![]() |
Cytat:
|
|
Potrzebuje jakiegoś wsparcia?
Nie wiem... Kolczugę może? |
Cytat:
|
Mongolia.
Pytanie czy koniem czy czym... |
A to Robert Kępa, to kolejne alter-ego Darka?
|
Dwa. I Robert i Kępa - zależy gdzie spojrzeć.
|
Wczoraj, jak kliknąłem w ten link to wyświetlał się ślad z Berlina przez Wrocław do Oleśnicy, a dziś już paręset kilometrów po Mongolii. Co przyniesie jutro ??? Może Perth i okolice :)
|
Cytat:
|
No Bruber poleciał na konie.... był nawet pomysł bym leciał z nimi ale wysypało się z dwóch powodów...
Pierwszy prozaiczny... troche za długo dla mnie jak na te czasy bo jak wiecie to ja na długie wyrypy nie jeżdżę ;-) a tu sie kilka tygodni kroi, a drugi? też prozaiczny... Nie opanowałem konia. Przed moim pierwszym i w sumie ostatnim wypadem do mongolii próbowałem takiego jednego okiełznać ale nie było determinacji. Tu chłopaki wykazały się nią w przeciwieństwie do mnie i poleciały Fajnie bo dostępne dla nich są znacznie większe obszary niż dla terenówek czy motórów. To tyle dla nich. Gorzej z nami bo Bruber vel Cichy ma cichą osobowość i pewnie nic nie napisze a zapewne jest o czym. Żywię jednak nadzieję, że w moje miejsce faktycznie wskoczył lokalny dziad co mu pióro z dupy wystaje ;-) bo wieść wiejska niesie, że dostał zgodę strażnika domowego. Przypuszczalnie jeszcze mu to sponsorują albo ciałem będzie to spłacać, ważne jednak by się to ziściło bo szkoda było biletu a i relacje mogą się pojawić :-) Czekam na sygnał od chłopaków bo prócz lokalizacji której aktualizacja też nie jest za częsta - nie wiele więcej wiemy. |
Elegancko, kuń to jak motor ino benzyny nie trza ale może być charakterny :)
|
Cytat:
Cytat:
|
Czytanie wprost u ElWooda prowadzi wprost na manowce. A wiadomo - o to chodzi...
|
no i tak jak przypuszczałem.... dziad ogarnął jakoś logistykę i przyszło info ze zagranicy od Elwóda
przeklejam jak leci za jego zgodą. no może nie jak leci bo to taki bełkot był że wymagał nieco przeorganizowania treści oczywiście bez jej naruszania. zatem zapraszam do opowieści przy kawie: Pewnie jak odbierzesz info, my będziemy juz w drodze do Tsagaannuur. Tu na zegarze 22.00 Nie wiem w sumie od czego zacząć. Zatem zacznę od soboty tydzień temu. To wtedy wróble z Przystanku Oliwa rozćwiekaly się, że mogę... lecieć. Strażnik podjęła decyzję, że leci w październiku do Turcji ze swoimi koleżankami a ja? Ja mogę sobie polecieć z Cichym i Mario do... Mongolii. To chyba już wiesz. Dobry żart tynfa wart. Warunek jeden, samo sobie opłacam wsio bez szkody dla budżetu domowego. Zatem wiadomo było, że chuja gdzie polecę. Co najwyżej do biedry po kasztelana w promocji. Proforma dopytałem chłopaków. Jasne. No to drugie proforma. - Robert, sprawdź czy w ogóle jestem wstanie z wami lecieć i ile by to ewentualnie kosztowało? Po pół godzinie dostaję info, że mogę lecieć ale tylko w jedną stronę wychodzi 5500... No to dziękuje. temat załatwiony. Nawet mi powieka nie drgnęła, bo z realem to i tak nie wiele miało wspólnego. Tydzień wcześniej dzwonił mirmil i pyta się, co robię, co planuję. I tak od trzech lat odpowiadam raz na pół roku Mirkowi: nic. No bo przecież Hungaria z termami, Budapeszt czy Praga to tylko trochę ciut więcej od nic ale nie wiele więcej. No to mając temat z bani wsiadłem na rower w niedzielę i pojechałem odwiedzić wnuki. Na hacjendzie niespodzianka. Hacjendę zwizytowała szefowa synowej = madame Elizabeth. Eli to zniszczona przez korporacyjne życie na walizkach Szkotka. 55 lat. W korpo zajmującym się przenoszeniem duzych firm z miejsca na miejsce - celem optymalizacji, Eli jest druga po Bogu. Synowa bezpośrednio pod nią. Eli mnie lubi, bo dwa lata temu na Sylwestra dalismy razem nieźle w palnik a kobita wypić umi. Oj umi. Mój angielski jak hiszpański. Rzadko uzywam bo nie za bardzo umiem w huszpański ale kiedyś umialem w niemiecki. W niemiecki nieźle umi Eli więc pilismy i szwargotalismy do rana. ja potem padlem jak kawka a Eli coś od rana ogarniala zdalnie z Pekinem czy Tokio. No więc wpadlismy sobie z Eli w ramiona i junior zmuszony został do otwarcia barku. fajnie się gada z samotną kobitą o dalekich podrozach. Dopytuje mnie jak mirmil, no to jaj jej o tej Mongolii ktorki esej. - Kiedy twoi kameraden lecą? Eli bierze laptop. Możesz lecieć z Frankfurtu mongolskimi liniami, boeningiem dreem tam coś tam. Wiem, że mogę, to znaczy wiem, ze nie mogę. - Możesz. I tu się dzieją pierwsze cuda. Eli ma wylatane ta mongolską linie tysiące mil/ Uśmiecha się szelmowsko, puszcza mi buskę i rzecze. - Nr pass bitte. Ale, że jak…? 2h godziny później mam kupiony bilet za wylatane mile Eli... Latał kilka razy w roku do Pekinu ta linią i do Japonii. Teraz inny kierunek od pół roku. Australia. Chłopaki lecą przez Stambuł z Berlina. Oni Turkish ja z Frankfurtu bezpośrednio. W poniedziałek dzwonię do Cichego i pytam jak zbiórka u Mario wygląda. W czwartek Mario mnie odbiera w Łasku. Startujemy o 19-tej do Berlina. Chciałem nawet wkręcić chłopaków, że niby ja z okazji skorzystam i, że z tego Berlina na zachód... Nie kupili tego, choć zdziwieni byli nie co, kiedy ich na parkingu porzuciłem. Ale... okazało się, ze mają problem z odprawą on line. Cichy ogarnięty na maksa w temacie a ja zielony. Pierwszy raz miałem lecieć sam z obcego lotniska. Napisał mi krok po kroku na kartce, co mam zrobić. Ogólnie zesrałbym się ze strachu ale ratował mnie niemiecki. Zresztą powoli wchodziłem już w tryb radzenia sobie. Tryb się włącza kiedy jestem sam. To jak naciśnięcie kłami i otwarcie drzwi, za którymi świeci słońce. Szybko porzuciłem czarne myśli i wyjąłem drugą kartkę, na której rozpisałem krok po kroku transport koleją do Frankfurtu. W moim przypadku musiało wszystko zagrać niemal co do minuty, bo jeszcze w poniedziałek kupiłem bilet na tańszą linie. Zielone flix czy jakoś tak. S-ban na Hauptbanhof, zielony pociąg, S-ban do Wiesbaden i port lotniczy. Na lotnisku deja vu sprzed 35-ciu laty... Wtedy… nieważne. Mimo wszystko wyglądam na zagubionego. Koło mnie przystaje śliczna dziewczyna. Odziana jak należy, z plecakiem jak ja. Mój plecak to kultowy alpinus sprzed 40-stu laty. Nie miałem czasu zorganizować czegoś lżejszego. Dziewuch z innej, tej nowoczesnej bajki ale bije od niej taka... radość. Stoję i patrzę się przed siebie jak krowa na pociąg, ona się uśmiecha. To taki uśmiech, który od razu wywołuje pozytywna reakcję. Odwzajemniam robiąc śmieszny grymas... - Może pomóc? Zagaduje po angielsku. Odpowiadam, po niemiecku, że mój angielski jest little little/ Powtarza pytanie po niemiecku. Uff. No to dukam i pokazuję... kartkę. Kartka rozbraja moja nową koleżankę. Cud nr 2.Ona tez leci do Mongolii! prowadzi mnie za rekę jak ślepego dziadka. Próbowałem sie odprawić on line w pociągu i cos mi tam przyszło. Krótka kontrola Emy: jest ok. Pomaga mi sie odprawić z bagażem, potem jakies bezpieczeństwo, na koniec straż graniczna. Mój czysty paszport nie wzbudza podejrzeń. Siadamy razem i tu kolejna niespodzianka. Ema jest Słowaczką więc od razu pryska bariera językowa. - Teraz już wiem, dlaczego jesteś taka ładna i przesympatyczna! Coś tam poklikała jeszcze wcześniej by spróbować nas posadzić koło siebie. W każdym razie w boeningu siedzieliśmy już tak było, w środkowym rzędzie z jakąś panią o mongolskich rysach twarzy ale elegancko ubrana. Pani po starcie jak tylko byliśmy już blisko słońca ucięła komara i tak niemal przez 8h lotu. Ema fajna dziewucha. Ogarnięta na maksa. Leci do Mongolii drugi raz i plan ma konkretny. Plan wyrywa mnie z butów. Czas nam leci szybciej niż drimlajner pod słońce. Istotne jest, że mamy jeden wspólny cel. Dojechać do Murun. Uzgodniłem jeszcze w Berlinie z chłopakami, by nie czekali na mnie, bo ja chciałbym pojechać nocnym pociągiem, wziąć plackartnyj/kupe i spróbować się wyspać jakoś w drodze, bo to zawsze mój największy problem dla mnie. Wic w tym, że jedna noc już w plecy, a ja wole cierpieć w pozycji horyzontalnej. Mój pech polega na tym, ze mam problem by wyspać się w nowym miejscu a tu praktycznie przez pierwsze kilka dni same nowe miejsca i potem na koniach nie inaczej... Zatem oboje z Emą jedziemy pociągiem i potem się nasze drogi rozchodzą w Murun, bo Ema przesiada się tam na... rower. Ema (jeszcze) roweru nie ma. to nie jest dla niej żaden problem. Ona w ogóle w niczym nie widzi problemu. Kolejne deja vu... Widzę w niej siebie. Studiuje na erazmusie w Berlinie, ma 24 lata, chciałaby już mieć męża i dzieci. Była już tuż tuż ale ją jej amigo brzydko wystawił. Z najlepszą koleżanką a Ema już meblowała w wyobraźni wspólne mieszkanie... Jjak na swój wiek, to się już trochę nalatała. - A ty...? Dopytuje. Ja...? Ja... pierwszy raz. Trochę rowerem ale po Polsce kilka razy po Czechach. Jakoś tak nie było czasu... Chłopaków kiedyś poznałem na beskidzkim szlaku, wtedy różnica wieku wydawała się między nami większa. Teraz się to zaciera. Cieszę się, że chcieli mnie ze sobą zabrać. Dalej nie mówię o sobie ale o nich, o ich portfolio. Ema nie może wyjść z podziwu. Z duma opowiadam o Mario, który robił Mongolie i BAM w 2006, z kolegą, patrolem. - O rany! Miałam wtedy cztery lata!! Robert bodaj dwa lata temu spływał jakąś mongolską, trudno dostępną rzeką z kolegą, który z kolei ma Mongolie w małym palcu, bo jeździ tam od zawsze i w tym roku też był ale autem... jak zawsze. Emy plan jest taki. Na lotnisku wymieniamy 100$, na spółę. By mieć za co śmigać po Ułan Bator. Jedziemy autobusem do centrum, stamtąd na dworzec kolejowy. Trochę czas nas goni ale idzie świetnie. 0 11-stej mamy już kupione bilety, w tym Ema na rower, którego nie ma. Jedziemy taksi na czarny bazar. Po drodze wysiadamy by wymienić już konkretnie dolary na tugriki. Ja wymieniam 400 i oddaję 50$ w tychże wariatach. Ema 500S. Dziewczyna ma wszystko w małym palcu u nogi. Ja tylko asystent. Kupujemy karty. ja na 20 dni, Ema z większym pakietem. Na bazarze (ogrom) to ja czuję się jak ryba w wodzie ale dalej udaję ikrę. Sam pomysł Emy z tym rowerem jest szalony, bo ona sie na rowerach zna jak ja na procedurze odprawy. Wyłapuję to w tri miga, kiedy docieramy na koniec bazaru. Ona chce nowy rower. Przygląda się jakimś kitajskim, lśniącym markom bez marki. Wpada w sidły pierwszego Mongoła. Na razie Ema sobie radzi. Zasadniczo wie, cze go chce ale... Wcześniej obczytała wsio, w głowie ma listę tego, co jej będzie potrzebne itd ale doświadczenia rowerowego... To, co mnie w niej urzekło to pełen spontan. Problemami będzie się martwic później, jak się pojawią itd... Skąd ja to znam... Uśmiecham się sam do siebie. Dobra, musze przejąć inicjatywę, bo to się źle skończy. - Wstukaj mu w translator pytanie, gdzie są importowane, używane rowery. Podobno takie są. Tego dowiedzieliśmy się od t=kierowcy naszej taksówki. Darek... Używany mnie nie przekonuje. to nie rower ma ciebie przekonać, tylko ja:) 40 minut później Ema staje się właścicielką alumiowego talona na mieszanym osprzęcie (tyl deore, przód alivio) 27 biegów, koła 27,5 cala. Wszystko chodzi w miarę płynnie. To „w miarę" kosztuje naszego sprzedawcę 120 000 tugrików. W trzech podejściach. Na bazarze spędzamy jeszcze dobrą godzinę. Opony 2,2cala. Rama może ciut przyduża ale jest bardzo dobrze. Sprawdziłem po ile chodzą używki na globusie pl i finalnie udaje się łobuza kupić za 165 000 wariatów. Pozostałe fanty (dwie dętki na zapas, łatki, pompkę, imbusy itp., to już z marszu. Ema jest szczęśliwa i dostaję spontanicznego buziaka w policzek. Jeszcze tylko czarny strecz do pakowania. Ema namówiła mnie na luksus czyli sypialny. Uparła się jeszcze na dworcu i dopłaciła do mojego "kupe". Mamy komfortowe dwa miejsca tylko dla siebie. Chłopaki lada moment dojadą do Murun i idą na piwo. Dostaję fotę z nazwą przybytku. Śmieją się, że sam luksus. Pokój dwuosobowy z łazienką, ciepła woda... Zaszaleli ale są zjebani jak konie po pardubickiej. Skoro oni na piwo, to ja stawiam mongolskie pół litra i colę dla Emy. Piwo nie najlepiej mi służy po Czechach:) Sarkopenia, cukier... Strzelamy z Emą brudzia. - Ema... dziękuję. Dzięki tobie czuję się dzisiaj naprawdę młody. Znowu młody! Chłopakom kart nie odkrywam. Z Emą umówiliśmy się, że w hotelu ja zamelduję się z... rowerem. O niej nic nie wiedzą. Tymczasem nalewam jej po małych naparsteczkach i snujemy scenariusze, jak tu chłopaków z tym rowerem podejść. Dziewczyna wpada na genialny plan. GENIALNY! Opowiadam jej o podróżach rowerowych z Fazikiem. Jest zachwycona. Śpi. Padła w końcu. Słyszę jej miarowy, spokojny oddech w harmonii z szumem szyn w tle. Nie mogę zasnąć ale przynajmniej leżę a nie siedzę. Wszystko się pięknie układa poza jednym. Zapomniałem wziąć drugi telefon. Przede wszystkim służy mi do robienia zdjęć ale z moim dzieje się coś niedobrego. Jeszcze w Czechach nagle "zwolnił". Wszystko otwiera się z dużą pauzą. Wyczyściłem go na maksa ze zbędnej pamięci. Pousuwałem aplikacje, których tu nie będę używał. Nic to nie dało. Nie ważne... Nad ranem łapię w końcu mocny sen. Ema mnie delikatnie budzi... - Za pół godziny wysiadamy. Cdn. |
Cytat:
Cytat:
|
Koleś Cichy vel Bruber to w rzeczywistosci uczestnik z wypadu Szlakiem Grąbczewskiego jeśli kojarzysz....
a tymczasem borem lasem bobaki podesłały kolejne telegramy zza Uralu! więc wedle poprzedniej zasady podklejam. Chyba mają tam całkiem niezłego interneta... czasami... bo i czasem jakie foto dostaję :-) Czeka nas łączenie... rodzin. W Erdenet ekspresowa przesiadka do jakiegoś minibusa. Rower Emy elegancko spakowany i po przeglądzie. Szczególną troskę poświęciłem hamulcom. Hydrauliczne tektro zatem standard. Dokupiliśmy na bazarze dwa komplety klocków ale zostałem przy starych bo były praktycznie nowe. Drobna regulacja naprężenia linki tylnej przerzutki miała miejsce jeszcze na dworcu, podobnie przegląd hamulców. Przejechałem się rowerem i spokojnie mogłem demontować koła. Zanim jednak w strecz szybki montaż i finalny demontaż przez Emę. To ogarnęliśmy na dworcu. W pociągu na przednim kole wymianę dętki i łatanie. Ema jak wzorowa uczennica. Potem zostałem dziadkiem. Strzałem w dychę były ekspandory i jeden pas transportowy. W każdym razie od wysiadki z pociągu, do Murun jechaliśmy już po niecałej pół godzinie. W tym czasie chłopaki jeszcze spali a naszym zadaniem (znaczy moim) było dotrzeć do BISHRELT HOTEL koło południa. Nie pamiętam, jak Ty hulałeś po Mongolii ale droga do Murun wypas. Praktycznie dopiero teraz podivam okolice. No ładnie jest. W zamierzchłych czasach, kiedy ja zmierzałem do Mongolii (2007) to krajobraz wyglądał zupełnie inaczej. To jak dwa światy. Jeszcze dzisiaj będę to konfrontował z ciekawości z doświadczeniami Mario. Tymczasem Ema opiera się (a może bardziej wtula) o moje ramie i przysypia. Obejmuję ją czule ramieniem, dłoń opieram o jej ramię i zaczynam się trochę o jej tu przyszłość troskać. Chciałbym mieć taką zaradną wnuczkę (na moje absolutnie nie narzekam). Nie wiem... mam wrażenie, że to moja Marysia tylko jużâŚ duża. Zaczyna mi pracować wyobraźnia... jak ona sobie 'tam" poradzi...? Bardziej myślę o niej niż o tym, co mnie czeka. STOP. Przestań się martwić! Dziewczyna sobie poradzi i już! Żadnych złych emocji. W końcu zmierzamy do serca mongolskiego szamaństwa. Znaczy ja. Tu każdy detal ma znaczenie. Pewnych rzeczy nie wolno robić, myśleć... Będzie dobrze, bo jest dobrze i już. Kurde molek. Czuję emocje w powietrzu:) Docieramy do hotelu. Nie muszę szukać chłopaków. Grasują przy toyocie LC 100 zaparkowanej przed frontem. Prowadzę (złożony przez Emę) rower lewą ręką, prawą trzymam lewą Emy. W końcu Cichy podnosi wzrok... Zaraz potem Mario. Nie potrafię opisać ich miny. - Dziadku, czy to Robert i Mario, twoi przyjaciele? Tak kochanie. To jest Robert - kierownik ds kierowania kółkiem a to Mario, z-ca kierownika. Ema po kolei obejmuje każdego i daje buziaka w policzek. Teraz kolej na mnie. Solidne niedźwiedzie i spontaniczna radość. Wszystkiego się spodziewali, nie do końca wierzyli, że dojadę, że... - Elwood... Aaaa... Cichy macha ręka. Chodźmy na browara! Mario patrzy na mnie... Ema na nas. Jej uśmiech, jak ten z frankfurckiej sali odpraw, budzący mocno pozytywne emocje - robi swoje. Obejmuje mnie ramieniem, przytula się do mnie i strasznie rozbrajająco pyta: - Zabierzecie mnie se sobą...? Mario z Cichym niemi jak traperzy, którzy dotarli do swojego Klondike tylko⌠Temu wszystkiemu przygląda się jakiś emerytowany starszy pan. Podchodzi do mnie, przedstawia się. Cały obwieszony medalami jak ruski weteran wojny ojczyźnianej. Jeszcze szkoła radziecka. Zwraca się do mnie: - Paliak? Gawarisz pa ruski? Siadamy na chwilę w hotelowej restauracji, zamawiamy po piwie. Jeszcze tylko kwestia pozwoleń ale to formalność. Wczesnym popołudniem ruszamy do Guransajchan. Jak się ogarnę, to podeślę Ci kilka zdjęć. O publicity nie musimy sią martwić. Dosiadł się do nas gwiazdor... mongolskiego bakpakerskiego jutuba. Cichy ma namiary, później podam. Mamy z nim sefie z trasy, będziemy sławni. Ale o tym w kolejnym odcinku. |
jeszcze jeden przekaz trafił więc puszczam na świeżo!
Żart się udał do tego stopnia, że zadziałał w druga stronę. Teraz mam wnuczkę dużą. Emy nie zabieramy. Przez chwilę coś jej tam zaczęło świtać ale baba z wozu itd. Spakowałem ją w 15 minut i pojechała z naszym błogosławieństwem na północ do Chatgał. My do landcruisera i tak jak widziałeś w zapisie tracku Cichego. Nie załatwiamy ostatecznie żadnych pozwoleń. Jakieś 40km asfaltem na północ potem cały czas pod górę. Dwie przełęcze i zjazd do Ułaan Uuł. Dalej skrajem kotliny już nad Cagaanuur. Do przełączy względny szuter tylko lokalnie tarka. Potem już gorzej. Jak popada to musi tu być niezła jazda. Teren w nasze skali typowo 4x4. Wg lokalnej dla Piriusa. Trochę szkoda, że kotlinę jechaliśmy już po ciemku. Można by rzec - klasyczna mongoliada. Poza dwoma postojami na żarcie wiele razy stawaliśmy, bo na dachu luzował się kanister ze 100 litrami benzyny. Kiedy słońce już zaszło nasz kierowca dopiero spiął go z bagażnikiem taśmą transportową...:) Elegancko filmował to tuber Ochirro`s World. Jeszcze epizod z Murun. Robert jest naszym głównym logistykiem, bo zna angielski. Zatem wynajem LC 100 spadł na jego barki. Właścicielka (chyba) hotelu szybko podstawiła nam gościa, co zaproponował elegancko 500 000 wariatów. Bez szans, to podstawili drugiego, niby konkurencja (bodaj) 350 000. Stosujemy tu prosty przelicznik. Ścinamy tysiąc i wychodzi w złotych. Pojechaliśmy za 250 000. Robert jest też głównym logistykiem bo zna Piotra. Piotr jest mongolskim szefem wszystkich szefów. Znaczy polsko-mongolskim. Ileś lat temu znany mongolista pan Uryn pisał pierwszy ładny przewodnik po Mongolii. Chyba każdy go czytał. Pan (Bolesław?) Uryn konsultował terminy z naszym Piotrem. My Piotra też znamy ale Robert lepiej, bo dwa lata temu spływali razem jakąś rzeką. Prawdopodobnie nikt ją nie płynął wcześniej. Gdybym jam płynął z nimi napisałbym, że na pewno nikt tego przed nami nie zrobił. Kolega Piotr był tu m-c przed nami, odwiedzając swojego dobrego znajomego nad Cagaan nuur, którego poznał 15 lat temu, jak tu był. Dlatego dzisiaj zapakowaliśmy się z całą jego rodziną do buchanki i pojechaliśmy zapoznać/okiełznać konie na letnim pastwisku i tu już zostajemy. W sensie do jutra, bo jutro już siadamy na konie i jedziemy z dwoma myśliwymi. Pierwotnie mieliśmy jechać z synem kolegi Piotra ale on nie mówi po angielsku. Nie mówi też po rosyjsku. Najlepsze, że nie mówi też po mongolsku ale... rozumie mój węgierski. Jaki ten świat mały... Korzystając z zasięgu dopytałem kolegę Piotra na łotsapie w co my się właściwie pakujemy z tymi końmi, bo Cichy jak to Cichy - milczy. No więc pojedziemy na tych koniach na zachód, w klasyczne mongolskie pizdu. Gdzieś pod granicę ruską przez góry. Odpaliłem google earth i lukam w ten teren i tu nic nie ma. W sensie żadnej ścieżki, nic. Tajga w wydaniu lokalnym czyli modrzewiowa monokultura. Jeszcze o koniach.Mi przypadł biały plus konie transportowe i konie myśliwych. Moim zdaniem i Mario za dużo ale ja się na koniach w ogóle nie znam. Siedziałem na koniu trzy razy w życiu. Pierwszy raz jak się wspinałem na nocnik po drabinie. Drugi w Kirgistanie w 2008. Dopiero trzeci raz (Afganistan 2010) jechałem. Z dobre 100m pokonywałem konno brod. No i jutro. Dzisiaj oglądałem konie w blasku słońca. Pogoda zaprawdę nam dopisuje. Ten mój biały to prawie Arab. Dostaniemy siodła ruskie. Z drewnianym szkieletem ale poduszką czy jakoś tak. Pytam się naszych koniuszy dwóch, co to będzie... W sensie z moim tyłkiem, udami... Od minionego poniedziałku codziennie robiłem przysiady w seriach. Teraz mnie jeszcze do tego nogi bolą. W sumie z tego wszystkiego to ja nic nie wiem. Trochę ogarnąłem geografię terenu, zrobiłem mały spacer z naszego aułuu na hopkę, która rzuca nam cień od południa. Panoramy bajeczne Homer. Bajeczne.Zasięg zapewne stracimy wchodząc w zachodnie pasmo. Zapewne gdzieś trafimy na Cagaanów przemieszczających się ze swoimi charakterystycznymi namiotami przypominającymi tipi. Jedno wiem. W ten teren komercyjne wycieczki się nie zapędzają. Za trudny i niebezpieczny. No i ta wiedza mi wystarczy. |
1 Załącznik(ów)
się dziadek rozpisał..... a miał już kończyć :)
teraz wjechali już w góry wiec bedzie pupa z zasięgiem. Pozostał jeszcze wprawdzie kontakt przez Garmina ale to szczątkowo można słać takie info Fot póki co jak na lekarstwo ale podejrzewam że elwood zrobi jakąś relacje z tego pewnie w jakimś odrębnym miejscu, więc tymczasem przeklejam jego korespondencję do mnie byście mogli wczuć się w klimat... A kto terenów tamtejszych nie zna a chce je poczuć to wrzucam fragment mojego filmu sprzed laty z tamtych okolic gdzie się kierują... W prawdzie ja dotarłem najdalej jedynie do Tsaagannuur bo lato było zbyt mokre. Oni zaś tam zaczynają swoją prawdziwą przygodę. Autem to nie to samo. Musiałem uciekać nad piękne Chubsuguł po jego prawicy. Tam w sumie też nie było lekko co zaraz zobaczycie. - druga połowa filmu (gdzieś od 10 minuty) https://youtu.be/sPLuJrKCHkg?si=2MA--el4raUccfLu&t=625 a tymczasem puszczam list kolejny: Jeszcze coś rzutem na taśmę. Wczoraj chłopaki poszli wyjątkowo wcześnie spać. Zaraz po 19-tej. Ja zaś wpadłem w oko stryjowi jednego z naszych przewodników. Wywołał mnie do rodzinnego geru, przysiedliśmy przy kozie, naprzeciw siebie. Wyjął ichnią wódkę (masz ją na zdjęciu w sensie gatunku) i nalał mi do czarki, bacznie mnie obserwując. Czułem, że to nie jest zwykły gest. Ja podobnych egzaminów w życiu już przeżyłem kilka. Jeszcze kiedy się organizowaliśmy, łatwo mi się było odnaleźć w ten nowej sytuacji. najpierw był klasyk: - Chłopaki, w czym mogę pomóc? Nie przeszkadzaj, rzuca z uśmiechem Robert. To wtedy miałem okazję pogadać z dobrą godzinkę ze stryjem. Nie pomnę jego imienia. Starszy gość. W jednej z uwag zażartowałem, że ja tu wiekowy starszyna i moi towarzysze szanują ten fakt, zwalniając mnie z obowiązku/przyjemności szykowania koni itp. Pierwotnie przydzielono mi konia białego ale stryj powiedział, że to nie jest koń dla mnie. W sensie zbyt narowisty i non osobiście poleca mi "tego", który niczym się dla mnie nie wyróżniał. Przeprosiłem go na chwilkę i poszedłem po flaszkę, która mi została po wspólnej konsumpcji z Emą. Zostały ze 3 setki. Wypiliśmy w tradycyjny sposób. Nalałem mu do robertowego kieliszka. To taki skórzany, gruziński "dzbanek", którego obecność pierwszy raz doświadczyłem na Szlaku Grąbczewskiego. Wchodzi do niego ponad 50gr. Nalałem do pełna. Wypiliśmy po jednym, w tradycyjny sposób. Stryj zamoczył najpierw serdeczny palec do dzbanka potem strzepnął mokrym palcem w górę i w dół. Nalałem sobie i powtórzyłem gest. Rozmawialiśmy po rosyjsku. Szło nam o tyle dobrze, że poziom znajomość tegoż była na podobnym poziomie. Cały czas mi się przyglądał, patrząc prosto w oczy. W pewnym momencie skomentował: - Ty masz nasze oczy. Rozmawialiśmy o rodzinie. Z szacunkiem się odniósł do faktu, że mam już troje wnuków. Nazwał mnie "owgon aw". W wolnym tłumaczeniu taki ichni dzieduszka. Moje oczy wpadły mu w oko, to już wiesz ale powiedział jeszcze coś. Bym wieczorem nie kładł się spać, zabierze mnie na krótką wycieczkę. Kiedy chłopaki poszli spać, przed dwudziestą przyszedł po mnie jeden z naszych przewodników. Zrozumialem tylko jedno hasło: owe owgon aw. Wyszedłem z nim na majdan. Koniec doliny spowity w mroku, gdzieś po okolicznych hopach resztki pomarańczowej poświaty. Coś wisiało w powietrzu... Dosiedliśmy dwa konie, kulbaczone tradycyjnie. Przewodnik pomógł mi dosiąść mego i polecił mi gestami, bym nic nie robił. To znaczy tak to odebrałem i słusznie. Dosiadł swojego i ruszyliśmy. Mój koń posłusznie jechał sam za pierwszym. Jechaliśmy długo. To znaczy około 45 minut? Nie wiem. W ciszy, lekko się wspinając potem schodząc. Oczy mi się szybko przyzwyczaiły do ciemności. W tle gdzieś nagle zamajaczyły dwie jurty. Zsiedliśmy z koni (przewodnik mi pomógł) i kiedy już mieliśmy wejść do jurty nagle zawyły wilki... jakoś tak... przejmująco. Rozszczekały się psy. Przewodnik stanął jak wryty, uchylił wojłok, pokazał mi tylko gestem pierwszeństwo i... zniknął. Zanim wszedłem, spojrzałem w niebo nad horyzontem. Nie wiem, szukając wilków w bajkowym wymiarze na tle księżyca...? Ten właśnie zachodził będąc w fazie młodego, przypominającego mi... arabską bródkę. Zachodził szybko niczym znikający w otchłani tajemniczy don Pedro. Przekroczyłem próg jurty i nagle wszystko ustało. Cisza. Na przeciwko siedział szaman. Nie widziałem jego twarzy ukrytej pod opadającymi na lico czarnymi, przyozdobionymi na końcu gęstymi frendzlami zwisającymi z nakrycia głowy. Na sobie miał płaszcz ze skóry z mnóstwem jakiś detali, wstęgami z kawałków skóry, wisiorków, dzwoneczków z okrągłym zwierciadłem w centralnym miejscu. Byliśmy sami. Nie pierwszy raz miałem okazje być goszczony w jurcie, więc ogólnie wiem jak się zachować. Szaman wskazał mi miejsce po mojej lewej. Mój największy problem to... siad po turecku. Moja mobilność w stawach biodrowych jest legendarna. Jest już troche lepiej niż kiedyś bo mocno nad zwiększeniem ruchomości ostatnio pracuję, jak z tymi przysiadami... Pamiętam dobrze początek i koniec. najpierw byłem obserwowany (chyba), trwało to wieki całe. potem zadzwonił któryś z licznych dzwoneczków, bo zostałem poczęstowany czajem. Tym tradycyjnym, który bardzo lubię. Tłuste mleko podgrzewane z kilkoma liśćmi herbaty, całość posolona. W mojej domowej kulturze zawsze solono zupę mleczną np. ZAWSZE. Tak zostałem nauczony i nie wyobrażam sobie słodkiego mleka. Oczywiście odebrałem czarkę prawą ręką, podpartą lewą itd. Piłem powoli, z przyjemnością nic nie mówiąc. Czarkę postawiłem przed sobą. Cisza... Mija minuta (?), nie wiem, może dwie, dwie i pół czas nagle zwolnił. Wyraźnie zwalniał w trakcie dalszych obrzędów. Gdzieś odlatywałem z prędkością światła a wiadomo im szybciej się przemieszczać tym wolniej płynie czas... Zanim nastąpił pełny odlot szaman wręczył mi buteleczkę z tabaką, którą najpierw sam wciągnął do nosa. W tych moich niezdarnych łapach na zwiniętą dłoń w kielich wysypałem prawie połowę jej zawartości. Nic to... Wpakowałem wszystko do nosa i tyle. Tu muszę dodać, bo chyba Ci tego nie opowiadałem, że mam wyjątkowa nadwrażliwość na tytoń. Kiedyś w TJK tak się zatrułem betelem, że po chwili euforii zdychałem potem 4h. Ja po prostu nie palę, nie narkotyzuję się itp. Byłem wielokrotnie częstowany opiatami, zawsze odmawiałem. Tytoń wciągnięty nosem to zachowanie graniczne. na Kaszubach powszechne zjawisko, ja jednakowoż unikam. Były bębny i rozmowa/śpiew z duchami. Nic nie rozumiałem, bo monolog szamana prowadzony był w lokalnym dialekcie. na mnie chyba zaczął działać tytoń więc odlot był pełny na szczęście to nie betel ale przyszedł moment, w którym moje oczy musiały się rozszerzyć do perskich rozmiarów. Było to po transie szamana. Po nim odsłonił frędzle i zobaczyłem... stryja. Stryj przeszedł na rosyjski. Nie wiem... Doznałem czegoś na wzór namaszczenia. Stryj powiedział, że wchodząc do jurty wiedział, że jestem pod ochroną, że miałem już taki obrzęd za sobą. Zostałem obdarowany rzemieniem na rękę i rozmowa stała się luźniejsza. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ja nic nie mam w zamian. Stryj/szaman dokładnie widział moja rozterkę, przyglądał mi się z... zaciekawieniem. Dostałem kiedyś od zacnego kolegi 6-tą klepkę. Nie znasz go. Dwa razy nie dojechał na Biesy i już nie dojedzie, bo Biesów nie ma:) Niestety gdzieś mi się ta klepka z egzotycznego drzewa zagubiła na jednej z moich rowerowych eskapad. Zrobiło mi się przykro i wykonałem sobie erzatz z modrzewia. Z deski podłogowej 22mm, po której chyba jeszcze nie miałeś okazji stąpać. Wyciąłem klepkę, przewierciłem otwór i przetkałem solidnym rzemieniem. Żeby było ciekawej, owe modrzewiowe deski kupiłem od... Chakasów. Mieli spory skład w Pruszczu Gdańskim ale już nie mają. Chakasi oczywista na rosyjskich paszportach. Teraz przez taki modrzewiowy las będziemy jechać konno. Rozpiąłem polar, zdjąłem z namaszczeniem klepkę i położyłem ją przed stryjem, krótko streszczając ową historię. Chakasja graniczy z Tuwą skąd obrotni Chakasi ciągnęli modrzew do PL. Można by więc napisać, że klepka zaliczyła długą podróż i wróciła do macierzy. Zrobiło to na stryju wrażenie. - Są przy tobie trzy kobiety. Bardzo silne. Dbaj o nie owgon aw. Jest też dwóch bardzo złych ludzi. Bądź ostrożny i słuchaj. Słuchaj otoczenia, nic nie musisz mówić. Wróciłeś do domu. Poświęcił mi jeszcze z dobrą godzinę opowiadając o swoim narodzie i zmianach, które są nieuchronne. Są złe. Odebrano Darchatom i Duchom tożsamość. W 2011-tym roku zakazano polowań, noszenia broni etc. Rekompensata pod postacią zasiłków jest tylko gwoździem do trumny ale... to już jak się spotkamy, to pogadamy. W każdym razie w zachowaniu naszych przewodników odnotowałem istotną zmianę, na pewno wobec mnie. A teraz wracając do Tajgi zachodniej, którą będziemy eksplorować - ciekawostka. Nie uwierzysz... Kiedy tylko zniknęliśmy "za rogiem" przy pierwszym pokonywanym strumieniu, mój koń schylił się, by napić się wody i ja, bujający w tym czasie wysoko w chmurach wypadłem z siodła i przelatując przez koński łeb wylądowałem w wodzie! Ale nie tylko ja spadłem z konia. Wszyscy jak jeden, razem z naszymi przewodnikami także! Tylko ze śmiechu. Trza było zrobić przymusowy postój i co...? Stryjeczny wyciągnął to, co widzisz na zdjęciu. Tak, że ten, musiałem się wysuszyć:) To już naprawdę ostatni tekst tymczasem zaraz stracimy zasięg. 7 koni, dwa psy, dwóch przewodników, jedna strzelba (jak to u nas na Podlasiu, skomentował Robert, w temacie zakazów) i my. Przed nami 10 dni mega przygody. Achooj! |
Miód, malina się czyta. Piękna opowieść.
|
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:27. |
Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.