|
|
#1 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2011
Miasto: Gdańsk
Posty: 94
Motocykl: RD04
Przebieg: 55000
Galeria: Zdjęcia
Online: 2 dni 6 godz 22 s
|
Mam w sobie tęsknotę za życiem i ciężkie poczucie, że pojmujemy je nieco na opak. Niby wszystko rozumiemy, wiemy jak działa i co robić, żeby było nam dobrze. Wiemy czego potrzebujemy i czego nam brakuje. Znamy swoje deficyty i frustracje, a jednak wiedza ta nie rozwiązuje naszych problemów. Temat jest dla mnie ważny ponieważ pochodzę ze zmęczonej rodziny. Nie wiem, czy to powszechne zjawisko, ale podejrzewam że niestety tak. Zwłaszcza dla tych co doświadczyli realiów rynku pracy postkomunistycznej Polski. Rodzice byli permanentnie zmęczeni życiem. Wstawanie do pracy było dla nich jak wyrok. Poranki wyglądały jak wyjście skazańców do kamieniołomów, trasa do biura jawiła się niczym droga krzyżowa. Po dziesiątkach lat w tym samym miejscu, robiąc podobne rzeczy za żenujące pieniądze, żółć wylewała się z nich na każdym kroku. Nie znosili tej pracy, tego miejsca i tych ludzi. Życie moich rodziców, polegało na odliczaniu dni do emerytury. NIe lat, nie miesięcy - lecz dni właśnie, bo każda kolejna doba była wysiłkiem ponad ich możliwości. W weekendy padali jak ryby wyrzucone z wody, łapiąc haustami powietrze, z trudem zbierali siły na kolejny poniedziałek. Na więcej już ich stać nie było. Zapomnijmy o wakacjach, o pasjach, o jakimkolwiek rozwoju czy samorealizacji. Gdzieś po drodze zapomnieli o sobie, o tym że, w życiu zawsze jest wybór. Czasem gówniany, ale zawsze jakiś jest. Gdzieś w natłoku codziennych obowiązków uciekło im takie słowo jak sprawczość oraz świadomość, że zawsze można przesunąć pionki na planszy, podjąć decyzje o zmianie, tak by ich układ bardziej sprzyjał naszym oczekiwaniom. A w wyjątkowych sytuacjach można pierdolnąć całą tą planszą o ścianę i zacząć grę od nowa, na własnych warunkach. W sytuacjach ekstremalnych, pierdolnąć wręcz należy. Wiem, że jest trudno, że życie przeciorało każdego, czasem w okrutny sposób, lecz najczęściej po prostu jesteśmy wykończeni codziennością. Wiem to i bardzo jestem na ten rodzaj zmęczenia wyczulony. Ale co jeżeli tylko wydaje Ci się, że jesteś zmęczony? Że to nie życie cię wykańcza tylko jest wprost przeciwnie - masz za mało życia w sobie i dlatego jesteś znudzony i sfrustrowany. Bo ten mechanizm działa zupełnie odwrotnie niż zwykliśmy go pojmować. Jeżeli czujesz że brak Ci sił i chęci, w moim mniemaniu oznacza to, że należy zacząć robić więcej. Wrzucić do menu nowe aktywności, postawić kilka wyzwań, i w miarę ich realizacji, już po kilku tygodniach, ze zdziwieniem spojrzysz w lustro konstatując jaką moc nosisz pod skórą. Z kolei po kilku kolejnych miesiącach już inni będą to widzieli to gołym okiem. Kilka osób nieśmiało Ci powie jak bardzo zarażasz ich pozytywną energią. Bo ta energia się niesie i nie sposób tego nie zauważyć. Może myślisz że potrzebujesz spokoju? Masz za dużo bodźców, za dużo problemów? Czujesz że mózg się przegrzewa od natłoku spraw? I tu włożę kij w mrowisko i zaproponuję myśl, że być może jest zupełnie odwrotnie. Jeśli teraz dobrowolnie wziąć na siebie wyzwanie tak duże i istotne, że w perspektywie czasu zobaczysz że wszystko to do tej pory to był tylko szum wiatru i miałkie zagadnienia bez większego znaczenia. Idąc dalej tym tropem, jeśli czujesz, że brak Ci czasu, widocznie w kalendarz należy niepostrzeżenie wpleść kilka dodatkowych godzin tygodniowo, przeznaczonych na trening, spacer, naukę, rower, może na medytację albo basen. Nie wiem czego Ci brakuje ale pomyśl nad tym. Gdy brak Ci miłości i bliskości - kochaj i dziel się tym w koło. To wróci. Mechanizm działa niezawodnie ze wszystkim - jak system naczyń połączonych. Jeżeli zaczniesz rozdawać to czego Ci brakuje, to naczynie zaraz się wypełni na nowo i to z górką. To jest jak mięsień, trzeba go eksploatować żeby rósł w siłę. Jeżeli brak Ci twórczego spełnienia, natchnienia, pomysłu, zacznij od małych rzeczy, od najprostszych pomysłów do zrealizowania. Narysuj coś, lub zapisz się na kurs rysunku, napisz coś, pamiętnik chociaż, weź do ręki tą zakurzoną gitarę. Zobaczysz, że za miesiąc będziesz w innym miejscu z nowymi pomysłami i z inną wrażliwością. Jeżeli jesteś w dupie i brak Ci sprawczości, zacznij robić rzeczy, zacznij naginać rzeczywistość. Innej drogi nie ma. Im więcej zrobisz tym więcej będziesz miał pewności siebie i tym większe rzeczy będziesz w stanie realizować. Czekając na jakieś magiczne zrządzenie losu, cudowne spełnienie, marnujesz czas tylko. Nic się nie wydarzy, nikt Ciebie nie uratuje. Brak Ci odwagi do podjęcia trudnej decyzji? Znam to, byłem tu nie raz. Zapewniam Cię, że nic się nie zmieni na lepsze dopóki jej nie podejmiesz - odwaga przyjdzie później, po fakcie, jak już sprawdzisz, że nic złego się nie stało. Zrobiłeś krok do przodu i Świat się nie zawalił. Znaczy że śmiało teraz możesz zrobić krok kolejny. Nie ma co czekać na akceptację. Piszę o tym tylko dlatego że sam bardzo cierpiałem stojąc sfrustrowany w miejscu. Brakowało mi wszystkiego, odwagi, sprawczości, wiary w