Zjazd drogą widokową P14 znowu wywala z butów, te góry są majestatyczne a kolor Pivy wręcz szalony. Dziesiątki zakrętów 180 stopni i kilkanaście tuneli w skale - raj motocyklowy. No może poza śliską po deszczu nawierzchnią - jedziemy więc zachowawczo a tylna opona i tak ze 3 razy łapie uślizg. Na miejscu znajdujemy małe mieszkanie za niewielkie pieniądze. Obserwujemy magiczny zachód słońca i idziemy zjeść pstrąga w malutkiej restauracji. Ja wiem, że wszystkie zachody słońca są dla mnie magiczne i może niepotrzebnie się tym podniecam - no ale nie będę przepraszał - karmie się takimi dniami i wcale z wiekiem mi to nie przechodzi. Może wręcz w drugą stronę. Coraz bardziej takie dni doceniam.
Rano robimy dla siebie dwie wspaniałe rzeczy. Pierwsza to udajemy się na Tyrolkę nad rzeką Piva. Zjazd ma dwa etapy bo na drugim brzegu rzeki trzeba się przepiąć by wrócić z powrotem. Razem to chyba z półtorej kilometra zjazdu nad obłędnie szmaragdową rzeką. Wielka to była frajda i mordy nam się cieszyły cały dzień później. Druga rzecz - to mając pod ręką cywilizowane warunki w tym patelnie, kupujemy w sklepie jajka i cebulkę po czym robimy sobie wypasioną jajecznicę. Całkiem fenomenalny początek dnia nam wyszedł, a dalej wcale nie zapowiada się gorzej.

Dziś jedziemy w końcu nad Zatokę Kotorską. Droga jest bardzo malownicza, i dość sprawnie kilometry pokonujemy. Jest szutrowy odcinek prac drogowych ale nic co by nas spowolniło. Nad zatoką robimy kilka zdjęć i oblatankę dronem, ale nie odbijamy na Kotor. Jedziemy dalej i przerwę na popas robimy dopiero w mieście kotów - Herceg Novi - bardzo klimatyczne miejsce. Chwilę spaceruję tu z aparatem dając upust swojej drugiej, po motocyklach pasji - fotografii właśnie. Jest bardzo gorąco więc nie stoimy długo, w drodze pęd powietrza przynajmniej przyjemnie chłodzi. Niewiele dalej kończy nam się Czarnogóra.
Na granicy są kolejki, niezbyt straszne ale jednak swoje trzeba odczekać. Obok nas stoi włoch na Himaljanie, bliźniacza sztuka do tego którym jeździliśmy po Himalajach. Naturalnie więc nawiązuje się rozmowa. Miał plany przejechać Albanię, lecz złapał jakieś problemy z silnikiem i boi się jechać dalej, więc wraca do domu. Razem trochę na przypale pokonujemy kolejkę, skracając czas oczekiwania kilkukrotnie i już o 18 meldujemy się w Dubrowniku. Chwilę spacerujemy po wyślizganym na błysk bruku starego miasta. Mam sentyment do tego miejsca. Na studiach dojechałem tutaj rowerem czując, jak malutki jestem wobec ogromu Świata. Dziś jadąc tu motocyklem, sam nie mogę się nadziwić jak te podjazdy robiłem w słońcu, blisko dwadzieścia lat temu. Uparty dzieciak musiał ze mnie być, myślę sobie. Robimy z Darkiem milion zdjęć i małe zakupy, po czym w promieniach zachodzącego słońca pokonujemy spektakularny most prowadzący do miasta. IKocham te przestrzenie, te kolory złotej godziny, ten dźwięk silnika pode mną i wolność odkręcania manetki. Ileż jest w tym radości, jaki to przywilej podróżować motocyklem po Bałkanach. Mam wrażenie że nigdy mi się to nie znudzi.

O zmroku znajdujemy mały klimatyczny kemping w bocznej zatoczce. Wcześniej był to rodzinny dworek, leciwy właściciel przyjmuje nas w salonie wypełniając dokumenty. Z za wielkiego drewnianego biurka pobiera kilka Euro za to, że rozbijemy namiot u niego w ogrodzie. Scena wygląda jak żywcem wyciągnięta z filmu historycznego - wszystkie meble i wystrój pasują do ubiegłej epoki. Są tu już inne motorki z polski, wymieniamy więc kilka zdań na temat drogi i maszyn. Nie mamy ze sobą kropli wody, więc pospiesznie robimy zakupy w sklepie nieopodal, ale i tak jest już ciemno, kiedy daję nura do wody. Może to nie najmądrzejszy pomysł, ale jak widzę Adriatyk to nie umiem się powstrzymać.To uczucie kiedy toń zamyka się nad Tobą, jest tylko cisza w uszach, chłód wody na skórze i czysty umysł. Mogę tak w nieskończoność unosić się w stanie bliskim nieważkości I żadnej okazji ku temu nie przegapię. Za każdym jednym razem przeżywam to jakbym pływał po raz pierwszy, a może po raz ostatni? Skąd niby będę wiedział że to ten raz był ostatnią moją możliwością bytowania z Adriatykiem? Może nigdy już tu nie wrócę. Celebruję te chwile mocniej niż własne urodziny.
Budzę się o 5 rano, robię trochę zdjęć, nastawiam kawę i obowiązkowo dzień zaczynam od pływania a jakże. Jest inaczej niż w nocy, ale równie mocno mnie to cieszy. Woda nadal jest cieplejsza od powietrza powoduje że chce się w niej zostać. Może ktoś powie że to tęsknota za łonem matki. Nie wiem ale mi to reguluje układ nerwowy jak mało co. Dziś troszkę z większym rozrzewnieniem wychodzę z wody, bo wiem że zaraz zawracamy w stronę kraju. Ale kawa z kawiarki, przyrządzona w pozostałości oliwnego sadu, zapach lawendy, dźwięki cykad - wszystko to powoduje, że nie chce mi się stąd ruszać. Przeciągamy więc start aż do 10. Z drugiej strony, czy jakbym się tu urodził i spędził całe życie, czy tak samo celebrowałbym tą chwilę. Czy może tęsknym okiem spoglądał na północną Europę marząc o piaszczystej plaży i kawowo brunatnych wodach bałtyku. O przyjemnych temperaturach sięgających we wrześniu do 14 stopni i za smakiem świeżych jabłek z sadu. Każdy spec od reklamy powie Ci że produkt deficytowy jest zawsze bardziej pożądany. Może dlatego chciałbym wszystkiego w życiu spróbować, by w momencie śmierci nie czuć że zostało mi jakieś sfrustrowane pragnienie. Ale spokojnie, na pewno jakieś zostanie. Nie da się przeżyć wszystkiego przecież.
Większość kilometrażu na dziś to tranzyt przez BIH, ale jakże piękne to były kilometry. Z początku dość powolne, mijamy sporo fotoradarów przy drodze, co wymusiło zachowawcze tempo. Później jednak Bośnia zaskoczyła nas tysiącem winkli, pięknych kanionów i szmaragdowych rzek. Jechaliśmy jak urzeczeni, robiąc minimalne przerwy. Żywimy się głównie w lokalnych piekarniach zajadając burki i w miarę możliwości popijając kawą. Uwielbiam smak tutejszego pieczywa - robią to dobrze - zwykle wypiekane na bieżąco rarytasy można schrupać jeszcze na ciepło..

Na granicy tracimy nieco czasu, bo komuś mocno trzepią auto. Podejmujemy decyzję że nadgonimy trochę autostradą żeby nocleg znaleźć już w Zagrzebiu. I niby to długa prosta, ale zachód słońca jest niesamowity. Nie umiem powiedzieć, który to już z kolei ale karmie się nimi wszystkimi, pożeram bezwstydnie i nacieram skórę pomarańczowymi promieniami chylącej się za horyzont kuli ciepła.
Podczas ostatniego tankowania, znajdujemy na bookingu małe mieszkanie i o 21 dojeżdżamy pod wskazany adres, w kompletnych już ciemnościach. Przemiła dziewczyna wręcza nam klucze i opowiada co i jak. Przemiła bo czekała na nas blisko godzinę, zanim żeśmy się dotarabanili.
Postawiliśmy na booking bo jutro ma lać całą drogę i mamy cichy plan przelecieć całą trasę do Gdańska na strzała.
Wstajemy po 5 rano, szybka kawa, minimalne pakowanie i przed 7 już jesteśmy w siodłach. Nie zdążyliśmy dobrze wyjechać ze Stolicy Chorwacji, kiedy spadł obiecany deszcz. Wbijamy się więc w kondomy, w których zostaniemy już do nocy. Pamiętam, że kiedyś bolała mnie dupa już po 300 km jazdy. Dziś mamy do zrobienia więcej niż 1300km i wogóle mnie to nie rusza, wręcz z entuzjazmem na nie czekam. Postojów nie robimy żadnych, poza przerwami na tankowanie. Jadę tą 390tką za Darka 660 tką i jest mi dobrze. To mały ale dzielny motocykl, może nie jest autostradowym wyjadaczem ale te 1300kg ciągiem bierze na klatę bez zająknięcia, trzyma 120/130 km na godzinę i zdaje się że nie robi to na nim wrażenia. Wytrzymałby i więcej ale też nie przepadam za pałowaniem. Na dwadzieścia tysięcy przejechanych na nim kilometrów nie miałem ani usterki ani kapki oleju nie dolałem. Tylko czynności serwisowe i wymiana czujnika sprzęgła - uszkodzona przez poprzedniego właściciela który wymienił nieumiejętnie składane klamki. Całą trasę niemal robimy w deszczu - i o dziwo mam z tego frajdę. Z tego że nie jest lekko, ani łatwo, ani przyjemnie. Żeby łapy mi nie ścierpły od przemoczonych rękawiczek, jadę na grzanych manetkach i niepostrzeżenie po kilku godzinach ugotowałem sobie skórę na dłoniach. Będą mnie piekły jeszcze kilka dni później.
Z racji prędkości autostradowych, nie rozmawiamy z Darkiem za dużo, bo ciężko się usłyszeć w tym szumie. Jestem więc w kasku zamknięty z własnymi myślami. Tych jak zwykle mam dużo. Lubię tak. Myślę sobie że, mam cholernie dużo radości z tej jazdy. Dochodzę do wniosku, że gdzieś na odwrót postrzegamy tzw kryzys wieku średniego. Bo to nie jest żaden kryzys - to informacja. To ważny sygnał z organizmu, info gdzie nasze życie kuleje i czego potrzeba nam w nim więcej a czego mamy unikać. Nie odbiło mi nagle na punkcie motocykli i podróży, od zawsze je kochałem i potrzebuję tego ruchu jak powietrza niemal.. Z czasem jednak dociera do mnie jak bardzo wszystko jest kruche i ulotne, jak mało czasu mi zostało, jaki jest on cenny. Ten dzisiejszy dzień jak i kilka ostatnich to spełnienie marzeń, to zadość uczynienie za te wszystkie dni spędzone za biurkiem. To czyste przeżywanie i chłonięcie emocji. Nikomu nie powiem jak żyć, ale proszę przestańmy nazywać chęć życia kryzysem - bo to kurwa szkodliwe.
Do domu dojeżdżamy koło 23, zaparzeni w tych gumiakach, zmęczeni niemiłosiernie, ale szczęśliwi. Motocykl śmierdzi gotowaną mieszanką oleju i wody z kałuż jakie zebraliśmy po drodze - lubię ten smród. Rozkulbaczam KTMa z sakw niczym konia po podróży. Lubię ten proces, domyka mi on podróż. Zamyka obwód, będę mógł spać spokojnie.
Czarnogóra Sierpień 26 - tak bo spisałem tą relację na urlopie rodzinnym w rok później - będąc na wybrzeżu Zatoki Kotorskiej - koniecznie chciałem zabrać ich nad tą epicką tyrolkę. Bardzo się wszystkim podobało. Dziś oglądam Czarnogórę z innej perspektywy - rodzinnych wakacji w klimatyzowanym aucie. Odbiór jest zupełnie inny bo i emocje inne mi towarzyszą. Niemniej nadal jest absurdalnie pięknie i pysznie - Czarnogóra się broni za każdym razem.
P.S. Napisałem ostatnimi czasy książkę. Blisko 20 lat wyjazdów rowerowych i motocyklowych, drogi i bezdroża, góry w tym te najwyższe na świecie z literką H w nazwie. Dużo budujących historii zebranych w całkiem sensowną całość okraszoną sporą ilością zdjęć. Wiecie już jak piszę, przynajmniej mniej więcej - pytanie czy to ma szanse na wydanie? Czy ktoś chciałby to czytać? Uwielbiam to forum - mam wrażenie że się na nim wychowałem. Karmiłem tu marzenia o pierwszych wyjazdach. Tu się zaraziłem potrzebą drogi i tu ją podsycałem. Ta książka właśnie ma pełnić podobną funkcję dla potencjalnych czytających. Czy macie jakieś doświadczenia z wydawnictwami? - gdzie można podesłać rękopis? z Kim rozmawiać i jak ten temat ugryźć? Wszelkie uwagi biorę z otwartym sercem i umysłem.