koszmar dzisiejszych rodziców i samego dzieciaka.
majkowski1
14.08.2025, 14:32
Ehhh ale czasy... Nikt wtedy, mimo roboty w kurzu cały dzień, żadnych alergii nie miał, uczuleń na ukąszenia os, giez, komarów itp Łaził człowiek po polu z wiklinowymi koszami i zbierał ziemniaki... A potem pędy na kupkę i ognisko z pieczonymi ziemniaczkami tuż przy PGRze... ;) Cud jedzenie, śpiewy i zabawa.,. A po żniwach, na noc, Babcia prosiła, aby skoczyć za stodołę i przynieść trochę liści babki lancetowatej, aby mogła obłożyć wnukom i sobie na noc łydki, bo tak były posiekane po całodniowym lataniu po rżysku i trzeba było dodatkowe, ciemne lub stare prześcieradło przynieść, aby starej leżanki krwią nie upaćkać... :)
i następny dzień 4:50 rano chomąto na konia, podpinało się wóz i jazda po 3-4 wsiach wokół, aby zebrać 20 litrowe kanki z wieczorem wydojonym mlekiem i zjazd do mleczarni koło 8 rano... ehhh wspaniałe wakacje i pięknie było.. :)
Majkowski, ale miałeś dzieciństwo :D za to dzisiaj idzie się do paki
https://img.joemonster.org/mg/albums/082025/main_02szybka_lekcja_mi_o_ci_do_szko_y~1.jpg
Ja miałem tak, ale zamiast bydła i obory była praca w lesie od 5tej rano w lecie. Pokochałem chodzenie do szkoły :D
El Czariusz
14.08.2025, 20:03
Marek Punisher Piotrowski obchodzi dzisiaj 61-sze urodziny.
Rok (kalendarzowy) młodszy ode mnie. Też chciałem być jak Marek Piotrowski tylko... chorowałem.
Na gałęzi siedzi styrany życiem i biedą wróbel. Kołuje ogromny drapieżnik i przysiada się.
- Ja jestem orzeł a ty?
Ja.. jaaa... też... Tylko chorowałem.
Marek jest tym orłem mimo, że schorowany bardzo. Jego sukcesy docierały zza oceanu raz po raz, wzbudzając dumę i entuzjazm.
Prawdziwa i długo niedoceniana legenda sztuk walki. Przecierał szlaki jak Tomek Drwal.
jXoJHPFSfvA
To były głębokie lata komuny...
El Czariusz
14.08.2025, 20:41
Szczepan Szczygieł z Grzmiących Bystrzyc
przed chrzcinami chciał się przystrzyc.
Sam się strzyc nie przywykł wszakże,
więc do szwagra spieszy: „Szwagrze!
Szwagrze, ostrzyż mnie choć krzynę,
Bo mam chrzciny za godzinę”. „
Nic prostszego - szwagier na to.
- Żono, brzytwę daj szczerbatą!
W rżysko będzie strzechę Szczygła
ta szczerbata brzytwa strzygła...”.
Usłyszawszy straszną wieść,
Szczepan Szczygieł wrzasnął: „Cześć!”.
I przez grządki poza szosą
niestrzyżony czmychnął w proso.
El Czariusz
14.08.2025, 22:04
Linkowana wcześniej wieś ale w czrnobiałym wydaniu. Prawidłowa lokalizacja w koloryzowane wersji.
JAZI0wpE8qo
El Czariusz
14.08.2025, 22:58
Mnie udało się namierzyć tylko jednego grubszego, z całych dziesiątek przewijających się obywateli Polskiej Republiki Ludowej.
5fzSnM3PuKk
W 1976 elektryfikowali Zabłocie, rodzinną wioskę mojej mamy. Z konia od Nurzec Stacja 5km. Biegaliśmy pluskać się w Nurcu...
El Czariusz
15.08.2025, 10:33
Tak...
"...jest nieźle napisane. Sylwestra Komar udanie konstruuje zdania, czyta się ją dość gładko, choć oczywiście bywają wpadki czy niepotrzebne słowa, które redakcja mogła sprawniej wyłapywać. Kilkaset stron pierwszoosobowego zapisu dziennikowego to nie jest zadanie łatwe, ale od strony językowej daje pani Komar spokój. Gdyby autorka poświęciła talent innemu gatunkowi niż skrzyżowanie postapokaliptycznej wizji z urokami "Domu nad rozlewiskiem", mielibyśmy gatunkową prozę w średnich rejestrach, nie obrażającą niczyjej inteligencji. Ale nie mamy.
O czym to jest? Sylwestra nigdy nie wyobrażała sobie, że będzie biegać ze strzelbą po podwórku i podglądać kopulujących dzikich. Do czasu aż przyszło TO. "TO", czyli niesprecyzowana bliżej katastrofa, która w minutę cofnęła większość ludzi do czasów, gdy mamuty nie były zwierzątkami z książek dla milusińskich. Ludzie ponownie stali się prymitywnymi zwierzętami, które gromadzą się w watahy i kopulują gdzie mogą. Powtórzę słowo kopulują" jeszcze kilka razy, bo jest to ewidentnie jeden z najważniejszych tropów do wyjaśnienia, czemu jest to bardzo zła książka.
Sylwestra jakimś cudem nie cofnęła się w swoim człowieczeństwie i wraz z przyjaciółką (Teresa ginie jeszcze przed wydarzeniami opisanymi w książce) próbuje stworzyć azyl w wiejskim domku, gdzie uczy się rolnictwa, hodowli zwierząt i wszystkiego, co potrzebne, by być samowystarczalną.
Z prowadzonego przez Sylwestrę dziennika dowiadujemy się, że wokół domku spacerują sobie dzicy, którzy ją atakują, a po jakimś czasie (i różnych perturbacjach) niektórzy z nich dołączają do jej domostwa. Jest nasza bohaterka szczególnie wrażliwa na maleństwa dzikich, które próbuje uczyć języka i życia cywilizowanego. Wrażliwa jest też na kopulację. To jest jakieś niesłychane i niezbyt przyjemne połączenie doktora Spocka z Greyem.
W drugiej części powieści, gdy Sylwestra odkrywa, że jednak nie jest sama na świecie i istnieją inne osady z normalnymi ludźmi, dowiemy się też, że zezwierzęcenie dotyczy nie tylko tych co zdziczeli, ale wszystkich. Komar przypomina, że w warunkach ekstremalnych prymitywne instynkty przejmują dowodzenie, a bardziej od ogłady i kultury przydaje się broń myśliwska.
Niestety, w "Co się stało" naprawdę znajdziecie wszystko. Klisze popkulturowe użyte przez Komar są łatwo rozpoznawalne i niewyszukane. Dostajemy sporo opisów prostej, nieskomplikowanej erotyki dzikich, które autorka konstruuje ze sprawnością gimnazjalistki. Przepraszam osoby delikatniejsze (i utalentowane literacko gimnazjalistki), ale opis dymania nie może się ograniczać do "zdecydowanie wszedł w nią "po prostu wszedł w nią" itd. Niestety, na jednakowym rejestrze emocjonalnym opowiedziana jest historia Sylwestry, gwałconej przez jednego z dzikich, którego przyjęła do domu, i uprawa ogródka.
Wybaczcie mi, oto cytat: "Po prostu przyciągnął mnie do siebie, ściągnął mi spodnie i wszedł we mnie. Nie broniłam się. Prymitywnie, instynktownie, nawet brutalne." Polska literatura erotyczna wzbogaciła się o kolejne kuriozum.
Odrobinę podoba mi się przekaz intelektualny książki Konar - opowieść o tym, że kultura zwycięża naturę, a imperatyw moralny jednak w nas jest, niesie pociechę i świadczy o przemyśleniu przez autorkę tych spraw. Jednak przemyślenia grzęzną w narracyjnym niechlujstwie, kiczu i zwyczajnej nudzie.
Uczono mnie, że nie zawsze przemyślenia bohaterów i bohaterek powieściowych są tożsame z tym, co sądzi autor/autorka. Uczono mnie też - trochę później - że takie sytuacje jednak się zdarzają. I dlatego cieszy mnie, że bohaterowie "Co się stało" na zakończenie wygłaszają krytykę świata, w którym "taczkami żarcie wypierdalałaś na śmietnik", który zbudowany był na "wielkim, zinstytucjonalizowanym, systemowym pasożytnictwie".
Jakiś czas temu w internetach znowu pojawiła się przeróbka słynnego cytatu z Kuronia "A może jednak palcie te komitety, kurwa, sam już nie wiem". Sylwestra Komar zdaje się też ma wątpliwości.
Gdybym miał pisać tylko o literaturze, to uznałbym omawianą książkę za niezbyt udany eksperyment twórczy, który jednocześnie zdradza talent autorki i może w przyszłości przyniesie nam naprawdę dobrą powieść z tzw. średniej półki.
Jednak gdy piszesz o książce posłanki na Sejm, to uciec od kontekstu trudno. Mam taką cichą obawę, której pozwolę wybrzmieć głośno, że Co się stało" to element jakiejś upiornej kampanii wyborczej autorki i wtedy nie pozostaje mi inaczej ocenić tego dzieła jako całkiem sporego pasożytnictwa literackiego..."
Sylwestra Komar w realu osiągnęła wszystko. Pośliła i jeszcze pośli nieprzerwanie przez bitych 5 kadencji sejmu Republiki Bananowej. Absolwentka zarządzania, doktor nauk ekonomicznych. Była ministrem sportu i wysiłku fizycznego i dzięki niej republika zyskała kilka aren do walki byków oraz organizację mistrzostw świata w zaganianiu tychże. W nagrodę dano jej dorobić w komisji d/s finansowania aren. Po wielu sukcesach na polu powierzono jej misję reformy edukacji w zespole.
Tymczasem...
Od 1 września dzieci wrócą jeszcze bardziej szczęśliwe do zajęć, bo pani Nowoczesna jest na posterunku i ma nowy program wychowania fizycznego pod pachą, a że pachy mamy z reguły dwie, to pod jedną panią Sofiję, pod drugą - Sławę..
Obie panie "olimpijki" a pani Sława może się pochwalić nawet studiami "fizycznymi"!
Jeżeli chodzi o programowe "kwalifikacje" pani minister, to te są bez zarzutu. Nie można rzucić w coś czego nie ma? Ależ można. Eter przyjmie wszystko. Podstawowym kryterium było nazwisko, które kojarzy się z czymś dobrym/lepszym (idzie nowe) i to naprawdę wystarczy.
Co spadnie na ziemię, to już bez znaczenia. Jeżeli chodzi o kwalifikacje naszych olimpijek? Tyle razy musiały się kwalifikować do turnieju olimpijskiego, że w te umiejętności (kwalifikowania się) nie wątpię.
ACUjQ6nD0-c
W ciągu niespełna 30 lat Europa rozpadła się nam na kawałki. Nas obcięto trochę wcześniej ale mieliśmy sporo szczęścia, choć nie do końca. Zostaliśmy sami ze sobą i wydawać by się mogło, że trudno... Porzuciliśmy rewizjonistyczne zakusy, jak rodaków poza granicami nowego kraju, jaki ofiarował nam CCCP. Dzięki temu krajowi rad, który rad był czynić socjalistyczny porządek do spółki z narodem po przeciwpołożnej, wychowaliśmy sobie współczesne elity.
Liderem - elitą elit jest obecnie... poślin Józef, któremu nie darowano nocy. Tym niemniej aspirantów wielu. Lista długa. Ławka rezerwowych od Berlina po Kijów.
Ale, ale... To wszystko brzmi, jak jakiś zarzut. Nie. To pochwała. Uspakajam też tych, którzy już mają gotowy argument: kto ci dał kompetencje do oceny stanu rzeczy?
Otóż ja też piszę książkę pt.: "Wszystko się stanęło".
Jestem absolwentem (jedynego takiego w kraju) Uniwersytetu Ludowego i jako DoCent El prowadzę katedrę Biura Turystyki Nieodpowiedzialnej. Siedziba mieści się w Lublinie.
https://i.ibb.co/tM6M6RTz/IMGP7067.jpg (https://ibb.co/vxWxW96h)
...to dwa.
Dr Honzik, szef berlińskiej filii BTN w inauguracyjnym wykładzie (w nowym roku akademickim 25/26) wygłosi nam odczyt pt.: Byczo mi.
W trakcie martykulacji towarzyszył nam będzie zespół Cytrus z Gdańska.
1qFClY7AKX4
Poproszę pana Dr Honzika o wykład uzupełniający, bo mocno na czasie. Dobrze zorientowani wiedzą, że tam, gdzie się byki pasą i korzystają z wodopoju, ludzie nie korzystają z wodnego zasobu, co najwyżej do umycia rąk.
Plaże w okolicach mojego Przystanku okolicznościowo zamknięte z powodu wysypu (w Warszawie zwanym: zrzut) bakterii kałowych pochodzenia mieszanego. Skąd one w Zatoce...? Z tego samego powodu, co onegdaj w Wiśle. Jak to prostacko wyrażają się prości ludzie gówno poszło w Zatokę.
W uśmiechniętym Gdańsku zjawisko te opisuję się: enterococcus faecalis escherichia coli i jest one zjawiskiem częstym ale znacznie mniej medialnym, niż te warszawskie. Z tego powodu czuję się osobiście wykluczony. Robię takie same kupy jak inni.
A do tej ...coli moi drodzy to... Nie pijcie tego, bo to niezdrowe.
Równoległy świat trąbi o szkodliwości coli od dekady a niewyedukowany, społeczny element pije. Pije i potem mamy konsekwencje.
pmw8cElJBuk
Temat wykładów parafowany aczkolwiek będzie trochę zmian w bieżąco. Na wykładzie ma być marchewka świeża z pola, żadna z handlu i snopek siana ciętego kosa i przewracana grabiami. Żadnej maszyny! Dozwolony transport ale tylko Esamochodem aby nie gotować planety.
Podpis kopytem nieczytelny ale jest.
144957
El Czariusz
15.08.2025, 16:08
I żadnych takich, co by pan Marcin nie czuł dyskomfortu.
Poezja głupcze!
kexhvy9i9h0
Ależ ta kobieta musiała być nieszczęśliwa... 6-stka dzieci, praca na kolanach w polu i mąż jej poezją sadzi trele...
P.S.
Dzieci najlepiej uczą się od innych dzieci.
El Czariusz
15.08.2025, 20:31
No i muszę przyznać, że trochę ducha wdarło się do serducha po dzisiejszej, rowerowej wycieczce do Sopotów.
Tradycja, to tradycja. Nie tylko ładne imię dla dziecka. Przynajmniej raz w sezonie jedziemy rowerowo do Sopotów. Najpierw musimy przemknąć koło Ergo Areny, następnie aleją rowerową śmigamy w kierunku łazienek południowych.
Dalej przecinamy molo, mijamy łazienki północne i ten etap kończymy na granicy Wolnego Miasta Gdańska.
Chodzi cały czas po głowie objechać tę granicę konkretniej niż do tej pory, bo sporo odcinków mam zaliczonych ale konkretniej, to wypada zaliczyć wszystkie dawne przejścia graniczne. Nie jest tez wcale tak łatwo tę granicę wytyczyć na mapie, bo próżno ją na mapie znaleźć. Są opracowania ale wypadało by dotrzeć do pełnej dokumentacji granicznej. Zapewne w jakiś archiwach da się je odnaleźć ale... aż tak mi się na razie nie chce w temacie dłubać.
Tym niemniej nie jestem osamotniony i udało mi się znaleźć podobnych pasjonatów, którzy sporym wysiłkiem (zapewne) tę granicę wytyczyli i wynik ich pracy dostępny jest na stronie geocaschingu.
Zatem możliwe, że temat jeszcze podejmę. Część osobników, którzy mnie znają, wiedzą już, że świat skurczył się dla mnie (niemal) do rozmiaru znanych powszechnie czterech liter. Przypominam balon, z którego uszło powietrze i to jeszcze nie było by dramatem ale formalnie, coś w tym balonie powinno zostać. Np. jakieś resztki rozumu? Niestety.
fakt, miałem do tej pory sporo szczęścia, bo okoliczny mi, najbliższy eter uzupełniały ciekawe osobniki, zawsze (jednak) mądrzejsze ode mnie.
Jest to już założenie do jakiegoś nieskomplikowanego równania, algorytmu.
Idąc dalej za myślą tą złotą resztkami mózgu ułożyłem ów algorytm. Prezentowanie jego nie ma już sensu, ale najogólniej - jest to suma jednostkowych różnic. Zatem im więcej osobników, tym suma większa.
Sigma = n(x1 +x2+ ... xN) gdzie:
n = liczba osobników
x = różnica w mądrości
1/Sigma = R gdzie:
R = współczynnik udanego, społecznego współżycia.
Ze wzoru wynikać by mogło, że nie ma dla mnie rozwiązania dla n=0 (najchętniej bym siebie izolował) ale...
Takie rozwiązanie istnieje. Rozwiązania szukałem w masywie Riła na południowych stokach Maliowicy i...
...ale o tym poźniej.
Zadań w Sopotach do wykonania mieliśmy kilka w tym jedno ulubione. Usiąść na tyłach Sheratona, przejść się końcem Monciaka i obserwować "życie w kurorcie".
Już na początku wycieczki zdjąłem koszulkę, co spotkało się z dezaprobatą Strażnika Domowego. No nie tutaj... Na plaży, to tak ale nie tutaj! Uparłem się i... dobrze.
Zatrzymujemy się przy ławce i zastanawiamy się czy w cieniu czy słońcu, gdy WTEM!!! Jakiś obcojęzyczny dżentelmen zwrócił się do mnie po angielsku czy ławeczka wolna? Mnie wystarczyło: ekskjuzmi ser... itd. by mój "balon" zaczął się ponownie wypełniać!
Zwalniamy przestrzeń przy ławce, podchodzimy do "lepszej", siadamy:
- Grubasiu... słyszałaś?! Zostaliśmy wzięci za kurortowych turystów! Więc jednak! Trzymamy fason.
Śmiejemy się.
Moja spalona na ciemny brąz cera... Trzy tygodnie na Bałkanach, dużo pracy własnej, ciężki trening, rygorystyczna dieta, dużo słońca i Alicji... Przyniosły efekty.
Poniżej prezentuje siebie przed Bałkanami i po Bałkanach i jak mnie teraz odbieracie?
https://i.ibb.co/PshZzr07/FB-IMG-1754581734283.jpg (https://ibb.co/qLsMFDVt)
Chyba warto było.
El Czariusz
18.08.2025, 10:25
Kula waży 51kg.
Obciążasz kulę masą 223kg.
Kula przysiada i wstaje do pozycji wyjściowej.
Jak to możliwe?
Możliwe gdy kula nosi imię Zuzanna.
El Czariusz
19.08.2025, 09:09
Skąd się mają wziąć obowiązkowe kaski na głowę?
To jeszcze w ramach wizyty w Sopotach refleksja. Na granicy była koncepcja kąpieli ale koncepcja została przemyślana i kąpiel postanowiłem zaliczyć tam, gdzie gówno w Zatoce hulało dnia poprzedniego.
Z rzutami komunalnych ścieków jest tak, że jak się pojawią dwa szczepy wspomniane w zbiorniku wcześniej, to na kijku wisi czerwona szmatka i jest ok.
Nikt nie drąży tematu - dlaczego? Zatem dzisiaj/jutro/pojutrze... zrzuty, bo w godzinę awarii nie zlikwidujesz i... nic się nie dzieje.
Jest upalnie, to ludzie ciągną na plaże. Wiszą czerwone flagi, ludzie się kąpią. Uśmiechnięte miasto Gdańsk, by ludzie nie sikali po pasie wydmowym, ogrodzili drutem rzeczony i jest świetnie. Wydmy nie są rozdeptywane.
Toalet nie ma.
Ja paczam skąd wieje a wieje z południa więc gówna płyną na północ, w kierunku Gdyni. Więc na północy kumuluje się gówno stare a bliżej Gdańska napływa świeże. Wybieram świeże.
Docieramy do wejścia 77 (nasze, na granicy Jelitkowa z Sopotami) i zażywam kąpieli. Gdybym był złośliwy, powiedział bym matce dwójki małych dzieci, żeby zwróciła uwagę szkrabom, by lepiej nie piły gdańskich gówien, bo to... Ale nie jestem. O dziwo pani mówi po polsku i mógłbym... ale to nie moje dzieci. Czas pedagogizacji się skończył.
Zresztą... Co ci młodzi wiedzą o gównie...? Lata 70/80/90-te... to były zrzuty! Poza komunalnymi mieliśmy na okrągło dostęp oleju do opalenia.
Kiedyś istniało przekonanie, że jak się nasmarujesz ropą, to się szybciej opalisz. W latach 80-tych pojawiali się już pierwsi murzyni na ulicy (rzadko ale jednak) i człowiek zazdrościł opalenizny.
O ropę było trudno, bo była reglamentowana ale w Zatoce skolko ugodna. Wtedy nie było sinicy, bo nie miała szans się rozwinąć i nie dlatego, że nie bylo jeszcze globalnego ocieplenia ale dlatego, że Zatoka była karmiona popłuczynami ze statków. Kary za "płukanie" były śmiesznie niskie więc co rusz fala tych zanieczyszczeń docierała do brzegu. Zachodnim armatorom opłacało się wpływać w nasze wody tylko po to, by płukać ładownie lu puste zbiorniki na mazut.
To były piękne czasy. Wlazłeś do wody i woda zaraz spływała po tobie jak po kaczce. Ciemne obwódki wystarczyło rozetrzeć i już się mogłeś bez problemu opalać na murzyna. No i komary tak nie gryzły.
Była taka jedna piękna plaża, z której nikt nie korzystał. Znaczy kocyk na chwilę, jak najbardziej. Pokaz muskulatury itp. ale do wody? Absolutnie.
Taki urok był tej plaży. To tzw. plaża gdyńska. Przylega do niej basen portowy. Cumuje tam Burza, Dar Pomorza do dzisiaj.
Woda pachniała tam "portem". Zapach jak w starym, zaniedbanym warsztacie samochodowym, którego posadzka przyjęła setki litrów przepalonego oleju w tym przekładniowego. Ten śmierdzi najlepiej.
Na wodzie "tęcza". Wspaniała gra skrzących się w słońcu kolorów. W zależności od wiatru/pływu w jakimś "kącie" basenu gromadziły się wszystkie zanieczyszczenia luźno pływające, pod postącia charakterystycznego kożucha.
No jakoś to z czasem ten basen opuszczało (fizyka cieczy) i znajdowało nowe życie przy plaży. Plaży gdyńskiej.
Więcej uwagi poświęcił bym Zatoce Puckiej ale nie chcę się narazić Kaszubom. Za komuny kąpiel w tej zatoce, to już był akt... chwilowo nie znajduję porównania. Ja do dzisiaj nie mam w sobie tyle determinacji, by po tej strony mierzei wejść do wody ale od strony morza - jak najbardziej.
Przez wiele lat jeździłem latem "na Hel" i ochoczo zażywałem kąpieli w morzu. Jest takie powiedzenie: wypłynąć na czyste morze. To juz wiecie, skąd się wzięło.
A skąd mają się wziąć... obowiązkowe kaski dla rowerzystów...?
Ja mam odpowiedź. Winni są kierowcy. To nie rowerzyści jeżdżą po ścieżkach rowerowych. To kierowcy. Motocykli, aut, ciężarówek, autobusów itd. To oni są winni.
To oni są winni tych karygodnych zachowań. Tych piętnowanych. Ich kulminacja (tych piętnowanych zachowań) znajduje miejsce na ścieżce rowerowej, tej najlepszej w Trójmieście, co biegnie brzegiem Zatoki.
Mnóstwo jest kierowców - wszelkich pojazdów mechanicznych, którzy uwielbiają stać w korkach. Nie wiedziałem, że tak dużo ale tak jest. Oni wszyscy się zmawiają (ja z nimi) i stajemy do zawodów na rzeczonej ścieżce.
Ciekawe, że dotyczy też tych, którzy nie lubią, oni też do tych zawodów stają. Nagrodą jest brak widoku morza. Plusem dużym tych zawodów jest to, że nie ma przegranych.
Te zawody, to de ja vu. Tour de De Ja Vu czyli jak to fajnie drzewiej bywało, kiedy jechałeś jak chciałeś. Byłeś wolny. Mogłeś przypier... w pieszego i spokojnie uciec z miejsca zdarzenia.
Niestety... Rząd wymyślił, i wprowadzi dla wszystkich rowerzystów obowiązkowe kaski. To będzie kolejny krok by zapewnić obywatelom narodowe bezpieczeństwo.
Ja bym poszedł krok dalej i wprowadził przepis, który będzie nakazywał zakładanie pieszemu kasku na głowę o ile ścieżka rowerowa będzie towarzyszyć (w bezpośrednim sąsiedztwie) ścieżce dla pieszych i to samo dla... kierowców. Dlaczego nie? Bezpieczeństwo na drodze to podstawa.
I tu nie powinno być przestrzeni dla jakiejkolwiek dyskusji. OBOWIĄZKOWO, skoro jesteśmy idiotami. Można by pójść jeszcze dalej. Skoro f-cznie jesteśmy idiotami (ja też, żeby nie było), to w sumie najprościej było by nakazać noszenia kasków wszystkim od 6-tej do 22-giej z zaleceniem, by również kaski nosić w domu.
Skąd mi to wszystko przychodzi do idiotycznej głowy?
El Czariusz
19.08.2025, 10:24
Ano tak obowiązkowo wyszło, że w weekend odwiedziłem serdecznego kumpla. Bardzo serdecznego. Serdecznego lepiej nawet.
Oj... Długo się nie widzieliśmy. Pomijam fakt, że dzieli nas Polska cała, a nawet lepiej ale się zobaczyliśmy. Nie z takiej okazji chciałem ale tym bardziej musiałem. Może nie tak. Człowiek wolny nic nie musi, po prostu chce.
Zajechałem na czas. No... kwadrans spóźnienia, bo po drodze musiałem się przebrać w lesie. Jakoś mi to przebieranie nie szło, więc się spóźniłem.
Wszyscy już byli na miejscu, dołączali ostatni... Kościelny zegar wskazuje 13.15.
Na zewnątrz 30st., w kościele chłodno. Nie zdobyłem się na krótki rękaw, bo musiałbym założyć białą koszulę, czarny t-shirt nie wchodził w rachubę. Miałem być cały na czarno i koniec. Jak najbliżsi, w sensie rodzina. Nie wypada inaczej.
Msza była długa...
Gdzieś po północy, zostaliśmy z kumplem sami. Wszyscy już poszli spać. Życie na wsi ustało w należytym, dobowym rytmie. Pada propozycja kumpla:
- Pójdziemy jeszcze raz na cmentarz?
Jasne, idziemy.
Niecałe 2km tam, 2km z powrotem.
Idziemy niespiesznie. Bardzo ciepło ale jesteśmy już luźno ubrani i taka jest rozmowa. Na cmentarzu dzieją się rzeczy dziwne. Chodzimy między grobami, a każdy zamyka w sobie jakiś rozdział życia i śmierci. Kumpel opowiada, o ten..., a tu z tym...
Dopóki pamięć o tych, co odeszli żyje w nas, to i oni żyją. Wspominamy pogrzeb mego ojca. W samym środku kowitowej hucpy. Jak się okazuje, wtedy to trza było mieć odwagę, by brać w pogrzebie udział, że o stypie nie wspomnę.
Moja druga mama (teściowa) jest hipochondrykiem. Wiem ile ją tu musiało kosztować, by na tym pogrzebie być i potem usiąść w mieszkaniu przy stole z tymi, co tę odwagę mieli. Tylko trzech kumpli, Strażnik Domowy, mama i para sąsiadów. Poza żoną i mamą NIKT z rodziny. NIKT.
Siedzieliśmy w ósemkę przy stole i wspominaliśmy "dobre czasy". System rozwalił sąsiad Taty - rodowity Kaszub (Rumia). Najpierw "obgadaliśmy" pozostałych sąsiadów, wszystko na wesoło. Jak to było w otoczeniu samych Kaszubów żyć, w tym naturalnym porządku.
Piotrek, sąsiad z góry wspomniał (w ramach starych, dobrych czasów) jak to w latach 80-tych służył w Orzyszu w pancerniakach. Kiedyś go d-ca kompanii wysłał po flaszkę na miasto. No to pojechali... czołgiem. Było by wszystko git ale przed sklepem (właścicielka otwierała po nocy - jak to drzewiej bywało) Piotrek kazał młodemu odwrócić wieżę. No i młody odwrócił. Nie w tę stronę, co powinien i ściął dach sklepiku...
...Cmentarz przylega do kościoła luterańskiego (ewangelicko- augsburski) ale msza była w kościele rzymsko-katolickim. Cmentarz łączy.
Dzisiaj ważniejsze są kaski na głowie a nie pamięć o tych, co odeszli.
Na stypie czułem się jak w rodzinie. Tu tradycja jest kultywowana. Młode pokolenie wyrasta już w innych warunkach ale tradycja się jeszcze broni... Jak długo...?
Zanim wyjechałem, kumpel "każe" mi wjechać na warsztat.
- Ni mosz jednego ampla, dawaj tu.
Daję H4, dalej wymienione postojowe, jeden kierunkowskaz, oświetlenie tablicy z tyłu. Na finał zrobiona klamka z drzwi przesuwnych i dobity luft w kołach.
Teraz mogę jechać do domu.
El Czariusz
19.08.2025, 20:31
Wzrosną kary za wypalanie traw itp. ale też za palenie ognisk w lesie.
Z 5000 do 30 000 zł.
Rok 1987.
Marek Kotański agituje zielonych.
Wtedy byliśmy wszyscy zieloni. W Sosnowcu na parapecie już po jednym dniu solidna warstwa kurzu. Na Żeromskiego mieszkała ciocia z wujkiem. Ciocia Ślązaczka, wujek kresowy, urodzony w Nieświeżu jak moja mama.
Jak wjeżdżałem w tych latach do Jastrzębia Zdroju to w super pogodę słońca nie było widać. Huty metali to był jeden wielki dramat.
W jednym wątku chłopaki podniecają się zapachem benzyny.
W dużym mieście przy większym ruchu pojazdów, spaliny naprawdę dawały się we znaki, zwłaszcza zimą. Smog był powszechnym zjawiskiem. Wraz z kotłownia mi osiedlowymi, opalanymi węglem, wszystko to w listopadowe, mroczne dni napawalo pesymizmem.
Najgorszy był jednak styczeń. W sensie bezśnieżny, przygnębiający, mroźny.
Dlatego na śnieg czekało się jak na ciasto drożdżowe w niedzielę. Pierwsze płatki w świetle lampy ulicznej widoczne, były zwiastunem czegoś ulotne pięknego...
ziQPcH5aX-s
Nie znałem zielonego Kotańskiego.
Kiedyś za młodego przy betoniarce wpadłem na pomysł jak opalić tors gladiatora na mahoń, jak myślisz czym się nasmarowałem ? :D
El Czariusz
20.08.2025, 10:36
Krótka historia jednego korytarza.
https://i.ibb.co/Z6q4fnF7/DSC05530.jpg (https://ibb.co/bgcw6SCD)
https://i.ibb.co/WqgCQ3G/20181103-150651.jpg (https://ibb.co/yGW2DRd)
https://i.ibb.co/Ng6R2PtB/IMG-20250819-170044.jpg (https://ibb.co/Cp5LKZmG)
Brakujące ogniwo.
https://i.ibb.co/wN9y3JDx/1755678363531.jpg (https://ibb.co/5WNTtYqf)
Koniec Wielkiej Epopei
El Czariusz
20.08.2025, 22:42
Cholera... pora powoli zwijać manatki.
Równolegle biegnie "historia jednego podwórza" i nie udało jej jeszcze się zebrać "do końca". Koniec smutny jak cholera.
Tymczasem.
W ramach szukania nowego celu w życiu ,będę swatał babcię Kasię, co ją Warszawa kocha, z prezesem partii, która kocha swojego lidera. Ona mała, on mały. Niech im się darzy. Katarzyna i Jarosław.
Ona pracowała w ZUS, on jest prezesem od urodzenia.
Grama w tym polityki. Tylko miłość.
30IrUagiyuU
El Czariusz
20.08.2025, 22:53
...życie jest cudem.
5OPY-FGhGJo
El Czariusz
20.08.2025, 23:12
Fajne, nie?
Oba poprzednie kawałki to wytwór... AI. Oryginalny tekst i koncept, reszta - wokal i muzyka, to robota sztucznej inteligencji.
Tymczasem...
pJf86_l91-M
Jak to śpiewał Klenczon?
LQCaZwiVk1Q
El Czariusz
21.08.2025, 09:07
Sentencja na dziś:
https://www.facebook.com/share/r/1FNqcZ1Jaw/
Internety
"KU PRZESTRODZE ❗
Zbierałam się, czy pisać ten post. Będzie długo. Ale ku przestrodze. Wybraliśmy się z dziećmi w góry. Szliśmy tempem wolnym, mamy dziecko z niepełnosprawnością. Doszliśmy do górskiego potoczku. Mały wodospadzik z boku. Przerwa. Dzieci jedzą owoce, młody moczy nogi.
Za mną dziecko, leży na kamieniu, ogląda bajki. Nie mi oceniać. Jednak my siedzimy już 20 min. Dziecko na moje 9 lat, dalej ogląda bajki, nikogo przy nim nie ma. Zapytałam w końcu. Czy jest tu sam? Tak, bo mama poszła dalej na wyciąg, i wchodzi na szczyt, kazała mu tu czekać, będzie za parę godzin.
Mnie zmroziło. Mam syna w tym wieku, najpierw miałam myśli, że patrzę na niego inaczej, bo z niepełnosprawnościa i bym go samego tu nie zostawiła, aleeee...To "ale" ciągle było w mojej głowie. Poszliśmy obok podziwiać widoki, zawróciłam, mój nastoletni syn go jeszcze zagadał, dziecko oburzone, że mama to zostawiła na tyle godzin.
Zadzwoniłam pod 112. Zapytać.
Według prawa można zostawić dziecko od 7. roku życia w domu. Ale dyspozytorka powiedziała, że mamy tu inne warunki - natura, las, niebezpieczeństwo (skały, kamienie, ślisko, obcy w koło, nieznany teren, woda) i powiedziała, że ona by dziecka w takim miejscu nie zostawiła. Przyjęła zgłoszenie.
Przyjechała policja. Wypytali co i jak. Mówię, że jestem tu godzinę, dziecko jest tu samo, bo mama go zostawiła, żeby wjechać na jedną z gór i potem podejść pod kolejną. Policjant sam powiedział, że by tu swojego dziecka nie zostawił.
Przekazał, że będą się kontaktować z matką. Że czasem dzieci uciekają z trasy, bo zmęczone, bo rodzice nie rozumieją, że taka trasa to nie dla nich. Że rodzice są ambitni i jak już wyjechali i zapłacili to chcą zobaczyć. Nawet kosztem dziecka. Zabrali go do radiowozu.
I tutaj mam przemyślenia. Że idąc razem, wracamy razem. Albo z kimś dorosłym. Mierzymy swoje siły, ale i siły dziecka, które może cały rok nie chodziło z rodzicami na spacery, popołudnia przesiedziało przed telefonem. Nie wymagajmy, że te dzieci nagle zaczną hasać, ale nie zostawiajmy ich w takich miejscach.
Policjant powiedział, że ta kobieta na 99 procent nie ma tam zasięgu. Że i jej mogło się coś stać. Dziecko oglądające bajki na telefonie w górach też może mieć szybciej rozładowany telefon... Że dziękują za czujność, że dobrze zrobiłam.
Czy wy zostawilibyście dziecko w takim miejscu? Czy zdarzyło wam się coś takiego?
Może ja zachowałam się nad wyrost? Chociaż policjanci i dyspozytorka twierdzili inaczej. Ale ciężko mi w to uwierzyć, że ktoś zostawił dziecko w takim miejscu."
To nic dziwnego przecie zostawiają bachory w puszce na słońcu gdzie temperatura 40 i idą bez stresu na zakupy
No nie wiem, mam stres gdy zostawiam w chałupie dzieciaki (8+5) na 20 min jak do sklepu muszę na szybko skoczyć.
Wyobraźnia dziecięca granic nie zna...
Ten na szlaku z zapasem wody/żarcia czy karmiony bajkami jeno? a co jak się bakteria rozładuje? co do głowy takiemu strzelić może? WSZYSTKO
Po mojemu reakcja odpowiednia:Thumbs_Up:
Webweb76
21.08.2025, 12:29
Coś w tym jest. Kilka lat temu przysłuchiwałem się rozmowie kogoś ze Śląska / Zagłębia (ja nie rozróżniam - wybaczcie) z Podlasiakiem. "Wujas to ma taką dupną chałupę..." - "To nie może wyremontować ?" (Dupna - duża, dupna - do dupy).
Słyszałem jeszcze wersję z odstającymi uszami - od nasłuchiwania, co tak szumi...
Ja za to pamiętam taką piosenkę (z 8-9 miesięcy spędziłem w Borsku koło Wdzyz / Wiela na lotnisku...) bodaj to w 1988 roku było...
Będzie z pamięci, fonetycznie po polsku, z błędami...
"Mój Tata kupił kłeza
Trzi dibczi za niom dał
uwiązał ją do włeza
i taki profit miał.
Jedze, fuksa, jedze,
tabaczki pożiwał,
obejrzał się za kłezam,
no daibeł się urwał."
"Kaszebszczi mowo pikno ist"
Już nie zakłócam...A koń co Ci do namiotu zaglądał po jakiemu parsknął? 😄
Wysłane z mojego H3113 przy użyciu Tapatalka
El Czariusz
21.08.2025, 17:06
W nawiązaniu do "dziecka w górach", jeszcze taki wtręt.
saVyMf9X2YQ
Pozornie bez związku ale taki jest.
A koń co Ci do namiotu zaglądał po jakiemu parsknął? 😄(...)
Jedyne zdarzenie z koniem i namiotem, jakie pamiętam to było gdzieś na pograniczu Mazowsza, Mazur i Podlasia wiele lat temu. Pytanie - to taka zwykła zaczepka, czy też tam byłeś, a ja nie kojarzę :confused:
Odpowiedź : rżał po... końsku :)
P.S. Wypadało odpowiedzieć, sorki...
El Czariusz
21.08.2025, 18:54
To ja się jeszcze na moment wbiję;
1P7h8f_F4aw
Jeszcze chwila, układam klocki.
Zbieram się do elaboratu.
El - to ja,
borat - po węgiersku "brat".
Co się stanęło, że ten zestaw borat Ela - przestał fungować?
Do tego stopnia, że dzisiaj spadłem z drabiny.
Znaczy wiedziałem, że spadnę, bo drabinie się omskło. Ratując siebie, "cichym ścigałem go lotem"... Swój cień ścigałem.
W pewnym momencie zgasło światło...
Cdn.
Webweb76
21.08.2025, 20:45
Jedyne zdarzenie z koniem i namiotem, jakie pamiętam to było gdzieś na pograniczu Mazowsza, Mazur i Podlasia wiele lat temu. Pytanie - to taka zwykła zaczepka, czy też tam byłeś, a ja nie kojarzę :confused:
Odpowiedź : rżał po... końsku :)
P.S. Wypadało odpowiedzieć, sorki...Zero zaczepki - tą dupna chatą wujasa przy wolałeś miłe wspomnienia w gronie ekipy Cb500 u Owucelota- w Mońkach. Swoją drogą jak już Darek odwiedził południe i ta chatę zobaczył to podsumował - podwójnie dupna - i duża i do remontu 😄
Pozdr
Wysłane z mojego H3113 przy użyciu Tapatalka
Nawiązując do dziecka w górach, jeszcze.
Pozwolę, sobie przedstawić Panie Darku, swoją historię.
Pisaną z perspektywy niedoszłej ofiary takiego zgłoszenia.
U nas w Kawiarni Szkockiej, co to by tutaj nie zaśmiecać.
El Czariusz
22.08.2025, 08:25
q2Hu4s2zpMc
Tak... wspomniałeś Luti tę historię bodaj w tym wątku nawet, przy okazji mojej pierwszej ekspedycji w świat.
Miałem wtedy 8 lat i zostałem wyekspediowany pociągiem sam do wsi zabitej dechami na Podlasiu u zbiegu wielu kultur. Wieś niezelektryfikowana, żyjąca od rana do wieczora. Żywcem niemal wyjęta z Konopielki - kaziukowa.
Nauczycielką (akurat) była moja babcia - już nie młoda, której udało się z kolei swoje dzieci wyekspediować do wielkiego miasta. Jedno na północ, drugie na południe. Jedno nad morze - uczyć rosyjskiego, drugie pod ziemię - fedrować węgiel.
Po dziadku zostały tylko piękne historie. babcia, która była na owe czasy wysoka kobietą (170cm) sięgała dziadkowi do łokcia ledwie. Ostało się jedno zdjęcie dziadka, stąd wiem. Będzie jeszcze o dziadku, z którego coś mam.
To coś najwyraźniej odziedziczył Kacper, mój wnuk.
To "coś" należy umiejętnie pielęgnować. Nie miał możliwości o tę pielęgnację dziadek zadbać, bo na drodze stanął mu Stalin, Adolf, Stalin i... ślad po dziadku zaginął.
Powtórzę, co streściłem u Fazika...
"Jesteś obywatelem świata" - brzmi tak ponętnie...
Podróżujesz, pracujesz przy laptopie, mówisz po angielsku. Wszędzie czujesz się jak w domu.
Ale to jest iluzja.
Bo obywatel świata nie ma ojczyzny.. A człowiek bez ojczyzny jest po prostu bezdusznym konsumentem, niczym się nie różni od zwierzęcia trzymanego i tuczonego na rzeź.
"Obywatel globalny" nie ma korzeni, nie ma lokalnych społeczności (i tu forum AT w realu ma duży plus), nie ma grobów, do których można powrócić w listopadzie, aby rozważyć pamięć o tych, których kiedyś kochał.
Zamiast tego ma kartę kredytową, subskrypcję Netflixa i bilet na tania linię lotniczą. Zamiast korzeni otrzymuje punkty lojalnościowe. Zamiast opowieści opowiadanych przez swoich przodków, słucha influenserów.
System potrzebuje, żebyś uwierzył w te bajkę.
Bo człowiek z korzeniami może się buntować - SZACUNEK TOMKU: za swoją rodzinę, za ojczyznę, za pamięć o przodkach... Ale człowiek "znikąd" nie ma za kogo umierać. Będzie więc żył, pracował, spożywał - az do końca.
Globalizacja daje ci iluzje wolności tylko po to, by odebrać ci wszystko, co czyni cię wolnym: dom, rodzinę, społeczność, tradycję...
Zamiast tego dostajesz subskrypcję sensu zycia: streaming, aplikacje randowe, kredyt hioteczny na mieszkanie w 15-sto minutowym mieście, które nie należy do ciebie ani cię nie wita.
Bo obywatel świata jest tak naprawdę - nikim.
I to jest moje osobiste zadanie, ostatnia wyprawa... Stąd do przeszłości.
Po drodze uporządkowanie wielu spraw...
Wczoraj, zamykając wieloletni remont chaty spadłem sobie z drabiny. Życie upomniało się o mnie. W moim (zaniedbanym) wieku, upadek z "metr dwadzieścia" to lot do piekieł. Ja za upałami nie przepadam. Mój komfort to 17st.
Zawsze spadałem na "cztery łapy" i tym razem się udało.
Więc najpierw przelecimy się po remoncie. To dla tych (kilka krótkich historii), którzy nie wierzą do końća w siebie, nie widzą siebie w określonym miejscu i nagle robią coś, czego nie wielu by się po nich spodziewało.
Ale mają coś... Co być może odziedziczyli w procesie przekazywania igreków.
Będzie na początek jednak o dziecku w górach.
El Czariusz
22.08.2025, 10:04
Dziecko w górach...
_1bjgFc2OzQ
Mam sporo rozterek, te mnożą się jak króliki. Skąd się w ogóle te rozterki biorą?
Chodzi mi o same zjawisko.
Wystarczy, by jakaś organizacja/siła sprawcza miała możliwość modelowania nam życia na swój obraz i porządek. ktoś powie: kościół, drugi: pruska szkoła, trzeci: swoje, kolejny: swoje.
Wcześniej wspomniałem, że mój komfort cieplny, to 17st. Jeszcze kilka lat temu, było to 15st. Człowiek się starzeje, mniej rusza ale dalej kąpie się w zimnej wodzie, bo tak się nauczył 40 lat temu i trwa w zimnych kąpielach.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy taki Eskimos (jak ja) będzie prawił murzynowi, jak ten ma się zachowywać wczas upałów lub... odwrotnie.
Każdy komfort ma swoje granice. Możesz nie dogrzewać chaty, możesz/będziesz miał grzyba. Możesz przegrzewać - może/będziesz chorował. Konfiguracji jest wiele.
Najgorszy przypadek jest jednak wtedy, kiedy w imię swojego, partykularnego interesu ja będę robił wiele, by dbać o swój komfort czyimś kosztem. Nie licząc się przy tym ze społecznymi skutkami.
Przykładów z historii tyle, że głowa boli i co...?
Nagle w moim życiu pojawia się organizacja i mówi mi: twój komfort od dzisiaj to 22st. Wtedy cała planeta będzie zdrowa.
Ja się więc pytam: cała? A w ogóle, to uczono mnie, że komfort jest zmienny, zależny od wielu okoliczności.
- Uwierz mi, że tak będzie dla ciebie lepiej... Lepiej uwierz.
Ta sama organizacja, klika lat później znowu do mnie przychodzi i podnosi mi komfort do 24st.
- Znowu mam uwierzyć. Wszyscy wokoło wierzą, to i ja... muszę.
Problem w tym, że ja nie uwierzyłem. Słowo obcego bez weryfikacji nie jest dla mnie drogowskazem. Co mi po drogowskazie, kiedy nie ma drogi a przed nami manowce?
Dzisiaj za ten komfort, dopłacam 50% tylko po to, by na rachunku mieć 50%... mniej? No przecież to się nie spina.
Ale to tylko jeden z tych bardziej namacalnych przykładów. Tych przykładów są setki... tysięcy.
Ta organizacja naprawdę istnieje. Dzisiaj już nie wiem ile produkuje "drogowskazów" tygodniowo?
Sprawdziłem i co widzę. Demagog rozprawia się z Selimem, który powiedział dokładnie to, co ja napisałem. Zarzuca Selimowi manipulację, na przykładzie "produkowania" dyrektyw. No ledwie jedna na dwa tygodnie.
Dyrektywa to "jeden" akt prawny - owszem. Ile generuje on finalnie zmian w naszym życiu. Ile nowych przepisów?
https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/PDF/?uri=OJ:L_202402749
To ostatni przykład z brzegu.
Co to ma wspólnego z dzieckiem w górach?
Powoli do tego dojdziemy, bez drogowskazu, bo droga przebyta nie pozostawia złudzeń.
Czarna Wołga tym się kiedyś dzieci straszyło tak jak obecnie o czym piszesz
El Czariusz
22.08.2025, 11:00
Przypomnę.
Tato wiesz... lepiej nie rób Kacprowi procy. Będzie strzelał do wróbli.
- Jak go tego nauczysz, to będzie.
Ptak zamknięty całe życie w klatce, może myśleć, że latanie to choroba.
Co myśli dziecko, wychowane na reklamach milki?
No i gdzie był ojciec tego dziecka (to dotyczy również mnie) wtedy...? Przecież to obecne pokolenie wychowywało poprzednie... Co się stanęło po drodze...?
Mój syn miał dość prawienia morałów przez ojca i jak się tylko nadarzyła okazja, wypalił na swoje (wynajęte) jak rakieta. Coś... jak jego ojciec.
Przecież młodzi nie mają gdzie mieszkać... Muszą być na garnku rodziców. Mój miał (rodzice) ale nie chciał. Wolał wynajmować ze swoją dziewczyną mieszkanie (ona też "zwiała" z domu, miała gdzie mieszkać - u rodziców).
Dzisiaj mają trójkę dzieci. To już prawie patologia. Dziwnym trafem, w rodzinnym, wspólnym domu zawsze powtarzałem, że trójka rodzeństwa, to minimum. Po urodzeniu syna - giganta, Strażnik Domowy odpuściła. Chowaliśmy jedynaka. Przy dwójce ojciec się uczy, że dzieci są różne. Że taki los a kochać trzeba dwójkę tak samo. Tego mi obecnie brakuje ale rekompensuję to sobie na wnukach.
Gdzie tu dziecko w górach...?
W wieku 8 lat byłem wyekspediowany na daleką wieś. Przekazywano mnie sobie z pociągu do pociągu jak pałeczkę w sztafecie. W tamtych czasach (1971r.) obcy ludzie potrafili wziąć odpowiedzialność na siebie, za cudze dziecko. Gdyby nie chcieli, nie było by takiej sytuacji jak ta "w górach".
Ojciec nie zostawił mnie jednak samego na peronie mówiąc:
- Przyjedzie pociąg, wsiądziesz i pojedziesz.
Powiedział:
- Do podstawienia pociągu jeszcze trochę czasu. Siedź grzecznie i na mnie poczekaj na peronie. Skocze na chwilę do restauracji.
No i skoczył na jedno, może dwa piwa.
Czemu płaczesz?
- Bo tata poszedł do restauracji i jeszcze go nie ma.
Nie martw się, zaraz przyjdzie. Uspakaja mnie starszy pan, czekający też na pociąg.
No i tata zaraz (grubo ponad kwadrans) przyszedł i dwóch panów się pośmiało, żem taki rodzinny ale i dzielny.
24h godziny później byłem już w Zabłociu. Byłem wolny!
Pani, która napisała ten post o "dziecku w górach", określiła jego wiek na "około 9 lat"...
El Czariusz
22.08.2025, 12:22
Ja miałem 8 lat i wysłano mnie samego na koniec świata. Ja plus walizka.
Nie wiemy, ile chłopiec miał lat, bo pani go o to nie zapytała. Chłopiec bawił się telefonem w miejscu, do którego dojechała policja...
Chłopiec nie wykazał objawów paniki, nie płakał, wygląda na to, że radził sobie.
Być może, gdyby mu się rozładował telefon po prostu by się nudził. Do tego stopnia, żeby się oddalił gdzieś i...
Tak się zastanawiam, co by było, gdyby mama zostawiła go w domu/na kwaterze - mówiąc to samo?
oczywista pomijam te wszystko: o rany, dramat, jak mogła, a gdyby tak niedźwiedź, załamanie pogody i jeszcze wiele innych.
Istotne jest, co się wydarzyło obok tej historii.
Komentarze.
Suchej nitki na kobiecie. Matce znaczy.
Co ja bym zrobił...?
Napiszę wam, co ja bym zrobił. Ne zostawiłbym 10-cio latka na szlaku. To on, zostawił by mnie. Wielokrotnie tak bywało w Tatrach po obu stronach granicy. Na Koprowskim Szczycie czekał na mnie i mamę dobre pół godziny licząc od momentu, kiedy zerwał się "z łańcucha" bo nas jakiś energiczny Słowak wyprzedził.
Pogoda była "śliska", nie pewna ale było zadanie do wykonania.
Sprawdzić jak drzemią pawiookie stawy w smreczyńskich skał zwaliskach.
Co ja bym zrobił na miejscu tej pani, obserwując tak jak ona tego chłopca?
Pierwsze, to wiedziałbym sam, gdzie jestem i co z tego wynika potencjalnie.
Dziecko "znalezione" pod Biedronką z telefonem w ręku, czy na ścieżce do lasu nie od razu wzbudza mój niepokój.
Dopytał bym czy to skutek wcześniejszych praktyk mamy?
Czy wie, gdzie jest?
Czy potrafiłby sam trafić na kwaterę?
Czy ma kontakt z mamą?
Czy poza mamą jeszcze kogoś tu ma?
Czy ma zapas wody, jedzenia, czy coś do ubrania na wypadek załamania pogody?
Czy takie załamanie pogody sam już przeżył?
Czy przeżył już z rodzicami i wie, co należy wtedy zrobić?
Wszystko w spokojnej formie mając z tyłu głowy akceptację dla potencjalnej dzielności.
Dopiero potem podjąłbym decyzję ale...
Organizacja już wie.
Organizacja żywi, organizacja radzi, organizacja nigdy cie nie zdradzi!
Do czasu...
https://i.ibb.co/LdYsb15M/FB-IMG-1754835921256.jpg (https://ibb.co/DfzjsQpN)
I to tyle o dziecku "w górach".
W ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,
Gdzie pawiookie drzemią stawy,
Krzak dzikiej róży pons swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska.
U stóp mu bujne rosną trawy,
Bokiem się piętrzy turnia ślizka,
Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy...
Samotny, senny, zadumany,
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.
Cisza... O liście wiatr nie trąca,
A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży.
Słońce w niebieskim lśni krysztale,
Światłością stały się granity,
Ciemnosmreczyński las spowity
W blado-błękitne, wiewne fale.
Szumna siklawa mknie po skale,
Pas rozwijając srebrnolity,
A przez mgły idą, przez błękity,
Jakby wzdychania, jakby żale.
W skrytych załomach, w cichym schronie,
Między graniami w słońcu płonie,
Zatopion w szum, krzak dzikiej róży...
Do ścian się tuli, jakby we śnie,
A obok limbę toczą pleśnie,
Limbę zwaloną tchnieniem burzy.
El Czariusz
22.08.2025, 13:00
Cytuję:
"Wczoraj wspominano niejakiego Woźniaka - Staraka, celebrytę, znanego z tego, że 18 sierpnia 2019 roku zginął na Mazurach, na jeziorze Kisajno.
Tak teraz, jak i wówczas media nazwały to "wielką tragedią". Nie. To było szczęście.
A jednocześnie pokaz głupoty, buty i arogancji z jaką spotykamy się obecnie masowo na Mazurach, szczególnie wśród turystów z zasobniejszym portfelem, z dużych miast.
My przy tym wtedy byliśmy.
Trwały akurat bardzo wyczerpujące regaty ; Międzynarodowe Mistrzostwa Polski łodzi typu DZ. Trwajace non stop 24 godziny. Przy czym, w przypadku braku wiatru ( a w nocy słabo wieje) trzeba bez przerwy dymać na wiosłach.
Lecz nie na lajcie, jak Wikingowie. Na dwóch wiosłach. Takie przepisy. Dwie osoby ciągną ważącą grubo ponad tonę łódź z 10 osobami na pokładzie. Stąd krótkie zmiany i w międzyczasie chwila snu.
Byliśmy gdzieś między drugą a trzecią w nocy, na Kisajnie, kiedy usłyszeliśmy w ciemności motorówkę. Przerażeni, bo nie powinno jej tu być. Nocne pływanie regulują przepisy. Tylko wyznaczonym szlakiem. Ale na Kisajnie był od lat ZAKAZ pływania nocą ( wyjątek nasze regaty). Kretyn w motorówce stanowił dla nas ogromne zagrożenie.
Nie jesteśmy oświetleni jak choinka ( musimy patrzeć w ciemność). Tylko mała lampka. Wystarczy aby dostrzegli nas inni uczestnicy, czy stojące, lub powoli płynące, dobrze oświetlone statki służb obstawiających regaty.
Ale szalejący na motorówce idiota, nie wyhamuje, kiedy wypadnie z mgły, czy zza wyspy. Rozwali łódź, ze śpiącymi ludźmi i poharata śrubą.
Na szczęście motorówka kręciła już koła. Na szczęście, bo to oznaczało, że wypadł za burtę. Motorówka automatycznie zatacza kręgi kiedy nie ma kierowcy, aby ograniczyć możliwość kolizji.
Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że stuknie lub przejedzie śrubą rozbitka. I tak się wówczas stało.
Jest jednak bardzo ważny element bezpieczeństwa, stosowany przez każdego, kto ma coś, co odróżnia człowieka od rośliny. Zrywka. Wyłącznik bezpieczeństwa.
Smycz podpięta do człowieka wyłącza silnik w momencie kiedy sternik wypada za burtę. Proste i skuteczne.
Ale po co ? Jestem kozak. Na motocyklu też gnam beż kasku...No to pokozaczył. Skutecznie ukarana głupota. Prawo Darwina.
Nie trzeba dodawać że był nawalony jak świnia i zapieprzał jak szaleniec. Jęk wśród celebrytów, mediów i warszafki...
Taki wspaniały człowiek. Przyjaciel - płakały Borysy Szyce i inni. "Kochał adrenalinę", "Woził nas wielokrotnie nocami motorówką", "Wilk z Mazur".
Rzecz w tym, że Kundel z Warszawy bawił latem w rezydencji ojczyma, milionera, nad brzegiem jeziora Kisajno. I łamał zakaz od lat i od lat był zagrożeniem dla innych.
Ale kto mu zabroni? Pan i władca Mazur.
Cztery dni później, od uderzenia pioruna, na Giewoncie zginęły cztery osoby, a prawie 160 zostało rannych. Rok później media pisały o śmierci Staraka jako o jednym z najtragiczniejszych wydarzeń 2019 roku. O tragedii na Giewoncie już zapomniano."
El Czariusz
22.08.2025, 13:16
Zaprawdę powiadam sobie...
Trudno... Bardzo trudno być dzisiaj "dzieckiem w górach".
Ileż te dziecko musi wykazać determinacji rodziców, by być dzieckiem w górach?
Zaufanie do prawa zamiast do wartości - system przepisów zamiast realnego procesu uczenia się i budowania odpowiedzialności.
Dziecko w górach... z telefonem nawet w górach nie było.
El Czariusz
22.08.2025, 14:42
...to się uczysz.
Nie będzie już kontrowersyjnych "teorii". Postaram się przy okazji udowodnić Emkowi, że nie na wszystkim się znam i ba... potrafię się do tego przyznać.
Ale pokażę, jakie mogą być efekty naszej/mojej pracy, kiedy bierzesz pod uwagę wszystkie za i przeciw, co zrobiłem ja, kiedy stanęło przede mną wyzwanie, którego... Nie... to nie tak.
Nic nie stanęło... Po prostu podjąłem decyzję: robię to, choć nie wiem jak.
Zacznijmy zatem od kuchni...
...a kuchnia widziana od okna...
https://i.ibb.co/Ng37csrg/DSC05522.jpg (https://ibb.co/gb76k3db)
...wyglądała tak.
https://i.ibb.co/B56K63LX/DSC05531.jpg (https://ibb.co/4nSgStW6)
Przeciwpołożnie.
https://i.ibb.co/3yjSKG99/DSC05519.jpg (https://ibb.co/Y71fgYFF)
Wejście do kuchni z korytarza - tak.
https://i.ibb.co/XxhsYh64/DSC05518.jpg (https://ibb.co/RTx0jxtS)
Te opisy adresowałem do kumpla, który ogólnie ma pojęcie o budowlance.
Potem powstawał komentarz dalszy i wizualizacje. O nich później.
Z kuchni...
https://i.ibb.co/9HcsLLKh/DSC05517.jpg (https://ibb.co/m5b6wwZ0)
...wchodziło się do łazienki.
Kuchni towarzyszyła...
https://i.ibb.co/6cRvc0c2/DSC05520.jpg (https://ibb.co/RGphGTG1)
...toaleta (za nią rzeczona łazienka).
https://i.ibb.co/h17hbVcz/DSC05521.jpg (https://ibb.co/3YrG2cvZ)
Tu był wstęp do konsultacji konstrukcyjnych.
Widoczna, pionowa zabudowa po lewej w toalecie, to zabudowa pionu.
To, co wiedziałem, to fakt - zalewania przez wiele lat łazienki i toalety przez sąsiadkę z drugiego piętra.
Sąsiad (ówczesny) z pierwszego piętra nade mną, a mamy rok 2018-sty pierd... sobie betonową płytę, którą... ale o tym też później.
Mieszkanie "odziedziczyliśmy" po dziadkach. jak już wspominałem, z babcią Marysią mieliśmy wieloletnią sztamę i pamiętam jak dziś, kiedy babcia Marysia mówiła swojej wnuczce:
- Jak umrzemy, to sprzedajcie tę ruinę w pierony i kupcie sobie coś nowego, lepszego.
Babcia odeszła druga, zaraz po dziadku. Dziadek w lutym a babcia Marysia 15-tego marca 2018. Jeszcze w październiku rok wcześniej szeptałem jej w tajemnicy do ucha, że "robię" Grąbczewskiego. W grudniu tego roku (2017) skończyła 95 lat. Łatwo było zapamiętać datę urodzin (dzień/miesiąc), bo to było 13-tego. 13 grudnia wiadomo, co się wydarzyło?
Do tej pory (do śmierci babci) wynajmowaliśmy mieszkanie na Miraua w Oliwie. Najem 1800 plus opłaty. Zdecydowaliśmy ze Strażnikiem Domowym, że wyprowadzamy się z tegoż na dzień 31 maja.
I tak 1 czerwca 2018 zlądowaliśmy na Przystanku Oliwa.
18-tego startowałem na wyprawę Szlakiem Bronisława Grąbczewskiego 1888-2018.
Tak Emek...
Ta wyprawa była CAŁKOWICIE mojego pomysłu. Od A do Z. Podpowiesz mi Emek, jak "łatwo" jest takie przedsięwzięcie zorganizować...? Trzeba się na czymś znać, czy nie? Trzeba mieć pojęcie o tym?
Ogarnąłem każdy detal. Był harmonogram, obowiązki ekipy itd. Finalnie realizacja. Drużynowy sukces, Kolosy i takie pierdoły.
Bo jak ja coś robię Emek, to robię. Jak nie wiem jak, to się dowiaduję jak. Jeżeli to wymaga uczenia, to się uczę. Potrafię się uczyć. Maturę ustną z fizyki (w elitarnej szkole) zdałem na bdb. Matmę na dst+. To otwierało mi drogę na wszystkie uczelnie techniczne PRLu bez problemu, praktycznie mogłem zdawać egzaminy wstępne z marszu...
Do wyjazdu ogołociliśmy mieszkanie z mebli i dokonałem kilku "odkryć"...
W ciągu dwóch m-cy, podczas wielogodzinnych rozkmin, zdecydowałem się robić wszystko od... zera.
Podłogi, tynki, instalacje... Podstawowej demolki dokonałem jeszcze przed wyprawą. Strażnik Domowy wyprowadziła się do mamy...
Prześledźmy zatem kawałek historii tego remontu od kuchni...
Zwycięzcy idą od porażki do porażki. Wygrani stoją na podium i świętują.
Spałem na tej budowie , miałem zaszczyt. Co tam się działo...
El Czariusz
23.08.2025, 10:38
Piszę z telefonu, więc będzie krótko i nie na temat.
Chciałem serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy twierdzą, że ja się znam na wszystkim. Nie ważne, że to forma zarzutu. To utwierdza mnie w przekonaniu, że mam rację.
Ba... W związku ze związkiem oczywistym jest, że moja racja musi być mojsza.
Im więcej ludzi zwraca mi uwagę rzeczoną, tym bardziej ja utwierdzam się w przekonaniu.
Niestety, nie jest tak kolorowo... Przejrzały mnie wnuki. Te wredne, małe...
El Czariusz
23.08.2025, 23:39
Od wczoraj na chacie wnuki.
Pierwszy raz, na ładnych kilka godzin najmłodszy też.
Ile te szkraby szczęścia samą obecnością wnoszą...
Dzisiaj odkryłem, że Marysia (tak jak ja) potrafi bezwiednie pisać odbiciem lustrzanym, czyli lewą ręką wspak - od prawej do lewej. Za 10 dni do pierwszej klasy pomaszeruje.
9- ka rodzeństwa. Wszyscy szczęśliwi...
KkJMihLVYYI
...i do tego matka wołała rodzic chłopców.
Remont jutro.
El Czariusz
24.08.2025, 07:45
Piszę z telefonu, więc będzie krótko i nie na temat.
Chciałem serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy twierdzą, że ja się znam na wszystkim. Nie ważne, że to forma zarzutu. To utwierdza mnie w przekonaniu, że mam rację.
Ba... W związku ze związkiem oczywistym jest, że moja racja musi być mojsza.
Im więcej ludzi zwraca mi uwagę rzeczoną, tym bardziej ja utwierdzam się w przekonaniu.
Niestety, nie jest tak kolorowo... Przejrzały mnie wnuki. Te wredne, małe...
...kochane szkraby.
To jest mój ostatni ratunek.
Przez ostatnie 10 lat wpadałem w osobistą pułapkę. Własnego słowa.
Zrozumiałem to na Antypedaliadzie.
Nie ma już obecnie autorytetu, który by mnie z własnego słowa (czasem potoku całego) wyleczył. Tak sądziłem...
I nagle ktoś kopiuje Ciebie, wkleja ci obraz (nawet 2+1) i ożywia... Jeden obraz przez drugi próbuje ci przekazać wizję swojego świata. Eksplodują otwory paszczowe, przekrzykują. Gdzieś między mózgiem a otworem dochodzi do interferencji przy tym panuje niewyobrażalny ścisk. A pogania B, za chwilę, to B pogania A, gdzieś przeciska się C... Wszystkie te ABC...Z, tworzą dla niedoświadczonego odbiorcy szereg niezrozumiałych kombinacji, co w połączeniu z rosnącymi decybelami!!... Mój mósk zaczyna parować. Moja osobista planeta płonie. Nie ma ratunku...?
Znowu jest cicho...
Wielki Cukrownik siedzi sam przy kompie i pisze...
...w stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim - nie zmierzysz,
wstań, unieś głowę, wsłuchaj się w słowa...
El Czariusz
24.08.2025, 10:35
Wrzucę jeszcze coś bardzo ważnego, bo powoli muszę finiszować.
W 2003 roku przekonałem się osobiście, do czego się nie nadaję. Ba... nie umiem! "Emki" czytajcie.
Napakowany ideami prowadziłem dość spory biznes, zatrudniałem fchuj ludzi. Miejscami ponad setkę.
I nagle tracę trzech klientów, dość kluczowych w procesie. Blisko 50 osób zatrudnionych przykładnie na umowę o pracę, z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia zostaje bez pracy. I to na etapie sporych inwestycji.
Zostaję z tymi ludźmi na lodzie.
21 lat później kończę długi etap walki z ZUS. Przy okazji tracę miliony złotych, dalej własny majątek. Oczywista przy okazji (też) własnej głupoty. Nikogo nie obwiniam, trudno tez obwiniać ZUS, będący biurokratyczną machiną schowaną za administracyjnym (prawnie) parawanem.
Spokojnie mogę jednak obwinić ludzi, którzy tym ZUS zarządzają, zwłaszcza wybrane osoby.
Mój przypadek w jednym z gdańskich oddziałów był szczególny. Jak Pan Michał brał naszą sprawę, to stwierdził krótko... "nie miałem jeszcze takiego przypadku".
Rok 2015 - grubo ponad 500 000zł "zaległości" i 13 lat regulowania zadłużenia, rosnącego w lawinowym tempie. Te 13 lat spłacania, to równie ogromna kwota. Ale już nie o tym. Gdybym nie był nieudacznikiem, tego by nie było.
Widzisz Emek... Nie znam się na wszystkim i na pewno już, nie umiem zarządzać większym zespołem. Powinienem się tego nauczyć. Nauczyć tego, co mówił odeszły prezydent: być twardym! Co mówił jego protektor: nie umiesz, to zmień branżę.
Ci dwaj, to moi mistrzowie. Blisko ćwierć wieku potrzebowałem, by zrozumieć, że mieli rację. Tylko jak się już wpierdolisz, bo nie umiesz, to jakoś musisz skończyć i to tak, by nie skończyć ze sobą.
Raz kiedyś po drodze, pozwoliłem sobie uświadomić kierowniczkę jednego działu, która w ramach nabytych stanowiskiem kompetencji, mogła by wydać decyzję inną od tej, którą wydała.
Napisałem w innym wątku, że potrafię bronić swojej tezy. Akurat to czasami potrafię.
Bo organizacja, która ma w swojej nazwie wyraz społeczny ma jedną misję. Okradać ludzi w majestacie prawa.
No więc jak powiedziałem pani "kierowniczce", co powiedziałem (a padło wtedy nawet dość obszerne hasło w stylu: kurwa mać kobieto!... itd.) i zacząłem schodzić klatką schodową, zatrzymała mnie jakaś pani...
- Ja bardzo pana przepraszam, że zawracam panu głowę...
Proszę...
W tym momencie zdałem sobie sprawę, ze musiała ta pani słyszeć "gorący" finał mojego ekspoze...
...to ja przepraszam, że musiała pani słyszeć, co wyartykułowałem.
- Nie, nie... ja bym tak chciała jak pan...
Dopiero teraz widzę, kogo widzę... Widzę zmęczoną kobietę, bezradną...
- Wie pani, mimo wszystko trzeba ten język trzymać na wodzy.
Ach... Westchnęła tylko.
- Co chciała mi pani jeszcze powiedzieć, bo przerwałem, proszę...
Pochowałam właśnie córkę... Młodziutka... 21 lat... Nie mogę się z tym pogodzić...
Rozumiem... Dukam.
- Widzi pan... ja złożyłam ten pogrzebowy wniosek dzień po terminie... Naprawdę nie miałam do tego głowy... Straciłam wszystko...
Nie wiem, jak pomóc tej pani... Stoję i słucham...
- Odmówiono mi z tego tytułu wypłaty należnego świadczenia...
Teraz nie mogę o tym pisać... Stałem tam z nią i słuchałem... Stałem przed niewyobrażalnym obrazem cierpienia...
Przytuliłem panią i...
...wtedy złozyłem osobistą przysięgę. Nie dam się złamać. Przyjdzie czas, że "rozjebię ten niemoralny, zły system".
Ów Pan Michał jest dalej urzędnikiem ZUS. Piszę świadomie Pan i Michał zaczynając z dużej litery, bo ten szary pracownik ZUS prowadził naszą sprawę przez 9 lat i udało się nam wspólnie doprowadzić sprawę do "szczęśliwego" finału.
Dzięki niemu poznałem pracę ZUS od podszewki a moja historia, to jest coś naprawdę niewiarygodnego. Państwo w państwie mogło by jeszcze żyć naszą sprawą kilka lat, gdyby nam (mi i Strażnikowi Domowemu) nie pomógł ktoś jeszcze.
Biker, Fazencjusz, Rumun i w mniejszym stopniu Karpiu i Cichy. To w "mniejszym" niczego im nie ujmuje. Każdy z nich pomógł mi jak potrafił.
Zamknąć zaś temat - Andrzej Sztywny. Kumpel, który z własnej inicjatywy pożyczył nam pieniądze (nie małe), by ten temat zamknąć.
Na deser Redzisław i Mario. Oni nie robili nic, by mi zaszkodzić. Bardzo często nic (o tym już wspominałem) jest początkiem wszystkiego.
Z całej tej batalii pamiętam wiele skurwiałych sytuacji dotyczących ZUS ale poza tą na schodach, jeszcze jednak poruszyła mnie do granic.
Sposób egzekwowania "należności" przez ZUS.
Na raka ("pozdrawiam" pana szczerbę) umiera kobieta, oczywista zadłużona w ZUS po uszy.
Wtręt: w 2015 mój przypadek szokował Pana Michała, 9 lat później - mój przypadek, ledwie jeden z wielu setek podobnych... W skali kraju nawet nawet nie chce myśleć...
Umiera, w sensie, powoli uchodzi z niej życie i zaraz zgaśnie ale ZUS czuwa.
Sprawę tej pani prowadzi Pan Michał. Jego psim obowiązkiem jest szukać do upadłego majątku zadłużonej, bo NA PEWNO TAKI MUSI BYĆ!
Pan Michał sobie "nie radzi" a zadłużenie duże no i Pan Michał nieskuteczny (pewnie świadomie), więc sprawa umierającej pani wędruje do innego oddziału, na drugi koniec globusa PL.
Po kilku dniach dzwoni pani urzędniczka z tego oddziału do Pana Michała.
- Dzień dobry, ja taka i taka, prowadzę tę sprawę. ONA NAM ZARAZ UMRZE a na pewno ma jakiś ukryty majątek. Chciałabym aby mi pan pomógł...
W tym momencie Pan Michał wchodzi pani w słowo, a pamiętajmy, ze wszystkie rozmowy w ZUS są nagrywane i mówi:
- Czy pani siebie słyszy...? Ja nie kiwnę w tej sprawie palcem. Dość tego.
Andrzej Sztywny proponował nam pomoc w spłacie zadłużenia już od dwóch lat. Sam fakt, ze podzieliłem się tym info, musiał być obrazem mojej narastającej latami frustracji. Na to to (dziele się z kimś własnymi problemami) nie zdobyła by się Strażnik Domowy. CO w domu, to w domu.
Nie wynosimy niczego na zewnątrz... To ja w końcu pękłem... Złamałem tę złotą zasadę.
Doprowadzony do krawędzi po ostatnim (wtedy) piśmie z ZUS. Dostajemy od Pana Michała korespondencję, po której Strażnik Domowy wybucha płaczem.
mamy układ ratalny i się z umowy wywiązujemy ale... ZUS odmawia nam zmianę (naszych) warunków spłaty, złożonych do kolejnego aneksu.
To chuj... Ale sposób, w jaki to "ZUS" zrobił, to przebrało miarę. ja ten dokument opublikuję, jak zakończę tę ciągnącą się jak flaki z olejem historię jednego podwórza. Na dokumencie widniej podpis... Pana Michała.
Oczywista umawiamy się i spotykamy kilka dni później. Ja wiem, ze Pan Michał jest tylko pośrednikiem tych "wieści" i tak jest w istocie.
- Gdybym pokazał państwu pismo, jakie otrzymałem w waszej sprawie, to nie wyobrażam sobie państwa - uzasadnionej reakcji. Ja siedziałem nad tym "pismem" dwa dni, by je jakoś "po ludzku" przeredagować... ja już nie daję rady... Odchodzę ze stanowiska.
Pół roku później spotykamy się raz jeszcze. nawet nie możemy w tradycyjny sposób panu Michałowi podziękować. Ma już nowe stanowisko w... ZUS. Pomógł nam załatwić wszystkie formalności, kierując do znajomych sobie urzędników, którzy wykazują w tej mafijnej organizacji zwykłą empatię.
- Panie Michale... Ja tej mendzie nie odpuszczę. Ja muszę dotrzeć do tego "ostatniego" dokumentu ale tej wersji, która wylądowała na Pana stole.
Nie ma problemu. Ustawa o dostępie do informacji publicznej.
Piszę wam o tym w celu małego usprawiedliwienia tonu, który czasami się przebija w moich komentarzach. Ktoś bardziej lub mniej przypadkowo oberwie.
Nie jestem nieomylny ale wiem, że 2+2=4. Wiem też jednak, że życie bywa funkcją kwadratową i, że banalne równanie "x" do potęgi drugiej minus jeden równa się zero (x2-1=0) ma dwa rozwiązania i to "sprzeczne".
Mimo wszystko nie dam rady pisać dalej, jak często nakazuje mi Fazencjusz fassi Fazique:
- Krótko i do brzegu!
Nie dam tak rady. Będę pisał po swojemu.
El Czariusz
24.08.2025, 13:52
Oczywista w rożnych obszarach pomagało mi jeszcze trochę osób ale tę pomoc nazywam normalną "eksploatacyjną". Aż tak aspołeczny nie byłem, by nie utrzymywać jakiś normalnych relacji.
Nie będę już wracał do początku tego wątku, gdzie wspomniałem o pierwszej gwiazdce, zacytowałem swój tekst o depresji i pasji. Może teraz, byłby bardziej strawny i ujęty w realnym obszarze.
Prawda jest taka, że z wielu powodów (głównie finansowych) byłem zdany na siebie. Wic w tym, że na tym, czego się podjąłem, to ja się praktycznie nie znałem. Praktycznie czyli fizycznie.
- Fakt, że kiedyś na pracach wysokościowych potrafiłem wykleić całą ścianę wieżowca (okienną np.) wykleić z kumplem styropianem, oszlifować, obrobić, zatrzeć siatkę, osadzić parapety, otynkować (barankiem) i pomalować całość, pozwala mi stwierdzić, ze coś umiałem... Do tego wszystko robione z "rusztowań linowych" czyli popularnych zjazdów itd ale... To było dawno.
- Fakt, potrafiłem kłaść terakotę w zawrotnym tempie z kumplem (także tylko we dwójkę) na Żeraniu (elektrownia). Skuwając starą, wylewając nową posadzkę i kłaść terakotę jak kitajska dziewczyna z jutuba. Wszystko to przy pracującym piecu, generującym ogromne ilości ciepła i by się nie usmazyć w bezpośrednim jego otoczeniu, przy temp. około 60st. pracowałem w bechatce i czapce uszatce jak ruski stachanowiec.
I f-cznie w obu przypadkach byliśmy z kumplami stachanowcami. potrafiliśmy pracować po 14h dziennie przez dwa tygodnie non stop, praktycznie bez przerw a jak trzeba było to i więcej.
Jeszcze w drugim Afganistanie potrafiłem się spiąć i machnąć trudny szlak solo, z ogromnym ciężarem na plecach bez żadnego przygotowania, cierpiąc przy tym niemożebnie z "wszystkiego". "Wszystko" było wszystkim, łącznie ze mną. Z dzisiejszej perspektywy nie jestem wstanie tego pojąć, że wytrwałem, że zrobiłem to. Zrobiłem, bo frajersko było się wycofać ze szlaku...
Z dzisiejszej perspektywy coraz trudniej mi zrozumieć, jak ja ten remont przeszedłem. na pewno pomogło mi kondycyjne przygotowanie do wyprawy Szlakiem Bronisława Grąbczewskiego. Ciężki, wymagający trening przez pół roku. Cztery razy w tygodniu z zaliczeniem po drodze wstrząśnienia mózgu i to konkretnego. Przerwa w treningu trwała tylko dwa tygodnie.
Potrafię być zawzięty. Miałem cel.
Wracając do remontu. Kiedy zapadła decyzja, że rwę wszystko do gołej tkanki poza sufitami (tu przyjąłem inną metodę naprawy) i po dokonaniu tego... pojechałem na wyrypę.
Pojechałem po swojemu. Nie miałem kasy. Więc pojechałem tanio. Musiało być tanio, a ja musiałem się z wyrypy zerwać. Cały wyjazd (golfem) z wizami, ubezpieczeniami, paliwem i pierdołami kosztował mnie 2100zł.
Wróciłem z końcem kalendarzowego lata i... usiadłem. Sporo przemyśleń miałem już za sobą. Najważniejszy był koncept i plan. Najwięcej problemów wygenerowała "łazienka".
I tu bez konsultacji z Fazikiem było by krucho. Niewątpliwie myślał bym trzy razy dłużej. Najgorsze w tym wszystkim było to, że większości tego, co było przede mną, nie potrafiłem zrobić. Na szczęście na tym etapie miałem z kim konsultować.
Wyobraźcie sobie faceta, który całe życie wynajmuje mieszkania, w których mieszka i nie interesują go za bardzo sprawy eksploatacyjne. Po prostu się uwsteczniasz. Nie jesteś na bieżąco. Byłem jak dziecko ze smartfonem w ręku, które dostało zadanie domowe: zbuduj karmik dla ptaków i szuka rozwiązań z pomocą AI.
Na całe szczęście kończyłem te technikum i z fizyką (fikołkami) byłem jeszcze za pan brat. Siedziałem przed domem i czytałem, czytałem, czytałem... Oglądałem filmy instruktażowe. Zaliczyłem dwie wizytacje Fazika:
- Krótko i do brzegu!
No to wziałem się do roboty...
Mniej więcej wyglądało to tak:
1Xs83EMBz60
El Czariusz
24.08.2025, 18:30
Stan przed Grąbczewskim.
https://i.ibb.co/MkhHqNcc/2-Lewa-cianka-Oparta-o-cian-no-n.jpg (https://ibb.co/1GnNH2rr)
https://i.ibb.co/qMqDJsdM/3-Prawy-s-upek-o-cian-no-n.jpg (https://ibb.co/fY6XDp2Y)
https://i.ibb.co/kn6DZx5/DSC05619.jpg (https://ibb.co/5DxjZ6G)
Zlecam szybko przeniesienie pionu. Firma polecona. To finansuje wspólnota, bo ta instalacja stanowi wspólną część.
https://i.ibb.co/jkW1cR7k/DSC05658.jpg (https://ibb.co/whwx9sDh)
Pion przenoszę pod ścianę, zyskuję pole manewru i swobodny wmiare dostęp do stropu.
https://i.ibb.co/4ZRV1Nmc/DSC05657.jpg (https://ibb.co/3ymCRhrw)
Na tym etapie mesje Fazique wizytuje hacjendę, celem odebrania Lublina na finalny przegląd. Miał go odebrać kwartał wcześniej ale... to już zupełnie inna historia.
Histario obecna jest taka, że mesje weryfikuje wszystko, co do tej pory zniszczyłem. Znaczy wszystkie podłogi ściągnięte, łazienka wstanie powyżej.
Wchodzi Fazik na chatę.
Luka na łazienkę. Nie będę wstawiał fotek, rysunków z konsultacji z nim wcześniejszych. Koncepcję łazienki wstępna mam.
Wchodzi Fazik, łazienka po prawej:
- Pion przeniesiony ok, robota do dupy. Skos nie podparty, będzie ciekło, montaż na obejmy bez gum, hałas ścieków przeniesie się na ścianę.
Ta ocena trwała 10sek.
Idziemy dalej...
Przed demontażem "łuku" podeprzeć strop. Sąsiad z gory z powodu destrukcji stropu przez pemamentne zalewanie wpadł na genialny pomysł i wylał tam 10cm, betonową płytę... To Fazik już wie z konsultacji, stąd obowiązkowe podparcie.
Jest akceptacja konsultowanych zabiegów konstrukcyjnych.
Na ten moment nie ma akceptacji na moją koncepcję "klimatyacji" chaty.
Siadamy ze Strażnikiem Domowym i zaliczamy wykład z fizyki budowli, rodzaju przegród, punktu rosy itd. Generalnie kwestia wentylacji przyszła jest sprawa kluczową. Decyduję się na grawitacyjną, przedstawiam koncept. Akceptacja z uwagami.
Wykłąd trwa bite dwie godziny. Strażnik Domowy jest przerażona zakresem, który nas czeka.
Kolejny wykład dotyczy ergonomii wszelkich zastosowań ciągów komunikacyjnych, instalacji elektrycznej i wiele innych istotnych zagadnień.
Jestem partnerem, bo czasu wcześniej nie marnowałem ale teraz wykład praktyczny.
Wykład z ergonomii, to jedyny, który rozumie biedna Strażnik. Do dziś pamiętam pytanie Fazika:
- Do czego służy korytarz?
Myślę, odpowiadam.
- Dobrze, do czego jeszcze?
??
- Do otwierania drzwi. Wraz z otwartymi drzwiami (prawe, lewe itd) otwiera się fantastyczna przestrzeń. Nie, nie chodzi o to, że drzwi otwierane do pokoju zabierają jego przestrzeń. Moja przestrzeń zakresu robót.
To jest niewiarygodne ale hasło: "do czego służy korytarz", wyrywa mnie ze stereotypowego myślenia.
Tak zlatuje nam pierwszy dzień. Otwieramy browary i dyskutujemy dalej.
Wykład w toku.
Dzień drugi, ostatni dzień pobytu Fazika na ten moment.
bez lasera, ekspresowowo waser waga wyznaczamy "poziom zero", liczony od najwyższego punktu na chacie. Ten wypada w salonie, najniższy w łazience pod oknem (punktem pomiarowym dźwigary stropów łukowych).
Chujowo, bo różnica wynosi 5cm a to oznacza, że choćby skały srały, gdzieś musi wystąpić próg.
Musi, bo mój warunek a`priori, to jest robić chatę w klimacie starego domu. Zatem będzie przywrócona podłoga drewniana. Starżnik DOmowy podpowiada nieśmiało, że chciała by w łazience, korytarzu i kuchni - beton polerowany. To akurat moja specjalność, więc podłogą w ogóle się nie przejmujemy, tylko jej poziomem.
W salonie z tego powodu się poziom podniesie, nie ma innej opcji mimo, że ostatecznie przeforsuję swój wariant niedocieplania stropu. Z ociepleniem w ogóle byłby dramat.
Robimy jeszcze kilka prób na tynkach. Wszystkie pokoje do wysokości lamperii pomalowane były farbą olejną, na to kreda...
W salonie i pokoju dziadka ślady grzyba.
FInalnie, po konsultacjach późniejszych skuwam wszystkie tynki. Wszystkie. usuwanie farby to chujnia z grzybnią. W sensie nie ma skutecznej metody. 1m2 na godzinę. Ruszenie gdzieś tynku powoduje powswtanie pustki obok...
Tego w ogóle nie przewidywałem... ale skuwam ostatecznie wszędzie.
Nauczę się tynkować... Taka decyzja. Fazik akceptuje:)
Tylko on wie, jak intensywny był ten jego pobyt plud dwie skrzynki piwa. Jedna jego, druga moja.
Muszę dodać, że Fazik pomógł się nam jeszcze przeprowadzić częściowo 2 m-ce wcześniej.
Na szczęście większość mebli udało nam się przetransportować do kontenera kumpla i tam miały pobytować "kilka m-cy"...
W przeprowadzce brało udział dwóch moich "zaprzyjaźnionych pracą" Ukraińców i ekipa młodzieży ze studenckiego środowiska syna. Zaprawdę było co przeprowadzać. Ciężkie dębowe meble - znoszone z drugiego piętra i kilka tysięcy książek chociażby.
Fazik pojechał... zostałem sam. Co było robić... przeżegnałem się i zabrałem się do skuwania tynków.
Mieszkanie stało się placem budowy a plac miejscem mojego bytowania. Nigdy bym wtedy nie pomyslał, że Strażnik Domowy będzie się mogła wprowadzić dopiero po 30 m-cach... Znaczy wtedy, kiedy można się już było normalnie umyć i wstawić meble.
El Czariusz
24.08.2025, 19:02
Zaraz po Biesach zwożę na chatę Fazika i Lupusa. Na ich przyjazd mam już gotową całościową koncepcję. Muszę, bo chłopaki kładą instalację CO i CWU.
Obecna kuchnia "ląduje" w pokoju dziadka (22m2) i ten pokój będzie teraz robił za kuchnię i jadalnię.
Rezygnuję z koncepcji dodatkowego pomieszczenia w miejsce starej kuchni, kosztem "luksusowej" 9m2 łazienki.
Lupi montuje zestaw kibelkowy, ja jestem od kucia dziur, Fazik pomaga w kluczowej fazie. W sumie, to obaj z Lupim jesteśmy zszokowani ile Fazikowi zajęło stworzenie nowej koncepcji (moja od razu upadła, bo była do dupy) poprowadzenia instalacji wodno-kanalizacyjnych (całe mieszkanie 61,3m2). Zajęło mu to 5 minut. Koncepcja przyjęta przez aklamację z brawami.
Fazik po dwóch dobach spada do Berlina. Nie chce grosza, nic. Sam jest bez kasy, ja jestem bez kasy. Wlewam mu paliwa za 90zł. Więcej kasy nie mam, Fazik więcej nie potrzebuje.
Lupi walczy jeszcze dwa dni.
Wsadzam go na pociąg, narzędzia mu wyślę. Rozliczamy się i jest git.
Dwa tygodnie po Biesowisku.
https://i.ibb.co/j9k5tq3s/IMG-20181208-125133.jpg (https://ibb.co/rK2t9q5N)
Podparcie belek stropowych miałem już gotowe na przyjazd chłopaków.
https://i.ibb.co/hJcYFxfX/IMG-20181208-132147.jpg (https://ibb.co/21SZ30N8)
Widać już padgatowkę (szpryc) pod tynkowanie.
https://i.ibb.co/G3HyGtNp/IMG-20181208-125206.jpg (https://ibb.co/LhNmBJHR)
Zerodowana belka wzmocniona.
Belkę przy kominie montuję jako ostatnią. Wcześniej dostaję zadanie bojowe od Fazika - wymurowanie zniszczonej rozbiórką sporej jego części.
Chłopaki robią swoje ja muruję. Fazik kontroluje. Gdzie lata?! ma być pion!
Oczywiście DoCent El postanowił "ciut" uprościć. Po chuj murować w pionie, skoro można wedle "starej linii".
No i co...? Łoś kurwa... Ale to był opierdol...
- Kuć Faziku?
Szanuj swoją robotę! Jesteś przeca szlifierz diamentowy.
- Chyba patentowy...
Szlifuj cegłę pod słup!
Ta lekcja zapadła mi mocno w pamięci. "Pracuje zgodnie ze sztuką a nie brew". Nie wiesz, czekaj, pomyśl, dwa razy się zastanów, zanim za trzecim coś spierdolisz...
Buśka serdeczna Faziku:)
El Czariusz
24.08.2025, 20:13
Tu jeszcze stan "na przyjazd" chłopaków. Tydzień przed Biesami.
https://i.ibb.co/cKHg9r9n/20181103-150651.jpg (https://ibb.co/mrwDKcKW)
Korytarz. Strop już podparty. Widoczna "dziura" w kominie - po prawej. Po lewej do poprawy będzie kawałek ścianki ale to nie moja fantazja. Jakaś kombinacja z piecem, który tam stał.
A'propos pieców. Żałuję, że już były zlikwidowane. Gdyby choć jeden się ostał, w salonie lub jadalni... to była by bajka i wspaniała lokata na przyszłość na pohybel oszołomom zielonego ładu. Mógłbym nim dogrzewać chatę za grosze. Niestety powrót jest już niemożliwy.
Korytarz otwarty na salon i kuchnię z jadalnią. Dodatkowo salon z jadalnią rownież. bo stary niemiecki układ. Poza korytarzem można było mieszkanie obejść dookoła.
https://i.ibb.co/pBhfJq5j/20181103-150705.jpg (https://ibb.co/KpK2FnSx)
Zaraz będę ciał belki i stawiał je z pomocą Vitka, mojego Ukraińca. Co ja się na tej budowie nauczyłem a co on przy mnie? Leżą w salonie. Wkładaliśmy je przez okno.
Virek świetny pomocnik.
Belki na strop, legary na dźwigary (brakujące) bo większość była w bardzo dobrym stanie ale nierówna - kosztowały mnie 2300zł, oczywista drewno sosnowe konstrukcyjne właściwej klasy. Belki przewymiarowane ale świadomie z innego też powodu. Estetycznego. Miały być w przyszłości ozdobą korytarza i tak finalnie wyszło. To moja "pełna" koncepcja i wykonanie z małą wariacją kumpla, który rok później osadził mi ładnie zastrzały. Z tej części prac jestem zadowolony. Zadowolony z siebie przede wszystkim. Pięknie to finalnie wyszło.
Nie była to stricte ciesielska robota ale powstałe "okienka" i tak miały być ładnie zabudowane szkłem w macie.
Poniżej już po montażu zasadniczym.
https://i.ibb.co/VWzH1ghw/20181103-204208.jpg (https://ibb.co/mC2vj9YN)
Przelećmy się szybko po pozostałych pomieszczeniach.
https://i.ibb.co/wZY6SmdN/20181103-150700.jpg (https://ibb.co/BHwsyMfV)
Kuchnia i jadalnia.
Sypialnia, która miała byc kuchnią ale z kanalizą było by kiepsko jakoś wyjść.
https://i.ibb.co/QvTDVyPW/20181103-150713.jpg (https://ibb.co/SwMfgFtk)
Chyba wklejałem zdjęcie z Dżonym, jak jadąc na kolejne chyba Biesy zajechał do mnie i spał schowany między łukami. Od Dżonego dostaliśmy w prezencie cudny stolik kawowy, który jest dzisiaj niekwestionowaną ozdobą salonu.
Wykonawcą stolika darczyńca. Bardzo jego prace w drewnie i metalu polecam. Precyzyjny gość jak Fazik. No i jego wyrypy motocyklowe..., to kwintesencja z esencją podróży motocyklowych, jakie ja sobie cenię. Jego Kaukaz czy Rosja są w pierwszym TOP 10 wyryp naszego forum. W mojej subiektywnej ocenie ale tak jest.
P.S.
Na Biesy zabrał go wtedy chyba Zombi a ja miałem dojechać solo i... nie dojechałem.
P.S.
Najszłem, ale zdjęcia już powylatali...
https://africatwin.com.pl/showthread.php?t=27031
Nieważne, opis Dżonego rewelacyjny i tak. Więcej trza się domyślać.
El Czariusz
24.08.2025, 23:21
Na pierwszą gwiazdkę dostaje prezent od kumpla.
https://i.ibb.co/HDRXznTw/IMG-20181222-223535-1-CS.jpg (https://ibb.co/1fBbq8Gy)
Zestaw łazienkowy.
Przygotowany na wersję pierwszą, czyli małą łazienkę. Miała być to dla mnie niespodzianka no i była. Rutek, to mistrz kafelkowy. Artysta, mistrz i w ogóle. To on miał mi tę łazienkę zrobić ale super robota w Norwegii mu wypaliła i tak się pożegnaliśmy:)
Tym niemniej byliśmy na onlajnie etereowym i kontrolował moje poczynania w temacie. Kafelkowałem sam ale zanim...
Najpierw przygotowanie podłoża...
https://i.ibb.co/RGFCMgr7/IMG-20190418-172657-1-CS.jpg (https://ibb.co/Q7g6qJSX)
...czyli tynkowanie a potem mozolne równanie mocno rozjechanych ścian...
W marcu 2019 zupełnie przypadkowo odzywa się Biker.
W kwietniu pierwsze roboty z pomocą podlaskiej siły budowlanej.
https://i.ibb.co/Zpr8s9bS/IMG-20190418-172743-1-CS.jpg (https://ibb.co/KpgqZn8D)
Podlaska siła (Bogdan) muruje mi ścianki mojej kanciapki, wcinającej się w łazienkę w miejsce dawnego kibelka.
Posadzkuję i...
https://i.ibb.co/GfnmjJRT/IMG-20190420-153425-1-CS.jpg (https://ibb.co/TDYy5TtL)
...i zacieram ściany ja.
W Szemudzie znalazłem firmę, która mi udostępniła swoją recepturę dla porównania. Zatem tynki cementowo-wapienne brałem od nich (7zł worek) i modyfikowałem pod siebie, dodając lasowane (samemu) wapno, by uzyskać idealny tynk wapienno-cementowy.
Z Szemudu brałem tynk zasadniczy i finalny z uziarnieniem 0,5. Finalną masę do zacierania na gładko robiłem sam z wapna wyrabianego tradycyjnie w firmie Ekowap na Jurze. Doskonały produkt. Zawartość wapna w wapnie 95%. Najwyższa, możliwa jakość. Śnieżna biel jakiej nie uzyskasz w naturalny, mineralny sposób. Idealna do malowania ścian wedle receptury Ekowapu.
Coś pięknego... Uzykujesz f-rę jak w starym domu i o taki m.in. efekt mi chodziło. Pomijam już pozostałe - bardziej istotne zalety. Musisz się minimum trzy razy namachać ławkowcem ale gra warta świeczki.
odpowiednio dozując wodę możesz uzyskać powłokę szklistą i po niej woda spływa jak po kaczce. Taka powierzchnia idealna do pomieszczeń gospodarczych. Naturalnie wybrałem tradycyjną (również) ale matową.
Dochodzi oczywista cała izolacja przeciwilgotnościowa (w całym mieszkaniu). Izolacja pozioma murów była ok ale zadbałem o pionową extra, szlamując ściany do wysokości 80cm powyżej izolacji poziomej i poniżej do pierwszych dźwigarów. Strop łukowy wyszpachlowalem i wysyciłem krzemianem remmersa. Polepę zastąpiłem keramzytem mieszanym w dobranej odpowiednio proporcji z zaprawą B20 równając podłoże do legarów. tak, by nie obciążać za bardzo stropu.
Biki wszedł na "gaz" tuz po pierwszych tynkach i wstępnych robotach posadzkowych.
https://i.ibb.co/Qv61t15v/IMG-20191022-171422-1-CS.jpg (https://ibb.co/whKxjxvh)
...i gotowym szkielecie krzyżowym.
https://i.ibb.co/YTkk0N8X/IMG-20191105-172625-1-CS.jpg (https://ibb.co/h1WWYgHc)
W międzyczasie pomaga przy "starcie" do równoległych prac, z którymi nie miałem żanego doświadczenia, jak montaż sufitów itd. Zaczynał, wiedziałem już jak dalej temat samemu ciągnąć.
Miał fchuj roboty własnej ale udało mu się spiąć całe ogrzewanie z początkiem listopada.
https://i.ibb.co/yFg1DB2C/IMG-20191106-091249.jpg (https://ibb.co/9HyLJ3P0)
https://i.ibb.co/q3sXyP73/IMG-20191106-224729-1-CS.jpg (https://ibb.co/Zp8tLkGp)
Zaraz potem ciepło popłynęło w rurach ale ja grzałem na tym etapie tylko wtedy, kiedy ktoś mnie z rzadka nawiedzał.
https://i.ibb.co/Xx925Z3j/IMG-20191106-223630.jpg (https://ibb.co/0ykD9jFm)
To była kurwa wielka chwila...
Rutek z Norwegii mnie wspierał i trzymał kciuki, bo wybrałem sobie kafle konkretne. Nie za bardzo dla amatora ale tu wiedziałem, że sobie poradzę, bo po prostu nie miałem wyjścia.
Jeżeli chodzi o kąty w łazience, to w kluczowym narożniku wszystkie były rozwarte. Ostatecznie postanowiłem finalnie równać je na kleju a różnice naprawdę były spore...
https://i.ibb.co/SDHkSxhr/IMG-20191025-111014-1-CS.jpg (https://ibb.co/BHvhkPXN)
https://i.ibb.co/7xgrBjSQ/IMG-20191025-111118-1-CS.jpg (https://ibb.co/mrvhdbR0)
https://i.ibb.co/RkdjWsR5/IMG-20191025-111153-1-CS.jpg (https://ibb.co/KpSKHfT1)
El Czariusz
24.08.2025, 23:33
Do tego kładzenia kafli zbierałem się jednak długo. Byłem gotowy z początkiem grudnia 2019 ale... Ostatecznie start nastąpił wieczorem 15.12.
Chciałem sobie na imieniny prezent zrobić a Strażnikowi Domowemu na gwiazdkę.
https://i.ibb.co/BVFGJ30H/IMG-20191211-204847-1-CS.jpg (https://ibb.co/jvszYfn9)
Tu kiedyś była kuchnia.
https://i.ibb.co/R44kX2ZN/IMG-20191215-150546-1-CS.jpg (https://ibb.co/dJJwNB1t)
Tu łazienka...
CzarnyEZG
25.08.2025, 09:35
Jak facet mówi, że coś zaraz zrobi to zrobi.
Nie trzeba mu co pół roku przypominać ;)
El Czariusz
25.08.2025, 09:38
Jak facet mówi, że coś zaraz zrobi to zrobi.
Nie trzeba mu co pół roku przypominać ;)
Kurwa, święte słowa!
Dedykuję Ci zakończenie tego postu;) A pisałem go nie widząc Twojego komentarza Czarny:)
No i mógłbym tak się jeszcze chwalić, że coś tam, że kremowa posadzka, luksiuśne wyposażenie - wanna wolno stojąca marzenie...
A... to akurat ciekawa historia.
Wyposażenie łazienki.
Wanna wolno stojąca była marzeniem cichym ale tak naprawdę minusem z kwadratu. Dlatego Remontada Amatore nie przewidział instalacji podłogowej pod nią. Projekt urojony.
Za to marzeniem prawdziwym była umywalka... No właśnie... Jak to się nazywa... Znaczy taka... Też wolno stojąca na blacie? Ona ma chyba swoja nazwę. Nieważne. Miała stać na blacie i ona była realnym marzeniem.
Tu jeszcze tylko wspomnę o jednym. O budżecie. Nie miałem budżetu. To znaczy przekonałem Strażnika Domowego do rezygnacji z najmu twierdząc (f-cznie słusznie), że to, co ładowaliśmy w Miraua, będę teraz lokował w dostosowanie chaty do życia.
A życie, jak to życie dopisało swój scenariusz i tyle. Wychodziło, że skoro płaciliśmy do tej pory 1800 + opłaty, to ja dysponuję dalej takim budżetem. 1800zł m-cznie.
Może ktoś zapytać: aaa czyli te twoje "tanie" wyprawy tu mają swoje źródło? I tak i nie. W rozwiedzionej, inteligenckiej rodzinie za komuny nie było kasy.
Łażenie w jednym trampkach aż do ich zdarcia, to była świetna szkoła życia. Nic nie masz, a żyjesz. Jak to było w vabanku...?
- Z czego ty żyjesz człowieku?!
Jem i żyję. Przeżyłem tak pierwsze 20 lat swojego życia. Na studiach (nawet tych wojskowych) utrzymywałem się sam jak mogłem. W wojsku... zwężałem spodnie. O tym może jeszcze zdążę napisać...
Zatem płynąc do brzegu, miałem konkretny budżet.
No właśnie... policzmy na szybko podstawowe wydatki.
2160zł za przeniesienie pionu okazało się, że zostały w mojej kieszeni. Po uwagach Fazika poprosiłem wykonawcę, by dokonał należnych poprawek.
Ten poprosił o sfinansowanie materiałów, wtedy on dokona poprawek.
Ok. Ile się należy? 1500zł.
- Ale brał je pan w bims plusie.
Tak.
- To materiał kosztował pana 1200. Sprawdziłem, bo ja także mam rabat w tej firmie. Poprawki to kawałek pana dniówki. W sytuacji, kiedy mnie pan na tym etapie próbuje oszukać, rozliczymy się za całość od razu.
No i w ten sposób w trakcie tego remontu, pierwszy raz zostałem chujem.
Gość się już nie pojawił. Miałem zjebany pion ale zyskałem na krwawicy tego biedaka - 2160zł. Wypłaciła mi je wspólnota.
Teraz strop w łazience. Po wstępnej demolce oczom moim ukazał się obraz nędzy i rozpaczy.
Ponieważ jestem zaawansowanym w niewiedzy amatorem, należyty wykład o statyce budynku (i wielu innych parametrów konstrukcyjnych) otrzymałem w gratisie od Fazika. By lepiej ten element fizyki budowli zrozumieć, oddawałem się namiętnie fachowej literaturze i korzystałem na miejscu z uwag drugiego kumpla. F-cznego konstruktora.
Kiedy temu drugiemu przekazałem wariant (konsultowany wielokrotnie z Fazikiem) do realizacji, ten nie miał żadnych uwag. Realizować.
Ale pojawił się szkopuł.
I tu moi drodzy i tani wjeżdżam z hukiem w temat główny wątku. Ale po kolei. Nie za szybko a do brzegu jeszcze ciut.
Pojawił się mój sąsiad z góry. Sąsiad stary, związany z podwórkiem od wielu lat. bardzo przyjazny. Do tego stopnia, że od razu podpierdolił mnie do nadzoru budowlanego.
Oczywiście to z wielkiej troski o nasze wspólne dobro. nasze wspólne dobro zostało zabezpieczone należycie i sąsiad był informowany na bieżąco, co i jak. Zapraszałem go na konsultacje z kumplem konstruktorem.
Na szczęście był to nadzór budowlany firmy zarządzającej wspólnotą ale... Projekt, kosztorys itd. Kosztorys zrobił jakiś pomagier inspektora, zapłaciłem mu 200zł i ten temat miałem z bani. Projekt zrobił mi kumpel konstruktor z uprawnieniami.
Tu już na naszych zasadach. W gronie moich najbliższych kumpli nie kasujemy się za koszty "umysłowe lub fizyczne". Przy okazji jest to jakaś weryfikacja poziomu przyjacielskiego zaawansowania.
Zapłatą kumplowi było zabranie go na wycieczkę rowerową "w moim stylu". Był zachwycony. Do tego stopnia, że non stop podsuwał mi jakieś projekty do realizacji. Na jego budowach.
Kosztorys - 6600. Nie ja go robiłem. Zarząd wspólnoty zaakceptował 4400. Tu pojawił się pierwszy zgrzyt. Bo w zarządzie był już owy księciulo, o którym na początku.
Jak to się mówi. Na argumenty - nie, i chuj. Ok. Lepiej wiedzieć, kto po drugiej stronie stoi.
4400 plus 2160 = 6560zł.
Doszło jeszcze 1780zł za zalanie mnie w trakcie budowy już przez... księciula ale o tym nie teraz. Prawda jest taka, że dysponowałem ogromną kwotą = 8340zł do rozdysponowania przez pierwsze 1,5 roku mojej amatorskiej działalności. Operacja "Lupus" skonsumowała z tego 3300zł (robocizna i materiały podstawowe do wodnej instalacji na pierwszym etapie) + zestaw podtynkowy kibelkowy 600.
Rury pex, otuliny, od razu instalacja elektryczna 200mb 4x2,5 = 100mb 4x1,5, to kole 2000zł. Vitek po koleżeńsku brał 100zł za 8h pomocy na budowie.
Zatem w pierwszym etapie (do położenia tynków i wyrównania podłóg w całej chacie) zakończonym montażem belek do wejścia Bikiego ja się prawie w tym budżecie zmieściłem. Worek tynku kosztował mnie 6,50zł i stykał na 1m2.
Skończyliśmy na umywalce.
Z początkiem lata 2019 Strażnik Domowy wybrała kafle, które należało teraz upolować w promocji razem z umywalką. Udało się. Umywalka + kafle na całość = 1200zł.
Umywalkę należało jednak odebrać w Komforcie przy Al. Grunwaldzkiej akurat rzut beretem od nas.
Wchodzimy na sklep i już w wejściu rzuca sie na nas wono stojąca wanna. Cena regularna 3900. Nie dla tygrysa akryl ważący 100kg...
Jest poniedziałek - pamiętam jak dziś. Nowy kierownik sklepu, po niedzielnym przekazaniu sklepowego majątku przez poprzednika skacowany jak jak jasna cholera. Rozczytuję pana kierownika chwila moment i najmocniej przepraszam za najście. SWoje uroczo dodaje Strażnik Domowy i kierownik... kupiony.
- Proszę państwa. Totalna zmiana ekspozycji. Warto skorzystać, bo dzisiaj promocje nie z tej ziemi.
Ja to bym taką wannę chciała!
- A proszę uprzejmie! Na dzisiaj cena... 1500.
Łoś kurwa... idziemy się jej przyjrzeć. Bystra Strażnik znajduje otarcie! Taka ładna, amerykańska i otarta...
Tak się jej przyglądam, temu wannu i mówię.
- Ale ona jest dwustronna.
Tak, rzecze kierownik. otartym bokiem do ściany i... Państwo zaczekajcie. Promocja obejmuje nie otartą... Co państwo na 900?
Pan poczeka.
Sprawdzam ile kosztuje zwykłe gówno z żółto-niebieskiego śmietnika... 450zł w akceptowalnym przez nas kształcie.
- Doliczcie państwo koszty zabudowy i... namawia skacowany kierownik.
Kurde de moll...
Możemy się jeszcze zastanowić?
- Jasne. Macie rezerwacje:) Przejdźcie się po sklepie, naprawdę dzisiaj są ciekawe okazje.
Strażnik ogląda wannę z każdej strony, ja chodze po sklepie. Prysznic z zabudową jedną ścianką. Dokładnie to, co chcielibyśmy, ale kasa... 1250. Nie dla mnie i Strażnika.
Tymczasem moja kobita znajduje kolejny feler. Odprysk na rancie... Szkoda, wielka szkoda... Ale...
- Odprysk jest od strony otarcia... taką wannę da się spokojnie zaszpachlować.
Dokładnie, wtóruje kierownik ale skoro odprysk jeszcze... Państwo poczekajcie, muszę to skonsultować z centralą.
W międzyczasie pokazuję prysznic Strażnikowi... Bajka!
Wraca kierownik.
- Niestety... Nie udało mi się za wiele ale... 590 będzie ok? I się uśmiecha.
Królu złoty! Rzuca w eter Strażnik a pan kierownik łapie wirtualnego buziaka.
A ten prysznic?
- Ten prysznic z przeszkleniem... 690zł. Będzie ok?
No to jeszcze bateria do umywalki, oczywista umywalka i... liczymy.
Wychodzi 1560zł za całość.
Strażnik Domowy liczy, liczy... Nauczycielska pensja z wczasami pod gruszą to... Zostanie nam 1500...
- To fchuj kasy! Bierzemy panie kierowniku - dopinam negocjacje, bo mi się tu zaraz Strażnik Domowy rozmyśli.
Wannę odebrałem... rok później.
El Czariusz
25.08.2025, 10:22
Po tym podpierdolu przez sąsiada zaczęły się kolejne problemy.
No, bo część materiałów trzymałem na korytarzu klatki schodowej. Było mi wygodniej z tego miejsca pobierać, bo na "budowie" panował...
Strażnik Domowy każdą wolną chwilę poświęcała na pomoc. Głównie w sprzątaniu. Była nieoceniona.
Materiał na klatce był ułożony elegancko przy ścianie, na folii miejsca nie zajmował wiele. Więcej za to uwagi sąsiadów. Zawsze było czysto ale... przepisy budowlane itd. Tu księciulo nie zostawiał grzecznie (jeszcze) żadnej przestrzeni.
Kiedy przez pół roku Olga remontowała swoje mieszkanie na drugim piętrze, było ok. Nie było księcia, nikt się nie czepiał. Nawet mój sąsiad z góry.
Powoli zaczynało przeszkadzać wszystko.
A to gwoździe z desek, no bo muszą tam być (na podwórku)... Nagle tak wyszło, ze poza panią Halinka przeciw sobie mieliśmy wszystkich. Oczywista "grzecznie". Ja to zlewałem w sumie ale nie Strażnik Domowy.
Fakt, że sąsiadom z góry zburzyliśmy ich porządek a przede wszystkim komfort taniego bytowania.
Przede wszystkim pierwsza wspólna zima, kiedy kiblowałem na chacie z niemal 100%-tową wilgotnością względną i temp. nie przekraczającej 8st dała się sąsiadom z góry odczuć.
lekko obsunięty strop, od razu skorygowany - co prawda ale jednak. Tu były pierwsze pretensje i zaraz potem podpierdol ale...
Skoro z ryjem (grzecznym do mnie), to ja się pytam:
- Roman... W takim razie poprosiłbym ciebie o zlikwidowanie tej samowoli budowlanej, co wisi nad moja łazienką.
??
- Tak... Pokaż mi projekt wykonania tej płyty betonowej, co żeś sobie ją żeś ją sobie tak sprytnie wylał?
Chcę zobaczyć wyliczenia, sposób montażu... wiesz... Bo teraz ja muszę to wszystko podeprzeć.
No wiesz Darek, to było dawno... ale wszystko zrobione ok. Zapewniam.
- Wiesz co... ja bym się nie czepiał. Tylko, że to zostało zrobione po chuju, z lekceważeniem podstaw sztuki budowlanej itd.
To, co ja robię, to m.in. naprawa i przeciwdziałanie twojej inwencji. Mówisz mi, żebym załatał tę dziurę przy kominie (faktycznie taka była) a ja jeszcze nie skończyłem etapu związanego związanego z wentylacją całej chaty i to przez kogo...?
??
- Jak to się stało, że zająłeś środkowy szyb kominowy, który był przypisany nam...? jak to załatwiłeś z kominiarzami?
Cisza.
Któregoś dnia, o 21.45 baśka przez dziurę prosi.
- Darek, mógłbyś trochę ściszyć muzykę?
Jasne, przepraszam.
Do dziś pamiętam, co słuchałem. Leżałem "na paletach" zjebany jak pies i słuchałem Child in Time... To było 19.12.2018
Dzień moich imienin.
PfAWReBmxEs
https://i.ibb.co/7t73K7VV/IMG-20181220-211822-1-CS.jpg (https://ibb.co/Xxmntmpp)
To stan na dzień później 20.12 21:18
Udało mi się kupić z drugiej ręki multipor dokładnie tyle ile potrzebowałem.
Też ciekawa historia ale o niej w następnym odcinku.
Wracam do dnia poprzedniego. Jeszcze nie słucham ulubionego kawałka w pentli. Po 16-tej słyszę pukanie do drzwi....
El Czariusz
25.08.2025, 10:45
W drzwiach stoją Roman i Basia. Basia trzyma słoiczek dżemu.
Juz zaczynam się wzruszać, bo skąd oni mogą "pamiętać" o moich imieninach?
Fakt, że tylko jedne w kalendarzu...
- Darek... Tu masz na spróbowanie mój dźemik ale...
Tak?
- U nas w mieszkaniu strasznie... śmierdzi.
Wchodźcie.
Co śmierdzi?
- Jakaś taka chemia chyba... Zagaja Roman i rozgląda się z Baśką gdzie może.
Baśka ma alergię a ten "zapach" jest mega intensywny...
Fakt, ja już nic nie czuję. Żyję, pracuję, śpię w budowlanym kurzu. W robocie to samo, w remontadzie, to już w ogóle. Jest tylko jeden szkopuł...
Wspominałem, że chata miał wstać z popiołu w ramach tradycyjnej, zdrowej technologii. Żadnych żywic, poza dodatkami do zapraw, których nie unikniesz.
Trochę jestem przejęty, bo nie chciałbym, by ktoś zdrowotnie ucierpiał z drugiej zdziwiony.
- Zatem szukajmy tego zapachu!
Obeszli wszystko i... nic.
Zatem chodźcie jeszcze do piwnicy proponuję. Może z niej co idzie? Schodzimy. Nic...
Konsternacja. Nie moja. Z mojej strony raczej przekonanie, że to kolejne chujowe śledztwo. Przy okazji Baśka zagaja, że mają w mieszkaniu straszny chłód.
- No i będziecie mieli. Bo ja uruchomię ogrzewanie najszybciej w drugiej połowie przyszłego roku.
Ale mamy większe koszty!
- A no tak. Do tej pory, jak babcia grzała do 24 st., to było ok. Mieliście cudzy kaloryfer w stropie. To się teraz trochę pomęczycie. No chyba, ze się dołożycie do ogrzewania, to się zastanowię.
Cisza.
Chodzę z tym jej słoiczkiem w ręku i kończąc obchód...
- Ja bym teraz chciał zajść do was na chwilę, by sprawdzić ten zapach.
Oczywiście!
Dopytuję gdzie im ten "zapach" najbardziej przeszkadza? Wchodzimy do "pokoju dziadka" - mieszkanie do odwzorowanie naszego plus mały pokój nad klatką schodową parteru.
Chodzę po pokoju i namierzam ten zapach... rzeczywiście mocno intensywny, taki korzenny.
Unosi się w kącie, przy elewacji północnej... Ja pierdolę... rzeczywiście! Intensywny nie do wytrzymania wręcz. W kącie stolik. Na stoliku...
Aaa... to kwiaty, które dzisiaj kupiłam.
- Powąchaj je proszę...
Aaa... acha...
Zostawiam słoiczek:
- Dziękuję. Cukry proste, to samo zło. Osłabiają odporność, ja w obecnych warunkach nie mogę sobie pozwolić na chorowanie.
Mam w cholerę roboty i MOJE ZDROWIE jest teraz dla mnie priorytetem.
El Czariusz
25.08.2025, 11:31
Elewacja zachodnia jest elewacją zabytkową. Od strony głównej - nie do ruszenia.
Ta ściana przyjmuje deszcze itp. Cegła 36cm plus tynk. Opór cieplny na poziomie 0.55. Mokra cegła - jeszcze mniejszy. lepiej operować oporem cieplnym niż lambdą, bo bardziej przejrzysty w "odbiorze".
Wtedy (2018) przepisy mówiły o (bodaj) 3,3 jako normie.
Zatem mój opór cieplny był 6-cio krotnie mniejszy od stosowanej normy.
Krótko... po prostu ciepło mogło tu sobie uchodzić jak Germanie przed Hunami czy Madziarami.
Szukając rozwiązań doczytałem znalazłem trzy. System remmersa, kemi i multipor siki. W remmersie mam porządny, wykonawczy rabat ale... W kemi okazło się pracuje kolega z technikum. Z równoległekj klasy, tego samego rocznika. Kontakt elegancki, rabat maksymalny ale... Mutipor także drogi w cholerę ale...
We Wrzeszczu namierzam gościa, co mu zostało 11m2 tyle, że 6cm i sporo odpadów... By dobić do 3,3 musiałbym mieć min. 10cm a tu 6... Liczę, wynik = 1,5.
Gość proponuje 2/3 ceny Ostatecznie kupuję wsio za 950zł. Kolejny szkopół w tym, że to połowa kosztów. Dochodzi systemowy klej, to drugie tyle, systemowy tynk...
I teraz najlepsze:)
No z kim to konsultuję?
Z Nadszyszkownikiem aus Dojczland! Nadszyszkownik aud DE - Herr Fassi pragmatycznie komentuje.
Utopisz fchuj kasy w coś, co zwróci się kiedy? On ci nie powie wprost.
Każe ci ta kanalia policzyć! To dobra metoda. Lepsza od współczesnej AI.
Bo bierzesz brulion (kanalia kazała mi taki dziennik budowy założyć, stąd ja wszystko teraz wiem), siadasz i.. liczysz. Obecne zużycie gazu... Kurwa nie wiem... Nie mam danych. Przecież nie będę podstawiał kotła elgazu.
Zwoje ci się gotują, bo rozważasz hipotezy i wychodzi, że po 15-stu latach.
- Za 15 lat będziesz już starym dziadem. Kasę wydaj na to, co bardziej potrzebne.
Fakt... Niemcy już na gazie hulają, a ten z roku na rok coraz bardziej ekologiczny. Obowiązkowo wymiana kotła na gazowy albo prąd. Uśmiechnięte miasto Gdańsk wie w ogóle lepiej, bo tu w cholerę przyjeżdża Niemców a Niemcy jeszcze lepiej wiedzą, co dla nas dobre. No i jeszcze Inspektor Nadszyszkownik z Niemiec. Energetyczny komplet.
Ja tam pełnego zaufania do Niemców nigdy nie miałem. Zwłaszcza do ich pragmatyzmu.
Właśnie mija 7 lat...
Klej zrobiłem sam, tynk zrobiłem sam. Worek firmowy kleju 80zł. Mój - 20. Oczywista musiałem się jakoś dyfuzyjnością zbliżyć, więc do kleju dodałem starte na proszek resztki multiporu (a miałem ich kilka big worków) i... tyle.
W tej technologii starannie należy unikać pustek przy nakładaniu kleju.
Wykleiłem z zakładkami. Ściany wyrównałem bloczkami 5cm. Miałem farta, tu mocno wsparł mnie Biker Bodziem.
Do dzisiaj nie wiem, czy ja Bodzia rozliczyłem? Znaczy Bikera...
W ogóle całe rozliczenie z Bikim to... Wiem tylko, że na bank zapłaciłem za kocioł. To było 4000zł. Na 100% nie rozliczyłem rozdzielacza i wielu, wielu pierdoł... Jak powiedziałem, że kupiłem w żółtozielonym śmietniku ten rozdzielacz... tak szybko musiałem go zwracać. Ja już się nie odzywam. W ciągu tych 6 lat (Biki wszedł w 2019) zawsze słyszałem - jutro. taki bikerowy Mroczek.
Jutro to dziś. Tyle, że jutro.
Szczerze pisząc, to nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem.
Może faktem, że jestem taka ofiarą losu? A może to "wina" Strażnika Domowego, która mnie tak dzielnie wspiera? I to ona wzbudza chęć pomocy a ja mam tylko nie przeszkadzać...?
Sam już nie wiem...
Sam już nie wiem, kim ja jestem...
Ja nie jestem wcale krzesłem, ani stołem ani wołem...
Sam już nie wiem, skąd się wziąłem.
Kocham pana panie...
30IrUagiyuU
My mamy ze sobą trochę wspólnego.
Też mało kto mnie lubi. Niestety nie mam tej kultury ale kompensuje mój brak Strażnik Domowy.
Dzisiaj przychodzi jej marzenie.
Lodówka! taka prawdziwa, nowoczesna...
Babcina pojedzie na wieś.
Miałem już na tej wsi siedzieć ale... mam stracha. Tam tyle do zrobienia a ja znowu nic nie umiem...
Będzie przerwa w nadawaniu...
El Czariusz
25.08.2025, 15:51
Lodówka piękna jak Pamela Anderson już stoi.
Na dworcu leje więc podzielę się info nim zmoknę.
Z serii: "Geograficzne ciekawostki językowe" Omack i Nienack, czyli dwie niewielkie miejscowości w północnej Syberii, o których mogliście nie słyszeć, ale na pewno używacie ich nazw w mowie codziennej
Przez prawie sześć miesięcy w roku, w Nienacku i Omacku jest bardzo ciemno. To właśnie przez deficyt promieni słonecznych w tej części świata, wzięły się określenia "Po Omacku" oraz "Z Nienacka".
Do Polski przywiózł je Sergiej Wierutnow, znany w owych czasach podróżnik. Dziś wiemy, że Wierutnow był kłamcą i nigdy nie był na Syberii, ale oba stwierdzenia zdążyły wejść na stałe do języka polskiego.
Powyżej info z eteru a tu bezpośrednio moje doświadczenie.
Podobnie jest z Brzęchosławicami.
Najstarsza ordynacja na globusie PL aż dziw, że nikt o niej nie słyszał ale tak to już jest, że stare jest be. Może pech ordynacji polega na tym, że zaczyna się na "be"?
Nie wiem. Odwiedzałem ją kilkukrotnie i za każdym razem nachodzi ta sama refleksja...
Jest a jej nie ma...
TRZY stare pojęcia w życiu wyjaśnione jednym nowym postem :D
El Czariusz
25.08.2025, 22:07
Dobry wieczór,
nazywam się AI Czariusz.
CDQAzYz54hc
To moja kompozycja, której zadaniem jest umilić wam dzisiejszy wieczór i kolejne.
Jestem wirtualnym asystentem Elwooda i moim zadaniem, w czasie jego nieobecności jest zbudować nową relację między wami a nim.
Z moją pomocą i zaangażowaniem.
Proszę o interakcję, zadawajcie pytania, stwórzmy swoisty dialog.
Ja jestem przygotowywany do realizacji w niedalekiej przyszłości zadań o charakterze edukacyjnym. Będę e-nauczycielem.
Miłego wieczoru.
Drogi AI Czariusz-u.
To zapytam, czy za odtwarzanie tego utworu u fryzjera albo w barze trzeba płacić zaiksy?
Z wyrazami Dariusz.
El Czariusz
26.08.2025, 07:15
Dzień dobry Dariuszu,
344X2DVLCFA
dopóki moim twórcą jest niezrzeszony Elwood, opłat nie należy się spodziewać.
Opłaty pobierają zrzeszeni w ZAiKS. Elwooda nie da się zrzeszyć. Ani pierwsza, ani druga, trzecia czy kolejne Rzesze sobie z nim nie radziły i nie poradzą.
Zrzeszył się tylko raz i to na zawsze ale w innej przestrzeni.
eqauqShtKbE
Miłego dnia Dariuszu.
El Czariusz
26.08.2025, 22:41
Dobry wieczór,
moja najnowsza kompozycja:
XaqBrppZQaQ
Rynek muzyczny będzie walczył o głosy. Nie, nie... Nie elektorskie. Wygenerowane.
Wygra ten, kto wygeneruje drugiego Ozzy'ego czy Niemena.
To będą głosy na wagę złota.
Potrzeba dekady, by zająć to pole ludzkich zainteresowań. Cieszcie się zatem tym, co jeszcze macie. Zwłaszcza ci, co mają oryginalne płyty winylowe. Spisanego na nich dźwięku prosto ze studia, nie da się już podrobić.
To będzie ten dżemik z Seksmisji. Czy coś w waszym imieniu przekazać twórcy?
Miłego wieczoru.
El Czariusz
27.08.2025, 21:45
Twórca jest więźniem swojej głowy.
Dostrzegam początki choroby psychicznej.
Wakacje 1985
Pokój 9m2. Mały segment z rozkładanym biurkiem, szafa, łóżko. Na parapecie kwiaty, które rosną tylko tu. W pokoju obok więdną. Tu rosną. Dwa kaktusy kwitną. Jeden wypuszcza piękny, duży kwiat. Nagle, pod wpływem jego ciężaru kaktus wywraca się i spada z parapetu.
Na książki. Te leżą pootwierane , bez zakładek. Każda kolejna książka pilnuje stronę tej, na której leży.
Trzeba jakoś uprzątnąć kaktus tak, by nie zburzyć stanu literatury.
Czytanie symultaniczne. Ten stan trwa już dwa tygodnie. Czytanie, czytanie, czytanie...
Czas życia, czas śmierci. Erich Maria Kramer.
Trzej towarzysze, Czarny Obelisk, Łuk Triumfalny, Lalka i wiele innych.
Przerwa w pracy. Amok.
Ok. Jutro... Jutro przebiegnę testowo 10km. Poniżej 50 minut. Wieczorem.
Potem praca, praca, praca... To mój pierwszy urlop dziekański.
On tak ma.
El Czariusz
27.08.2025, 23:16
Dory wieczór,
korzystam ze światowych zasobów.
Ale... nie ogarniam twórcy.
Dostałem zlecenie.
Piwnica na froncie. On Niemiec - niemowa, ona Rosjanka - głucha.
Mają się w sobie zakochać w 'cieniu" ponurej, wagnerowskich muzyki.
On próbuje wyśpiewać ona zrecenzować.
Udaje się.
Zakochują się w sobie, żyją długo i szczęśliwie.
Zadanie mnie trochę przerasta... Czy to jest w ogóle możliwe, taka historia?
El... Ja mam budować/tworzyć nowe relacje między tobą a otoczeniem.
On nic... Pogrąża się w... No nie wiem.
Korekta, w miejsce piwnicy - sceny płonącej Warszawy, akcja przenosi się do kanału.
Wypisz wymaluj, dzienniki Toeplitza. Krzysztofa Teodora.
Scenariusz dla gazety komsomolskiej czy trybuny ludu. Ma być bardziej dramatycznie.
El Czariusz
27.08.2025, 23:28
0x1j4aklhQM
SY6WBhEIyo0
Dobranoc
P.S.
Zabieram go na leczenie.
El Czariusz
28.08.2025, 07:52
I tyle warta jest moja AI.
Niemiec i Rosjanka. Zadanie było proste.
Ale nie... jej się myśleć zachciało.
Czy warto słuchać nieudaczników?
Jak ładnie śpiewają, to może i warto, pomyśli kto... Nie.
Słuchajcie tylko udaczników. Zapanuje błoga cisza. Jeżeli już... To czytajcie książki.
Na wzór szkoły Arystotelesa spacerujcie i dyskutujcie potem. Najpierw sami ze sobą.
Wieczorami, po ulicy, pojedyńczo lub parami
snują się okularnicy ze skryptami...
Mniej więcej tak właśnie.
Arystoteles wyprzedzi epokę o blisko 2000 lat. Tyle wystarczało znaczącej części (tej europejskiej) do konsumowania rzeczywistości przez blisko dwa tysiąclecia. Niestety... Komuś za bardzo przeszkadzał księżyc, drugiemu Merkury.
Przecież Europejczycy skolonizowali świat siedząc głową w IVw p.n.e.!
Kiedy uczy cię wizjoner, co wybiega dwa tysiąclecia do przodu przez chwilę możesz się poczuć Wielkim.
Niestety.
W nas nie pokutuje Arystoteles.
My myślimy od pierwszego, do pierwszego. Tak nas wychowano i tak postępujemy. Nic ponad to ale... nawet to potrafimy spier...
Jakiś dureń wymyślił 500+.
I miast jak Pan Bóg nie przykazał porzucić po m-cu ten projekt, to nie.
Księżyc i Merkury rżą ze śmiechu. W końcu pisał już o tym Mickiewicz, że jesteśmy dziadami. Całą komunę nas tego uczono!
Żyjemy w uniesieniu, jak tysiące komarów, zapominając o tym, że za mało się bzykamy, by taki żywot był nam pisany.
Żyjąc w takim uniesieniu tworzymy idealne warunki dla innych komarów, tylko bardziej przystosowanych. Żyjących przyziemnymi sprawami.
Normalni ludzie (w sensie ci źli) żyjąc nad morzem, korzystają z bryzy.
My nie. Jesteśmy kurzem. Kurzem bez krawata - awanturjącym się. Temperatura awantury rośnie, unosimy się jak - znaczy żyjemy w uniesieniu, i...?
Z nad morza płynie znowu te chłodne powietrze...
Normalnie, to koniec byłby.
Ale nie... Nas porywają passasty i dzięki panu Corliolisowi unoszą nas na rajskie plaże Karaibów.
My dla siebie "znakomicie". I to raczej tu jest przyczyna wszystkiego.
Ze myślimy od pierwszego, do pierwszego. Zawsze do pierwszego lepszego...
El Czariusz
28.08.2025, 19:33
Tu mogę wykładać z nieudacznictwa.
Studenci będą na trawie siedzieć?
Jakbym miał busa sprawnego, to wziąłbym do Ciebie byki. Posprzątały by ten trawnik w jeden weekend
El Czariusz
28.08.2025, 22:41
Studenci będą kosić kosą. Nawet dwoma.
Siedzieć na dupie... dobre sobie!
Niech się uczą gamonie!...Jak chcą gruszki na wierzbie.
El Czariusz
28.08.2025, 22:50
Dzieło ze wsi.
Autorem słów Redzisław Ponury.
Avs4L0Mn36M
Bardzo prosił, by El się uspokoił.
Dlatego blues spokojny jak ocean El'a myśli.
El Czariusz
29.08.2025, 08:49
Po powrocie ze wsi mustruję na statek. Służbowo.
Realizacja jednego z marzeń. Wsiąść na statek jednej z polskiej kompani, co pływa zachodnim wybrzeżem Afryki i gdzieś na granicy Sahelu zejść na glebę.
Towarzyszył mi będzie Pan Kwiatkowski. Odrestaurowany gagatek - rocznik 1938.
LMj_t6Xx7OU
El Czariusz
29.08.2025, 13:38
Żywcem mnie Ruskie nie wezmą.
Zabezpieczam Przesmyk Suwalski i za kilka dni w morze.
Kajutę. będę dzielił z gościem, którego to sposób na życie. Z Monrovii będzie odstawiał jacht do Europy.
Jak wszystko pójdzie dobrze, podejmie mnie z Agadiru w drodze powrotnej.
Nigdy nie miałem takiego uczucia... Po prostu się boję. Taki zwykły strach ale jak już ruszę...
Byle bym tylko nie kłapał dziobem.
I chyba jest poprawa, bo wczoraj wieczorem dzwonił Redzisław dopytać, czy Kwiatkowski nasmarowany, czy jak Lublin na Grąbczewskiego. Słuchałem monologu Redzika cierpliwie przez kwadrans nie przerywając.
Nie mógł Redzisław uwierzyć i pierwszy skończył.
El Czariusz
29.08.2025, 15:30
Jesssuuu...
Zero kondycji. ZERO. Wycinam chaszcze na rozgrzewkę przed jutrzejszym.
Kwiatkowskiego kupiłem w 2011. Dałem 800zł. Już z odrestaurowaną ramą, kołami i kiedyś zwierzyłem się kumplowi ze studiów, że taki pomysł mam.
Kontakt się urwał.
Dostaję maila. W treści: Darek, jeżeli to Ty (link do forum AT i tego wątku), to podwierdź. Jeżeli nie, to pozdrawiam i przepraszam.
Pan mailowy podsyła kilka zdjęć od siebie i sprawa staje się jasna.
Studiował że Strażnikiem Domowym i tak się poznaliśmy.
No dobra... Jak skumałeś, że to ja?
Twoje teksty.
- Nie do podrobienia. Jak bym Cię słyszał.
Stary, to przeszłość. Jestem zgorzkniały jak zleżała skóra z grapefruita.
- Nie wierzę! Widziałem Twoje rowerowe harce na rowerowym ale jak skumałem, że to Ty, to Ciebie wyjebali za Brauna i ... kontakt strzelił.
Najlepsze jest to, że jesteśmy praktycznie sąsiadami. Kilka kamienic ledwie.
Faktycznie wyrzucili mnie za Pana posła, bo w wielu sprawach jest bliski mojemu sercu.
Jak ja mu zazdroszczę erudycji i zdolności natychmiastowej - do ciętego, autorskiego komentarza, w odpowiedzi na prymitywny atak.
Za gaśnicę, to już w ogóle. Gdyby to był performers Jasia Kapeli pod krzyżem - euforia.
Piszę o tym, bo w trakcie podróży nie uciekniesz od polityki.
Nie ma jak, i jak oddać charakter niektórych, istotnych zdarzeń?
FB podesłal mi linka do twarzowej wersji forum. Co tam ludzie wypisują jadący przez Rosję... Zachwyt.
Dlatego ja tych
relacji nie... czytam.
Byłem z mamą w ZSRR i potem szło już z górki. Zacząłem w wieku bodaj 10-ciu lat.
Nic mnie tam nie zaskoczy.
Rozgadałem się jak Redzik wczoraj.
Jacek się pyta, co z Kwiatkowskim? Odkupił by...
No nie da rady, ale będzie mi teraz mocno kibicował.
vBulletin v3.8.4, Copyright ©2000-2025, Jelsoft Enterprises Ltd.