Dzień 12, jak zwykle skały, ale tym razem chociaż łukowate
Wstajemy wcześniej niż zwykle, bo wbijamy się na kolejne „must see” czyli „Arches National Park”.
Tu trzeba rezerwować wejście, ale w lipiec-sierpień akurat nie. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
Najbardziej słynny jest „Delicate Arch”, do którego idzie się około godziny bez jakiekolwiek cienia.
„Delicate Arch” to jedna z częściej fotografowanych skałek, a mi do końca życia będzie się kojarzyć z jednym z nudniejszych podręczników akademickich
Po przyjeździe na parking kolejny raz okazuje się, że w tym roku tłumów turystów nie ma i bez problemu znajdujemy miejsce.
Jak na nas jest wcześnie, coś koło 8 rano, ale i tak widzimy sporo wracających już ludzi.
Niestety to miejsce jest oblegane… choć chyba i tak mniej ludzi niż na Rysach czy Śnieżce
Po drodze mija się wielce zabytkowy budynek – Wolfe Ranch, gdzie niejaki John Wesley Wolfe osiedlił się w 1898 roku ze swoim najstarszym synem Fredem. Wytrzymali całe 10 lat
Idzie się cały czas lekko pod górę, po piknie wygładzonej skale.
Cień bardzo sporadycznie
Jakieś mniejsze łuki już są:
Znowu mamy zamglone (zapylone?) niebo
W końcu, po 1,5 mili marszu widzimy Delicate Arch:
Syneczek oczywiście dobiegł pierwszy:
Ciężko powiedzieć, ile lat jeszcze postoi, w niektórych miejscach erozja „wżarła” się mocno. W końcu się przełamie…
Dookoła skały tworzą jakby amfiteatr, a na nim turyści gapią się jak przysłowiowa sroka w gnat
Z boku szczególnie widać, jakie to już cienkie:
A jak ktoś się rozpędzi, to za łukiem może pięknie zlecieć w dół
Przy łuku stoi grzecznie kolejka do fotografii
Popatrzyliśmy, pokontemplowaliśmy, można wracać
A jak ktoś nie ma ochoty na godzinny spacer w słońcu, to może sobie podjechać na punkt widokowy i obejrzeć tylko z dołu: