Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 11.06.2010, 13:46   #138
podos
 
podos's Avatar


Zarejestrowany: Jan 2005
Miasto: Kraków
Posty: 3,996
Motocykl: RD07a
Galeria: Zdjęcia
podos jest na dystyngowanej drodze
Online: 3 tygodni 6 dni 14 godz 28 min 34 s
Domyślnie

Dzień trzeci
Fez i Okolice

Wstaję rano wyspany, słońce wpada prze okienko prześwitując przez suszące się od wczoraj thermale. Waldek jakiś taki podminowany, z byka patrzy na Pussiego… Chyba wiem o co chodzi, przezornie wsadziłem korki do uszu przed spaniem… Echo pomrukiwań na bezdechu Puszka zdolne było skruszyć średniowieczne mury Medyny…
Wychodzimy wspólnie przed Bab Boujeloud - bramę Medyny z zamiarem ponownego zwiedzenia jej. Dziś widać jej właściwe kolory.



Stare Fez słynie z mnogości szkół koranicznych, systemu kanalizacji wraz z systemem publicznych fontann, riadów z ogrodami i kolorowych souków – targów wszelakich. Mamy ksero z Pascala i teoretycznie plan półdniowego zwiedzania możliwy jest do wykonania, mam jednak doświadczenia z dnia wczorajszego i wiem, że przejście labiryntów uliczek Medyny nie będzie zadaniem łatwym. Na nasze wątpliwości jak spod ziemi wyrasta Arab w białej wełnianej dżallabijji i pokazuje swój identyfikator na smyczce – twierdząc, że jest oficjalnym przewodnikiem. Pan mówi ładnie po angielsku i proponuje nienachalnie swoje usługi.



Po chwili wahania i krótkich negocjacjach uznajemy, że to świetny pomysł na efektywne spędzenie czasu w Fezie. Zamiast błądzić po uliczkach narażając się co krok na ataki faux guide oddamy się w ręce profesjonalisty. Koszt 250 dirhamów na 8 osób uznajemy za akceptowalny. Upewniamy się, że zobaczymy słynną farbiarnię skór i że wrócimy na 12 w południe – miasto miastem, ale my przecież przyjechaliśmy jeździć na motocyklach. Już widziałem markotne miny uczestników oznajmiając im całodzienne zwiedzanie zabytków Fezu, więc ugiąłem się i wyjątkowo odstąpiłem od wykonania planu! Zatem zanurzamy się w ocienione zakamarki Medyny…









Pussy całą drogę dopytywał co też nasz gajd może mieć pod galabiją, zupełnie jakby nie obchodziły go wspaniałości starożytnego miasta. Abdullah w końcu chyba przeczytał w jego myślach i zademonstrował w całej okazałości swój, jak to nazwał, airconditioned underwear…
Pussy z wrażenia aż przysiadł i nie już pytał co ma pod spodem spodu…



Z ciekawostek w jakiejś bocznej, bocznej od bocznej uliczki przewodnik pokazał nam takie drewniane coś i kazał zgadywać co to.



Przeszliśmy od klatek na ptaki, żaluzje przez zegary słoneczne ale nie zgadliśmy. Okazało się, że zasłonka ta była jedynym oknem na świat żony gospodarza… Przez całe życie… Ponoć marokańska kobieta w średniowieczu dwa razu opuszczała swój dom pierwszy raz: nie pamiętam, a drugi gdy wychodziła za mąż. Mariola była szczerze oburzona takim traktowaniem kobiet, Kajman kiwał głową z wyraźną aprobatą, zaś pozostali panowie nawet głośno wyrażali swoje pozytywne opinie na ten temat. Też mi bohaterowie, żony jak przeczytają to ich za jajka powieszą…

Nie bylibyśmy jednak w kraju arabskim – a Abdullah nie byłby prawdziwym arabem – musieliśmy w końcu wejść do jakiegoś sklepu pod pozorem poznawania kultury i tradycji marokańskich rzemieślników. Na pierwszy ogień zaznajomiliśmy się ze sztuką kaletniczą – trzypiętrowy sklep z wyrobami ze skóry przyprawiał o zawrót głowy.



Pussy oczywiście odkrył w sobie talenty negocjacyjne i po dłuższej walce zakończonej wychodzeniem ze sklepu, buy one and get two itd. wszedł w posiadanie przedmiotu o zastosowaniu erotycznym (coś przebąkiwał o przypinaniu do wezgłowia łóżka) czyli stał się właścicielem paska do spodni ze skóry wielbłąda.
Gwoździem programu były jednak słynne Tanneries – garbarnia i farbiarnia skór. Jest to interes rodzinny uprawiany nieprzerwanie przez 5 rodzin od wieków. Za garbnik służą odchody gołębi zbierane po całym północnym Maroku i dostarczane tutaj – specjalnie dla celów tego miejsca. Barwniki to podobno również wyłącznie naturalne składniki. Napełnione skórami kadzie ugniatane są nogami przez pracujących tu robotników. Szczęśliwie chłodny kwietniowy poranek nie pozwolił nam w pełni rozkoszować się urokami tego miejsca – wszechogarniający, niewyobrażalny smród gnijących skór jest nierozłącznie związany z wszystkimi letnimi relacjami z tego miejsca.





Na całej trasie weszliśmy jeszcze do dwóch sklepów – jeden z przyprawami (facet nie miał nic, czego bym już nie miał w mojej kuchni).



Drugie sklepów to mini manufaktura produkująca olej arganowy. Cudo to jest dodatkiem do perfum (coś jak nasze piżmo) jest bardzo unikalne i dość rzadkie, bo drzewa arganowe rosną tylko w Maroko w jednej dolinie a orzechy z tego drzewa oleju maja niewiele. Robi się z tego wypasione kosmetyki, których oczywiście nie kupiłem a tego wszystkiego dowiedziałem się dostając reprymendę od mojej własnej małżonki, już po powrocie. Nie pomogło zdjęcie Puszka wyciskającego tenże olej w sposób tradycyjny.




Na głowie też ma Puszek ubiór tradycyjny, który był nabył w sklepie z tradycyjnymi turbanami. Tutaj już tak bardzo się nie targował, sprzedawca miał nad nim ogromną przewagę używając naprzemian słów „Desert” „Tuareg” „Sahara” „Dakar” czym wzbudzał u Pussiego ogromne pożądanie. Było ono do tego stopnia zaślepiające, że sprzedawca bez przeszkód usunął metkę Made in China… Zgódźmy się, żaden szanujący się afrykaner nie miał szans w tym sklepie…




Na koniec końców, muszę powiedzieć, że nasz przewodnik jednak wart był zapłaconych pieniędzy. Szczerze polecić taką formę zwiedzania. – Choć prawie przebiegliśmy zaplanowaną trasę, ale po powrocie zgodnie stwierdziliśmy, że w tak krótkim czasie jaki mieliśmy do dyspozycji w życiu nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co z naszym Guide de Tourisme nr 2458/640.



Wyjazd z miasta był już szybki. GPSy fantastycznie odwalały robotę nawigacyjną. Jak po sznureczku przejechaliśmy prze obce miasto do drogi wyjazdowej z niego – kierunek Ifrane i Azzrou – Lasy cedrowe. I tak żesmy se jechali i jechali aż żeśmy przejechali przez uśpioną, iście alpejską wioskę. Ifrane to kurort narciarski – a architektura tego miejsca nijak się ma to tradycyjnego arabskiego stylu. Żabojady postawiły tu miasteczko w stylu szwajcarskich alpejskich mieścin ze względu na panujący tu zimą klimat. Mieliśmy tu wprawdzie spać, ale ze względu na wcześniejszy wyjazd z Fez – byliśmy tu dużo wcześniej. Zresztą nic ciekawego tu nie ma, Lasy cedrowe to zwykłe sośniaki, generalnie nie ma na czym zawiesić oka. No przynajmniej przy drodze. Nawet jedzenie, choć niezłe i w ładnej scenerii okazało się horrendalnie drogie (1000 dirhamów!!!!) To był już naprawdę ostatni raz kiedy bez pytania o cenę korzystamy z jakiegoś serwisu…
Po obiedzie wszyscy podjarani siadamy na maszyny – w końcu obiecałem pierwszy offroad. Traska biegnie bocznymi dróżkami w kierunku na źródła najdłuższej rzeki Maroka – Oum Rabia. To tylko 120 km ale wiadomo jak wolno pokonuje się kilometry w terenie. A już jest szesnasta. Chłopaki instalują kamery na kaskach dopinamy rynsztunek bojowy i….

Teren okazuje się asfaltem. Wąskim i fajnie prowadzonym po zboczach Atlasu średniego, ale ciągle jest to asfalt. Niby fajnie, ale miny naszych terenowych twardzieli mocno rzedną a i mnie jest głupio – z obiecanego terenu nici.




Mijamy rzekome źródła, czy też jakąś przełęcz i nie rozważnie zatrzymuję się. W koło zielone przestrzenie usiane w niespotykany dotąd sposób ogromną ilością kamieni. W głąb tej przestrzeni wchodzi szutrówka…





Mimo późnej pory nie maiłem serca nakazać dalszej jazdy. Chłopaki jak psy spuszczone z łańcucha rzuciły się zębami swoich opon na Bogu ducha winną dróżkę. W sekundę zniknęli za wzniesieniem… Chcąc nie chcąc pojechałem z nimi. Ze dwa razy mnie zdublowali jadąc i wracając (droga się kończyła) w tempie Valentino Rossi na torze wyścigowym.




Zatrzymałem się w połowie drogi żeby mieć wszystkich na oku. W myślach kotłowały mi się myśli dotyczące wyboru uczestników napalonych na Erzberg a nie na turystyczno-krajoznawcze eskapady… Daleko od domu.
Wyjąłem aparat z zamiarem zrobienia jakiegoś ładnego zdjęcia ale tempo przejazdu Pawła po zakrętach szutrowych nie pozwoliło mi nawet podnieść aparatu do oczu… Może to i lepiej bo za to dokładnie zobaczyłem efektowną figurę Norbiego jadącego zaraz za nim. No cóż… Moje obawy zaczynają się urzeczywistniać…

Norbi zbiera się – tym razem nie ma strat w ludziach i sprzęcie… Uff. Dojeżdżam do reszty chłopaków. Michał z Pussim deliberują na końcu drogi po czym ruszają. Od mojej strony zap… szybko jedzie z powrotem Paweł. Spotykają się z Pussim dokładnie na zakręcie

No ja pier… teraz to już musiało się coś stać… Na 500m szutru dwie gleby. Ludzie. No tak, to my nigdzie nie dojedziemy. Teraz już jestem nieźle wpieniony… Coś czuję, że w tym tempie ta wyprawa za długo nie potrwa. Trochę pokory! Klepię standardową formułkę o byciu daleko od domu, przygotowaniach i zepsutej zabawie wszystkich uczestników bla bla bla…
Zbieramy zabawki, strat niema. Oglądam filmik na podglądzie kamery… kurwa mać…



Oczywiście w myśl zasady głupi ma zawsze szczęście - nic nie stało.
Jedziemy dalej. Wreszcie kończy się asfalt. Wjeżdżamy na szutrową stokówkę, która zakosami pnie się pod górę. Zachód zaliczamy w pięknej górskiej scenerii.






Później wieczorem wyda się, że Norbi wyciął tu zdrowego orła – ale już bali się przyznać, bo były straty. Po efektownej glebie z powodu zbyt dużej ilości dzidy na manetce pomarańczowy motocykl przygniótł mu nogę w śródstopiu. Oczywiście zaraz się wydało, bo jechał jak potulny baranek, no i oczywiście kulał. Rentgen w Krakowie wykazał podgłowowe pęknięcie 5 kości śródstopia. Póki co, jedziemy w niewiedzy z nadzieją żeby ten dzień się skończył.


O 1930 jest już czarna noc, a my mijamy leśną przełęcz na 2000m. Robi się chłodno ubieramy się. Całą drogę martwię się jeszcze o Puszka – co w nocy nic nie widzi – a jest oczywiście noc, w dodatku teren i kompletne odludzie. Muszę nagiąć własne zasady (nie jeździć w nocy) i powoli zjeżdżamy serpentynami w dół. W reszcie asfalt i kilka km dojazdówki do głównej nacjonalki prowadzącej na południe. Stacja benzynowa w Zeida i przylegający do niej hotelik to aż zanadto jak na nasze potrzeby. Obalamy flaszkę lub dwie zapasów żołądkowej gorzkiej. Być może była też tajinowa kolacja, ale głowy nie dam. Sporo wrażeń jak na pierwszy offroad w Maroko.

Stan budzika: 784km, Przebieg 263 km

Następny odcinek (klik)
__________________
pozdrawiam, podos
AT2003, RD07A
------------------
Moje dogmaty
0. O chorobach Afryki: (klik)
1. O Mikuni: Wywal to.
2. O zębatce: Wypustem na zewnątrz!!!
3. O goretexie: Tylko GORE-TEX
4. O podróżach: Jak solo to bez kufrów
5. O łańcuszkach rozrządu: nie zabieram głosu.
6. Lista im. podoska Załącznik 10655
7. O BMW: nie miałem, nie znam się, nie interesuję się, zarobiony jestem.
8. O KN: Wywal to.
9. O nowej Afripedii: (klik)

Ostatnio edytowane przez podos : 06.09.2010 o 10:50
podos jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem