Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04.03.2022, 19:42   #27
Dredd

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jan 2017
Miasto: Warszawa
Posty: 308
Motocykl: nie mam AT jeszcze
Dredd jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 4 dni 2 godz 35 min 53 s
Domyślnie

Odcinek kolejny

Na granicy kolejka, ale udaje się trochę przyspieszyć Celnicy tureccy dają nam radę, aby nie afiszować się z pieniędzmi, bo będą chcieli nas oskubać. Potwierdzają informację, że wiza kosztuje 11 dolarów. Przestrzegają jednak mówiąc coś, że jest niebezpieczenie i powtarzając ISIS. Próbujemy zatem wjechać do Nachcziwanu. Tutejsi celnicy na początku kazali nam czekać. Dopiero gdy się upomniałem, któryś z nich stwierdził, że wiza kosztuje ok. 65$, trzeba zapłacić i jechać do jakiegoś urzędu już w Nachcziwanie. Tam trzeba odczekać 3 godziny i dostaje się wizę. Cała rozmowa toczyła się zaś w bocznym korytarzyku tak, by nikt postronny jej nie słyszał. Przekazałem te informacje żonie i nie zdecydowaliśmy się na jazdę do Nachcziwanu. Jedziemy w kierunku kolejnego przejścia z Iranem do Kapikoy czyli kierujemy się na Wan. Widoki cały czas ładne, jednak bardzo dużo wojska i policji. Częste blokady na drogach z betonowymi zaporami poustawianymi tak, że nie da się ich sforsować, tylko trzeba przejechać slalomem. Do tego stanowiska karabinów maszynowych i wieżyczki strzelnicze. Droga kluczy pomiędzy górami, na dość bliskich szczytach leży śnieg. Największa wysokość, jaką udało nam się osiągnąć to 2600 m.n.p.m.
Zaczyna się zmierzchać. Docieramy do miejscowości Caldiran i szukamy tam noclegu. GPS jednak nie pokazuje niczego. Udaje nam się spotkać gościa mówiącego po angielsku, co jest tu rzadkością. Okazuje się, że jest lekarzem. Radzi, abyśmy nie nocowali w tej miejscowości, bo tu jest niebezpiecznie, z racji bliskości z jakąś górą. Powiedział to takim tonem, jakby każdy wiedział o co chodzi i nie było z czym dyskutować. Przestrzegł kategorycznie przed podróżowaniem nocą, bo wtedy można natknąć się na uzbrojone bandy.
- Jedźcie lepiej do Muradiye, tam jest bezpiecznie i jest hotel. To jest mój numer telefonu – jeśli będziecie czegoś potrzebować, dzwońcie.

Wcale nie uśmiechała mi się już dalsza jazda. Byliśmy zmęczeni, było zimno, a w dodatku na niebie zawisły paskudne ołowiane chmury, które nie wróżyły niczego dobrego. Na szczęście obyło się bez deszczu – spadło tylko kilka kropel i udało nam się dotrzeć do Muradiye. Nie możemy znaleźć hotelu. Zapytane o drogę nastolatki w burkach, uciekają z nerwowym chichotem. Trafiamy wreszcie do Gokdem Royal Hotel – prawda jaka ładna nazwa? Cenowo też trochę drożej niż wcześniej – po targowaniu, które dziś nazywa się negocjacjami, staje na 180 Lirach. Idziemy coś zjeść na miasto, co okazuje się wcale nie takim łatwym zadaniem. Czujemy się trochę dziwnie, bo wiele osób mówiło nam, żeby bardzo uważać, że po zmroku jest niebezpiecznie. Policja jeździ po mieście w opancerzonych samochodach. Jest wczesny wieczór, ale już ciemno (zmrok zapada tu dość wcześnie, tj. po 19:00), miasto wydaje się wymarłe. Bardzo mało ludzi na ulicach, w witrynach sklepowych pozaciągane rolety antywłamaniowe. Czujemy się z tym bardzo dziwnie. Przywykliśmy do innej Turcji: żywej, głośnej, roześmianej. Znajdujemy otwartą knajpkę, w której jesteśmy jedynymi gośćmi. Wciągamy jakiegoś kurczaka z sałatkami, który okazuje się całkiem smaczny. Wracając do hotelu przed 21 nie spotykamy na ulicy prawie nikogo.



58.jpg



59.jpg



60.jpg



61.jpg



62.jpg



63.jpg



64.jpg



Rano mamy dość niecodzienny widok z okna Wciągamy śniadanie w hotelowej jadalni pełnej ludzi mówiących po rosyjsku. Musimy ogarnąć jeszcze wymianę pieniędzy oraz wydrukowanie wiz Irańskich z telefonu. Niby mamy wydruki zrobione jeszcze w domu, ale na wizie Ani przybili już pieczątkę, a są to wizy jednokrotne. Dlatego w mojej głowie zrodził się szatański plan ponownego wydrukowania wizy. Przecież nikt się nie zorientuje…



65.jpg




Kierujemy się w stronę małego przejścia w Kapikoy. Nagle pojawiają się (raczej niespotykane w Turcji) nierówności drogi, do tego na łuku. Omijając je, wpakowałem się w taką dziurę, że zastanawiałem się, czy motocykl to wytrzyma i czy się nie wyłożymy. Jakimś cudem utrzymałem motocykl w pionie, natomiast łupnięcie było tak duże, że otworzyły się obie pokrywy kufrów, co wydawało się niemożliwe. Zatrzymałem się sprawdzić ewentualne uszkodzenia, ale okazało się, że Harley to twarda bestia i wszystko w porządku. Na granicy standardowe pytania: jaka pojemność. Nijak nie chcieli uwierzyć w 103 ccm Powiedziałem, że mogą sprawdzić w internecie, ale nie na żadnych lipnych stronach, tylko na stronie producenta, tj. Harleya. Byłem święcie przekonany, że na amerykańskiej stronie pojemność będzie podana wyłącznie w calach. A tu psikus: oprócz prawidłowej pojemności w cu.in. w nawiasie małym drukiem napisane było 1690 ccm. Niestety, nie udało się! Odesłali nas na przejście w Essendere/Seru. Wracamy.

W Wan stajemy coś zjeść. W knajpce spotykamy mówiącego po angielsku, bardzo sympatycznego taksówkarza. Pytamy, dlaczego tak mało osób mówi po angielsku. Mówi, że dzieciaki mają w szkole angielski, ale nie chcą się go uczyć. Na puszkach coca – coli utrwalony jest słynny kot z Wan.



66.jpg



67.jpg



68.jpg



69.jpg



70.jpg



Po drodze zostajemy zaproszeni przez dwóch starszych, eleganckich Kurdów na herbatę przy sklepie. Zaprosili także do stolika wyglądającego na biednego człowieka. Co nas uderzyło, zwracali się do niego z ogromnym szacunkiem. Pytali o Kurdystan, czy nam się tu podoba.
Podczas tankowania okazuje się, że z jednego amortyzatora przedniego cieknie olej. Musiał uszkodzić się, gdy wpakowaliśmy się w dziurę. Pracownicy dają nam firmowe chusteczki i ręcznik, który jeździ z nami do dzisiaj. Kolejny raz mówią nam, że tu jest niebezpiecznie i musimy uważać. Pomimo wycieku decydujemy się jechać dalej – uszczelniacz wymienimy w Iranie.
Po drodze widać bardzo dużo uzbrojonego wojska i policji.



71.jpg



72.jpg



73.jpg



74.jpg



75.jpg



Docieramy do granicy. Trochę jesteśmy zestresowani, bo to nasza ostatnia szansa na wjazd do Iranu. Znowu jesteśmy rozdzieleni – ja jadę motocyklem, a żona przechodzi jako pieszy. (Jest świńską szowinistką i nie pozwoliła mi napisać: piesza. „Sam jesteś: piesza!”).
Przejście pomiędzy granicą turecką, a irańską jest jak zderzenie dwóch światów: z jednej strony elegancja i porządek, z drugiej odrapane ściany, bałagan i ogólny chaos. Rzucają się w oczy wielkie czapki celników i brak uśmiechu.
Latam załatwiać jakieś papiery – od Kajfasza do Annasza. Dobrze, ze pomaga mi jakiś „majfirend” (oczywiście nie za darmo), bo inaczej byłoby kiepsko. Odnoszę wrażenie, że tego typu pomagacze mają układ z celnikami i nieraz specjalnie tworzone są trudności w załatwieniu najprostszej rzeczy, aby trzeba było korzystać z ich usług. Bariera językowa nie ułatwia zadania Szczęście, ze to nie jest majątek, więc nie ma nad czym specjalnie się rozwodzić.
Harley (pomimo, że nie ma na nim znaczka) budzi powszechne poruszenie. Każdy, ale to każdy(!) chce na nim usiąść, zrobić sobie zdjęcie. Nieraz nie mam jak położyć ręki na manetce, bo już jest tam co najmniej ze dwie cudze. Nieopatrznie pozwoliłem usiąść jednemu celnikowi, który nie wiadomo po co, zdejmuje motocykl ze stopki. Pokazuję mu, żeby tego nie robił, ale nie słucha. Trudno, kawał chłopa (prawie 2 metry i ze 120 kilogramów), więc poradzi sobie z masą. Jednak nie – 380 kg Harleya go pokonało. Ponieważ motocykl przygniótł mu nogę, obyło się bez strat w sprzęcie.

Tymczasem celnicy biorą Anię w obroty:
- jaka jest pojemność motocykla?
Śmieje się i mówi: nie wiem.
- jak to nie wiesz?
- no tak to. Jestem babą, znam się na gotowaniu, a nie na motocyklach.
Zyskała tym w ich oczach. Teraz oni się śmieją:
- dobry materiał na żonę!
Niestety u mnie to samo i pomimo, że wiję się jak piskorz, żeby obronić wersję: pojemność 103, coraz marniej mi idzie. Wreszcie wpada jakiś oficer:
- idziecie do lekarza na badanie. Zobaczymy czy mówicie prawdę z tą pojemnością!
Niech to szlag! Czeka nas wariograf! Do tej pory znam to tylko z teorii, nawet nie widziałem takiego urządzenia na oczy. Najpierw jednak lekarz mierzy nam ciśnienie krwi. Mam wysokie, moja żona też.
Nic dziwnego: pierwszy raz w życiu będziemy badani wariografem.
Pan doktor robi sobie z nami zdjęcie do swojej kolekcji. Raczej nie wypadamy najlepiej, bo miny mamy na bank niewyraźne.
A teraz…

.
.
.
.
.
.

Koniec! To było całe badanie. Jak się szło domyślić- niczego nie dowiodło. Celnicy dalej deliberują, jednak nie chcą nas przepuścić. Mówią, że taką decyzję może podjąć tylko „boss”, a on pracuje na pierwszą zmianę i już go nie ma.
- Trudno. Wracamy do Turcji, a zjawimy się jutro.
- Nie ma potrzeby. Już zmierzcha, a lepiej nie jeździć po zmroku. Prześpicie się u nas. Niedaleko jest meczet – proszę to klucze do niego. Zamkniecie się od środka.
- Hmmm… No dobra. A o której jest pierwsza modlitwa?
- co?
- no o której musimy opuścić meczet, żeby ludzie mogli się pomodlić rano?
- nie ma problemu. Nikt z niego nie korzysta.



76.jpg



77.jpg



Motocykl zostawiliśmy w jakimś zamkniętym magazynie, bo po tym co się działo wcześniej, zostawienie go na parkingu nie wchodziło w grę. Wiąże się to z koniecznością wypełniania kolejnych papierów, których naprawdę już mam dość.
Tym sposobem spędziliśmy naszą pierwszą noc na irańskiej ziemi. Przedtem jeszcze zjawili się celnicy – przynieśli nam jedzenie i picie. Zamknęliśmy drzwi od środka, rozłożyliśmy na miękkiej podłodze prześcieradło i w kimę. Mnie sen był bardzo potrzebny, bo moje przeziębienie od kilku dni dawało mi się we znaki. Wciągałem antybiotyk i apap, ale zmęczenie pewnie nie pozwalało organizmowi na porządną regenerację.
Dredd jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem