Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02.01.2026, 22:52   #95
jagna
 
jagna's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Nov 2010
Miasto: Z.Góra
Posty: 1,834
Motocykl: BMW F700GS, DR 350
jagna jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 2 tygodni 2 dni 12 godz 21 min 7 s
Domyślnie

po krótkiej przerwie kontynuujemy

Przed nami dość długi i nudny odcinek drogi, w dodatku drogami główniejszymi. Przemieszczamy się w stronę miasteczka Moab, które jest jednym z centrów turystycznych w Utah.



Widać już ostre krawędzie kanionu:



Plan był zacny: dojechać do krawędzi Kanionu Colorado a następnie pięknym offroadem dostać się do Moab.

Niestety, jak już kilka razy pisałam, nasz kamper mógłby nie przeżyć odcinka o długości ponad 50 km, więc niestety plan uległ modyfikacji.

Po nudnej I70 wbijamy na stanową 191 a następnie skręcamy w stronę kanionu.

To jest TEN najbardziej znany punkt widokowy, ten jest jakieś 300 km na południowy zachód i zostawiamy go na koniec.

Ale tu też jest pięknie, choć kanion jest tu i płytszy, i węższy.

Najpierw zajeżdżamy do parku stanowego Dead Horse Point State Park.
Nazwa dość oryginalna podobno kiedyś kowboje zapędzali dzikie konie na wąski skalny cypel, otoczony z trzech stron stromymi klifami kanionu rzeki Colorado, a naturalna „pułapka” była idealna do selekcji koni – te wybrane zabierano, a resztę zostawiano na chwilę. Zdarzyło się jednak, że konie pozostawione na cyplu nie miały dostępu do wody, i choć rzeka Colorado była widoczna setki metrów niżej, konie umarły z pragnienia. Od tego tragicznego wydarzenia miejsce zaczęto nazywać Dead Horse Point – „Miejsce Martwego Konia”.

Park Stanowy, zatem znów musimy wysupłać ciut $$ za wjazd.

Na samym cyplu znajduje się niewielki, a wystarczający parking, a dookoła cypla ścieżka z widokami.





Generalnie, gdy ktoś chciał zakończyć żywot w ładnych okolicznościach przyrody, to ma tu pierdyliard możliwości



Ja mam zdecydowanie przyśpieszony plus, kiedy na nich patrzę:



Czasem tylko ktoś sobie przypomniał o niebezpieczeństwie i postawił jakieś parkaniki:



Zdjęcia nie grzeszą kolorystyką ani przejrzystością, bo niestety tak najczęściej bywa w okolicach kanionu. Powietrze jest pełne pyłu (pożary daleko stąd)



Z końca cypla prowadzi krótki szlak wzdłuż krawędzi kanionu, chyba po 1,5 km kończy się w Visitors Centrum.

Raf idzie, ja wsiadam na kierownicę i zjeżdzam kamperem.
Szlak zdecydowanie NIE dla potencjalnych samobójców







Widoczne są błękitne baseny odparowujące - w dole kanionu firma Texas Gulf wydobywa sole potasowe (Droga, którą mieliśmy jechać nazywa się zresztą Potash Road)



Visitors Centrum kompletnie puste, ale za to z tarasem widokowym



Jedziemy na kolejny punkt widokowy – Grand View Point. Tym razem wjeżdżamy do Parku Narodowego Canyonlands, więc tu działa nasza karta America The Beautiful.

Po drodze stajemy na Shafer Trail Viewpoint, żeby z żalem popatrzeć na drogę, którą mieliśmy w planie…



Ehh… Naprawdę duuużo więcej zobaczylibyśmy mając terenówkę…



Na Grand View Point jest nieco więcej ludzi:



Zabezpieczeń równie dużo



widok nieco inny:



pięknie widać, jak rzeka „wgryzła się” w skały płaskowyżu:





Niestety znów przejrzystość powietrza pozostawia wiele do życzenia…





Zatrzymujemy się jeszcze w punkcie „Mes Arch trail”, żeby zrobić krótki szlak na łuk.



i przy okazji nadal mieć widok na kanion



Łuk może robić za ramkę dla dalszego krajobrazu







tu już za łukiem



Zrobiło się popołudnie, wbijamy do Moab i widzimy, że tuż za miastem, nad samą rzeką Kolorado jest pole namiotowe. Zmieniamy więc zaplanowane miejsce noclegu i zostajemy.

O dziwo, jest aż jedno wolne miejsce – fakt, Goose Island Campground jest niewielkie.
No dobra, to płacimy i bierzemy. Mamy jednak duży problem, automat na kartę coś nie działa, a przy skrzyneczce z kopertami nie ma długopisu! a my też nie mamy, więc jak tu wypełnić formularz?

Jednak po kolejnej próbie karta w końcu zadziałała i wypluło nam potwierdzenie zapłaty. Na którym trzeba było wpisać nr auta!!

No nic, może nas nie wyrzucą

wieszamy nasze potwierdzenie na słupku przy naszym miejscu i jedziemy do Moab coś zjeść i uzupełnić zapasy.

Znajdujemy prostą knajpę z jeszcze prostszą nazwą „Moab Grill” i w końcu dostajemy fajne, typowo amerykańskie jedzenie. Zamawiamy wersję „wszystkiego po trochę” i we trójkę zjadamy całość do ostatniego ścięgna.
„Jutro też tu zjemy, dobra?” – to Syneczek.

Jeszcze tylko zakupy, jest nawet spory market, może jakieś piwko, czy wino na wieczór? Oj, nie, nie ma kompletnie nic.

Moab to tzw. suche miasto – zakaz sprzedaży alkoholu, jedyny wyjątek to sklep firmowy browaru, gdzie trzeba się wylegitymować przed wejściem.

Wracamy na pole namiotowe, za krzakami płynie Colorado River



A na sąsiednim polu Polacy z dwójką dzieci, więc Syneczek ma w końcu jakieś towarzystwo.

Na polu WC jak wszędzie, a papier wyjątkowo dobrze strzeżony



schodzimy do rzeki, ale zdecydowanie nie jest „kąpielna”



I nawet udaje się nam zrobić niewielkie ognisko.



Jutro wczesna pobudka, aby przed tłumem zdążyć wyjść na szlak do Delicate Arch.
__________________
Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą
jagna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem