Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Relacje z podróży > Trochę dalej

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01.06.2010, 14:28   #131
samul
 
samul's Avatar


Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,428
Motocykl: RD07a
Przebieg: 43k+
samul jest na dystyngowanej drodze
Online: 3 tygodni 3 godz 4 s
Domyślnie

Teraz wszyscy ogladaja relacje romanka, to na ciag dalszy przyjdzie poczekac
samul jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08.06.2010, 15:45   #132
podos
 
podos's Avatar


Zarejestrowany: Jan 2005
Miasto: Kraków
Posty: 3,996
Motocykl: RD07a
Galeria: Zdjęcia
podos jest na dystyngowanej drodze
Online: 3 tygodni 6 dni 14 godz 28 min 34 s
Domyślnie

Dzień 1. Samolotowy

Kraków Balice 5:50 am. Dopijamy kawę w lotniskowej knajpce wodząc sennym wzrokiem szwendających się pasażerach. Nasz skomplikowany lot – niesie duże prawdopodobieństwo wpadki i rujnacji arcyplanu pozwalającego nam dziś wieczorem wykąpać się w cieśninie gibraltarskiej. Samolot Kraków - Monachium przybliża nas do sukcesu o 1000 km. Tamże kupujemy kilka flaszek w bezcłowym – towar to jakże cenny na muzułmańskiej ziemi. Lot Monachium- Madryt pozwala nam cieszyć się z bezproblemowej podróży, Kajman melduje SMSem, że zapiął kurs na Malagę i będzie o czasie. Idziemy na CheckIn odebrać miejscówki na ostatni etap lotu do Malagi. No i pierwsza awaria. Pańcia informuje nas, że samolot odleci może o 17 a może w ogóle nie i że w ogóle maniana i co jesteśmy tacy spięci… No to mamy 4 godzinki wolnego czasu… Zasięgamy informacji czy daleko do centrum? Pan maniana mówi ze blisko – ze tu jest wejście do metra i ze trzy przystanki. Jadymy. Co będziemy sterczeć jak ćwioki. Automaty zaopatrują nas w bilety i zaczynamy studiować mapę No tak. Nie trzy przystanki tylko trzy przesiadki stacji chyba z 10. Jadymy. W końcu po 40 min Puerta del Sol – wysiadamy. Lampa, upał no wakacje. Po co jechać dalej?
Symbolicznie zaczynamy naszą wędrówkę w miejscu z którego Hiszpanie oficjalnie liczą km siatki swoich dróg oraz rozpoczynają nowy rok.

Ponieważ bardzo nas bolą nogi niezwłocznie udajemy się do pobliskiego baru tapas gdzie wciągamy po pare piwek zakąszając przegryzkami z owoców morza. Pychota. Mówiliśmy że jedziemy do Maroko? To ściemka była.



Ale my tu gadu gadu, plan trzeba realizować skoro został zaplanowany. Wiec pakujemy się do samolotu do malagi – któren na szczęście postanowił dziś odlecieć. Po godzinie lotu i szczesliwym przyziemieniu, wiemy już, że Czarny Ląd już się nam nie wymknie.
Odpalamy gpsa i pedałujemy na pobliską stację benzynową, na której umówiliśmy się z Kajmanem i Mariolą. To jak tutaj dotarli pewnie zasługuje na oddzielną opowieść, która pewnie wam opowiedzą. Zgranie mamy idealne – Oni wjeżdzją od wschodu my wchodzimy od zachodu. Gęby nasze uśmiechnięte a spod kompletnie podartej plandeki zerkają smętnie oczka naszych królowych. Niedopieszczone przez tyle dni. Szybciutko się za nie zabieramy.








Po godzinie jesteśmy przepakowani i wyrychtowani do podboju Afryki. Z Malagi do Taryfy jest ze 150 km autostradą płatną lub jej bezpłatną wersją – minimalnie wolniejszą, ale równie dobrą. Jedziemy w zasadzie większość trasy już po zmroku. Na dzień dobry zasada nr jeden podróży motocyklowych – złamana. Ale co tam. Mamy przecież plan –a planu trzeba się trzymać. 23 z minutami meldujemy się na Taryfiańskim campingu (Przyjemne bungalowy po 18 euro od osoby wyglądają jeszcze przyjemniej po flaszce bezcłowego rumu z colą. 100% planu, serce mi rośnie.



Następny odcinek (klik)
__________________
pozdrawiam, podos
AT2003, RD07A
------------------
Moje dogmaty
0. O chorobach Afryki: (klik)
1. O Mikuni: Wywal to.
2. O zębatce: Wypustem na zewnątrz!!!
3. O goretexie: Tylko GORE-TEX
4. O podróżach: Jak solo to bez kufrów
5. O łańcuszkach rozrządu: nie zabieram głosu.
6. Lista im. podoska Załącznik 10655
7. O BMW: nie miałem, nie znam się, nie interesuję się, zarobiony jestem.
8. O KN: Wywal to.
9. O nowej Afripedii: (klik)

Ostatnio edytowane przez podos : 06.09.2010 o 10:47
podos jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08.06.2010, 16:14   #133
LukaSS
 
LukaSS's Avatar


Zarejestrowany: May 2008
Miasto: Biała Podl./Warszawa
Posty: 368
Motocykl: Afryka? Nie, dziękuję. ;)
Przebieg: 60000
LukaSS jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 1 godz 37 min 9 s
Domyślnie

Dobrze się zaczyna. Motocykle wyszykowane, że aż miło popatrzeć
__________________
Yamaha XTZ 800 Super Tenere
LukaSS jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08.06.2010, 17:51   #134
samul
 
samul's Avatar


Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,428
Motocykl: RD07a
Przebieg: 43k+
samul jest na dystyngowanej drodze
Online: 3 tygodni 3 godz 4 s
Domyślnie

"zaluj Rudy, zaluj, ze cie z nami nie było..." alez jedna Afryczka wam raczka spiekla
samul jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08.06.2010, 20:20   #135
sambor1965
 
sambor1965's Avatar


Zarejestrowany: Mar 2008
Miasto: Warszawa
Posty: 3,666
Motocykl: RD04
Galeria: Zdjęcia
sambor1965 jest na dystyngowanej drodze
Online: 2 miesiące 3 tygodni 1 dzień 7 godz 52 min 56 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał podos Zobacz post
Dzień 1. Samolotowy

Ponieważ bardzo nas bolą nogi ...
Wyglada jakbyscie sie bawili w jakas zabawe z gimnazjum...
__________________
Jeśli sądzisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli sądzisz, że nie potrafisz – również masz rację.
sambor1965 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08.06.2010, 22:12   #136
jochen
Admin kierowca bombowca
 
jochen's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Mar 2008
Miasto: Kraków
Posty: 2,453
Motocykl: RD07a
jochen jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 1 tydzień 2 dni 15 godz 31 min 7 s
Domyślnie

Kurczę, wreszcie...... To teraz dawajcie dalej trochę żwawiej
__________________
AT RD07A, '98, HRC
jochen jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11.06.2010, 13:32   #137
podos
 
podos's Avatar


Zarejestrowany: Jan 2005
Miasto: Kraków
Posty: 3,996
Motocykl: RD07a
Galeria: Zdjęcia
podos jest na dystyngowanej drodze
Online: 3 tygodni 6 dni 14 godz 28 min 34 s
Domyślnie

Dzień 2 Afryka do Afryki II

Po co przyjechałem do Maroko?
Rok 2005 Grudzień. Mam od roku Afrykę, jeżdżę to tu to tam nieświadomy istnienia afrykańskiej wirtualnej społeczności. Któregoś dnia, zwalony grypą wpisuję przeglądarkę AfricaTwin. Trafiam na stronę Puffa. Czytam kilka dni, zapominam o chorobie. Trafiam na wątek Sambora o Maroko. W zasadzie to właśnie stamtąd piszą. Są tam. Jeżdżą po pustyni, wspinają się na wydmy. Jestem posikany… Już po mnie… Zdrowieję w 5 minut. A raczej jestem dopiero chory...
Po latach przychodzi kolej na mnie. Jest gdzieś w Maroko takie miejsce – roboczo nazywam je Meandrem Podoska. Inni nazywają to żółwiem. Taka fajna góra otoczona wstęgą górskiego potoku na dnie przepaścistego wąwozu Dades. Poprzysięgam sobie odwiedzić kiedyś to miejsce. Pora pokazać Afryce Afrykę.



Poranek w porcie Taryfa zaskakuje nas pogodą. Wieje jak nieszczęście, niebo zawalone ciężkimi chmurami, co rusz spadają z nieba pojedyncze kropelki. Jedziemy do portu. Na pierwszy prom o 9:00.



Formalności po hiszpańskiej stronie zajmuje krótką chwilkę, bilety po 125euro z powrotnym za moto i człowieka– kurde Taryfa jednak sporo droższa od Ceuty.
Przypinamy motorki na pokładzie transportowym i lądujemy na deku pasażerskim.




Odjazd!!!


Przelot po rozbujanym morzu trwa na tyle krótko, że tylko zjedliśmy śniadanie w bufecie i załadowaliśmy gpsy nowymi trackami, zrobili odprawę paszportową z wypełnieniem druczku imigracyjnego a już każą wysiadać. Dupa, nawet nie zdążyłem tej wyśnionej wyłaniającej się z morskiej kipieli Afryki zobaczyć na horyzoncie a już jesteśmy do niej przycumowani… Zjeżdżamy.
Witaj wesoła przygodo!



Bonjour!!! - Zagaduje pierwszy naganiacz - i już wiemy ze nie będzie łatwo. Dumnie wyciągamy nasze druki celne wwozowe wydrukowane jeszcze w Polsce. Nasi przewodnicy na ich widok tracą wszelką nadzieję i przeklinają w duchu Chrisa Scotta, który to tak nas świetnie przygotował. Stajemy w szyku bojowym i wypuszczamy na pierwszy ogień Pussiego. Pussy zabił ich swoją płynną francuszczyzną (nas zresztą też) wiec natychmiast mianowaliśmy go premierem co pewnie też pomogło bo za 5 minut wrócił z wszystkimi papierami. Jesteśmy naprawdę w Afryce!!! Kupujemy jeszcze dwa lokalne simplusy i wymieniamy Eurasy na całą masę dirhamów. Z tego całego planowania jakoś nie zorientowaliśmy się, że Maroko jest 2h w tył. A wiec znowu jest 9:00. Patrzymy po sobie z uśmiechem na twarzy.
- No to ruszamy na Fes!
Niecałe 300 km równiutkim asfaltem wśród zielonych krain, mija nam przyjemnie. Krajobraz w niczym nie przypomina Afryki gdyby nie ludzie i nieeuropejska zabudowa myślałbym ze jestm pod Lanckoroną. Dla wszystkich to pierwsze kilometry w roku więc dopiero się wjeżdżamy, raz po raz pozwalając sobie na wiecej. Po 100 km stajemy rozebrac się. Sakramencki wiatr od morza ucichł wkrótce po tym jak schowaliśmy się w górach Riffu wiec nasze motocyklowe ciuchy od razy okazały się za ciepłe. Jest minimum 25 stopni – zostajemy w samych zbrojach i napieramy dalej.




Za Quezzane zjeżdżamy z nacjonalni N13 na żółtą drogę R408 która ma nas doprowadzić do Fez od północy mijając Fes-el-Bali. Po równiutkim asfalcie N13 to, co tu zastajemy, drastycznie odstaje od ostatnich 170 km. Owszem był tu asfalt, ale dawno – wielkie dziury i wymyte wyrwy nie pozwalająca szybką jazdę więc pora poderwać tyłeczki i pojechać kawałek na stojaka. Jest fajnie! Droga wije się po malowniczych wzgórkach, wznosząc i opadając, ale cały czas uważamy na drogę wypatrując przeszkód. Tak minęło dwie godzinki pierwszych wertepów.



We wsi stajemy w przydrożnej knajpce – takiej jak najbardziej lubię – dla lokalsów. Puszek zamawia płasą i pule – sprawdzam w moim tajnym kajeciku słowniczku kulinarnym – będzie ryba i kurczak. Dania po chwili wjeżdżają na stół i jesteśmy bardzo mile zaskoczeni różnorodnością naszego pierwszego posiłku w tym dość prostym lokalu. Pałaszujemy odkrywając smaki zarezerwowane dla kuchni marokańskiej. Pierwsze miejsce: smażone rybki posmarowane zestawem ziół, głownie mielonego kminku – podstawowej przyprawy Maroko. Wypijamy kawkę i herbatę miętową - słodką i pyszną – w tym muzułmańskim kraju noszącą humorystyczną nazwę Whisky Berber. Przychodzi do płacenia
– 170 dirhamów za 6 osób. Żyć nie umierać!





Niechętnie podnosimy się na ostatni etap podróży do Fez.
Po kilkunastu kilometrach serpentyn wijących się po okolicznych pagórkach w dolinie pod nami ukazało nam się docelowe miasto. Z góry nie wyglądało na zbyt wielkie, choć jest jednym z miast królewskich i starożytnym centrum religijnym.




Tu będzie nasze pierwsze starcie z naganiaczami. W zatłoczone centrum przy murze otaczającym Medynę wjeżdżamy przy akompaniamencie miejskiego zgiełku klaksonów i ogólnego rozgardiaszu. Stajemy na jakimś placyku i wypuszczamy zwiad w kierunku miejsca do spania. Znaczy idę ja w charakterze złego policjanta i Pussy w charakterze tłumacza negocjatora. Po drodze do hoteliku zaczepia nas jeden koleś i pokazuje cale mieszkanie na piętrze do wynajęcia, po namyśle odmawiamy – 1000 dirhamów bez prysznica wydaje nam się ceną przeholowaną. Zdecydowanie lepiej wyglada hotelik rekomendowany przez Tima który mamy wbity w GPSa. Bierzemy dwie trójki chyba za 400 po niewielkich negocjacjach. Motorki odstawiamy na parking „strzeżony”, po 20 od sztuki do jutra, niedaleko naszego hotelu. Po przerzuceniu betów i prysznicu, zbieramy się na krótki rekonesans po Medynie. Wchodzimy przez niebieską bramę (Bab Boujeloud) i zanurzamy się w trochę straszny trochę tajemniczy labirynt starego miasta.



Oczywiście co chwilę zaczepia nas jakiś faux guide, i proponuje restauracje swojego wuja gdzie sprzedaja nawet:
- Vodka, wiski, birr, Eeewryfing!!! Eeewryfing!!!
Tak się plątamy bez celu, zaglądając tu i tam, nie zbaczając z głównej alejki żeby się nie zgubić, GPS w alejkach nie chce złapać sygnału!




W końcu wracamy pod główną bramę i siadamy w jednej z knajp z zamiarem zjedzenia wypasionej marokańskiej uczty. Ładnie nakryty stół, menu po angielsku, zastawa i inne takie powinny wzbudzić nasze podejrzenia, – że to miejsce dla turystów… Cóż frycowe trzeba zapłacić, żarcie było bardzo kiepskie – tajin bez smaku i przypraw a rachunek… - no comments… Szybciutko uczymy się, że jesteśmy tu po to żeby nas wydymano. Jesteśmy wyłącznie wypchanymi portfelami z Europy. Trzeba nas naciąć, kiedy tylko się da.



Rozczarowani wracamy do hotelu. Tuż przed nim wchodzimy do lokalnego fryzjera i zamawiamy szczycenie na Le Legionist. Znaczy puszek zamawia a ja daję się ogolić brzytwą. (dobrze że cywilizacja już tu dotarła, żyletki w brzytwie wymienne z nowego opakowania) Pussy zachęcony moją krótką fryzurą, też zasiada na fotelu i daje się opitolić. A raczej wystrzyc. Dosłownie. Jak słyszymy, że chcą 150 za dwóch, mało nas szlag nie trafia. Taniej płacę w osiedlowym fryzjerze w Krakowie. Od teraz postanawiamy być twardzi w negocjacjach. I pytać o cenę najpierw. Pewnie lokals płaci 10 dirhamów. Grrrr. Grunt ze trzymamy się planu i jesteśmy mam gdzie mieliśmy być. Lulu w poczuciu dobre spełnionego obowiązku.



Stan budzika: 521km, Przebieg 311 km
__________________
pozdrawiam, podos
AT2003, RD07A
------------------
Moje dogmaty
0. O chorobach Afryki: (klik)
1. O Mikuni: Wywal to.
2. O zębatce: Wypustem na zewnątrz!!!
3. O goretexie: Tylko GORE-TEX
4. O podróżach: Jak solo to bez kufrów
5. O łańcuszkach rozrządu: nie zabieram głosu.
6. Lista im. podoska Załącznik 10655
7. O BMW: nie miałem, nie znam się, nie interesuję się, zarobiony jestem.
8. O KN: Wywal to.
9. O nowej Afripedii: (klik)
podos jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11.06.2010, 13:46   #138
podos
 
podos's Avatar


Zarejestrowany: Jan 2005
Miasto: Kraków
Posty: 3,996
Motocykl: RD07a
Galeria: Zdjęcia
podos jest na dystyngowanej drodze
Online: 3 tygodni 6 dni 14 godz 28 min 34 s
Domyślnie

Dzień trzeci
Fez i Okolice

Wstaję rano wyspany, słońce wpada prze okienko prześwitując przez suszące się od wczoraj thermale. Waldek jakiś taki podminowany, z byka patrzy na Pussiego… Chyba wiem o co chodzi, przezornie wsadziłem korki do uszu przed spaniem… Echo pomrukiwań na bezdechu Puszka zdolne było skruszyć średniowieczne mury Medyny…
Wychodzimy wspólnie przed Bab Boujeloud - bramę Medyny z zamiarem ponownego zwiedzenia jej. Dziś widać jej właściwe kolory.



Stare Fez słynie z mnogości szkół koranicznych, systemu kanalizacji wraz z systemem publicznych fontann, riadów z ogrodami i kolorowych souków – targów wszelakich. Mamy ksero z Pascala i teoretycznie plan półdniowego zwiedzania możliwy jest do wykonania, mam jednak doświadczenia z dnia wczorajszego i wiem, że przejście labiryntów uliczek Medyny nie będzie zadaniem łatwym. Na nasze wątpliwości jak spod ziemi wyrasta Arab w białej wełnianej dżallabijji i pokazuje swój identyfikator na smyczce – twierdząc, że jest oficjalnym przewodnikiem. Pan mówi ładnie po angielsku i proponuje nienachalnie swoje usługi.



Po chwili wahania i krótkich negocjacjach uznajemy, że to świetny pomysł na efektywne spędzenie czasu w Fezie. Zamiast błądzić po uliczkach narażając się co krok na ataki faux guide oddamy się w ręce profesjonalisty. Koszt 250 dirhamów na 8 osób uznajemy za akceptowalny. Upewniamy się, że zobaczymy słynną farbiarnię skór i że wrócimy na 12 w południe – miasto miastem, ale my przecież przyjechaliśmy jeździć na motocyklach. Już widziałem markotne miny uczestników oznajmiając im całodzienne zwiedzanie zabytków Fezu, więc ugiąłem się i wyjątkowo odstąpiłem od wykonania planu! Zatem zanurzamy się w ocienione zakamarki Medyny…









Pussy całą drogę dopytywał co też nasz gajd może mieć pod galabiją, zupełnie jakby nie obchodziły go wspaniałości starożytnego miasta. Abdullah w końcu chyba przeczytał w jego myślach i zademonstrował w całej okazałości swój, jak to nazwał, airconditioned underwear…
Pussy z wrażenia aż przysiadł i nie już pytał co ma pod spodem spodu…



Z ciekawostek w jakiejś bocznej, bocznej od bocznej uliczki przewodnik pokazał nam takie drewniane coś i kazał zgadywać co to.



Przeszliśmy od klatek na ptaki, żaluzje przez zegary słoneczne ale nie zgadliśmy. Okazało się, że zasłonka ta była jedynym oknem na świat żony gospodarza… Przez całe życie… Ponoć marokańska kobieta w średniowieczu dwa razu opuszczała swój dom pierwszy raz: nie pamiętam, a drugi gdy wychodziła za mąż. Mariola była szczerze oburzona takim traktowaniem kobiet, Kajman kiwał głową z wyraźną aprobatą, zaś pozostali panowie nawet głośno wyrażali swoje pozytywne opinie na ten temat. Też mi bohaterowie, żony jak przeczytają to ich za jajka powieszą…

Nie bylibyśmy jednak w kraju arabskim – a Abdullah nie byłby prawdziwym arabem – musieliśmy w końcu wejść do jakiegoś sklepu pod pozorem poznawania kultury i tradycji marokańskich rzemieślników. Na pierwszy ogień zaznajomiliśmy się ze sztuką kaletniczą – trzypiętrowy sklep z wyrobami ze skóry przyprawiał o zawrót głowy.



Pussy oczywiście odkrył w sobie talenty negocjacyjne i po dłuższej walce zakończonej wychodzeniem ze sklepu, buy one and get two itd. wszedł w posiadanie przedmiotu o zastosowaniu erotycznym (coś przebąkiwał o przypinaniu do wezgłowia łóżka) czyli stał się właścicielem paska do spodni ze skóry wielbłąda.
Gwoździem programu były jednak słynne Tanneries – garbarnia i farbiarnia skór. Jest to interes rodzinny uprawiany nieprzerwanie przez 5 rodzin od wieków. Za garbnik służą odchody gołębi zbierane po całym północnym Maroku i dostarczane tutaj – specjalnie dla celów tego miejsca. Barwniki to podobno również wyłącznie naturalne składniki. Napełnione skórami kadzie ugniatane są nogami przez pracujących tu robotników. Szczęśliwie chłodny kwietniowy poranek nie pozwolił nam w pełni rozkoszować się urokami tego miejsca – wszechogarniający, niewyobrażalny smród gnijących skór jest nierozłącznie związany z wszystkimi letnimi relacjami z tego miejsca.





Na całej trasie weszliśmy jeszcze do dwóch sklepów – jeden z przyprawami (facet nie miał nic, czego bym już nie miał w mojej kuchni).



Drugie sklepów to mini manufaktura produkująca olej arganowy. Cudo to jest dodatkiem do perfum (coś jak nasze piżmo) jest bardzo unikalne i dość rzadkie, bo drzewa arganowe rosną tylko w Maroko w jednej dolinie a orzechy z tego drzewa oleju maja niewiele. Robi się z tego wypasione kosmetyki, których oczywiście nie kupiłem a tego wszystkiego dowiedziałem się dostając reprymendę od mojej własnej małżonki, już po powrocie. Nie pomogło zdjęcie Puszka wyciskającego tenże olej w sposób tradycyjny.




Na głowie też ma Puszek ubiór tradycyjny, który był nabył w sklepie z tradycyjnymi turbanami. Tutaj już tak bardzo się nie targował, sprzedawca miał nad nim ogromną przewagę używając naprzemian słów „Desert” „Tuareg” „Sahara” „Dakar” czym wzbudzał u Pussiego ogromne pożądanie. Było ono do tego stopnia zaślepiające, że sprzedawca bez przeszkód usunął metkę Made in China… Zgódźmy się, żaden szanujący się afrykaner nie miał szans w tym sklepie…




Na koniec końców, muszę powiedzieć, że nasz przewodnik jednak wart był zapłaconych pieniędzy. Szczerze polecić taką formę zwiedzania. – Choć prawie przebiegliśmy zaplanowaną trasę, ale po powrocie zgodnie stwierdziliśmy, że w tak krótkim czasie jaki mieliśmy do dyspozycji w życiu nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co z naszym Guide de Tourisme nr 2458/640.



Wyjazd z miasta był już szybki. GPSy fantastycznie odwalały robotę nawigacyjną. Jak po sznureczku przejechaliśmy prze obce miasto do drogi wyjazdowej z niego – kierunek Ifrane i Azzrou – Lasy cedrowe. I tak żesmy se jechali i jechali aż żeśmy przejechali przez uśpioną, iście alpejską wioskę. Ifrane to kurort narciarski – a architektura tego miejsca nijak się ma to tradycyjnego arabskiego stylu. Żabojady postawiły tu miasteczko w stylu szwajcarskich alpejskich mieścin ze względu na panujący tu zimą klimat. Mieliśmy tu wprawdzie spać, ale ze względu na wcześniejszy wyjazd z Fez – byliśmy tu dużo wcześniej. Zresztą nic ciekawego tu nie ma, Lasy cedrowe to zwykłe sośniaki, generalnie nie ma na czym zawiesić oka. No przynajmniej przy drodze. Nawet jedzenie, choć niezłe i w ładnej scenerii okazało się horrendalnie drogie (1000 dirhamów!!!!) To był już naprawdę ostatni raz kiedy bez pytania o cenę korzystamy z jakiegoś serwisu…
Po obiedzie wszyscy podjarani siadamy na maszyny – w końcu obiecałem pierwszy offroad. Traska biegnie bocznymi dróżkami w kierunku na źródła najdłuższej rzeki Maroka – Oum Rabia. To tylko 120 km ale wiadomo jak wolno pokonuje się kilometry w terenie. A już jest szesnasta. Chłopaki instalują kamery na kaskach dopinamy rynsztunek bojowy i….

Teren okazuje się asfaltem. Wąskim i fajnie prowadzonym po zboczach Atlasu średniego, ale ciągle jest to asfalt. Niby fajnie, ale miny naszych terenowych twardzieli mocno rzedną a i mnie jest głupio – z obiecanego terenu nici.




Mijamy rzekome źródła, czy też jakąś przełęcz i nie rozważnie zatrzymuję się. W koło zielone przestrzenie usiane w niespotykany dotąd sposób ogromną ilością kamieni. W głąb tej przestrzeni wchodzi szutrówka…





Mimo późnej pory nie maiłem serca nakazać dalszej jazdy. Chłopaki jak psy spuszczone z łańcucha rzuciły się zębami swoich opon na Bogu ducha winną dróżkę. W sekundę zniknęli za wzniesieniem… Chcąc nie chcąc pojechałem z nimi. Ze dwa razy mnie zdublowali jadąc i wracając (droga się kończyła) w tempie Valentino Rossi na torze wyścigowym.




Zatrzymałem się w połowie drogi żeby mieć wszystkich na oku. W myślach kotłowały mi się myśli dotyczące wyboru uczestników napalonych na Erzberg a nie na turystyczno-krajoznawcze eskapady… Daleko od domu.
Wyjąłem aparat z zamiarem zrobienia jakiegoś ładnego zdjęcia ale tempo przejazdu Pawła po zakrętach szutrowych nie pozwoliło mi nawet podnieść aparatu do oczu… Może to i lepiej bo za to dokładnie zobaczyłem efektowną figurę Norbiego jadącego zaraz za nim. No cóż… Moje obawy zaczynają się urzeczywistniać…

Norbi zbiera się – tym razem nie ma strat w ludziach i sprzęcie… Uff. Dojeżdżam do reszty chłopaków. Michał z Pussim deliberują na końcu drogi po czym ruszają. Od mojej strony zap… szybko jedzie z powrotem Paweł. Spotykają się z Pussim dokładnie na zakręcie

No ja pier… teraz to już musiało się coś stać… Na 500m szutru dwie gleby. Ludzie. No tak, to my nigdzie nie dojedziemy. Teraz już jestem nieźle wpieniony… Coś czuję, że w tym tempie ta wyprawa za długo nie potrwa. Trochę pokory! Klepię standardową formułkę o byciu daleko od domu, przygotowaniach i zepsutej zabawie wszystkich uczestników bla bla bla…
Zbieramy zabawki, strat niema. Oglądam filmik na podglądzie kamery… kurwa mać…



Oczywiście w myśl zasady głupi ma zawsze szczęście - nic nie stało.
Jedziemy dalej. Wreszcie kończy się asfalt. Wjeżdżamy na szutrową stokówkę, która zakosami pnie się pod górę. Zachód zaliczamy w pięknej górskiej scenerii.






Później wieczorem wyda się, że Norbi wyciął tu zdrowego orła – ale już bali się przyznać, bo były straty. Po efektownej glebie z powodu zbyt dużej ilości dzidy na manetce pomarańczowy motocykl przygniótł mu nogę w śródstopiu. Oczywiście zaraz się wydało, bo jechał jak potulny baranek, no i oczywiście kulał. Rentgen w Krakowie wykazał podgłowowe pęknięcie 5 kości śródstopia. Póki co, jedziemy w niewiedzy z nadzieją żeby ten dzień się skończył.


O 1930 jest już czarna noc, a my mijamy leśną przełęcz na 2000m. Robi się chłodno ubieramy się. Całą drogę martwię się jeszcze o Puszka – co w nocy nic nie widzi – a jest oczywiście noc, w dodatku teren i kompletne odludzie. Muszę nagiąć własne zasady (nie jeździć w nocy) i powoli zjeżdżamy serpentynami w dół. W reszcie asfalt i kilka km dojazdówki do głównej nacjonalki prowadzącej na południe. Stacja benzynowa w Zeida i przylegający do niej hotelik to aż zanadto jak na nasze potrzeby. Obalamy flaszkę lub dwie zapasów żołądkowej gorzkiej. Być może była też tajinowa kolacja, ale głowy nie dam. Sporo wrażeń jak na pierwszy offroad w Maroko.

Stan budzika: 784km, Przebieg 263 km

Następny odcinek (klik)
__________________
pozdrawiam, podos
AT2003, RD07A
------------------
Moje dogmaty
0. O chorobach Afryki: (klik)
1. O Mikuni: Wywal to.
2. O zębatce: Wypustem na zewnątrz!!!
3. O goretexie: Tylko GORE-TEX
4. O podróżach: Jak solo to bez kufrów
5. O łańcuszkach rozrządu: nie zabieram głosu.
6. Lista im. podoska Załącznik 10655
7. O BMW: nie miałem, nie znam się, nie interesuję się, zarobiony jestem.
8. O KN: Wywal to.
9. O nowej Afripedii: (klik)

Ostatnio edytowane przez podos : 06.09.2010 o 10:50
podos jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11.06.2010, 14:42   #139
felkowski
 
felkowski's Avatar


Zarejestrowany: Apr 2008
Miasto: Warszawka
Posty: 1,485
Motocykl: RD07a
Przebieg: 66666
Galeria: Zdjęcia
felkowski jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 16 godz 59 min 37 s
Domyślnie

Zarąbiście fajnie się czyta, no i zdjęcia. Klasa, i w dodarku dwa odcinki na raz. Dzięki
__________________
felkowski
sikanie z wiatrem to chodzenie na łatwizne
felkowski jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 14.06.2010, 11:34   #140
LukaSS
 
LukaSS's Avatar


Zarejestrowany: May 2008
Miasto: Biała Podl./Warszawa
Posty: 368
Motocykl: Afryka? Nie, dziękuję. ;)
Przebieg: 60000
LukaSS jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 1 godz 37 min 9 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał podos Zobacz post
Dzień 2 Afryka do Afryki II
Bonjour!!! - Zagaduje pierwszy naganiacz - i już wiemy ze nie będzie łatwo. Dumnie wyciągamy nasze druki celne wwozowe wydrukowane jeszcze w Polsce. Nasi przewodnicy na ich widok tracą wszelką nadzieję i przeklinają w duchu Chrisa Scotta, który to tak nas świetnie przygotował.
Podosie, mógłbym poprosić o takie druki w formie pdf czy innego obrazka?
__________________
Yamaha XTZ 800 Super Tenere
LukaSS jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
Maroko na żywo, kwiecień 2011 stoner Umawianie i propozycje wyjazdów 4 01.04.2011 17:43
Maroko kwiecień 2009 consigliero Trochę dalej 12 18.01.2010 09:56


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:53.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.