|
|
|||||||
| Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj... |
![]() |
|
|
Narzędzia wątku | Wygląd |
|
|
|
|
#1 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,082
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 14 godz 45 min 39 s
|
Zdycha mi się, czyta mi się...
Mam cztery gitary. Nic takiego. Esteve nr 1. Typowe flamenco i dwie Yamahy. C40M i CG120-A. Ta druga wpadła mi w ręce przypadkowo. Bez strun i brakuje siodełka w mostku. Bardzo jestem ciekaw jej brzmienia. Wyląduje na przegląd: http://segaguitars.com/o-mnie/ Czwarta to akustyk. A skoro gitarowo, to zacytuję gitarową historię z profilu aeroświr. W 2008 roku kanadyjski muzyk Dave Carroll leciał przez lotnisko Chicago OâHare. W pewnym momencie pasażer siedzący obok niego spojrzał przez okno i powiedział: "O mój Boże, oni rzucają gitarami." Okazało się, że pracownicy obsługi bagażu faktycznie rzucali instrumentami podczas rozładunku samolotu. Wśród nich była gitara Carrolla â warta około 3500 dolarów Taylor. Po wylądowaniu okazało się, że instrument jest zniszczony. Carroll przez dziewięć miesięcy próbował uzyskać odszkodowanie od United Airlines, ale linia odmówiła wypłaty, tłumacząc, że zgłoszenie zostało złożone po 24-godzinnym terminie reklamacyjnym. Wtedy muzyk zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Napisał piosenkę pod tytułem "United Breaks Guitars" i wrzucił ją na YouTube w 2009 roku. Film w ciągu tygodnia osiągnął milion wyświetleń i stał się najpopularniejszym klipem muzycznym na świecie. Do dziś ma dziesiątki milionów wyświetleń. Skutki były bardzo poważne. Sprawa stała się głośna na całym świecie, a według analiz wartość akcji United spadła o około 10%, co przełożyło się na spadek wartości firmy o około 180 milionów dolarów. Wszystko przez jedną zniszczoną gitarę i źle potraktowanego klienta. Linia lotnicza w końcu zadzwoniła do Carrolla z przeprosinami i zaproponowała odszkodowanie, ale było już za późno. Muzyk odmówił przyjęcia pieniędzy i poprosił, aby przekazano je na cele charytatywne. United przekazało 3000 dolarów na instytut jazzowy Thelonious Monk Institute. Historia stała się później studium przypadku w Harvard Business School jako przykład tego, jak w erze internetu jedna historia klienta może wpłynąć na wizerunek i finanse wielkiej korporacji. Bo czasami jedna piosenka może być silniejsza niż dział prawny dużej firmy. A skoro gitara, to i muzycznie. Minęło tyle lat, ile żyję od czasu, kiedy w polskim radio puszczono pierwszy raz Beatles'ów. To wszystko jest coraz bardziej smutne. Mój czas przyspiesza. I to jest zgodnie z ogólną teorią względności zgodne, bo ja wyraźnie zwalniam. Dzisiaj kulminacja. Grabież jednej godziny akurat teraz, kiedy ja się muszę regenerować... Chamstwo i wielkomieszczaństwo.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#2 |
![]() |
Przeżyłeś 26lat i co, masz jakieś pomysły na ten ustrój ?
__________________
kto smaruje ten jedzie |
|
|
|
|
|
#3 | |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,082
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 14 godz 45 min 39 s
|
Komuniści mają.
Z perspektywy 63 lat mogę dodać tylko, że nic nie trwa wiecznie. Warto nie popełniać tych samych błędów, umieć się do nich przyznać. Wszystkie działania Niemców od 2015 roku, to jedna wielka pomyłka. Sami przyznają. Teraz wracają do... węgla. Cytat:
co to znaczy - cywilizacyjny zasięg... Zupełnie wyjątkowa sytuacja dla mnie, Ciągle jest mnie dwóch w zasięgu.. Ten jeden chce żyć, ten drugi umiera... Ale ciało jedno. Dwóch nie pomieści. Dusza tak... Pojedźcie do byle jakiego szpitala i usiądźcie przy łóżku umierającego na raka. Powiedzmy na tego, który mnie dopadł. O czym będziecie z nim/ze mną rozmawiać? Nieba przychylicie? Męczące jest to trwanie przy ciele... Na szczęście to nie koronawirus. Zwykły rak nieborak, bo statystyka dla raka jest bardziej chujowa niż dla eboli np. Przegrywa. Wszyscy mamy raka. Jedni umierają na niego stricte sensu, drudzy z nim, trzeci i tak... To był mój drugi pobyt w szpitalu. W 2017-stym pierwszy raz w życiu. Pierdola. Teraz drugi. Nie pierdoła. Wynik? Standardowo 3 m-ce życia. Nagły zjazd fizyczny w finale, szybki połów w Styksie, koniec. Statystycznie dwa tygodnie. Decyzja? Zwiewam. Zawsze bałem się trzech żywiołów. Wody, pustyni i dżungli. ZAWSZE. Pływać nauczyłem się tak późno, że później nie można było. Na egzaminach wstępnych na AWF. Potem wszyscy moi najbliżsi kumple byli... pływakami. Pływakami bardzo lub jeszcze lepiej, niż dobrymi. Wszystkim jak jeden, złamałem kariery. Piłem z nimi alkohol. Dopóki mnie nie znali, nie znali smaku alkoholu. Jeden z nich, który był bliski złamania 54 sek. na 100m dowolnym (1984) poznając mnie złamał nogę. Był pierwszym chłopakiem mojej przyszłej żony.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
|
#4 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,082
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 14 godz 45 min 39 s
|
Czy czytają ten wątek ludzie z Czarnego Lądu?
Dzień dobry, pustynia. Sobie tam jestem sam. Uciekam, a oni zawsze tam są... Zawsze towarzyszyło mi "szczęście". Praktycznie zawsze... W najbardziej dramatycznych okolicznośiach przychodziło "szczęście" i coś tam załatwiało za mnie. Nie ma szczęścia. Nie oczekuję. Chcę być sam. Pustynia. Pusto jak chuj, definitywnie kończy się woda. I tak wiem, że w Maroko nie ma pojęcia pustki, choćbym akurat teraz tej pustki bardzo chciał. On się na bank pojawi... Tubylec... i coś powie.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#5 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,082
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 14 godz 45 min 39 s
|
Dzień dobry,
Pocałunek. W końcu odezwała się planeta i wysłala umyślnego. Ten czekał z wieściami do rana w bucie. Hieroglify popłyneły z kolca, nie odczytalem kodu. Spokojnie czekałem. Wieczorem przyszła gorączka. Franca Żak był przy mnie. Siedział i patrzył tymi swoimi ciepłymi oczami. Pedał... ale... Co on tu właściwie robi...? Towarzyszy mi kolejny dzień nie mając nic. Jedyne co ma, to ten kurwa akordeon... Dekatlonowe ciuchy w których śpi bezpośrednio na glebie, wcześniej moszcząc sobie legowisko na zasypanych piaskiem kamieniach kumulujcych ciepło ogniska... Na dzień odpina nogawki na wysokości kolana, na wieczor przypina. Przypałętaj się po środku niczego. W miejscu, w ktorym szybciej spodziewalbym sie końca świata niźli człowieka białego. Od dwóch dni nie widziałem nikogo, kompas prowadził mnie prosto na poludnie, w objęcia Algierii. Wtedy myślałem tylko jedno. Niech się dzieje co ma dziać. Dnia trzeciego skończyłaby się woda i wtedy pojawił się Żak. Znikąd. Po prostu rano był. Kiedy usłyszalem dźwięk akordeonu przyszły mi do głowy trąby Jerycha. Słucham tych trąb i myślę sobie: pustynia spiewa. Wagnerowski ton... martwy, pusty dwor. Otworzył butelkę i podał mi wodę... ----------------------------------------- Kładzie mi kompres z chusty afgańskiej mej oryginalnej i patrzy... Czego kurwa ty ode mnie chesz?! Po nocy przychodzi dzień, słoneczny - ze swoją gorączką, mojej nie ma. Został spuchnięty serdeczny, prawy palec i on. Gorzka, czarna kawa zagotowana na ruskim prymusie, dwa kubki. Ostatni chlup śmietany sprawiedliwie wypłukanej do ostatniej kropli z kartonika. Pcham rower na zachód od kiedy Żak sie pojawił. Nie wiem czemu. Sakrum zostało profanum. Wrócę na pustynię sam. Teraz ocean. Wsiąść do łodzi, płynąc z prądem Golfstromu pchany passatami w objęcia Morza Sargassowego... William Wiliis... Niespełnione marzenie, Mój rusek mój One - pchany przez pustynię. Martwe morze stąpi wokoół nas, nadziei brak na wiatr...
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#6 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,082
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 14 godz 45 min 39 s
|
Dzień dobry,
kiedy człowiek umiera, zwiększa się zainteresowanie jego ososbą, o ile kto wie. Co umierający typ ma do powiedzenia, staje się mniej istotne. Pustynia, to dobre miejsce do umierania. Ale nie przy głównej drodze. Wyjebać się w kosmos na przypadkowej minie, każdy glupek potrafi. Pójść w pizdu - ciut trudniej. Tak zrobiłem ja i praktyka pozkazała, że chuja to warte. Mam kolegów, którzy takie samobójstwo popełniają za każdym razem, kiedy ruszają tyłek w teren. Tam - są zupelnie innymi ludźmi. Potem wracają i znowu są sobą... Tam, z dala od domu grali... Fajni aktorzy. Ja tak nie potrafię... Tam jestem sobą, gram na miejscu. To stąd dysonans poznawczy tych, którzy mieli nieprzyjemność. Moja nieprzyjemność, to gra. Tam u was dzień kobiet? To powiedzcie im, niech rodzą dzieci.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#7 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,082
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 14 godz 45 min 39 s
|
Dzień dobry,
Afryka zaczyna się tu, Afryka znana mi z literatury, zwana czarnym lądem. Może to lepiej, że tu rozmieniam ostatnie 100eu...? Wiza do piekła. Normalnie kipiałbym emocjami. Nawet best frend z zaparkowango przed granicą mercedesa czuje, że coś tu jest nie tak, ciągniąc od okienka do okienka, macha zniechęcony reką. Jakby nie chcial jej ostatecznie przyłożyć do tego, co ma mnie spotkać. Nic nie czuję poza jakąś dziwną awersją. Jestem na bazarze z butami... Muszę jakieś kupić, bo nie mam w czym chodzić. Sterty używanych i nowych chińskich... Tak się właśnie czuję. Kupuję, biorę, idę... Inna sprawa, to Franca Żak. Na jego widok szef wszystkich szefów wyraźnie podekscytowany zaprosił go do siebie. Wyściskali się i kiedy ja zaliczałem okienka (5 czy 6) jak na dworcu kolejowym, niósł się dźwięk akordeonu. Widać, że się panowie znają i to całkiem nieźle... Normalnie, to mega atut ale mi jest wszystko jedno. Pomyślalem nawet, by wsiąść na ruska i pojechać samemu. W sensie spierdolić po prostu. Dokładnie w tym momencie dźwięki ucichły i chwilę potem pojawił się Żak. Złapał mnie za rękę i coś pierniczył po swojemu. Wydaje się, że o jakimś aucie. W istocie po kwadransie wylataną do granic białą toyotą corollą zajechał czarny jak smoła jegomość. By się zapakować muszę odkręcać oba koła, co mnie na maksa zniechęca. To ostatnia rzecz na jaką mam ochotę. Nie chcę, dojadę... Nawazibu, Nawazibu... Ni chuja. Smoła szybko sięga po worek z kluczami i sprawnie odkręca kola, w oka mgnieniu. Nie ma sensu prostestować. Wciskam się między nie i rower na tylnym siedzeniu z otwarta klapą. Dopiero teraz tak naprawdę uświadamiam sobie istnienie muru. Wału ciągnącego się na przestrzeni blisko 3000km. Fizycznie go widzę i nie ma opcji, by go przejść. Dociera to do mnie teraz ze wzmożona siłą. Ciasnota w aucie potęguje... Czuję się fatalnie... Spętany, bez możliwości ruchu... I w tym momencie siedzący na fotelu pasażera Żak odwaraca się do mnie i wymachuje swoim kawałkiem gazety. Uwolnić się, uwolnić natychmiast! Stajemy przy kilku chatach rybackich. Wita nas drugi Smoła, potem trzeci. Czuję się jak w Rewie. Przysiadam na ławeczce z widokiem na ocean. Dzieje się coś dziwnego...
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|