Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Relacje z podróży

Relacje z podróży Wróciłeś i już dupa Cię nie boli? Chcesz opowiedzieć o swoich przygodach podczas podróży? Spotkałeś fajnych ludzi? Może pokażesz zdjęcia? To dział dla Ciebie. Dobrze trafiłeś.

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary Wczoraj, 18:30   #71
consigliero
Ajde Jano
 
consigliero's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Mar 2008
Miasto: Rataje Słupskie
Posty: 3,082
Motocykl: Dacia Dokker STEPWAY
Przebieg: 241255
Galeria: Zdjęcia
consigliero jest na dystyngowanej drodze
Online: 5 miesiące 2 tygodni 3 dni 19 godz 33 min 3 s
Domyślnie

Studiując informacje o Korsyce, przypomniałem sobie że już raz pojachaliśmy w podobnym okresie na południe, nawet byłem święcie przekonany że to opisywałem. Niestety nie znalazłem żadnego śladu po tym zdarzeniu, zaczynam się obawiam, że to początek albo stan bardziej zaawansowany problemów z pamięcią. Pewnie będzie za mało spacji, ale też jest to ściągnięty tekst zapisany gdzieś w czeluściach komputera, niestety pochodzi z czasów gdy używałem tapatalk. Jak się zorientowałem, że ta aplikacja szatkuje mi zdjęcia w sposób tylko jej znany, przestałem jej używać. Mam gdzieś album ze zdjęciami z tego wyjazdu tylko musiałbym go przebrać do upublicznienia, jak będzie zainteresowanie. Kilka fotek mi się nawet podoba.

Na początek statystyka 5 dni w aucie 2900 km, 12 dni motocyklem 4 dni powyżej 400 km, 3 dni ponad 300 km, 2 dni poniżej 200 km, 3 dni poniżej 100 km , razem około 3300 km, poza domem 19 dni.
3 dni z deszczem , około 3 z dużym wiatrem , minimalna temperatura 8 maksymalna 31, maksymalna różnica wzniesień 1300 m.
Brak paliwa a raczej błędne wskazania , słaba pompa , dwukrotnie, awaria wspomagania hamowania, czujnik przy tylnym hamulcu domagał się kontroli ustawienia.
Następny wyjazd bez namiotu i tych kempingowych klamotów, użyliśmy tego tylko przez 2 noce.
Dwie kąpiele morskie , raz windsurfing, udało się wrócić do brzegu



Plan wyjazdu do Grecji urodził się pewnego wrześniowego weekendu , gdy znajomy wspomniał o możliwości zakupu ładnych żyrandoli w Salonikach . Będąc w Barcelonie byliśmy o krok od zakupu takowego , tylko problem był z transportem. Cena była taka o jakiej w naszym kraju można tylko pomarzyć . Po chwili plan był gotowy, plan to może za dużo powiedziane , mamy 2 punkty pewne a reszta jest otwarta.
W Grecji byliśmy 2 razy ale były to krótkie wizyty i jeszcze przed tych ich kryzysem.
Ruszamy zestawem 4R z przyczepką lekką , aby było miejsce na 3 sztuki żyrandoli w aucie. Szybki przelot do Tesalonik i na miejscu max 3 dni. Następny punkt programu to Limnos gdzie mamy miejscówkę i możemy tam zostać jak długo chcemy , ale jedziemy też po to aby pojeździć. Obowiązkowo chcemy zwiedzić wyspę motocyklem .
Najtrudniejsza część wyjazdu , czyli co dalej, wracać na północ to pakowanie się w lekkie kłopoty , idealnie byłoby dostać się na południe w rejon Peloponezu , ale to w Październiku może być trudne, ze względu na możliwą mniejszą ilość połączeń promowych. Oczywiście może się też zdarzyć że Limnos wciągnie nas na dłużej i wypuści dopiero pod koniec Października.
Ruszamy w piątek 3.10 około godziny 12 tankujemy się na wylocie z Krakowa i kierujemy się na przejście w Chyżnem. Zasadniczo dopiero za przełęczą Donovaly klaruję cały takielunek , od tego momentu nie muszę zaglądać co się tam dzieje z tyłu. Pogoda zmienna, albo jak to określał świętej pamięci , redaktor Zalewski , przekropna. Jedyne czynności to trzymanie kierownicy i kontrolowanie hamulca. Prędkość ustalona na 110 km/h pozwala na rozsądne przemieszczanie się w kierunku Salonik . Po przekroczeniu granicy z Serbią , gdzie zwyczajowo jest korek , dodatkowo trzeba się zatrzymywać w miejscach poboru opłat . Nocleg gdzieś przed Belgradem na resztkach paliwa , ale w kanisterku jest 10 litrów jakby co.
O poranku ruszamy dalej i zatrzymujemy się aby zatankować na stacji MOL tuż przed Dunajem , udaje się coś zjeść i wypić kawę , płatność w EUR bo maszyna nie działa , restauracja jest nowa a ajent działa pod własnym szyldem . Znajduję resztki tutejszej waluty z poprzednich wyjazdów i mamy 2 następne kawy. Przelatujemy przez Belgrad i szybko podążamy w kierunku granicy z Macedonią . Trwają intensywne prace nad skończeniem autostrady , ale na razie kluczymy po różnych zakamarkach . Granica z Macedonią wyróżnia się tylko tym że kolejka jest mniejsza , a zrobienie zdjęcia wiszącej flagi Macedonii kończy się jakimiś pogróżkami ze strony jakiegoś gościa w mundurze . Jestem zaskoczony jakością drogi w kierunku Skopje , pamiętając ją sprzed 2 lat , ale uczucia zaskoczenia mija przy dojechaniu do Kumanovo, do tego momentu jakość już zapamiętana . Postanowiłem że pokażę Beatce Skopje i nadkładamy trochę drogi , już po fakcie i zjedzonym posiłku , zgodnie stwierdzamy że można sobie było to doznanie , zwłaszcza kulinarne odpuścić. Bardzo denerwujące są tutaj te mikropłatności za autostradę , ale pewnie dzięki temu kilka osób ma pracę. Ponieważ zbliża się wieczór i nie chcę podejmować próby poszukiwania miejsca na nocleg w Salonikach , decyduję się na nocleg po stronie Macedońskiej , wybór pada na miejscowość Stary Dorjan , nad jeziorem Dorjan w hotelu znanym z poprzedniej wizyty w Grecji. Dojeżdżamy na miejsce , przed hotelem trwają przygotowania do wesela , ale pani nie widzi problemu w zaparkowaniu na ich trawniku oraz przenocowaniu. Mam lekkie obawy co do możliwości spania w towarzystwie weselników ,ale na razie się z tym nie zdradzam. Podejmujemy próbę zdobycia posiłku ale kończy się tylko na rakii z oliwkami a reszta lokalnej waluty wystarcza mi na jedno piwo liczone bez kaucji bo na to już nie starczyło. Wracamy do hotelu i siadamy na tarasie gdzie obserwujemy weselników tańczących w takt rytmicznej muzyki. Mimo że wesele było raczej w obrządku słowiańskim muzyka to mieszanka typowo bałkańska i wliczyłbym też do tego nurtu Grecję . Często muzyka tzw grecka grana w radio , słyszana w telewizji czy też na owym weselu, to muzyka która równie dobrze mogłaby by być grana na krakowskim Kazimierzu, w Izraelu czy w którym z krajów arabskich. Po skończeniu piwa idziemy na górę i już wiemy , spania tutaj nie będzie . W pobliżu jest hotel którego wcześniej nie było, Romantika , pełen wypas i pełni obaw udajemy się aby zapytać o cenę . Jest akceptowalna bo ze śniadaniem mamy płacić 50 EUR a w poprzednim 35 bez śniadania. Wracamy do pani i informujemy ją że przenosimy się w inne miejsce i mamy nadzieję że zestaw drogowy może u nich zostać na noc. Pani nie jest specjalnie zaskoczona i nie robi też trudności co do samochodu. W nowym miejscu nie ma problemu z płatnością kartą a restauracja wygląda zachęcająco , to serwujemy sobie posiłek.
Następnego dnia wcześnie rano jedziemy w kierunku granicy, czynności Macedończyków ograniczają się głównie do sprawdzania zielonych kart , tylko jeden z celników chce pogadać. Oczywiście jest zainteresowany motocyklem , a czy pracuję dla NG , a to ile trzeba zapłacić za motocykl . Po krótkiej pogawędce jedziemy do Greków gdzie wita nas starszy pogranicznik w lekko rozchełstanym mundurze i pierwsze jego słowa brzmią , dzień dobry . Dalsza rozmowa jest prowadzona w naszym języku , a wyjaśnienie tak dobrej znajomości polskiego jest prozaiczne, przez długi czas , jeszcze za poprzedniego systemu pracował na granicy grecko bułgarskiej i nasi turyści byli mu dobrze znani, słowa namiot , kuchenka gazowa, krem nivea były zapewne kamieniem węgielnym znajomości mowy Kochanowskiego i Reja. Z grzeczności nie pytaliśmy ile namiotów i butli posiadał.
Thessaloniki
Po krótkim przelocie przez centrum , jest już jasne , zostawienie naszego auta w tym mieście to mission imposible , a co dopiero zestawu z przyczepą. Po krótkim kluczeniu odwrót do hotelu który znalazłem w tripadviser , hotel di Tania . Przybywamy na miejsce i jest nieźle , ale czy można będzie zostawić zaprzęg, nikt nie odpowiedział na mojego maila wysłanego w połowie września. Miła pani na recepcji , bardzo skora do pomocy , ale musi zapytać managera, tak zna naszego maila ale nie wie dlaczego manager nie dał żadnej odpowiedzi. Po dłuższej chwili jest decyzja , nie ma żadnego problemu , tylko trzeba zostawić kluczyki . Z pomocą małżonki zrzucamy motocykl i w końcu może o własnych siłach przejechać kilka metrów
Niby wszystko jest zorganizowane i taksówka do miasta miała kosztować 10 EUR , wiecie mamy specjalny agrément , ale pan z taksówki skasował nas 14 , z powrotem miało być 14, ale musiałbym najpierw dzwonić do hotelu , wziąłem z ulicy i wyszło 15.
Jeżeli ktoś był w Tangerze lub Tunisie , to nie powinien być zaskoczony tym miastem , bliżej im do tych metropolii w warstwie mentalnej i kulturowej niż do tzw. cywilizacji europejskiej . Nie byliśmy w Atenach ale chyba coś jest na rzeczy w określeniu przez ateńczyków , Salonik jako Bułgarii .
Jeszcze jedna refleksja już po powrocie , Grecja a zwłaszcza Peloponez to wspaniały kraj do jazdy motocyklem . Gdy wykreślimy ze swojego słownika słowo autostrada, to w zasadzie większość dróg może nam dostarczyć namiastkę przygody i tylko od nas zależy jak bardzo będziemy chcieli się w tą przygodę pakować. Pewną trudność sprawia nawigowanie, dobra mapa jest pożądana. Garmin się bardzo przydaje ale większość byłaby zdziwiona jak potrafi nawigować , szczególnie przy przejazdach przez wioski i górskie ostępy. Plusem jest to że droga jest przeważnie drogą w jakimś stopniu utwardzoną , tylko na wyspie trafiliśmy na odcinki które w warunkach deszczu byłyby absolutnie nie do przejechania , na szczęście było sucho. Nie wszystkie drogi są uwidocznione w GPS , to też wprowadza pewne zamieszanie , dzięki temu przygoda jest pełniejsza.
Poniedziałek
Podejmujemy decyzję że udajemy się do miasta autem , pogoda za oknem mało zachęcająca , zapowiadają opady. Jeszcze w Polsce Beatka bardzo się dziwiła że pakuję do bagażnika parasol, na co ci parasol w Grecji . Docieramy w miarę sprawnie na parking w pobliżu portu , gdzie liczą tylko 1,5 za godzinę . Sprawnie docieramy na bazar gdzie są między innymi żyrandole i pierwsze rozczarowanie, to nie tak miało być. Niby coś można by kupić, ale problemem jest co i za ile. Po krótkiej chwili odchodzimy i próbujemy coś pozwiedzać . Jeżeli ktoś jest z Krakowa to mógł się poczuć mocno rozczarowany. Zasadniczo tutejsze atrakcje są mocno zrujnowane i do tego porozrzucane na dużym obszarze. Na szczęście bazar , promenada nad morzem dodają uroku temu niezbyt pięknemu miastu. Po kilku godzinach wracamy do auta i mamy atrakcję, godziny szczytu po grecku, gdy już udaje nam się wyrwać z matni , próbujemy coś zjeść. Niestety wszystkie knajpy są w mieście, a na przedmieściach raczej trudno coś trafić. Gdy wchodzimy do pizzerii która głównie dowozi do klienta , nie wiedzą co z nami zrobić. Po chwili konsternacji wracamy do naszego hotelu i pani zamawia dla nas pizzę i risotto, na szczęście jest to zjadliwe a buteleczka tsipouro tłumi w zarodku ewentualne kłopoty.
Wtorek
Po przemyśleniach mamy już wybrane 2 lampy i jedziemy dokonać ostatecznej transakcji. Pierwszy problem to parking , musimy coś znaleźć w pobliżu i w pewnym momencie wydaje się że mamy problem z głowy , prosimy taksówkarza aby się przesunął do przodu. On mówi że i owszem może się przesunąć i nawet to czyni, ale ostrzega nas że nam auto usuną. Rzeczywiście widać jakąś taśmę i kartkę z wizerunkiem holowanego auta , co nie przeszkadza innym parkować przy owej taśmie, nie dyskutujemy bo pewnie taksówkarz ma rację , a lokalny może więcej. W końcu i my trafiamy do parkingowego raju i zostawiamy auto usiłując zapłacić za ów parking, ostateczna decyzja , krótki targ , pan dorabia brakujące elementy. Mając w pamięci doświadczenie z poprzedniego dnia jemy w mieście. Samo miasto też zyskuje przy bliższym poznaniu, gdy odrzucimy stress związany z parkowaniem i poruszaniem się po mieście , to spacer może sprawiać pewną przyjemność. Układ architektoniczny jest łatwy do ogarnięcia , szczególnie w rejonie ścisłego centrum, a wycieczka na pobliskie bizantyjskie mury też jest w miarę ciekawa. Niestety kuchnia grecka wyraźnie nam nie służy i naruszamy prezent w postaci żołądkowej gorzkiej. Ten dzień był lepszy niż poprzedni bo tylko lekko pokropiło .
