Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Kwestie różne, ale podróżne.

Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj...

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11.09.2026, 15:02   #1011
Melon
 
Melon's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Mar 2012
Miasto: Lublin
Posty: 8,154
Motocykl: cz350/ bandit600/ zx12r/ varadero/vfr1200xd
Melon jest na dystyngowanej drodze
Online: 5 miesiące 3 dni 10 godz 24 min 52 s
Domyślnie

Elegancko, kuń to jak motor ino benzyny nie trza ale może być charakterny
Melon jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11.09.2026, 16:30   #1012
Mallory
 
Mallory's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: May 2013
Miasto: Poznan
Posty: 2,568
Motocykl: RD04
Przebieg: kto wie
Mallory jest na dystyngowanej drodze
Online: 4 miesiące 2 tygodni 18 godz 53 min 52 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał Artek Zobacz post
Mongolia.
Pytanie czy koniem czy czym...
Cytat:
Napisał lecchu Zobacz post
A to Robert Kępa, to kolejne alter-ego Darka?
Ja czytam wprost - konno. I lokalizacja użytkownika Robert Kępa po prostu. Czyli we dwóch... choć może nie na jednym koniu, ale kto wie))
__________________
<br>
Kiedy jest najciemniej, wtedy błyska znów nadzieja. Tolkien.
Mallory jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12.09.2026, 09:54   #1013
lecchu


Zarejestrowany: Jul 2010
Posty: 37
Motocykl: nie mam AT jeszcze
lecchu jest na dystyngowanej drodze
Online: 5 dni 3 godz 1 min 18 s
Domyślnie

Czytanie wprost u ElWooda prowadzi wprost na manowce. A wiadomo - o to chodzi...
lecchu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12.09.2026, 14:53   #1014
hOMER
 
hOMER's Avatar


Zarejestrowany: Apr 2013
Posty: 10
Motocykl: x2=4x4
hOMER jest na dystyngowanej drodze
Online: 11 godz 16 min 53 s
Domyślnie

no i tak jak przypuszczałem.... dziad ogarnął jakoś logistykę i przyszło info ze zagranicy od Elwóda

przeklejam jak leci za jego zgodą.
no może nie jak leci bo to taki bełkot był że wymagał nieco przeorganizowania treści oczywiście bez jej naruszania.

zatem zapraszam do opowieści przy kawie:


Pewnie jak odbierzesz info, my będziemy juz w drodze do Tsagaannuur. Tu na zegarze 22.00
Nie wiem w sumie od czego zacząć.
Zatem zacznę od soboty tydzień temu. To wtedy wróble z Przystanku Oliwa rozćwiekaly się, że
mogę... lecieć. Strażnik podjęła decyzję, że leci w październiku do Turcji ze swoimi koleżankami a ja?
Ja mogę sobie polecieć z Cichym i Mario do... Mongolii. To chyba już wiesz.
Dobry żart tynfa wart. Warunek jeden, samo sobie opłacam wsio bez szkody dla budżetu domowego.
Zatem wiadomo było, że chuja gdzie polecę. Co najwyżej do biedry po kasztelana w promocji.
Proforma dopytałem chłopaków.
Jasne. No to drugie proforma.
- Robert, sprawdź czy w ogóle jestem wstanie z wami lecieć i ile by to ewentualnie kosztowało?
Po pół godzinie dostaję info, że mogę lecieć ale tylko w jedną stronę wychodzi 5500... No to dziękuje.
temat załatwiony. Nawet mi powieka nie drgnęła, bo z realem to i tak nie wiele miało wspólnego.
Tydzień wcześniej dzwonił mirmil i pyta się, co robię, co planuję. I tak od trzech lat odpowiadam raz
na pół roku Mirkowi: nic. No bo przecież Hungaria z termami, Budapeszt czy Praga to tylko trochę ciut
więcej od nic ale nie wiele więcej.
No to mając temat z bani wsiadłem na rower w niedzielę i pojechałem odwiedzić wnuki. Na
hacjendzie niespodzianka. Hacjendę zwizytowała szefowa synowej = madame Elizabeth. Eli to
zniszczona przez korporacyjne życie na walizkach Szkotka. 55 lat. W korpo zajmującym się
przenoszeniem duzych firm z miejsca na miejsce - celem optymalizacji, Eli jest druga po Bogu.
Synowa bezpośrednio pod nią.
Eli mnie lubi, bo dwa lata temu na Sylwestra dalismy razem nieźle w palnik a kobita wypić umi. Oj
umi. Mój angielski jak hiszpański. Rzadko uzywam bo nie za bardzo umiem w huszpański ale kiedyś
umialem w niemiecki. W niemiecki nieźle umi Eli więc pilismy i szwargotalismy do rana. ja potem
padlem jak kawka a Eli coś od rana ogarniala zdalnie z Pekinem czy Tokio.
No więc wpadlismy sobie z Eli w ramiona i junior zmuszony został do otwarcia barku. fajnie się gada z
samotną kobitą o dalekich podrozach. Dopytuje mnie jak mirmil, no to jaj jej o tej Mongolii ktorki
esej.
- Kiedy twoi kameraden lecą?
Eli bierze laptop. Możesz lecieć z Frankfurtu mongolskimi liniami, boeningiem dreem tam coś tam.
Wiem, że mogę, to znaczy wiem, ze nie mogę.
- Możesz.
I tu się dzieją pierwsze cuda. Eli ma wylatane ta mongolską linie tysiące mil/ Uśmiecha się
szelmowsko, puszcza mi buskę i rzecze.
- Nr pass bitte.
Ale, że jak…?
2h godziny później mam kupiony bilet za wylatane mile Eli... Latał kilka razy w roku do Pekinu ta linią i
do Japonii. Teraz inny kierunek od pół roku. Australia.
Chłopaki lecą przez Stambuł z Berlina. Oni Turkish ja z Frankfurtu bezpośrednio. W poniedziałek
dzwonię do Cichego i pytam jak zbiórka u Mario wygląda.
W czwartek Mario mnie odbiera w Łasku. Startujemy o 19-tej do Berlina. Chciałem nawet wkręcić

chłopaków, że niby ja z okazji skorzystam i, że z tego Berlina na zachód... Nie kupili tego, choć
zdziwieni byli nie co, kiedy ich na parkingu porzuciłem.
Ale... okazało się, ze mają problem z odprawą on line. Cichy ogarnięty na maksa w temacie a ja
zielony. Pierwszy raz miałem lecieć sam z obcego lotniska. Napisał mi krok po kroku na kartce, co
mam zrobić. Ogólnie zesrałbym się ze strachu ale ratował mnie niemiecki. Zresztą powoli
wchodziłem już w tryb radzenia sobie. Tryb się włącza kiedy jestem sam. To jak naciśnięcie kłami i
otwarcie drzwi, za którymi świeci słońce. Szybko porzuciłem czarne myśli i wyjąłem drugą kartkę, na
której rozpisałem krok po kroku transport koleją do Frankfurtu. W moim przypadku musiało wszystko
zagrać niemal co do minuty, bo jeszcze w poniedziałek kupiłem bilet na tańszą linie. Zielone flix czy
jakoś tak. S-ban na Hauptbanhof, zielony pociąg, S-ban do Wiesbaden i port lotniczy.
Na lotnisku deja vu sprzed 35-ciu laty... Wtedy… nieważne. Mimo wszystko wyglądam na
zagubionego. Koło mnie przystaje śliczna dziewczyna. Odziana jak należy, z plecakiem jak ja. Mój
plecak to kultowy alpinus sprzed 40-stu laty. Nie miałem czasu zorganizować czegoś lżejszego.
Dziewuch z innej, tej nowoczesnej bajki ale bije od niej taka... radość. Stoję i patrzę się przed siebie
jak krowa na pociąg, ona się uśmiecha. To taki uśmiech, który od razu wywołuje pozytywna reakcję.
Odwzajemniam robiąc śmieszny grymas...
- Może pomóc? Zagaduje po angielsku.
Odpowiadam, po niemiecku, że mój angielski jest little little/ Powtarza pytanie po niemiecku. Uff. No
to dukam i pokazuję... kartkę. Kartka rozbraja moja nową koleżankę.
Cud nr 2.Ona tez leci do Mongolii! prowadzi mnie za rekę jak ślepego dziadka. Próbowałem sie
odprawić on line w pociągu i cos mi tam przyszło. Krótka kontrola Emy: jest ok. Pomaga mi sie
odprawić z bagażem, potem jakies bezpieczeństwo, na koniec straż graniczna. Mój czysty paszport
nie wzbudza podejrzeń.
Siadamy razem i tu kolejna niespodzianka. Ema jest Słowaczką więc od razu pryska bariera językowa.
- Teraz już wiem, dlaczego jesteś taka ładna i przesympatyczna!
Coś tam poklikała jeszcze wcześniej by spróbować nas posadzić koło siebie. W każdym razie w
boeningu siedzieliśmy już tak było, w środkowym rzędzie z jakąś panią o mongolskich rysach twarzy
ale elegancko ubrana. Pani po starcie jak tylko byliśmy już blisko słońca ucięła komara i tak niemal
przez 8h lotu.
Ema fajna dziewucha. Ogarnięta na maksa. Leci do Mongolii drugi raz i plan ma konkretny. Plan
wyrywa mnie z butów. Czas nam leci szybciej niż drimlajner pod słońce. Istotne jest, że mamy jeden
wspólny cel. Dojechać do Murun. Uzgodniłem jeszcze w Berlinie z chłopakami, by nie czekali na mnie,
bo ja chciałbym pojechać nocnym pociągiem, wziąć plackartnyj/kupe i spróbować się wyspać jakoś w
drodze, bo to zawsze mój największy problem dla mnie. Wic w tym, że jedna noc już w plecy, a ja
wole cierpieć w pozycji horyzontalnej. Mój pech polega na tym, ze mam problem by wyspać się w
nowym miejscu a tu praktycznie przez pierwsze kilka dni same nowe miejsca i potem na koniach nie
inaczej...
Zatem oboje z Emą jedziemy pociągiem i potem się nasze drogi rozchodzą w Murun, bo Ema
przesiada się tam na... rower. Ema (jeszcze) roweru nie ma. to nie jest dla niej żaden problem. Ona w
ogóle w niczym nie widzi problemu. Kolejne deja vu... Widzę w niej siebie. Studiuje na erazmusie w

Berlinie, ma 24 lata, chciałaby już mieć męża i dzieci. Była już tuż tuż ale ją jej amigo brzydko
wystawił. Z najlepszą koleżanką a Ema już meblowała w wyobraźni wspólne mieszkanie...
Jjak na swój wiek, to się już trochę nalatała.
- A ty...? Dopytuje.
Ja...? Ja... pierwszy raz. Trochę rowerem ale po Polsce kilka razy po Czechach. Jakoś tak nie było
czasu... Chłopaków kiedyś poznałem na beskidzkim szlaku, wtedy różnica wieku wydawała się między
nami większa. Teraz się to zaciera. Cieszę się, że chcieli mnie ze sobą zabrać.
Dalej nie mówię o sobie ale o nich, o ich portfolio. Ema nie może wyjść z podziwu. Z duma
opowiadam o Mario, który robił Mongolie i BAM w 2006, z kolegą, patrolem.
- O rany! Miałam wtedy cztery lata!!
Robert bodaj dwa lata temu spływał jakąś mongolską, trudno dostępną rzeką z kolegą, który z kolei
ma Mongolie w małym palcu, bo jeździ tam od zawsze i w tym roku też był ale autem... jak zawsze.
Emy plan jest taki.
Na lotnisku wymieniamy 100$, na spółę. By mieć za co śmigać po Ułan Bator. Jedziemy autobusem do
centrum, stamtąd na dworzec kolejowy. Trochę czas nas goni ale idzie świetnie. 0 11-stej mamy już
kupione bilety, w tym Ema na rower, którego nie ma. Jedziemy taksi na czarny bazar. Po drodze
wysiadamy by wymienić już konkretnie dolary na tugriki. Ja wymieniam 400 i oddaję 50$ w tychże
wariatach. Ema 500S. Dziewczyna ma wszystko w małym palcu u nogi. Ja tylko asystent. Kupujemy
karty. ja na 20 dni, Ema z większym pakietem.
Na bazarze (ogrom) to ja czuję się jak ryba w wodzie ale dalej udaję ikrę. Sam pomysł Emy z tym
rowerem jest szalony, bo ona sie na rowerach zna jak ja na procedurze odprawy. Wyłapuję to w tri
miga, kiedy docieramy na koniec bazaru. Ona chce nowy rower. Przygląda się jakimś kitajskim,
lśniącym markom bez marki. Wpada w sidły pierwszego Mongoła.
Na razie Ema sobie radzi. Zasadniczo wie, cze go chce ale... Wcześniej obczytała wsio, w głowie ma
listę tego, co jej będzie potrzebne itd ale doświadczenia rowerowego... To, co mnie w niej urzekło to
pełen spontan. Problemami będzie się martwic później, jak się pojawią itd... Skąd ja to znam...
Uśmiecham się sam do siebie. Dobra, musze przejąć inicjatywę, bo to się źle skończy.
- Wstukaj mu w translator pytanie, gdzie są importowane, używane rowery. Podobno takie są. Tego
dowiedzieliśmy się od t=kierowcy naszej taksówki.
Darek... Używany mnie nie przekonuje. to nie rower ma ciebie przekonać, tylko ja
40 minut później Ema staje się właścicielką alumiowego talona na mieszanym osprzęcie (tyl deore,
przód alivio) 27 biegów, koła 27,5 cala. Wszystko chodzi w miarę płynnie. To „w miarę" kosztuje
naszego sprzedawcę 120 000 tugrików. W trzech podejściach. Na bazarze spędzamy jeszcze dobrą
godzinę. Opony 2,2cala. Rama może ciut przyduża ale jest bardzo dobrze. Sprawdziłem po ile chodzą
używki na globusie pl i finalnie udaje się łobuza kupić za 165 000 wariatów.
Pozostałe fanty (dwie dętki na zapas, łatki, pompkę, imbusy itp., to już z marszu. Ema jest szczęśliwa i
dostaję spontanicznego buziaka w policzek. Jeszcze tylko czarny strecz do pakowania.
Ema namówiła mnie na luksus czyli sypialny. Uparła się jeszcze na dworcu i dopłaciła do mojego
"kupe". Mamy komfortowe dwa miejsca tylko dla siebie. Chłopaki lada moment dojadą do Murun i

idą na piwo. Dostaję fotę z nazwą przybytku. Śmieją się, że sam luksus. Pokój dwuosobowy z łazienką,
ciepła woda... Zaszaleli ale są zjebani jak konie po pardubickiej.
Skoro oni na piwo, to ja stawiam mongolskie pół litra i colę dla Emy. Piwo nie najlepiej mi służy po
Czechach
Sarkopenia, cukier... Strzelamy z Emą brudzia.
- Ema... dziękuję. Dzięki tobie czuję się dzisiaj naprawdę młody. Znowu młody!
Chłopakom kart nie odkrywam. Z Emą umówiliśmy się, że w hotelu ja zamelduję się z... rowerem. O
niej nic nie wiedzą. Tymczasem nalewam jej po małych naparsteczkach i snujemy scenariusze, jak tu
chłopaków z tym rowerem podejść. Dziewczyna wpada na genialny plan.
GENIALNY!
Opowiadam jej o podróżach rowerowych z Fazikiem. Jest zachwycona.
Śpi. Padła w końcu. Słyszę jej miarowy, spokojny oddech w harmonii z szumem szyn w tle. Nie mogę
zasnąć ale przynajmniej leżę a nie siedzę.
Wszystko się pięknie układa poza jednym. Zapomniałem wziąć drugi telefon. Przede wszystkim służy
mi do robienia zdjęć ale z moim dzieje się coś niedobrego. Jeszcze w Czechach nagle "zwolnił".
Wszystko otwiera się z dużą pauzą. Wyczyściłem go na maksa ze zbędnej pamięci. Pousuwałem
aplikacje, których tu nie będę używał. Nic to nie dało. Nie ważne... Nad ranem łapię w końcu mocny
sen.
Ema mnie delikatnie budzi...
- Za pół godziny wysiadamy.
Cdn.
hOMER jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12.09.2026, 16:18   #1015
Mallory
 
Mallory's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: May 2013
Miasto: Poznan
Posty: 2,568
Motocykl: RD04
Przebieg: kto wie
Mallory jest na dystyngowanej drodze
Online: 4 miesiące 2 tygodni 18 godz 53 min 52 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał Mallory Zobacz post
Ja czytam wprost - konno. I lokalizacja użytkownika Robert Kępa po prostu. Czyli we dwóch... choć może nie na jednym koniu, ale kto wie))
Cytat:
Napisał lecchu Zobacz post
Czytanie wprost u ElWooda prowadzi wprost na manowce. A wiadomo - o to chodzi...
Tyle, że to nie tekst a konto jakiegoś kolesia i ślad na garminie. Czyli się podłączył do kogoś i chyba wychodzi, że faktycznie jednak))
__________________
<br>
Kiedy jest najciemniej, wtedy błyska znów nadzieja. Tolkien.
Mallory jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Wczoraj, 08:57   #1016
hOMER
 
hOMER's Avatar


Zarejestrowany: Apr 2013
Posty: 10
Motocykl: x2=4x4
hOMER jest na dystyngowanej drodze
Online: 11 godz 16 min 53 s
Domyślnie

Koleś Cichy vel Bruber to w rzeczywistosci uczestnik z wypadu Szlakiem Grąbczewskiego jeśli kojarzysz....

a tymczasem borem lasem bobaki podesłały kolejne telegramy zza Uralu!
więc wedle poprzedniej zasady podklejam. Chyba mają tam całkiem niezłego interneta... czasami... bo i czasem jakie foto dostaję :-)



Czeka nas łączenie... rodzin.
W Erdenet ekspresowa przesiadka do jakiegoś minibusa. Rower Emy elegancko spakowany i po
przeglądzie. Szczególną troskę poświęciłem hamulcom. Hydrauliczne tektro zatem standard.
Dokupiliśmy na bazarze dwa komplety klocków ale zostałem przy starych bo były praktycznie nowe.
Drobna regulacja naprężenia linki tylnej przerzutki miała miejsce jeszcze na dworcu, podobnie
przegląd hamulców.
Przejechałem się rowerem i spokojnie mogłem demontować koła. Zanim jednak w strecz szybki
montaż i finalny demontaż przez Emę.
To ogarnęliśmy na dworcu. W pociągu na przednim kole wymianę dętki i łatanie.
Ema jak wzorowa uczennica. Potem zostałem dziadkiem.
Strzałem w dychę były ekspandory i jeden pas transportowy.
W każdym razie od wysiadki z pociągu, do Murun jechaliśmy już po niecałej pół godzinie. W tym
czasie chłopaki jeszcze spali a naszym zadaniem (znaczy moim) było dotrzeć do BISHRELT HOTEL koło
południa.
Nie pamiętam, jak Ty hulałeś po Mongolii ale droga do Murun wypas. Praktycznie dopiero teraz
podivam okolice. No ładnie jest. W zamierzchłych czasach, kiedy ja zmierzałem do Mongolii (2007) to
krajobraz wyglądał zupełnie inaczej. To jak dwa światy. Jeszcze dzisiaj będę to konfrontował z
ciekawości z doświadczeniami Mario.
Tymczasem Ema opiera się (a może bardziej wtula) o moje ramie i przysypia. Obejmuję ją czule
ramieniem, dłoń opieram o jej ramię i zaczynam się trochę o jej tu przyszłość troskać. Chciałbym mieć
taką zaradną wnuczkę (na moje absolutnie nie narzekam). Nie wiem... mam wrażenie, że to moja
Marysia tylko jużâ€Ś duża. Zaczyna mi pracować wyobraźnia... jak ona sobie 'tam" poradzi...? Bardziej
myślę o niej niż o tym, co mnie czeka.
STOP. Przestań się martwić! Dziewczyna sobie poradzi i już! Żadnych złych emocji. W końcu
zmierzamy do serca mongolskiego szamaństwa. Znaczy ja. Tu każdy detal ma znaczenie. Pewnych
rzeczy nie wolno robić, myśleć... Będzie dobrze, bo jest dobrze i już.
Kurde molek. Czuję emocje w powietrzu
Docieramy do hotelu. Nie muszę szukać chłopaków. Grasują przy toyocie LC 100 zaparkowanej przed
frontem. Prowadzę (złożony przez Emę) rower lewą ręką, prawą trzymam lewą Emy. W końcu Cichy
podnosi wzrok... Zaraz potem Mario. Nie potrafię opisać ich miny.
- Dziadku, czy to Robert i Mario, twoi przyjaciele?
Tak kochanie. To jest Robert - kierownik ds kierowania kółkiem a to Mario, z-ca kierownika. Ema po
kolei obejmuje każdego i daje buziaka w policzek.
Teraz kolej na mnie. Solidne niedźwiedzie i spontaniczna radość.
Wszystkiego się spodziewali, nie do końca wierzyli, że dojadę, że...
- Elwood... Aaaa... Cichy macha ręka. Chodźmy na browara!
Mario patrzy na mnie... Ema na nas. Jej uśmiech, jak ten z frankfurckiej sali odpraw, budzący mocno
pozytywne emocje - robi swoje.
Obejmuje mnie ramieniem, przytula się do mnie i strasznie rozbrajająco pyta:

- Zabierzecie mnie se sobą...?
Mario z Cichym niemi jak traperzy, którzy dotarli do swojego Klondike tylko…
Temu wszystkiemu przygląda się jakiś emerytowany starszy pan. Podchodzi do mnie, przedstawia się.
Cały obwieszony medalami jak ruski weteran wojny ojczyźnianej. Jeszcze szkoła radziecka. Zwraca się
do mnie:
- Paliak? Gawarisz pa ruski?
Siadamy na chwilę w hotelowej restauracji, zamawiamy po piwie. Jeszcze tylko kwestia pozwoleń ale
to formalność.
Wczesnym popołudniem ruszamy do Guransajchan.
Jak się ogarnę, to podeślę Ci kilka zdjęć. O publicity nie musimy sią martwić. Dosiadł się do nas
gwiazdor... mongolskiego bakpakerskiego jutuba. Cichy ma namiary, później podam. Mamy z nim
sefie z trasy, będziemy sławni. Ale o tym w kolejnym odcinku.
hOMER jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Wczoraj, 22:26   #1017
hOMER
 
hOMER's Avatar


Zarejestrowany: Apr 2013
Posty: 10
Motocykl: x2=4x4
hOMER jest na dystyngowanej drodze
Online: 11 godz 16 min 53 s
Domyślnie

jeszcze jeden przekaz trafił więc puszczam na świeżo!


Żart się udał do tego stopnia, że zadziałał w druga stronę. Teraz mam wnuczkę dużą.
Emy nie zabieramy. Przez chwilę coś jej tam zaczęło świtać ale baba z wozu itd. Spakowałem ją w 15
minut i pojechała z naszym błogosławieństwem na północ do Chatgał.
My do landcruisera i tak jak widziałeś w zapisie tracku Cichego. Nie załatwiamy ostatecznie żadnych
pozwoleń. Jakieś 40km asfaltem na północ potem cały czas pod górę. Dwie przełęcze i zjazd do Ułaan
Uuł. Dalej skrajem kotliny już nad Cagaanuur. Do przełączy względny szuter tylko lokalnie tarka.
Potem już gorzej. Jak popada to musi tu być niezła jazda. Teren w nasze skali typowo 4x4.
Wg lokalnej dla Piriusa.
Trochę szkoda, że kotlinę jechaliśmy już po ciemku. Można by rzec - klasyczna mongoliada. Poza
dwoma postojami na żarcie wiele razy stawaliśmy, bo na dachu luzował się kanister ze 100 litrami
benzyny. Kiedy słońce już zaszło nasz kierowca dopiero spiął go z bagażnikiem taśmą
transportową...
Elegancko filmował to tuber Ochirro`s World.
Jeszcze epizod z Murun.
Robert jest naszym głównym logistykiem, bo zna angielski. Zatem wynajem LC 100 spadł na jego
barki. Właścicielka (chyba) hotelu szybko podstawiła nam gościa, co zaproponował elegancko 500
000 wariatów. Bez szans, to podstawili drugiego, niby konkurencja (bodaj) 350 000. Stosujemy tu
prosty przelicznik. Ścinamy tysiąc i wychodzi w złotych. Pojechaliśmy za 250 000.
Robert jest też głównym logistykiem bo zna Piotra. Piotr jest mongolskim szefem wszystkich szefów.
Znaczy polsko-mongolskim. Ileś lat temu znany mongolista pan Uryn pisał pierwszy ładny przewodnik
po Mongolii. Chyba każdy go czytał. Pan (Bolesław?) Uryn konsultował terminy z naszym Piotrem. My
Piotra też znamy ale Robert lepiej, bo dwa lata temu spływali razem jakąś rzeką. Prawdopodobnie
nikt ją nie płynął wcześniej. Gdybym jam płynął z nimi napisałbym, że na pewno nikt tego przed nami
nie zrobił.
Kolega Piotr był tu m-c przed nami, odwiedzając swojego dobrego znajomego nad Cagaan nuur,
którego poznał 15 lat temu, jak tu był.
Dlatego dzisiaj zapakowaliśmy się z całą jego rodziną do buchanki i pojechaliśmy zapoznać/okiełznać
konie na letnim pastwisku i tu już zostajemy. W sensie do jutra, bo jutro już siadamy na konie i
jedziemy z dwoma myśliwymi. Pierwotnie mieliśmy jechać z synem kolegi Piotra ale on nie mówi po
angielsku. Nie mówi też po rosyjsku. Najlepsze, że nie mówi też po mongolsku ale... rozumie mój
węgierski.
Jaki ten świat mały...
Korzystając z zasięgu dopytałem kolegę Piotra na łotsapie w co my się właściwie pakujemy z tymi
końmi, bo Cichy jak to Cichy - milczy.
No więc pojedziemy na tych koniach na zachód, w klasyczne mongolskie pizdu. Gdzieś pod granicę
ruską przez góry. Odpaliłem google earth i lukam w ten teren i tu nic nie ma. W sensie żadnej ścieżki,
nic. Tajga w wydaniu lokalnym czyli modrzewiowa monokultura.
Jeszcze o koniach.Mi przypadł biały plus konie transportowe i konie myśliwych. Moim zdaniem i
Mario za dużo ale ja się na koniach w ogóle nie znam. Siedziałem na koniu trzy razy w życiu. Pierwszy

raz jak się wspinałem na nocnik po drabinie. Drugi w Kirgistanie w 2008. Dopiero trzeci raz
(Afganistan 2010) jechałem. Z dobre 100m pokonywałem konno brod.
No i jutro. Dzisiaj oglądałem konie w blasku słońca. Pogoda zaprawdę nam dopisuje. Ten mój biały to
prawie Arab. Dostaniemy siodła ruskie. Z drewnianym szkieletem ale poduszką czy jakoś tak. Pytam
się naszych koniuszy dwóch, co to będzie... W sensie z moim tyłkiem, udami... Od minionego
poniedziałku codziennie robiłem przysiady w seriach. Teraz mnie jeszcze do tego nogi bolą.
W sumie z tego wszystkiego to ja nic nie wiem. Trochę ogarnąłem geografię terenu, zrobiłem mały
spacer z naszego aułuu na hopkę, która rzuca nam cień od południa. Panoramy bajeczne Homer.
Bajeczne.Zasięg zapewne stracimy wchodząc w zachodnie pasmo. Zapewne gdzieś trafimy na
Cagaanów przemieszczających się ze swoimi charakterystycznymi namiotami przypominającymi tipi.
Jedno wiem. W ten teren komercyjne wycieczki się nie zapędzają. Za trudny i niebezpieczny.
No i ta wiedza mi wystarczy.
hOMER jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Dzisiaj, 14:24   #1018
hOMER
 
hOMER's Avatar


Zarejestrowany: Apr 2013
Posty: 10
Motocykl: x2=4x4
hOMER jest na dystyngowanej drodze
Online: 11 godz 16 min 53 s
Domyślnie

się dziadek rozpisał..... a miał już kończyć
teraz wjechali już w góry wiec bedzie pupa z zasięgiem.
Pozostał jeszcze wprawdzie kontakt przez Garmina ale to szczątkowo można słać takie info

Fot póki co jak na lekarstwo ale podejrzewam że elwood zrobi jakąś relacje z tego pewnie w jakimś odrębnym miejscu, więc tymczasem przeklejam jego korespondencję do mnie byście mogli wczuć się w klimat...

A kto terenów tamtejszych nie zna a chce je poczuć to wrzucam fragment mojego filmu sprzed laty z tamtych okolic gdzie się kierują...
W prawdzie ja dotarłem najdalej jedynie do Tsaagannuur bo lato było zbyt mokre. Oni zaś tam zaczynają swoją prawdziwą przygodę.
Autem to nie to samo. Musiałem uciekać nad piękne Chubsuguł po jego prawicy. Tam w sumie też nie było lekko co zaraz zobaczycie.

- druga połowa filmu (gdzieś od 10 minuty)

https://youtu.be/sPLuJrKCHkg?si=2MA--el4raUccfLu&t=625

a tymczasem puszczam list kolejny:

Jeszcze coś rzutem na taśmę.
Wczoraj chłopaki poszli wyjątkowo wcześnie spać. Zaraz po 19-tej. Ja zaś wpadłem w oko stryjowi
jednego z naszych przewodników. Wywołał mnie do rodzinnego geru, przysiedliśmy przy kozie,
naprzeciw siebie. Wyjął ichnią wódkę (masz ją na zdjęciu w sensie gatunku) i nalał mi do czarki,
bacznie mnie obserwując.
Czułem, że to nie jest zwykły gest. Ja podobnych egzaminów w życiu już przeżyłem kilka. Jeszcze
kiedy się organizowaliśmy, łatwo mi się było odnaleźć w ten nowej sytuacji. najpierw był klasyk:
- Chłopaki, w czym mogę pomóc?
Nie przeszkadzaj, rzuca z uśmiechem Robert.
To wtedy miałem okazję pogadać z dobrą godzinkę ze stryjem. Nie pomnę jego imienia. Starszy gość.
W jednej z uwag zażartowałem, że ja tu wiekowy starszyna i moi towarzysze szanują ten fakt,
zwalniając mnie z obowiązku/przyjemności szykowania koni itp. Pierwotnie przydzielono mi konia
białego ale stryj powiedział, że to nie jest koń dla mnie. W sensie zbyt narowisty i non osobiście
poleca mi "tego", który niczym się dla mnie nie wyróżniał. Przeprosiłem go na chwilkę i poszedłem po
flaszkę, która mi została po wspólnej konsumpcji z Emą. Zostały ze 3 setki. Wypiliśmy w tradycyjny
sposób. Nalałem mu do robertowego kieliszka. To taki skórzany, gruziński "dzbanek", którego
obecność pierwszy raz doświadczyłem na Szlaku Grąbczewskiego. Wchodzi do niego ponad 50gr.
Nalałem do pełna. Wypiliśmy po jednym, w tradycyjny sposób. Stryj zamoczył najpierw serdeczny
palec do dzbanka potem strzepnął mokrym palcem w górę i w dół. Nalałem sobie i powtórzyłem gest.
Rozmawialiśmy po rosyjsku. Szło nam o tyle dobrze, że poziom znajomość tegoż była na podobnym
poziomie. Cały czas mi się przyglądał, patrząc prosto w oczy. W pewnym momencie skomentował:
- Ty masz nasze oczy.
Rozmawialiśmy o rodzinie. Z szacunkiem się odniósł do faktu, że mam już troje wnuków. Nazwał mnie
"owgon aw". W wolnym tłumaczeniu taki ichni dzieduszka. Moje oczy wpadły mu w oko, to już wiesz
ale powiedział jeszcze coś. Bym wieczorem nie kładł się spać, zabierze mnie na krótką wycieczkę.
Kiedy chłopaki poszli spać, przed dwudziestą przyszedł po mnie jeden z naszych przewodników.
Zrozumialem tylko jedno hasło: owe owgon aw. Wyszedłem z nim na majdan.
Koniec doliny spowity w mroku, gdzieś po okolicznych hopach resztki pomarańczowej poświaty. Coś
wisiało w powietrzu...
Dosiedliśmy dwa konie, kulbaczone tradycyjnie. Przewodnik pomógł mi dosiąść mego i polecił mi
gestami, bym nic nie robił. To znaczy tak to odebrałem i słusznie. Dosiadł swojego i ruszyliśmy. Mój
koń posłusznie jechał sam za pierwszym. Jechaliśmy długo. To znaczy około 45 minut? Nie wiem. W
ciszy, lekko się wspinając potem schodząc. Oczy mi się szybko przyzwyczaiły do ciemności. W tle
gdzieś nagle zamajaczyły dwie jurty.
Zsiedliśmy z koni (przewodnik mi pomógł) i kiedy już mieliśmy wejść do jurty nagle zawyły wilki...
jakoś tak... przejmująco. Rozszczekały się psy. Przewodnik stanął jak wryty, uchylił wojłok, pokazał mi
tylko gestem pierwszeństwo i... zniknął.
Zanim wszedłem, spojrzałem w niebo nad horyzontem. Nie wiem, szukając wilków w bajkowym
wymiarze na tle księżyca...? Ten właśnie zachodził będąc w fazie młodego, przypominającego mi...
arabską bródkę. Zachodził szybko niczym znikający w otchłani tajemniczy don Pedro.
Przekroczyłem próg jurty i nagle wszystko ustało. Cisza.

Na przeciwko siedział szaman. Nie widziałem jego twarzy ukrytej pod opadającymi na lico czarnymi,
przyozdobionymi na końcu gęstymi frendzlami zwisającymi z nakrycia głowy. Na sobie miał płaszcz ze
skóry z mnóstwem jakiś detali, wstęgami z kawałków skóry, wisiorków, dzwoneczków z okrągłym
zwierciadłem w centralnym miejscu.
Byliśmy sami.
Nie pierwszy raz miałem okazje być goszczony w jurcie, więc ogólnie wiem jak się zachować. Szaman
wskazał mi miejsce po mojej lewej. Mój największy problem to... siad po turecku. Moja mobilność w
stawach biodrowych jest legendarna. Jest już troche lepiej niż kiedyś bo mocno nad zwiększeniem
ruchomości ostatnio pracuję, jak z tymi przysiadami...
Pamiętam dobrze początek i koniec. najpierw byłem obserwowany (chyba), trwało to wieki całe.
potem zadzwonił któryś z licznych dzwoneczków, bo zostałem poczęstowany czajem. Tym
tradycyjnym, który bardzo lubię. Tłuste mleko podgrzewane z kilkoma liśćmi herbaty, całość
posolona. W mojej domowej kulturze zawsze solono zupę mleczną np. ZAWSZE. Tak zostałem
nauczony i nie wyobrażam sobie słodkiego mleka. Oczywiście odebrałem czarkę prawą ręką,
podpartą lewą itd. Piłem powoli, z przyjemnością nic nie mówiąc. Czarkę postawiłem przed sobą.
Cisza...
Mija minuta (?), nie wiem, może dwie, dwie i pół czas nagle zwolnił. Wyraźnie zwalniał w trakcie
dalszych obrzędów. Gdzieś odlatywałem z prędkością światła a wiadomo im szybciej się
przemieszczać tym wolniej płynie czas...
Zanim nastąpił pełny odlot szaman wręczył mi buteleczkę z tabaką, którą najpierw sam wciągnął do
nosa. W tych moich niezdarnych łapach na zwiniętą dłoń w kielich wysypałem prawie połowę jej
zawartości. Nic to... Wpakowałem wszystko do nosa i tyle.
Tu muszę dodać, bo chyba Ci tego nie opowiadałem, że mam wyjątkowa nadwrażliwość na tytoń.
Kiedyś w TJK tak się zatrułem betelem, że po chwili euforii zdychałem potem 4h.
Ja po prostu nie palę, nie narkotyzuję się itp. Byłem wielokrotnie częstowany opiatami, zawsze
odmawiałem. Tytoń wciągnięty nosem to zachowanie graniczne. na Kaszubach powszechne zjawisko,
ja jednakowoż unikam.
Były bębny i rozmowa/śpiew z duchami. Nic nie rozumiałem, bo monolog szamana prowadzony był w
lokalnym dialekcie. na mnie chyba zaczął działać tytoń więc odlot był pełny na szczęście to nie betel
ale przyszedł moment, w którym moje oczy musiały się rozszerzyć do perskich rozmiarów.
Było to po transie szamana. Po nim odsłonił frędzle i zobaczyłem... stryja. Stryj przeszedł na rosyjski.
Nie wiem... Doznałem czegoś na wzór namaszczenia. Stryj powiedział, że wchodząc do jurty wiedział,
że jestem pod ochroną, że miałem już taki obrzęd za sobą. Zostałem obdarowany rzemieniem na rękę
i rozmowa stała się luźniejsza. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ja nic nie mam w zamian. Stryj/szaman
dokładnie widział moja rozterkę, przyglądał mi się z... zaciekawieniem.
Dostałem kiedyś od zacnego kolegi 6-tą klepkę. Nie znasz go. Dwa razy nie dojechał na Biesy i już nie
dojedzie, bo Biesów nie ma
Niestety gdzieś mi się ta klepka z egzotycznego drzewa zagubiła na jednej z moich rowerowych
eskapad. Zrobiło mi się przykro i wykonałem sobie erzatz z modrzewia. Z deski podłogowej 22mm, po
której chyba jeszcze nie miałeś okazji stąpać. Wyciąłem klepkę, przewierciłem otwór i przetkałem

solidnym rzemieniem. Żeby było ciekawej, owe modrzewiowe deski kupiłem od... Chakasów. Mieli
spory skład w Pruszczu Gdańskim ale już nie mają. Chakasi oczywista na rosyjskich paszportach. Teraz
przez taki modrzewiowy las będziemy jechać konno.
Rozpiąłem polar, zdjąłem z namaszczeniem klepkę i położyłem ją przed stryjem, krótko streszczając
ową historię.
Chakasja graniczy z Tuwą skąd obrotni Chakasi ciągnęli modrzew do PL. Można by więc napisać, że
klepka zaliczyła długą podróż i wróciła do macierzy. Zrobiło to na stryju wrażenie.
- Są przy tobie trzy kobiety. Bardzo silne. Dbaj o nie owgon aw. Jest też dwóch bardzo złych ludzi.
Bądź ostrożny i słuchaj. Słuchaj otoczenia, nic nie musisz mówić. Wróciłeś do domu.
Poświęcił mi jeszcze z dobrą godzinę opowiadając o swoim narodzie i zmianach, które są
nieuchronne. Są złe. Odebrano Darchatom i Duchom tożsamość. W 2011-tym roku zakazano
polowań, noszenia broni etc. Rekompensata pod postacią zasiłków jest tylko gwoździem do trumny
ale... to już jak się spotkamy, to pogadamy. W każdym razie w zachowaniu naszych przewodników
odnotowałem istotną zmianę, na pewno wobec mnie.
A teraz wracając do Tajgi zachodniej, którą będziemy eksplorować - ciekawostka. Nie uwierzysz...
Kiedy tylko zniknęliśmy "za rogiem" przy pierwszym pokonywanym strumieniu, mój koń schylił się, by
napić się wody i ja, bujający w tym czasie wysoko w chmurach wypadłem z siodła i przelatując przez
koński łeb wylądowałem w wodzie!
Ale nie tylko ja spadłem z konia. Wszyscy jak jeden, razem z naszymi przewodnikami także! Tylko ze
śmiechu. Trza było zrobić przymusowy postój i co...?
Stryjeczny wyciągnął to, co widzisz na zdjęciu. Tak, że ten, musiałem się wysuszyć To już naprawdę
ostatni tekst tymczasem zaraz stracimy zasięg.
7 koni, dwa psy, dwóch przewodników, jedna strzelba (jak to u nas na Podlasiu, skomentował Robert,
w temacie zakazów) i my. Przed nami 10 dni mega przygody.
Achooj!
Załączone Grafiki
Typ pliku: png mong03.png (978.4 KB, 2 wyświetleń)
hOMER jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Dzisiaj, 17:41   #1019
chomik
Administrator
 
chomik's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jun 2007
Miasto: Bałtyk
Posty: 4,072
Motocykl: RD03 2xRD07a
Przebieg: 666
chomik jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 2 tygodni 1 dzień 4 godz 19 min 2 s
Domyślnie

Miód, malina się czyta. Piękna opowieść.
chomik jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz


Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:51.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.