siebie, czasu, pieniędzy, chęci. Lecz ten marazm był nie do zniesienia i kiedy w końcu ruszyłem z miejsca, opór malał z każdym krokiem. Z czasem, nauczyłem się ufać temu mechanizmowi i robię rzeczy, które kiedyś wydawały się nie do ogarnięcia. Tym razem zapragnąłem wejść na najwyższą górę w Czarnogórze, wyszło to zupełnie inaczej niż sobie wymyśliłem ale też było fajnie i radochę mam z tego wielką. A było to tak: Z Czarnogórą mieliśmy niedokończone porachunki jeszcze z przed trzech lat, kiedy to z Michem i Darkiem objechaliśmy offroadem większą część Bałkanów. Mimo, że była to jedna z najpiękniejszych przygód w życiu to miałem poczucie, że przelatujemy te kraje zbyt szybko, konsumujemy je jak frytki w tanim fast foodzie, bez zastanowienia, bez celebracji, po łebkach, byle się jak najszybciej napchać. Formuła wyjazdu nie pozwalała na dłuższe postoje w jakimkolwiek kraju, i mimo że jechaliśmy offem, czyli niezbyt pospiesznie, to widzieliśmy w zasadzie tylko tyle, co się z kanapy motocykla zobaczyć dało. O zwiedzaniu nie było mowy. Bezspornie też ustaliliśmy, że ze wszystkich mijanych państw, to Montenegro zrobiło na nas największe wrażenie i trzeba będzie tu wrócić. Kolejny raz nieco się rozminęliśmy z terminami i w ostatnim dniu sierpnia ruszamy z Darkiem we dwóch tylko, Michał z Agnieszką ruszają dobry tydzień po nas - więc miniemy się na powrocie. Trochę szkoda, ale też my mamy tylko 9 dni wolnego a Michał ma aż dwa tygodnie,więc w innym tempie będziemy jechać. Ogólny plan jest taki by do Czarnogóry dotrzeć jak najszybciej, obieramy więc wyjątkowo główne drogi i ekspresówki. Nie przepadam za nudnymi prostymi przelotami, ale dochodzimy do wniosku, że to jedyny sposób by spędzić nieco więcej czasu na miejscu. A chcemy zostawić motocykle gdzieś w górach Przeklętych i z plecakami wejść na Złą Kolatę. Mamy też dużą chęć na Bobotov Kuk najwyższy szczyt Durmitoru. Z tymi dwoma szczytami też jest dobra historia. Przez długi okres czasu Bobotov był uważany za najwyższy szczyt kraju a Zła Kolata traktowana była po macoszemu. Niemal jakby leżała za granicą w Albani. Turystyka Czarnogóry skupiona jest w Durmitorze, i nie bez przyczyny, jest to ewidentnie perełka tego kraju, więc Czarnogóra mocno się zdziwiła gdy na jaw wyszło że Zła Kolata jest o 10 metrów wyższa od Bobotov Kuk, detronizując go z pozycji najwyższego szczytu. Dla nas nie miało to zbytniego znaczenia. Obydwie góry kusiły piękną scenerią, dzikością a jednocześnie stopień trudności i wysokość są zbliżone do wejścia na Rysy - więc do ogarnięcia z marszu w zasadzie. Przerwa w podróży motocyklowej, na wyjście w góry, to nasz sposób na spowolnienie wyjazdu i poczucie klimatu tego miejsca. W sumie jak o tym myślę to sprawdzona metoda którą stosuję od wielu lat. W 2006 roku pojechałem tak na Kaukaz, żeby w przerwie od jazdy rowerem wejść Na Elbrus, z kolei w 2023 roku zapakowałem więcej sprzętu na motocykl, by wejść w Słowenii na Triglav. Teraz podobnie pakuję KTMa, nieco ciężej niż bym sobie życzył, ale muszę mieć dobre wysokie buty, w góry, jakiś softshell i trochę szpeju, bardziej przydatnego w trakcie marszu niż na tripie motocyklowym. Ruszamy z Gdańska około 10 już po śniadaniu. Jadę na świeżo nabytym KTM390 Adventure a Darek na sprawdzonej w bojach już Aprilli Tuareg. Nie kombinujemy zbytnio z trasą - idea jest by pierwsze dwa dni cisnąć ekpresówkami byle jak najdalej dojechać. Zwłaszcza że pogoda jest fatalna i prawie cały czas mokniemy. Wyjazd rozpoczynamy ulewą, przez środek Polski jest dość ciepło i nawet trochę podsychamy. Dzień kończymy w Cieszynie jakoś po 19 i jak tylko rozstawiamy namioty znów zaczyna padać. Pada tak bite 12 godzin. Ale nawet bardzo nam to nie przeszkadza. Z racji ostatniego weekendu wakacji na campingu jest impreza w rytmie disco-polo, którego żwawe rytmy ryją nam psychikę do drugiej w nocy. Jedynym ukojeniem jest szum deszczu nieco zagłuszający muzykę. Leje tak, że nie wychodzę w nocy na siku nawet. Choć potrzeba była znaczna. Nie opowiem jak się udało problem rozwiązać bez moknięcia w burzy, ale są sposoby i na takie problemy. W wojsku tego uczą. Chyba. Nie wiem nie byłem wojsku, ale jakoś sobie poradziłem. Dziś zrobiliśmy 646 km, uczciwie przepracowując na wypoczynek. Kolejnego dnia dobiliśmy już do tysiąca kilometrów. Całą noc lało i rano nic nie zapowiadało zmiany. Tak mokrego namiotu jeszcze nie pakowałem. Jazda w deszczu już nam nie straszna, zwłaszcza że jest dość ciepło a wodoszczelne kondomy, utrzymują nas we względnej suchości. To drugi dzień transferu, więc nie zatrzymujemy się nigdzie, wyrabiając normę kilometrów. Jednak deszcz zbiera swoje żniwo w końcu i zaliczam glebę. Gdzieś na Słowacji, trafiamy na tymczasowy mostek, postawiony na czas remontu głównego przejazdu. Jest to prosta stalowa konstrukcja wygumowana w miejscach przeznaczonych na koła pojazdów. Na gumie zebrała się pokaźna ilość wody, jadąc pierwszy momentalnie dowiedziałem się że opony nie mają tu trakcji. Podcieło mnie jakbym na plamę oleju wjechał. Prędkość nie była wielka więc i wywrotka okazała się niegroźna. Z przodu główne uderzenie