Wieczorem , po powrocie do hotelu widzimy że nie jesteśmy sami , motocyklowo. Przed budynkiem stoi dumnie GS w wersji ADV na szwajcarskich blachach. Rano porozmawialiśmy z parą która wracała do domu z Turcji i byli bardzo zadowoleni ze swojego motocykla jak i wycieczki. Październik jest miesiącem w którym zasadniczo jest mniejszy ruch turystyczny i ilość połączeń promowych znacznie spada. Ponadto kompania obsługująca połączenia z wyspą Limnos od lat udaje greka , wykazując straty i balansując na krawędzi bankructwa. We wrześniu nie byli w stanie podać rozkładu jazdy na Październik, dopiero na kilka dni przed wyjazdem dostaliśmy informację o ustanowieniu takowego. Nie był to najbardziej idealny rozkład bo albo wyjazd o 13 albo o 21 , zdecydowaliśmy się na późniejszą godzinę , głównie licząc na poprawę pogody oraz chęć zobaczenia ciekawych motocyklowo dróg. Dosłownie w poniedziałek znalazłem na facebooku sprawozdanie z wycieczki w rejonie Salonik , wyglądało to interesująco , a piszący nawet zachęcał do odwiedzenia tych rejonów. Ponieważ na wyspie mieliśmy wylądować około 1 w nocy to zdecydowaliśmy się na pierwszy nocleg w mieście portowym, szybki przegląd bookingu i po parametrze najlepszej ceny, mamy zamówiony hotelik. Po chwili telefon z owego hotelu , dzwoni Monika i tłumaczy że booking im coś namieszał i nie mogą nas przyjąć w tym miejscu , ale zorganizują nam pokój w tej samej cenie. Pani Monika jest bardzo pomocna , odbierze nas z portu , zaprowadzi na miejsce , takie grecko polskie biznesy.
Wtorek
http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=8080473
Po śniadaniu motocykl przygotowany do drogi i po krótkiej rozmowie ze szwajcarami , życzymy sobie wzajemnie szczęśliwej podróży i każdy rusza w swoją stronę. Muszę przyznać że pierwsze kilometry nie nastrajają optymizmem, uczucie jazdy po greckim asfalcie jest połączone z obawami co do jego jakości, wygląda gorzej niż taki napotkany u Skopjanów, czyli jednej z byłych republik Jugosławii , co do którego nie mam najwyższego zdania. Za to odcinek drogi szybkiego ruchu w kierunku Bułgarii to klasa sama w sobie , widać tez sposób w jaki traktują przebudowę dróg, nikt nie zawraca sobie głowy starymi odcinkami dróg , przeważnie kończą się ślepo w tej nowej , która zabrała ze starej tylko co lepsze kąski. Jest raczej chłodno wieje , a słońce leniwie przebija się przez chmury. W końcu dojeżdżamy w góry i niby wszystko jest fajnie są winkle , są widoki , tylko tak jakoś pusto i posępnie , droga zmienia się w wąską nitkę , przebijamy się przez jedno miasto i jedziemy coraz wyżej i wyżej. Trafiamy do celu wycieczki Potamoi i nie wiemy co takiego ciekawego mamy tutaj oglądać , jest rzeka , gdzieś w pobliżu sztucznego jezioro ,ale bez przesady. Tym bardziej że aby tutaj trafić musieliśmy szukać objazdu bo jedna z dróg była w budowie. Ruszamy w kierunku morza, pewnie tam będzie coś ciekawego . Zasadniczo ciekawie robi się w pobliżu morza , przed przecięciem nitki autostrady Saloniki Kavala, gdy to podróżujemy pośród plantacji winogron a infrastruktura przypomina cokolwiek nasze PGRy, dopiero odcinek za autostradą , gdy musimy przeciąć pasmo gór oddzielających równinę od morza, mamy okazję przytrzeć boki opon, do asfaltu zdążyłem już nabrać zaufania , tylko w miastach trzeba bardzo uważać. Sam odcinek nadmorski nie jest ciekawy, bo nic nie widać a czasami poruszamy się jakimiś szutrówkami, będącymi dojazdem do plaży. Ciekawie zaczyna się przed samą Kavalą bo droga wije się po zboczu górskim przyklejonym do morza, a sama Kavala może się podobać. Do centrum dojeżdżamy w towarzystwie policji na motocyklach, ciekawe, że zawsze jeżdżą parami i z pasażerem na tylnym siedzeniu, towarzystwo mieszane BMW i Ducati. W porcie po zakupie biletów, siadamy w knajpie i próbujemy coś zjeść, ciepłego i rozgrzewającego. Zupa rybna była dobrym wyborem a Beaty mięso ciężkim orzechem do zgryzienia. Próbujemy zdobyć jeszcze coś innego do rozgrzania, pan proponuje zupę, którą zrobiła mu małżonka, na szczęście była to Rumunka i zupa to był taki rodzaj gulaszu z cieciorką. Jadąc w kierunku promu słyszę, o Polacy jadą, za chwilę Beata przychodzi w towarzystwie małżeństwa on Polak ona greczynka. Pierwsze zdziwienie skąd tak świetnie mówi po polsku, okazało się, że urodziła się w Polsce, wychowała w Polsce, ich dzieci urodziły się w Polsce, a 23 lata temu wrócili do Grecji. Jej rodzice byli z emigracji z czasów działalności junty wojskowej. W ramach rozrywki dwa razy w tygodniu przychodzą do portu licząc, że spotkają kogoś z kraju, w którym się wychowali. Prom jest z gatunku tych nowszych i szybszych, podróż ma trwać około 4 godzin i tyle mniej więcej trwa. Po przybyciu spotykamy panią Monikę, która na skuterku prowadzi nas do apartamentu, gdzie rozmawiamy trochę o jej życiu na wyspie, a to praca na plaży, w barze, w sklepie i te apartamenty. Pościel jest, koce są, woda i nawet kuchenka oraz czajnik co pozwala na sporządzenie herbaty.





O poranku wypadam do pobliskiej piekarni, aby zakupić coś na śniadanie. Ponieważ mamy kuchenkę to nie ma problemu z przyrządzeniem kawy, korzystamy w tym momencie z zaparzarki aby przyrządzić kawę na sposób włoski. W ogródku rosną pomarańcze, ale jeszcze zielone.



Ze znajomym umówiliśmy się na godzinę drugą, a sieć na wyspie nie jest zbyt skomplikowana, udajemy się na zwiedzanie Miriny, która jest ładnym miasteczkiem, jeżeli pozostaniemy w rejonie centrum. Zwracają uwagę nieliczne pamiątki panowania imperium osmańskiego. Wyspa do końca lat 90 była zasadniczo bazą militarną pozytywnie odbiło się na mniejszej komercjalizacji.



W samym centrum jest kilka hoteli i co najmniej dwa które kiedyś miały swój okres świetności, w hotelu Paris wchodząc do stylowego westybulu można zobaczyć relikt pewnie z czasów zimnej wojny, a na pewno z ery przedcyfrowej



Co ciekawsze punkty turystycznej mają swoiste drogowskazy, które są wykonane ze starych pojazdów



Reszta dość ładnie prezentuje się w porannym słońcu, temperatura ponad 20 stopni ale jest wiatr






http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=8080498
Najciekawsza motocyklowo jest północna część wyspy, tam mamy góry i morze , niestety niektóre kierunki są zablokowane przez wojsko. Staramy się jechać wzdłuż wybrzeża co udaje się tylko do pewnego momentu. Docieramy do pięknej piaszczystej plaży, ostatni odcinek to szutrówka z gliną, na szczęście jest sucho.






Tam popłynąłem na desce, niestety przy tamtym przylądku były kamienie i jeżowce, już po powrocie poczułem, że mam pociętą stopę i ślady po igłach do wydłubywania






Na hacjendzie rozbijamy biwak i wieczorem jedziemy na kolację do drugiego co do wielkości miasta Moudros. W czasie I wojny światowej na wyspie stacjonował Churchill i z tego czasu jest cmentarz wojskowy w pięknym stanie, utrzymywany przez wspólnotę brytyjską.



Po kolacji spędzamy czas na grze w karty zapijając wszystko ouzo i tziporo
Piątek spędzamy jeszcze wspólnie z przyjaciółmi. Jedziemy na plażę keros , gdzie podekscytowany próbuję walczyć na wodzie. Wieczorem jedziemy do knajpy w miejscowości Sardes, to jest bardzo przyjemne górskie miasteczko. W sobotę o poranku przenosimy się do domku, ponieważ znajomi wyjechali do domu, wiatr w nocy mocno targał namiotem. Dzień poświęcamy na zwiedzenie południowo wschodniej odnogi wyspy.










Wieczór kończymy w znanej już nam z poprzedniego wieczoru restauracji w porcie Moudros
http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=8080525
Niedziela ogranicza się głównie do zwinięcia obozu i przygotowania do wycieczki na stały ląd. Na szczęście jest możliwość przepłynięcia promem do miejscowości Lavrio, co pozwoli nam na kontynuowanie wycieczki w kierunku bardziej odpowiednim do obecnej pory roku, czyli południe. Pogoda sprzyja, a my próbując dotknąć wszystkich interesujących widokowo i motocyklowo punktów, kręcimy się czasem w kółko.
Między innymi próbujemy w dwóch miejscach dotrzeć do słonego jeziora, obydwie próby bez powodzenia, bo motocykl grzęźnie w piachu i rozsądek zwycięża.



Stajemy na obiad, zasadniczym powodem postoju była osa która ugryzła Beatę w dolną powiekę, na szczęście żądło się wyciągnęło a w knajpie mieli lub a my w bagażu fenistil. Przed dojazdem do tego miejsca, był plan aby z miejscowości Skandali przejechać do Moudros szutrówką, ale miejscowi na to odradzili.
Znalazłem kawałek cienia, knajpka była bardzo klimatyczna, choć z zewnątrz nie zachęcała, wkrótce po naszym przyjeździe większość miejsc została zajęta przez co chwilę zjawiających się nowych gości. Widać, że grecy lubią jadać z rodziną na tzw. mieście.















Po dotarciu do Miriny skąd płynie prom, postanawiamy udać się na wycieczkę i zdobyć najwyższą górę w okolicy















Forteca zasadniczo jest we władaniu miejscowych kóz, które spacerują po ścianach, a u podnóża wałęsał się daniel. Po przypłynięciu naszego statku udaje się na pokład



gdzie pomimo natarczywych zachęt do kupna kabiny, rozbijamy nasze obozowisko


Ostatnie spojrzenie na miasteczko
Niestety nie zdążyliśmy zobaczyć, jak słońce zachodzi nad widoczną w oddali świętą górą Athos



Spanie na podłodze nie było takie najgorsze. Najbardziej zdenerwował mnie bagaż, bo zasadniczo wiedzieliśmy że skończyła się era noclegów pod namiotem a zaczęła, bookingowo tripadviserowa. Jeszcze słońce nie wzeszło gdy ruszyliśmy z promu około 7 po 11 godzinach rejsu. Interesowała nas trasa wzdłuż wybrzeża i po początkowym przebijaniu się przez posiadłości jak na côte azur , wyszliśmy na prostą ,a raczej na pokręconą . Plan za tankowania w Atenach prawie się udał, o wschodzie słońca musieliśmy tylko oddać mu cześć, aby Ra pozwolił nam kontynuować podróż



Jak już dotankowaliśmy prawie w Atenach to zostawiliśmy motocykl na stacji i w pobliskim odpowiedniku biedronki kupiliśmy kawę aby robić kawę po grecku i cukier, bez tego kawa nie jest po grecku, mleczko mieliśmy z Limnos , ale jogurtu nie. Na stacji zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy, tfu, na podbój Aten. Po półgodzinnym staniu w korkach uciekłem w bok, jak mi się wydawało dobrze robię i po przejechaniu przedmieścia arabskopodobnego, wylądowaliśmy na promie

Nie bardzo chcieliśmy pływać w tym dniu, ale jak spojrzałem na mapę to wyszło że czeka nas jeszcze jedna przeprawa. Jak było widać grecki ajran jest nawet smaczny. Pierwszym założeniem było, aby celem dzisiejszego dnia była Sparta, ze względu na drogę która tam prowadziła. Na szczęście na postoju poczytaliśmy przewodnik i zmieniliśmy destynację na Monemwazję.
Teraz przedzieraliśmy się dalej mając z jednej strony wodę a z drugiej autostradę. Tak dociągnęliśmy do przesmyku korynckiego, przejechaliśmy po niepozornym mostku i gdy zwróciłem głowę w prawo zauważyłem oddalający się tankowiec wprasowany między dwie skały i jeszcze most kratownicowy nad tym wszystkim, następnym razem trzeba się tam zatrzymać. W końcu wjechaliśmy na półwysep i zaczęła się najlepsza część drogi w dniu dzisiejszym. Początek trasy trochę płaski, ale szybko góry zbliżyły się do morza i zaczęliśmy podziwiać widoki i czerpać przyjemność z jazdy. W tym miejscu przed Leonidio zdecydowaliśmy, że to Monemwazja będzie celem, droga do Kosmas była najlepszym motocyklowym odcinkiem dnia, a klimatyczność tego miasta oraz żarcie w knajpie było jednym z lepszych od początku pobytu.


Zapomniałem wspomnieć, jadąc do Kosmas, w pewnym momencie widać wysoko na głowami zawieszoną budowlę, po kilku kilometrach wspinania się serpentynami, okazuje się że jest to opisywany w przewodniku żeński klasztor, gdzie żyją trzy siostry. Na miejscu pogadaliśmy trochę z ichnim księdzem, który dogląda sióstr, chyba sprawdzając czy jeszcze żyją.



Docieramy do Kosmas, spotykamy tam 2 motocyklistów z Niemiec na Suzuki, obaj na lekko, jeden z nich tam ma dom i potwierdza się to co myślimy o przebytej drodze, jest super.




Po posiłku i krótkiej kontemplacji, ruszamy dalej wspinając się na przełęcz, zjazd z niej nie jest już tak spektakularny, choć widoki mogą się podobać
Przewodnik opisuje Monemwazja , obowiązkowy punkt programu każdej wycieczki na Peloponez. Nie powiem że z historii byłem zielony, ale nazwa tego miasta kompletnie nic mi nie mówiła, zresztą podobnie jak bizantyjska Mistra , leżąca obok Sparty . W tym odczuciu nie byłem osamotniony. Z opisu wynikało, że miasto jest bardzo dobrze zachowane i nawet są tam jakieś hotele. Nie zrobiłem na szczęście rezerwacji w samej Monemwazji , pozostawiając tą czynność na sam koniec , jak już dotrzemy i zorientujemy się w topografii.
Od zjazdu z przełęczy poruszamy się raczej po płaskim, wyjątkiem końcowy odcinek, gdzie zbliżały się do wybrzeża. Noclegi w skale są droższe, to cytat z przewodnika, który znakomicie oddaje charakter miasta. Częściowo można by pokusić się o porównanie miasteczka z toskańskimi miastami na wzgórzach. Niestety w tym wypadku nie ma właściwie żadnego lokalnego życia, stałych mieszkańców jest około 15 choć domów jest sporo i gdyby to był np. Hvar to w każdym mieszkaliby ludzie, a tak to wyszedł trochę taki skansen.
Dlaczego skała? Bo jest to góra wystająca z morza, połączona ze stałym lądem groblą. Wejście do miasta jest przez bramę z łamanym korytarzem w środku, aby łatwiej było się bronić, wewnątrz ruch tylko pieszy. Przy głównym deptaku, sklepiki, galerie, knajpy czasem hotelik . Miasto niewidoczne od strony głównej drogi dojazdowej, całą panoramę pewnie widać tylko od strony morza. Decydujemy się na nocleg w pobliskiej Gefirze i po krótkim spacerze uliczkami miasteczka, tam też wracały na kolację. Decyduje my się na proste miejscowe jedzenie w towarzystwie lokalnych mieszkańców. Swoją obecnością zaszczycił nas też miejscowy pop.

Trzeba zamówić miejsce do spania





Po zakwaterowania w hotelu wracamy już na lekko do miasteczka, busem za eurasa od osoby.





Jak napisałem wcześniej, nie decydujemy się na posiłek w Monemwazji, wszystko w tym miejscu jest za bardzo wysublimowane. W hotelu decydujemy się że następnym miejscem na nocleg będzie Sparta, ale pojedziemy tam przez część półwyspu o nazwie Mani. W tej części ma być dzikość, ludzie w stylu albańskich górali, vendeta ale też gościnność. Punktem pośrednim miała być Gegenwazja, jednak to nie była Gegenwazja , tylko Gerolimemas. W hotelu nie wzięliśmy śniadania, bo wydawało nam się za drogo, drugi raz nie popełnimy tego błędu. Korzystamy z internetu w kawiarni i bookuję nocleg w miejscowości Mistra.
Ostatnie spojrzenie na skałę

oraz miasteczko i ruszamy w kierunku Neapolu, tak aby zobaczyć morze.
Droga jest malownicza, ale po pewnym czasie dojeżdżamy do głównej, ścigając się z karetką, odpuszczamy w mieście.


Ruszamy z Napoli na część półwyspu zwaną Mani. Droga jest widokowa, snuje się pośród gajów oliwnych, do momentu, gdy zbliżamy się do Skali. W tamtym rejonie teren się wypłaszcza i jeżeli ktoś jechał do Toskanii bocznymi drogami z okolic Wenecji, to krajobraz jest identyczny, kanały nawadniające i plantacje. W tym wypadku plantacje pomarańczy. W jednym z miasteczek robimy zakupy na drugie śniadanie.


Odpoczywamy w tym miejscu, mając widok na atrakcję turystyczną widoczną na mapie
Pinezka
w pobliżu Krokees
Grecja
http://goo.gl/maps/Q6kxz


Sponsorem większości gotowanych płynów był kolega Gałka.
Jadąc na umowny koniec półwyspu, do Gerolimenos , nie była to najbardziej ekscytująca droga. Za to na koniec poczuliśmy się trochę jak w tym toskańskim miasteczku którego mieszkańcy budowali swoje domostwa w kształcie wież. Miasteczko jest ulokowane na końcu wąwozu schodzącego do morza, nas jednak zaciekawiły wysokie budowle położone na wypiętrzeniu wznoszącym się nad wioską. Ciekawą ścieżką wspięliśmy się w górę aby zobaczyć rozległy płaskowyż , jadąc dalej wąską ścieżką mieliśmy problem z wyminięciem samochodu, który na masce miał zamontowaną kamerę filmującą wnętrze. Domy z bliska okazały się wyrobem współczesnym. Dojeżdżając do skrzyżowania pośrodku niczego, zauważyliśmy budkę telefoniczną w stylu brytyjskim, w szczerym polu, kilku ludzi, chyba ekipę filmową a za chwilę znów mijaliśmy ten sam czerwony samochód z kamerą. Teraz musimy oglądać greckie filmy, może gdzieś pojawiły się w jakimś ujęciu. Zatrzymujemy się i Beatka próbuje doczytać, o co biega z tymi domami w stylu toskańskich wież z San Giminiano




Wracamy z tej części półwyspu kierując się w docelowe miejsce, Mistra, która położona jest obok Sparty. Zamówiony hotelik ma dobre recenzje i jest położony w pobliżu bizantyjskiej Mistry. Najciekawsze odcinki drogi są położone pomiędzy Aeropolis i Kalamatą oraz odcinek do przełęczy Tailgetos w drodze z Kalamaty do Sparty



Po dotarciu na miejsce w zasadzie zostajemy zaatakowani przez matkę właścicielki który przygotowuje owoce pigwy na dżem i bezceremonialnie karmi nas tymi kawałkami, jak dzieci, nie dając nawet czasu na ściągnięcie kasku z głowy. Później zmusza nas do zjadania owoców pomarańczy które rosną tuż za nami. Wieczór kończymy w pobliskiej knajpce zamawiając po raz pierwszy mussakę, kelner zachwalał, że zrobiona przez jego mamę. Idąc w kierunku zaplecza po kolacji, nie omieszkałem skomplementować kobiety za wybitne danie.

__________________
BMW Club Praha 001
1.Nigdy nie polemizuj z idiotą. Sprowadzi cię do swojego poziomu a później pokona doświadczeniem.
2.Czasami lepiej milczeć i sprawić wrażenie idioty, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości.
consigliero jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
Na południe Maniok Umawianie i propozycje wyjazdów 8 03.09.2017 21:54
W samo południe... Gilu Inne tematy 11 30.01.2017 22:33
Południe ramoneza Imprezy forum AT i zloty ogólne 110 04.10.2013 20:58


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:47.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.