po krótkiej przerwie kontynuujemy
Przed nami dość długi i nudny odcinek drogi, w dodatku drogami główniejszymi. Przemieszczamy się w stronę miasteczka Moab, które jest jednym z centrów turystycznych w Utah.
Widać już ostre krawędzie kanionu:
Plan był zacny: dojechać do krawędzi Kanionu Colorado a następnie pięknym offroadem dostać się do Moab.
Niestety, jak już kilka razy pisałam, nasz kamper mógłby nie przeżyć odcinka o długości ponad 50 km, więc niestety plan uległ modyfikacji.
Po nudnej I70 wbijamy na stanową 191 a następnie skręcamy w stronę kanionu.
To jest TEN najbardziej znany punkt widokowy, ten jest jakieś 300 km na południowy zachód i zostawiamy go na koniec.
Ale tu też jest pięknie, choć kanion jest tu i płytszy, i węższy.
Najpierw zajeżdżamy do parku stanowego Dead Horse Point State Park.
Nazwa dość oryginalna

podobno kiedyś kowboje zapędzali dzikie konie na wąski skalny cypel, otoczony z trzech stron stromymi klifami kanionu rzeki Colorado, a naturalna „pułapka” była idealna do selekcji koni – te wybrane zabierano, a resztę zostawiano na chwilę. Zdarzyło się jednak, że konie pozostawione na cyplu nie miały dostępu do wody, i choć rzeka Colorado była widoczna setki metrów niżej, konie umarły z pragnienia. Od tego tragicznego wydarzenia miejsce zaczęto nazywać Dead Horse Point – „Miejsce Martwego Konia”.
Park Stanowy, zatem znów musimy wysupłać ciut $$ za wjazd.
Na samym cyplu znajduje się niewielki, a wystarczający parking, a dookoła cypla ścieżka z widokami.
Generalnie, gdy ktoś chciał zakończyć żywot w ładnych okolicznościach przyrody, to ma tu pierdyliard możliwości
Ja mam zdecydowanie przyśpieszony plus, kiedy na nich patrzę:
Czasem tylko ktoś sobie przypomniał o niebezpieczeństwie i postawił jakieś parkaniki:
Zdjęcia nie grzeszą kolorystyką ani przejrzystością, bo niestety tak najczęściej bywa w okolicach kanionu. Powietrze jest pełne pyłu (pożary daleko stąd)
Z końca cypla prowadzi krótki szlak wzdłuż krawędzi kanionu, chyba po 1,5 km kończy się w Visitors Centrum.
Raf idzie, ja wsiadam na kierownicę i zjeżdzam kamperem.
Szlak zdecydowanie NIE dla potencjalnych samobójców
Widoczne są błękitne baseny odparowujące - w dole kanionu firma Texas Gulf wydobywa sole potasowe (Droga, którą mieliśmy jechać nazywa się zresztą Potash Road)
Visitors Centrum kompletnie puste, ale za to z tarasem widokowym
Jedziemy na kolejny punkt widokowy – Grand View Point. Tym razem wjeżdżamy do Parku Narodowego Canyonlands, więc tu działa nasza karta America The Beautiful.
Po drodze stajemy na Shafer Trail Viewpoint, żeby z żalem popatrzeć na drogę, którą mieliśmy w planie…
Ehh… Naprawdę duuużo więcej zobaczylibyśmy mając terenówkę…
Na Grand View Point jest nieco więcej ludzi:
Zabezpieczeń równie dużo
widok nieco inny:
pięknie widać, jak rzeka „wgryzła się” w skały płaskowyżu:
Niestety znów przejrzystość powietrza pozostawia wiele do życzenia…
Zatrzymujemy się jeszcze w punkcie „Mes Arch trail”, żeby zrobić krótki szlak na łuk.
i przy okazji nadal mieć widok na kanion
Łuk może robić za ramkę dla dalszego krajobrazu
tu już za łukiem
Zrobiło się popołudnie, wbijamy do Moab i widzimy, że tuż za miastem, nad samą rzeką Kolorado jest pole namiotowe. Zmieniamy więc zaplanowane miejsce noclegu i zostajemy.
O dziwo, jest aż jedno wolne miejsce – fakt, Goose Island Campground jest niewielkie.
No dobra, to płacimy i bierzemy. Mamy jednak duży problem, automat na kartę coś nie działa, a przy skrzyneczce z kopertami nie ma długopisu! a my też nie mamy, więc jak tu wypełnić formularz?
Jednak po kolejnej próbie karta w końcu zadziałała i wypluło nam potwierdzenie zapłaty. Na którym trzeba było wpisać nr auta!!
No nic, może nas nie wyrzucą
wieszamy nasze potwierdzenie na słupku przy naszym miejscu i jedziemy do Moab coś zjeść i uzupełnić zapasy.
Znajdujemy prostą knajpę z jeszcze prostszą nazwą „Moab Grill” i w końcu dostajemy fajne, typowo amerykańskie jedzenie. Zamawiamy wersję „wszystkiego po trochę” i we trójkę zjadamy całość do ostatniego ścięgna.
„Jutro też tu zjemy, dobra?” – to Syneczek.
Jeszcze tylko zakupy, jest nawet spory market, może jakieś piwko, czy wino na wieczór? Oj, nie, nie ma kompletnie nic.
Moab to tzw. suche miasto – zakaz sprzedaży alkoholu, jedyny wyjątek to sklep firmowy browaru, gdzie trzeba się wylegitymować przed wejściem.
Wracamy na pole namiotowe, za krzakami płynie Colorado River
A na sąsiednim polu Polacy z dwójką dzieci, więc Syneczek ma w końcu jakieś towarzystwo.
Na polu WC jak wszędzie, a papier wyjątkowo dobrze strzeżony
schodzimy do rzeki, ale zdecydowanie nie jest „kąpielna”
I nawet udaje się nam zrobić niewielkie ognisko.
Jutro wczesna pobudka, aby przed tłumem zdążyć wyjść na szlak do Delicate Arch.