przyjęły gmole, z tyłu sakwy, a pośrodku moja noga. Gmole się pomaluje, sakwy pokleiłem zestawem naprawczym z decathlona, a skóra na nodze zrośnie się sama. O zachodzie słońca zatrzymujemy się na nocleg nad Balatonem. Na Węgrzech to chyba najbardziej atrakcyjne miejsce jakie znam. Zachód słońca następuje tu o 19 i namioty rozstawiamy już w ostatnich promieniach światła. Mamy jednak trochę szczęścia bo knajpka z langoszami jest czynna do 20 i na kolacje możemy się delektować smakiem tradycyjnej węgierskiej potrawy. Zaraz po zmierzchu nad brzegiem dzieje się coś niesamowitego i miliony małych muszek niepodzielnie zawłaszczają przestrzeń. Jest ich tak dużo, że nie sposób oddychać nie wciągając ich kilku do płuc. Nie gryzą co prawda ale są tak natrętne, że chowamy się szybko do namiotów i zasypiamy, bo nic innego do roboty już nie mamy. Balaton o poranku wiąże się z obowiązkową kąpielą. Jezioro jest bardzo płytkie więc woda w nim zwykle jest przyjemnie ciepła. Dziś jest pierwszy września, data graniczna. Ten dzień zawsze oznaczał koniec wakacji, koniec ciepłych wieczorów, koniec wolności. Dziś zaczynam dzień wychodząc z namiotu, kąpiąc się w jeziorze i parząc kawę na turystycznej kuchence, czuję że oszukałem system. Niespiesznie susząc namioty w słońcu, rozmawiamy z Darkiem o dalszych planach. Nie wiemy czy starczy nam czasu by dojechać na koniec Czarnogóry i wejść na Złą Kolatę, Bardziej prawdopodobny wydaje się Bobotov, jest po prostu bliżej o dzień drogi. Nie podejmujemy jednak żadnych decyzji, zobaczymy jak się będzie jechało przez najbliższe dwa dni. Zrobiło się przyjemnie ciepło i sucho, jakbyśmy cofnęli kalendarz do Lipca, tym bardziej czuję się jakbym coś od świata ukradł. Dziś do pokonania mamy trzy kraje. Kończymy z Węgrami, przecinamy płaski jak stół kawałek Chorwacji i po płudniu mamy wjechać do Serbii. Miało być nudno i trochę przelotowo. Jednak z nudno nam jak widać nie po drodze. Na tym krótkim przesmyku Chorwackiej ziemi, upał zaczynał mocno mnie mulić i siłą rzeczy otworzyłem szybę w kasku, żeby podmuch powietrza nieco mnie ocucił. Mam dodatkową blendę przeciwsłoneczną i zawsze w upalne dni otwieram kask. Nie daję rady inaczej bo się przegrzewam. Te dwa lata temu, w Chorwacji oberwałem osą pod oko. Dziś w podobny sposób zginęła pszczoła. Z lekkiej zamuły wyrwał mnie gwałtowny ból wbitego nad okiem żądła. Od razu wiem w czym rzecz i staję na poboczu. Mam wrażenie, że co roku przerabiam podobną historię. Szkoda mi tych owadów, bo giną bezsensowną śmiercią. Lecz szkoda mi i siebie, bo wiem jak organizm zareaguje i już jutro będę wyglądał jakbym miał piłkę do kosza zamiast głowy. No niech to chuj. W najbliższym sklepie stajemy w poszukiwaniu zimnej puchy, żeby do czoła przyłożyć. Pani ekspedientka widząc w czym rzecz ratuje mnie workiem lodu. Zamrażam sobie prawie tą pustą głowę w nadziei, że może tak nie spuchnie. Lecz dobrze wiemy czyją matką jest nadzieja. Granicę z Bośnią przekraczamy dość wcześnie, lecz nie jedzie się płynnie. W całym kraju są strajki kierowców tirów, blokują wszystkie większe skrzyżowania stawiając ciężarówkę tak, że przejazd dla większych aut jest niemożliwy. Policja organizuje objazdy, lecz w wielu miejscach ruch jest sparaliżowany. My oczywiście zmieścimy się wszędzie ale jest z tym sporo kluczenia. Tym sposobem tracimy trochę czasu i nie dojeżdżamy na noc do Sarajewa, a szkoda, marzył mi się nocleg w tym mieście. No nic, rozbijamy się nad jedynym jeziorem w okolicy Modrić. Zachód słońca jest urzekający i cieszymy się bardzo że udało nam się znaleźć takie miejsce. Widać wszędzie ślady bo wędkarzach, jakieś zawody się tu odbywały, są jeszcze nieposprzątane namioty, stoły krzesła, ale ludzi zero. Rozstawiamy nasze przenośne domki poraz już kolejny w ostatnich promieniach słońca. Siadamy na krzesłach przeznaczonych dla wędkarzy i bezczelnie gapimy się na pojawiające się nad nami gwiazdy. Jest idealnie. Po przeciwnej stronie jeziora z meczetu dobiegają orientalne zaśpiewy a my konsumujemy te wrażenia zamiast kolacji. No dobra, skusiła mnie poezja wyrażenia, bo kolacje mieliśmy w sumie niezłą. Kilka godzin wcześniej w piekarni kupiliśmy burki z serem i placki z podobnym nadzieniem. Niezbyt lekkie to jedzenie, ale energii daje moc. Mam wymarzony plener do zdjęć nocnych więc trochę biegam z aparatem i statywem z różnymi efektami. Później wszystko szlag trafia, ale póki co jest sielsko. Cała akcja zaczyna się o 4 nad ranem, kiedy gość przepitym głosem zaczyna nas wybudzać ze snu. Hop Hop Hop, - Drze się niczym żandarm. Wake up Wake up guys. - Głos ma niesamowity, jak gdyby całą noc asfalt wrzący popijał gruzem. Zbieramy się nieprzytomni sprawdzić, co to za raban. Okazuje się, że nad jeziorem odbywają się mistrzostwa świata w łowieniu ryb i każdy metr plaży jest zarezerwowany dla innego zawodnika, zostajemy poinformowani że mamy 15 min żeby się usunąć z tego pola bitwy. Zero mycia zębów, kawusi czy śniadanka. W życiu nie spakowałem się w 15 min, ale jakoś się udaje. Pierwszy raz ruszamy równo ze wschodem słońca i widok jest magiczny. Jezioro jeszcze spowite mgłą, nieśmiało wpuszcza pierwsze złote promienie słońca. Mgła niewielkimi fragmentami ustępuje, uchylając rąbka baśniowych krajobrazów. Robie kilka zdjęć, ale naprawdę szybkich, bo na plaże pakują się dziesiątki busów z wędkarzami. Na koniec dnia jezioro będzie martwe, równie dobrze mogli by te ryby dynamitem łowić. Oddalamy się paręnaście kilometrów od jeziora i na spokojnie pod wiatą rozpakowujemy się na nowo i suszymy namioty z nocnej rosy. Nieśpiesznie przygotowujemy śniadanie, spożywając jak możne pany przy stole. Z pewnym niepokojem obserwuję że w nocy w znacznym stopniu straciłem symetryczność twarzy. Nie jest jeszcze fatalnie, ale już wiem, że lód nie pomógł i jutro opuchlizna będzie dwa razy taka. No nic - lecimy dalej. Dziś za cel bierzemy Durmitor, lecz droga doń nie jest już zwykłą dojazdówką. Robi się coraz bardziej kręto, nieco górzyście a po 2 godzinach jazdy robimy przystanek w Sarajewie. Nie bardzo możemy pozwiedzać, bo nie ma jak zostawić objuczonych motorków bez nadzoru. Pewnie byśmy coś wymyślili, lecz nie chcemy też zbyt wiele czasu tu spędzić, żeby dojechać w góry przed nocą. Robimy więc przerwę na lody (gorąc jest niemożebny) i na krótki lot dronem. Miasto robi na mnie duże wrażenie i koniecznie będę tu musiał wrócić na dłużej. Jest spore, ale daleko mu klimatem do metropolii. Pięknie ulokowane w rozłożystej dolinie, środkiem której płynie rzeka, ma bardzo malowniczą panoramę. Są tu minarety nadające orientalnego klimatu i muzeum kotów świadczące o lekkiej nucie szaleństwa. Lubię dozę szaleństwa. Z lotu ptaka udaje mi się złapać miejsce w którym dokonano zabójstwa Arcyksięcia Ferdynanda rozpoczynając pierwszą wojnę światową. (Dzięki Natalka, że zwróciłaś mi na to uwagę). Do tej pory stoi tutaj to samo auto (lub jego replika). Niesamowite jest to, że w tak pięknym miejscu miał początek jeden z największych dramatów ludzkości. Z drugiej strony myślę sobie, że jesteśmy niesamowici w wymyślaniu abstrakcyjnych fikcji piekła, na potrzebę religijnych zabobonów. Nie potrzeba nam wszak piekła jeśli mamy siebie do dyspozycji. Na ludzką naturę zawsze i niezawodnie można liczyć. Zupełnie abstrahując od tego, że jestem teraz na motocyklu i przeżywam coś niesamowitego podzielę się pewnym doświadczeniem. Może nie o pierwszej wojnie światowej, ale bardziej o drugiej. Miałem okazję ostatnio uczestniczyć w ekshumacjach niemieckich żołnierzy, których mogiły, zwykle bezimienne ścielą się gęsto po Polskich lasach. Ta część historii była dla mnie do tej pory czarno biała, niczym kadr ze starego filmu. Dotyczyła ludzi z poprzednich pokoleń, osób starszych jakby nie przystających do naszych czasów. Jakby mnie już nie dotyczyła ich sprawa, ich historia. Jednak odkopując ich szczątki, starannie oczyszczając kość, odklejając z nich resztki mundurów, próbując dopasować pourywane nogi do resztek korpusów, w zbiorowej mogile odkryłem, że nic się nie zmieniło. Że to byli osiemnasto - dwudziestoletni chłopcy. Mieli w portfelach aluminiowy grzebyki, maszynki do golenia i kilka prezerwatyw. Nie byli starszymi panami z jakimi wspomnienia o wojnie się kojarzą. Ich roztrzaskane czaszki miały żółty kolor. Nie są już dla mnie czarno białym kadrem z dokumentalnego filmu. Czułem ich zapach, dotykałem faktury ubrań. Znam ich z dotyku. I wiem że umarli w koszmarny sposób. Na pewno nie wybraliby śmierci w przydrożnym rowie. I wydaje się że coś powinno się zmienić na tej planecie przez 80 lat gdy leżeli w piachu. Ale takie same zbiorowe mogiły produkuje się teraz za wschodnią granicą. Z tych samych przyczyn. Kurwa słabo mi i wstyd. Po ludzku przykro, że znowu to robimy. Będę wklejał w kawałkach bo kapkę tego wyszło. W razie czego pełna relacja i film jest dostępna na blogu https://ciaho.blogspot.com/2026/08/b...7xwD6f_uUXjnOA
__________________
"Albo znajdziemy drogę, albo ją sami wytyczymy" Hannibal http://ciaho.blogspot.com |
|
|
|
|
|
#2 |
![]() Zarejestrowany: Mar 2019
Miasto: Leśna Dzicz
Posty: 983
Motocykl: KTM R
Przebieg: jest
Online: 2 miesiące 1 tydzień 3 dni 9 godz 15 min 28 s
|
👍🍿
Wysłane z mojego 23117RA68G przy użyciu Tapatalka |
|
|
|
|
|
#3 |
![]() |
Czekam z niecierpliwością by poznać znane mi już miejsca z Twojej perspektywy
![]()
|
|
|
|
|
|
#4 |
|
Moderator
![]() |
Super
__________________
www.kolejnydzienmija.pl 2014: Żatki Bolek na promie kosmicznym 2015: Veni Vidi Wypici 2016: Muflon na latającym gobelinie 2017: Garbaty Jednorożec 2018: Czarny Jaszczomp 2019: Rodzina 50ccm plus 2020: Żółwik Tuptuś 2021: Chiński Syndrom 2022: Nie lubię zapierdalać 2023: Statek bezpieczny jest w porcie, ale nie od tego są statki 2024: Uwaga bo ja fruwam 2025: Ekwipunek Załogi Gogurka 2025: Cztery i pół Afryki 2026: Bambo ze Zgierza |
|
|
|
|
|
#5 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2011
Miasto: Gdańsk
Posty: 94
Motocykl: RD04
Przebieg: 55000
Galeria: Zdjęcia
Online: 2 dni 6 godz 22 s
|
Po wyjeździe z Sarajewa robi się tylko piękniej i piękniej. Droga jest coraz bardziej kręta i wąska. Trafiają się na niej osiołki zalegające w słońcu i w dupie mające wyższość automobilii nad materią organiczną.
Granica z Czarnogórą, jest jedną z fajniejszych, przekracza się nad górską rzeką, o szmaragdowym kolorze i zastosowaniu raftingowym. Przejeżdżamy drewnianym mostem i już jesteśmy w Czarnogórze. Droga wzdłuż Rzeki Piva jest najbardziej epicką drogą, jaką można sobie wyobrazić. Zresztą cała Czarnogóra urywa dupę, delikatnie rzecz nazywając. Ekspozycje przyprawiają o zawrót głowy, kolory są nierealnie nasycone, woda szmaragdowa, góry surowe, zieleń wręcz ekploduje. Jak z pocztówek rajskich wysepek. Nie kąpiemy się dziś w Pivie bo do zmroku wiele nie zostało - jest już wrzesień w końcu, a chcemy namiot za jasnego rozstawić. Napawamy się więc zakrętami i widokami w promieniach zachodzącego słońca. Dobrze pamiętam tą drogę z ostatniego razu… ale nic jej nie ubyło z zajebistości i nadal cieszy tak samo. Jest surowo, jest pięknie, bordery zaganiają owce, gdzieniegdzie jeszcze widać zeszło zimowy śnieg. Na camping dojeżdżamy o czasie, czyli jeszcze za widnego. Nic tu nie ma - znaczy zero infrastruktury, zero zasięgu, drewniany wychodek jest i to tyle. Ale camping jest oficjalny i rano strażnik lasu pobierze od nas opłatę za przywilej spania na polanie pod gwiazdami. Jest idealnie pięknie, lepszego noclegu bym sobie nie wymarzył. W nocy nie możemy oderwać oczu od gwiazd. Są takie wyraźne i soczyste że można je łyżką z nieboskłonu zdrapywać i zajadać. Łażę więc po ciemku z aparatem miast spać spokojnie, i kolekcjonuję kadry gór i nieboskłonu, na później, kiedy mnie szorstkość miasta zmęczy i zmysły zdjęciami będę sobie potrzebował wygładzić. Noc była dość chłodna, podejrzewam, że z racji wysokości na której jesteśmy, lecz nie na tyle by się nie wyspać, na szczęście. O poranku budzi nas deszcz uparcie uderzający w ścianki namiotu, nie jest to wielkim problemem bo to przelotny opad. Otwieram suwak wejściowy i widzę jak szczyty w około pokryte są chmurami, przez które nieśmiało wdzierają się pierwsze promienie słońca. Chwytam więc aparat i lecę łapać te cuda do swojej kolekcji. Prawie nie zauważam że widzę już tylko na jedno oko, drugie całe spuchło, zostawiając niewielką szparę na światło… no chuj niech mu będzie, nic z tym nie zrobię. [IMG]hhttps://lh3.googleusercontent.com/pw/AP1GczPQtQZsPZEvsmA5tn6TT8t1zgjn8wav03lVmUH6H6mMTq NP0zS9hVjBCdSc3JqkSxuKh_SiS4A2JAp1eOE_WhG87sLOM7Ax 8eGAqzHQIJfl0KiLEC5WEjqmqSWkxHusQCpfzxOmAHJLQPixXi Qbk4NSbA=w2006-h1756-s-no-gm?authuser=0[/IMG] Darek ma inny problem, nocne ładowanie powerbanka, rozładowało w Aprilce cały akumulator, okazuje się że ogniwa ma wielkości pierników toruńskich więc za dużo prądu motocykl nie przechowuje. Na szczęście na campingu jest z nami inny motocyklista. Ma porządny powerbank do odpalania awaryjnego motocykli - Darek ma taki sam, ale szkoda że w domu. Po odpaleniu jeździ chwile po polu w koło i zostawia moto na chodzie przez 20 minut celem wygenerowania większego zapasów elektronów. Na szczyt ruszamy o 8 zostawiając wszystkie nasze precjoza w namiotach i licząc na życzliwość innych ludzi. Bo komu się będzie chciało zapuszczać aż tutaj, by ukraść brudny śpiwór i przeorany życiem namiot … mam nadzieję że nikomu. Podejście pod Bobotov Kuk nie jest trudne szczególnie, wyskokość jak nasze Rysy i trudność też podobna - powiedzmy jak podejście od Słowackiej Strony. Pierwsze dwie godziny nie spotykamy nikogo, szlak jest schodzony ale nie jakoś wyślizgany szczególnie. Widoki za tą są boskie i często stajemy zdjęcia robić. Dopiero pod samym szczytem łączą się szlaki i spotykamy kilka osób. Jedną z nich jest Santiago z Argentyny. Szybko łapiemy wspólny temat, kiedy dostrzega zwisający u mego boku aparat. Santiago z zamiłowania był graczem w piłkę ręczną, ale od lat żyje z fotografowania zawodów i zawodników tejże. Podróżuje po świecie, wszędzie tam gdzie się coś w tej dziedzinie aktualnie rozgrywa i cyka foty. Sprzedaje je później drużynom, zawodnikom, ich rodzinom. Nie ma domu, nie ma nawet namiotu, ma tylko plecak i tak od dziesięciu lat. Można ciekawe życie prowadzić? Ano można. Dużo dała mi ta rozmowa w trakcie podejścia na szczyt. Obawialiśmy się, że nie będzie żadnych widoków, Ponieważ już od rana wierzchołki wszystkich szczytów tonęły w chmurach. Kilka schodzących z góry osób nie kryło rozczarowania. Do nas jednak los się uśmiechnął, ponieważ przed samym wejściem na górę, pokrywa chmur się podniosła i mieliśmy piękny widok na całą okolicę. Siedzimy tam z Darkiem ze 40 minut, robię masę zdjęć, bo jak już się rozniosła wieść że jest tu “profesjonalny fotograf” to każdy prosi o zdjęcie. . Trochę mi Santiago reklamy narobił. Na zejściu się z Darkiem minąłem i zgubiliśmy się. Niby niemożliwe ale dało się przez moją nieuwagę. Myślałem że go gonię i ciągle przyspieszałem, a on z kolei nie mógł mnie dogonić. A szkoda bo mieliśmy super miejscówkę na przerwę obiadową, z widokiem na całą dolinę. A tym sposobem zeszliśmy dużo niżej, nim się połapalpałem, że miast gonić to uciekam. Niemniej widok nadal był niezły, a liofilizaty zacnie weszły po takim wysiłku. Chwilę później z tych wszystkich zgromadzonych chmur lunął deszcz, zaraz po nim grad. Nie było się gdzie schować więc przytuliliśmy się do skalnej ściany, żeby choć częściowo zredukować uderzenie gradu, a kiedy nawiększy atak przeszedł, ruszyliśmy dalej. Bardziej niż ten deszcz zmoczył mnie uszkodzony camelbak na plecach, będę musiał go wywalić. Całe wyjście w góry to kilkanaście kilometrów ale zmęczyło nas nieźle, na camping doszliśmy o 15. Namioty czekałyna nas tak jak je zostawiliśmy. Dajemy im chwilę na przeschnięcie i pijąc kawę podejmujemy decyzję, że zjeżdżamy nad jezioro Piva i szukamy tam noclegu pod dachem. Wszystkie urządzenia na prąd mamy rozładowane, trzecii dzień się nie umyliśmy, mordę mam opuchniętą i jesteśmy głodni jak smoki -trzeba trochę odżyć w cywilizacji. c.d.n....
__________________
"Albo znajdziemy drogę, albo ją sami wytyczymy" Hannibal http://ciaho.blogspot.com |
|
|
|
|
|
#6 |
|
Administrator
![]() |
O bracie...
jakbym siebie czytał jeśli chodzi o tempo zwiedzania i jego jakość. Byłem raptem 3 razy, po MNE zrobiłem niecałe 6k km i wciąż mi mało a raptem to tylko MNE a gdzie reszta Bałkan... Czekam na więcej!
__________________
Ramires ...okręt mój płynie dalej... gdzieś tam... |
|
|
|
|
|
#7 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2011
Miasto: Gdańsk
Posty: 94
Motocykl: RD04
Przebieg: 55000
Galeria: Zdjęcia
Online: 2 dni 6 godz 22 s
|
Zjazd drogą widokową P14 znowu wywala z butów, te góry są majestatyczne a kolor Pivy wręcz szalony. Dziesiątki zakrętów 180 stopni i kilkanaście tuneli w skale - raj motocyklowy. No może poza śliską po deszczu nawierzchnią - jedziemy więc zachowawczo a tylna opona i tak ze 3 razy łapie uślizg. Na miejscu znajdujemy małe mieszkanie za niewielkie pieniądze. Obserwujemy magiczny zachód słońca i idziemy zjeść pstrąga w malutkiej restauracji. Ja wiem, że wszystkie zachody słońca są dla mnie magiczne i może niepotrzebnie się tym podniecam - no ale nie będę przepraszał - karmie się takimi dniami i wcale z wiekiem mi to nie przechodzi. Może wręcz w drugą stronę. Coraz bardziej takie dni doceniam. Rano robimy dla siebie dwie wspaniałe rzeczy. Pierwsza to udajemy się na Tyrolkę nad rzeką Piva. Zjazd ma dwa etapy bo na drugim brzegu rzeki trzeba się przepiąć by wrócić z powrotem. Razem to chyba z półtorej kilometra zjazdu nad obłędnie szmaragdową rzeką. Wielka to była frajda i mordy nam się cieszyły cały dzień później. Druga rzecz - to mając pod ręką cywilizowane warunki w tym patelnie, kupujemy w sklepie jajka i cebulkę po czym robimy sobie wypasioną jajecznicę. Całkiem fenomenalny początek dnia nam wyszedł, a dalej wcale nie zapowiada się gorzej. Dziś jedziemy w końcu nad Zatokę Kotorską. Droga jest bardzo malownicza, i dość sprawnie kilometry pokonujemy. Jest szutrowy odcinek prac drogowych ale nic co by nas spowolniło. Nad zatoką robimy kilka zdjęć i oblatankę dronem, ale nie odbijamy na Kotor. Jedziemy dalej i przerwę na popas robimy dopiero w mieście kotów - Herceg Novi - bardzo klimatyczne miejsce. Chwilę spaceruję tu z aparatem dając upust swojej drugiej, po motocyklach pasji - fotografii właśnie. Jest bardzo gorąco więc nie stoimy długo, w drodze pęd powietrza przynajmniej przyjemnie chłodzi. Niewiele dalej kończy nam się Czarnogóra. Na granicy są kolejki, niezbyt straszne ale jednak swoje trzeba odczekać. Obok nas stoi włoch na Himaljanie, bliźniacza sztuka do tego którym jeździliśmy po Himalajach. Naturalnie więc nawiązuje się rozmowa. Miał plany przejechać Albanię, lecz złapał jakieś problemy z silnikiem i boi się jechać dalej, więc wraca do domu. Razem trochę na przypale pokonujemy kolejkę, skracając czas oczekiwania kilkukrotnie i już o 18 meldujemy się w Dubrowniku. Chwilę spacerujemy po wyślizganym na błysk bruku starego miasta. Mam sentyment do tego miejsca. Na studiach dojechałem tutaj rowerem czując, jak malutki jestem wobec ogromu Świata. Dziś jadąc tu motocyklem, sam nie mogę się nadziwić jak te podjazdy robiłem w słońcu, blisko dwadzieścia lat temu. Uparty dzieciak musiał ze mnie być, myślę sobie. Robimy z Darkiem milion zdjęć i małe zakupy, po czym w promieniach zachodzącego słońca pokonujemy spektakularny most prowadzący do miasta. IKocham te przestrzenie, te kolory złotej godziny, ten dźwięk silnika pode mną i wolność odkręcania manetki. Ileż jest w tym radości, jaki to przywilej podróżować motocyklem po Bałkanach. Mam wrażenie że nigdy mi się to nie znudzi. O zmroku znajdujemy mały klimatyczny kemping w bocznej zatoczce. Wcześniej był to rodzinny dworek, leciwy właściciel przyjmuje nas w salonie wypełniając dokumenty. Z za wielkiego drewnianego biurka pobiera kilka Euro za to, że rozbijemy namiot u niego w ogrodzie. Scena wygląda jak żywcem wyciągnięta z filmu historycznego - wszystkie meble i wystrój pasują do ubiegłej epoki. Są tu już inne motorki z polski, wymieniamy więc kilka zdań na temat drogi i maszyn. Nie mamy ze sobą kropli wody, więc pospiesznie robimy zakupy w sklepie nieopodal, ale i tak jest już ciemno, kiedy daję nura do wody. Może to nie najmądrzejszy pomysł, ale jak widzę Adriatyk to nie umiem się powstrzymać.To uczucie kiedy toń zamyka się nad Tobą, jest tylko cisza w uszach, chłód wody na skórze i czysty umysł. Mogę tak w nieskończoność unosić się w stanie bliskim nieważkości I żadnej okazji ku temu nie przegapię. Za każdym jednym razem przeżywam to jakbym pływał po raz pierwszy, a może po raz ostatni? Skąd niby będę wiedział że to ten raz był ostatnią moją możliwością bytowania z Adriatykiem? Może nigdy już tu nie wrócę. Celebruję te chwile mocniej niż własne urodziny. Budzę się o 5 rano, robię trochę zdjęć, nastawiam kawę i obowiązkowo dzień zaczynam od pływania a jakże. Jest inaczej niż w nocy, ale równie mocno mnie to cieszy. Woda nadal jest cieplejsza od powietrza powoduje że chce się w niej zostać. Może ktoś powie że to tęsknota za łonem matki. Nie wiem ale mi to reguluje układ nerwowy jak mało co. Dziś troszkę z większym rozrzewnieniem wychodzę z wody, bo wiem że zaraz zawracamy w stronę kraju. Ale kawa z kawiarki, przyrządzona w pozostałości oliwnego sadu, zapach lawendy, dźwięki cykad - wszystko to powoduje, że nie chce mi się stąd ruszać. Przeciągamy więc start aż do 10. Z drugiej strony, czy jakbym się tu urodził i spędził całe życie, czy tak samo celebrowałbym tą chwilę. Czy może tęsknym okiem spoglądał na północną Europę marząc o piaszczystej plaży i kawowo brunatnych wodach bałtyku. O przyjemnych temperaturach sięgających we wrześniu do 14 stopni i za smakiem świeżych jabłek z sadu. Każdy spec od reklamy powie Ci że produkt deficytowy jest zawsze bardziej pożądany. Może dlatego chciałbym wszystkiego w życiu spróbować, by w momencie śmierci nie czuć że zostało mi jakieś sfrustrowane pragnienie. Ale spokojnie, na pewno jakieś zostanie. Nie da się przeżyć wszystkiego przecież. Większość kilometrażu na dziś to tranzyt przez BIH, ale jakże piękne to były kilometry. Z początku dość powolne, mijamy sporo fotoradarów przy drodze, co wymusiło zachowawcze tempo. Później jednak Bośnia zaskoczyła nas tysiącem winkli, pięknych kanionów i szmaragdowych rzek. Jechaliśmy jak urzeczeni, robiąc minimalne przerwy. Żywimy się głównie w lokalnych piekarniach zajadając burki i w miarę możliwości popijając kawą. Uwielbiam smak tutejszego pieczywa - robią to dobrze - zwykle wypiekane na bieżąco rarytasy można schrupać jeszcze na ciepło.. Na granicy tracimy nieco czasu, bo komuś mocno trzepią auto. Podejmujemy decyzję że nadgonimy trochę autostradą żeby nocleg znaleźć już w Zagrzebiu. I niby to długa prosta, ale zachód słońca jest niesamowity. Nie umiem powiedzieć, który to już z kolei ale karmie się nimi wszystkimi, pożeram bezwstydnie i nacieram skórę pomarańczowymi promieniami chylącej się za horyzont kuli ciepła. Podczas ostatniego tankowania, znajdujemy na bookingu małe mieszkanie i o 21 dojeżdżamy pod wskazany adres, w kompletnych już ciemnościach. Przemiła dziewczyna wręcza nam klucze i opowiada co i jak. Przemiła bo czekała na nas blisko godzinę, zanim żeśmy się dotarabanili. Postawiliśmy na booking bo jutro ma lać całą drogę i mamy cichy plan przelecieć całą trasę do Gdańska na strzała. Wstajemy po 5 rano, szybka kawa, minimalne pakowanie i przed 7 już jesteśmy w siodłach. Nie zdążyliśmy dobrze wyjechać ze Stolicy Chorwacji, kiedy spadł obiecany deszcz. Wbijamy się więc w kondomy, w których zostaniemy już do nocy. Pamiętam, że kiedyś bolała mnie dupa już po 300 km jazdy. Dziś mamy do zrobienia więcej niż 1300km i wogóle mnie to nie rusza, wręcz z entuzjazmem na nie czekam. Postojów nie robimy żadnych, poza przerwami na tankowanie. Jadę tą 390tką za Darka 660 tką i jest mi dobrze. To mały ale dzielny motocykl, może nie jest autostradowym wyjadaczem ale te 1300kg ciągiem bierze na klatę bez zająknięcia, trzyma 120/130 km na godzinę i zdaje się że nie robi to na nim wrażenia. Wytrzymałby i więcej ale też nie przepadam za pałowaniem. Na dwadzieścia tysięcy przejechanych na nim kilometrów nie miałem ani usterki ani kapki oleju nie dolałem. Tylko czynności serwisowe i wymiana czujnika sprzęgła - uszkodzona przez poprzedniego właściciela który wymienił nieumiejętnie składane klamki. Całą trasę niemal robimy w deszczu - i o dziwo mam z tego frajdę. Z tego że nie jest lekko, ani łatwo, ani przyjemnie. Żeby łapy mi nie ścierpły od przemoczonych rękawiczek, jadę na grzanych manetkach i niepostrzeżenie po kilku godzinach ugotowałem sobie skórę na dłoniach. Będą mnie piekły jeszcze kilka dni później. Z racji prędkości autostradowych, nie rozmawiamy z Darkiem za dużo, bo ciężko się usłyszeć w tym szumie. Jestem więc w kasku zamknięty z własnymi myślami. Tych jak zwykle mam dużo. Lubię tak. Myślę sobie że, mam cholernie dużo radości z tej jazdy. Dochodzę do wniosku, że gdzieś na odwrót postrzegamy tzw kryzys wieku średniego. Bo to nie jest żaden kryzys - to informacja. To ważny sygnał z organizmu, info gdzie nasze życie kuleje i czego potrzeba nam w nim więcej a czego mamy unikać. Nie odbiło mi nagle na punkcie motocykli i podróży, od zawsze je kochałem i potrzebuję tego ruchu jak powietrza niemal.. Z czasem jednak dociera do mnie jak bardzo wszystko jest kruche i ulotne, jak mało czasu mi zostało, jaki jest on cenny. Ten dzisiejszy dzień jak i kilka ostatnich to spełnienie marzeń, to zadość uczynienie za te wszystkie dni spędzone za biurkiem. To czyste przeżywanie i chłonięcie emocji. Nikomu nie powiem jak żyć, ale proszę przestańmy nazywać chęć życia kryzysem - bo to kurwa szkodliwe. Do domu dojeżdżamy koło 23, zaparzeni w tych gumiakach, zmęczeni niemiłosiernie, ale szczęśliwi. Motocykl śmierdzi gotowaną mieszanką oleju i wody z kałuż jakie zebraliśmy po drodze - lubię ten smród. Rozkulbaczam KTMa z sakw niczym konia po podróży. Lubię ten proces, domyka mi on podróż. Zamyka obwód, będę mógł spać spokojnie. Czarnogóra Sierpień 26 - tak bo spisałem tą relację na urlopie rodzinnym w rok później - będąc na wybrzeżu Zatoki Kotorskiej - koniecznie chciałem zabrać ich nad tą epicką tyrolkę. Bardzo się wszystkim podobało. Dziś oglądam Czarnogórę z innej perspektywy - rodzinnych wakacji w klimatyzowanym aucie. Odbiór jest zupełnie inny bo i emocje inne mi towarzyszą. Niemniej nadal jest absurdalnie pięknie i pysznie - Czarnogóra się broni za każdym razem. P.S. Napisałem ostatnimi czasy książkę. Blisko 20 lat wyjazdów rowerowych i motocyklowych, drogi i bezdroża, góry w tym te najwyższe na świecie z literką H w nazwie. Dużo budujących historii zebranych w całkiem sensowną całość okraszoną sporą ilością zdjęć. Wiecie już jak piszę, przynajmniej mniej więcej - pytanie czy to ma szanse na wydanie? Czy ktoś chciałby to czytać? Uwielbiam to forum - mam wrażenie że się na nim wychowałem. Karmiłem tu marzenia o pierwszych wyjazdach. Tu się zaraziłem potrzebą drogi i tu ją podsycałem. Ta książka właśnie ma pełnić podobną funkcję dla potencjalnych czytających. Czy macie jakieś doświadczenia z wydawnictwami? - gdzie można podesłać rękopis? z Kim rozmawiać i jak ten temat ugryźć? Wszelkie uwagi biorę z otwartym sercem i umysłem.
__________________
"Albo znajdziemy drogę, albo ją sami wytyczymy" Hannibal http://ciaho.blogspot.com |
|
|
|
|
|
#8 | |
![]() Zarejestrowany: Oct 2011
Miasto: Gdańsk
Posty: 94
Motocykl: RD04
Przebieg: 55000
Galeria: Zdjęcia
Online: 2 dni 6 godz 22 s
|
Cytat:
__________________
"Albo znajdziemy drogę, albo ją sami wytyczymy" Hannibal http://ciaho.blogspot.com |
|
|
|
|
![]() |
|
|
Podobne wątki
|
||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| Czarnogóra/Albania A.D. 2025 Moto - 8-10 dni | ramires | Przygotowania do wyjazdów | 80 | 02.07.2025 09:16 |
| Motocyklem na Rodos | yafii | Trochę dalej | 10 | 19.04.2024 20:25 |
| Czarnogóra wrzesień/październik 2019 na XR400 i DR350, trochę trekkingu, trochę TETu i dużo burka. | CzarnyCzarownik | Trochę dalej | 18 | 21.02.2022 22:14 |
| Czarnogóra i Albania, wrzesień 2016 by Śluza | sluza | Trochę dalej | 22 | 01.11.2016 21:34 |