się dziadek rozpisał..... a miał już kończyć

teraz wjechali już w góry wiec bedzie pupa z zasięgiem.
Pozostał jeszcze wprawdzie kontakt przez Garmina ale to szczątkowo można słać takie info
Fot póki co jak na lekarstwo ale podejrzewam że elwood zrobi jakąś relacje z tego pewnie w jakimś odrębnym miejscu, więc tymczasem przeklejam jego korespondencję do mnie byście mogli wczuć się w klimat...
A kto terenów tamtejszych nie zna a chce je poczuć to wrzucam fragment mojego filmu sprzed laty z tamtych okolic gdzie się kierują...
W prawdzie ja dotarłem najdalej jedynie do Tsaagannuur bo lato było zbyt mokre. Oni zaś tam zaczynają swoją prawdziwą przygodę.
Autem to nie to samo. Musiałem uciekać nad piękne Chubsuguł po jego prawicy. Tam w sumie też nie było lekko co zaraz zobaczycie.
- druga połowa filmu (gdzieś od 10 minuty)
https://youtu.be/sPLuJrKCHkg?si=2MA--el4raUccfLu&t=625
a tymczasem puszczam list kolejny:
Jeszcze coś rzutem na taśmę.
Wczoraj chłopaki poszli wyjątkowo wcześnie spać. Zaraz po 19-tej. Ja zaś wpadłem w oko stryjowi
jednego z naszych przewodników. Wywołał mnie do rodzinnego geru, przysiedliśmy przy kozie,
naprzeciw siebie. Wyjął ichnią wódkę (masz ją na zdjęciu w sensie gatunku) i nalał mi do czarki,
bacznie mnie obserwując.
Czułem, że to nie jest zwykły gest. Ja podobnych egzaminów w życiu już przeżyłem kilka. Jeszcze
kiedy się organizowaliśmy, łatwo mi się było odnaleźć w ten nowej sytuacji. najpierw był klasyk:
- Chłopaki, w czym mogę pomóc?
Nie przeszkadzaj, rzuca z uśmiechem Robert.
To wtedy miałem okazję pogadać z dobrą godzinkę ze stryjem. Nie pomnę jego imienia. Starszy gość.
W jednej z uwag zażartowałem, że ja tu wiekowy starszyna i moi towarzysze szanują ten fakt,
zwalniając mnie z obowiązku/przyjemności szykowania koni itp. Pierwotnie przydzielono mi konia
białego ale stryj powiedział, że to nie jest koń dla mnie. W sensie zbyt narowisty i non osobiście
poleca mi "tego", który niczym się dla mnie nie wyróżniał. Przeprosiłem go na chwilkę i poszedłem po
flaszkę, która mi została po wspólnej konsumpcji z Emą. Zostały ze 3 setki. Wypiliśmy w tradycyjny
sposób. Nalałem mu do robertowego kieliszka. To taki skórzany, gruziński "dzbanek", którego
obecność pierwszy raz doświadczyłem na Szlaku Grąbczewskiego. Wchodzi do niego ponad 50gr.
Nalałem do pełna. Wypiliśmy po jednym, w tradycyjny sposób. Stryj zamoczył najpierw serdeczny
palec do dzbanka potem strzepnął mokrym palcem w górę i w dół. Nalałem sobie i powtórzyłem gest.
Rozmawialiśmy po rosyjsku. Szło nam o tyle dobrze, że poziom znajomość tegoż była na podobnym
poziomie. Cały czas mi się przyglądał, patrząc prosto w oczy. W pewnym momencie skomentował:
- Ty masz nasze oczy.
Rozmawialiśmy o rodzinie. Z szacunkiem się odniósł do faktu, że mam już troje wnuków. Nazwał mnie
"owgon aw". W wolnym tłumaczeniu taki ichni dzieduszka. Moje oczy wpadły mu w oko, to już wiesz
ale powiedział jeszcze coś. Bym wieczorem nie kładł się spać, zabierze mnie na krótką wycieczkę.
Kiedy chłopaki poszli spać, przed dwudziestą przyszedł po mnie jeden z naszych przewodników.
Zrozumialem tylko jedno hasło: owe owgon aw. Wyszedłem z nim na majdan.
Koniec doliny spowity w mroku, gdzieś po okolicznych hopach resztki pomarańczowej poświaty. Coś
wisiało w powietrzu...
Dosiedliśmy dwa konie, kulbaczone tradycyjnie. Przewodnik pomógł mi dosiąść mego i polecił mi
gestami, bym nic nie robił. To znaczy tak to odebrałem i słusznie. Dosiadł swojego i ruszyliśmy. Mój
koń posłusznie jechał sam za pierwszym. Jechaliśmy długo. To znaczy około 45 minut? Nie wiem. W
ciszy, lekko się wspinając potem schodząc. Oczy mi się szybko przyzwyczaiły do ciemności. W tle
gdzieś nagle zamajaczyły dwie jurty.
Zsiedliśmy z koni (przewodnik mi pomógł) i kiedy już mieliśmy wejść do jurty nagle zawyły wilki...
jakoś tak... przejmująco. Rozszczekały się psy. Przewodnik stanął jak wryty, uchylił wojłok, pokazał mi
tylko gestem pierwszeństwo i... zniknął.
Zanim wszedłem, spojrzałem w niebo nad horyzontem. Nie wiem, szukając wilków w bajkowym
wymiarze na tle księżyca...? Ten właśnie zachodził będąc w fazie młodego, przypominającego mi...
arabską bródkę. Zachodził szybko niczym znikający w otchłani tajemniczy don Pedro.
Przekroczyłem próg jurty i nagle wszystko ustało. Cisza.
Na przeciwko siedział szaman. Nie widziałem jego twarzy ukrytej pod opadającymi na lico czarnymi,
przyozdobionymi na końcu gęstymi frendzlami zwisającymi z nakrycia głowy. Na sobie miał płaszcz ze
skóry z mnóstwem jakiś detali, wstęgami z kawałków skóry, wisiorków, dzwoneczków z okrągłym
zwierciadłem w centralnym miejscu.
Byliśmy sami.
Nie pierwszy raz miałem okazje być goszczony w jurcie, więc ogólnie wiem jak się zachować. Szaman
wskazał mi miejsce po mojej lewej. Mój największy problem to... siad po turecku. Moja mobilność w
stawach biodrowych jest legendarna. Jest już troche lepiej niż kiedyś bo mocno nad zwiększeniem
ruchomości ostatnio pracuję, jak z tymi przysiadami...
Pamiętam dobrze początek i koniec. najpierw byłem obserwowany (chyba), trwało to wieki całe.
potem zadzwonił któryś z licznych dzwoneczków, bo zostałem poczęstowany czajem. Tym
tradycyjnym, który bardzo lubię. Tłuste mleko podgrzewane z kilkoma liśćmi herbaty, całość
posolona. W mojej domowej kulturze zawsze solono zupę mleczną np. ZAWSZE. Tak zostałem
nauczony i nie wyobrażam sobie słodkiego mleka. Oczywiście odebrałem czarkę prawą ręką,
podpartą lewą itd. Piłem powoli, z przyjemnością nic nie mówiąc. Czarkę postawiłem przed sobą.
Cisza...
Mija minuta (?), nie wiem, może dwie, dwie i pół czas nagle zwolnił. Wyraźnie zwalniał w trakcie
dalszych obrzędów. Gdzieś odlatywałem z prędkością światła a wiadomo im szybciej się
przemieszczać tym wolniej płynie czas...
Zanim nastąpił pełny odlot szaman wręczył mi buteleczkę z tabaką, którą najpierw sam wciągnął do
nosa. W tych moich niezdarnych łapach na zwiniętą dłoń w kielich wysypałem prawie połowę jej
zawartości. Nic to... Wpakowałem wszystko do nosa i tyle.
Tu muszę dodać, bo chyba Ci tego nie opowiadałem, że mam wyjątkowa nadwrażliwość na tytoń.
Kiedyś w TJK tak się zatrułem betelem, że po chwili euforii zdychałem potem 4h.
Ja po prostu nie palę, nie narkotyzuję się itp. Byłem wielokrotnie częstowany opiatami, zawsze
odmawiałem. Tytoń wciągnięty nosem to zachowanie graniczne. na Kaszubach powszechne zjawisko,
ja jednakowoż unikam.
Były bębny i rozmowa/śpiew z duchami. Nic nie rozumiałem, bo monolog szamana prowadzony był w
lokalnym dialekcie. na mnie chyba zaczął działać tytoń więc odlot był pełny na szczęście to nie betel
ale przyszedł moment, w którym moje oczy musiały się rozszerzyć do perskich rozmiarów.
Było to po transie szamana. Po nim odsłonił frędzle i zobaczyłem... stryja. Stryj przeszedł na rosyjski.
Nie wiem... Doznałem czegoś na wzór namaszczenia. Stryj powiedział, że wchodząc do jurty wiedział,
że jestem pod ochroną, że miałem już taki obrzęd za sobą. Zostałem obdarowany rzemieniem na rękę
i rozmowa stała się luźniejsza. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ja nic nie mam w zamian. Stryj/szaman
dokładnie widział moja rozterkę, przyglądał mi się z... zaciekawieniem.
Dostałem kiedyś od zacnego kolegi 6-tą klepkę. Nie znasz go. Dwa razy nie dojechał na Biesy i już nie
dojedzie, bo Biesów nie ma

Niestety gdzieś mi się ta klepka z egzotycznego drzewa zagubiła na jednej z moich rowerowych
eskapad. Zrobiło mi się przykro i wykonałem sobie erzatz z modrzewia. Z deski podłogowej 22mm, po
której chyba jeszcze nie miałeś okazji stąpać. Wyciąłem klepkę, przewierciłem otwór i przetkałem
solidnym rzemieniem. Żeby było ciekawej, owe modrzewiowe deski kupiłem od... Chakasów. Mieli
spory skład w Pruszczu Gdańskim ale już nie mają. Chakasi oczywista na rosyjskich paszportach. Teraz
przez taki modrzewiowy las będziemy jechać konno.
Rozpiąłem polar, zdjąłem z namaszczeniem klepkę i położyłem ją przed stryjem, krótko streszczając
ową historię.
Chakasja graniczy z Tuwą skąd obrotni Chakasi ciągnęli modrzew do PL. Można by więc napisać, że
klepka zaliczyła długą podróż i wróciła do macierzy. Zrobiło to na stryju wrażenie.
- Są przy tobie trzy kobiety. Bardzo silne. Dbaj o nie owgon aw. Jest też dwóch bardzo złych ludzi.
Bądź ostrożny i słuchaj. Słuchaj otoczenia, nic nie musisz mówić. Wróciłeś do domu.
Poświęcił mi jeszcze z dobrą godzinę opowiadając o swoim narodzie i zmianach, które są
nieuchronne. Są złe. Odebrano Darchatom i Duchom tożsamość. W 2011-tym roku zakazano
polowań, noszenia broni etc. Rekompensata pod postacią zasiłków jest tylko gwoździem do trumny
ale... to już jak się spotkamy, to pogadamy. W każdym razie w zachowaniu naszych przewodników
odnotowałem istotną zmianę, na pewno wobec mnie.
A teraz wracając do Tajgi zachodniej, którą będziemy eksplorować - ciekawostka. Nie uwierzysz...
Kiedy tylko zniknęliśmy "za rogiem" przy pierwszym pokonywanym strumieniu, mój koń schylił się, by
napić się wody i ja, bujający w tym czasie wysoko w chmurach wypadłem z siodła i przelatując przez
koński łeb wylądowałem w wodzie!
Ale nie tylko ja spadłem z konia. Wszyscy jak jeden, razem z naszymi przewodnikami także! Tylko ze
śmiechu. Trza było zrobić przymusowy postój i co...?
Stryjeczny wyciągnął to, co widzisz na zdjęciu. Tak, że ten, musiałem się wysuszyć

To już naprawdę
ostatni tekst tymczasem zaraz stracimy zasięg.
7 koni, dwa psy, dwóch przewodników, jedna strzelba (jak to u nas na Podlasiu, skomentował Robert,
w temacie zakazów) i my. Przed nami 10 dni mega przygody.
Achooj!