Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Kwestie różne, ale podróżne.

Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj...

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17.10.2020, 20:35   #361
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

Pisząc tę/tą trudną relację, czuję się jak pani dyrektor.



W zasadzie jak cały zespół...
Czuję się jak ofiarny kozioł trojański... W sumie bardziej jak Mietek.
El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17.10.2020, 22:03   #362
Artek
Mechanik z YouTube.
 
Artek's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Nov 2012
Miasto: Ze wsi jestem w ZMY
Posty: 1,307
Motocykl: RD03
Artek jest na dystyngowanej drodze
Online: 4 miesiące 3 tygodni 4 dni 29 min 42 s
Domyślnie

Benzyniakiem Uralem można było co najwyżej z Torunia do Kołczewa dojechać ( jak sierżant benzyny nie zamienił w wódę). Artek komiksów nie lubił.
Czytam po łepkach bo zapier...i próbuję pętelkę opisać.
Za gramanicą nie ma sraczki. Kręci się normalnie.
__________________
http://www.transalpclub.pl/danetcp/ListaKlubowa/foto/Artek.jpg

Ostatnio edytowane przez Artek : 17.10.2020 o 22:16
Artek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17.10.2020, 22:27   #363
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 01:41   #364
melon1968
 
melon1968's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Mar 2012
Miasto: Lublin
Posty: 660
Motocykl: cz350/bandit600/zx12r/varadero
Przebieg: średni
melon1968 jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 6 godz 53 min 48 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał Artek Zobacz post
Benzyniakiem Uralem można było co najwyżej z Torunia do Kołczewa dojechać ( jak sierżant benzyny nie zamienił w wódę). Artek komiksów nie lubił.
Czytam po łepkach bo zapier...i próbuję pętelkę opisać.
Za gramanicą nie ma sraczki. Kręci się normalnie.
a TAM ,KOLESZKA 4KILO PALIWA SPRZEDAŁ DO CZOŁGÓW
__________________
kto smaruje ten jedzie
melon1968 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 11:40   #365
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

Paliwo... taaa
Elwood normalnie przy 90km/h z całym tym oporowym majdanem na dachu palił nie więcej niż 10l/100km uwzględniając opory 33calowych MT-ków. To wsio na płaskim asfalcie.

Dlaczego MT a nie AT? Przekonam się o tym jeszcze "dzisiaj" w rozlewiskach doliny Wielkiego Pamiru. Drugie, to opona bardziej odporna na przebicie na skalnym szutrze.
Nawiążę jeszcze do reduktora. W takim terenie przydaje się on do trzech rzeczy. Na ostrych zjazdach oszczędzamy hamulce na podjazdach lub wykrotach sprzęgło. Przy kamienistych brodach pozwala na większym bucie utrzymać trakcję, podobnie w błocie - oczyszczając oponę, kiedy ta nie sięga jądra.

Na tej wyrypie zostałem pozbawiony ostatnich argumentów i miało to swoje konsekwencje.

Tymczasem jak zauważyliście lub nie, przestałem uzywać w tytule "epizodów". Te zlały się w jedną ze zwartym nurtem rzekę przygody. Na tym etapie znalem dwie główne drogi przez region. Klasyczną M41 i jej południową odnogę. Wybrałem kilka "objazdów" i teraz czekał mnie drugi.
O dolnie Wielkiego Pamiru nie wiedziałem nic od strony logistycznej.
Na ruskiej sztabowce wyczytałem, że to droga dla gruzawików z maksymalnym ograniczeniem prędkości.

Dzisiaj wiem, że przejechałbym ją Golfem Wieśkiem pod warunkiem zabrania łańcuchów. Jest tam bowiem taki krótki odcinek, który przy opadach może sprawić spory kłopot. W ogóle tę dolinę najlpiej (jadąc od Murgab) atakować w drugiej połowie lata ponieważ na drodze stoi potężne solnisko. By je przejechać musi wyschnąć, nie tylko odparować.
O tym i o kilku sprawach jeszcze nie wiedziałem. Na jakiejś stronie angolskiej wydukałem, że obowiązuje tam permit. Ale kto go wydaje i gdzie, nie napisali.

Tak czy owak rejestracja musi być bo do Chorogu zamierzałem wpaść tylko na bazar i tankowanie paliwa. Teraz Chorog był mi do Afganistanu nie po drodze podobnie jak Korytarz Wachański po tadżyckiej mańce.
Na posterunek wpadam wcześnie, co dobrze rokuje. Dobrze rokują procedury, bo jestem dla Tadżyków atrakcją. Mimo, że Murgab jest enklawą kirgiską na posterunkach nie pracuje żaden Kirgiz.
Nużna mi opłacić pozwolenie w banku, w którym przy okazji wymieniam parę dolców na somoni. Do dzisiaj pamiętam kurs.


Pamiętałem kole 3,5
Piwo w sklepie kosztowało 7 więc nie było tanio.

Przy posterunku spotykam Niemkę z kolegą. Rowerzyści. Zaczynam liczyć. Przed Gulczą Szwajcar, na przełęczy Akbajtal kolejny samotny biały żagiel, któren jednak zatrzymał się widząc mnie w pewnej odległości i udawał reperację roweru. No to mam z rowerzystami trzeci epizod.
Niby nic w tym dziwnego dla dzisiejszych śmigaczy pamirskich ale wtedy nie było rowerowych kolejek aczkolwiek nie były to odosobnione przypadki.

Na rejestrację wybrałem Murgab a nie Chorog jeszcze z jednego powodu. Logistycznie znacznie prostsza procedura i podejrzewałem, że "przyjemniejsza" niż w Chorog gdzie na cały zabieg traci się pół dnia. Do Murgab z granicy dojedziesz spokojnie w ciągu doby. Do Chorogu dwa razy dalej (od przekroczenia rejonu Badachszan w Tawildarze), no i nie masz czasu na piękne doliny po drodze. Trzy dni to dużo i mało. Murgab był pewniakiem. Nie musiałem się spieszyć, stąd objazd przez Rangkul m.in.

Wracając do pary niemieckich rowerzystów. Chłop załatwiał papiery, to chwilę pogadałem z płcią przeciwną. Gdybym napisał "piękną" nadużył bym tego słowa jak Rosjanie gościnności w PRL-u. Dziewczyna była bardzo sympatyczna ale niewiarygodnie... gruba. Niewiarygodnie jak na charakter ekskursji.


Bez wódki nie razbierjosz

Kiedy moja kolej sprawy, sprawy idą sprawnie. Do banku prowadzi żołnierz i jest mała sugestia by mu coś zostawić za fatygę ale mówię szczerze jak jest.
Jestem uczitiel fizkultury, biedny jak myśl kościelna a teraz realizuję marzenie swojego życia.
- Dziengów u mnie nietu.
Załoga patrzy na mnie i... odpuszcza. Wyglądam już jak prawdziwy podróżnik, którego od turysty odróżnisz zapachem. Ale akurat nie mnie. Mnie ZAWSZE wszyscy oceniają po wyglądzie.
A ja na posterunku wyglądam już jak prawdziwy podróżnik. Optycznie brudny jak święta ziemia, generalnie obraz nędzy i rozpaczy.

Uczytiel fizkultury to moja... broń. Wymyśliłem sobie ten (niedojszły w końcu w wykonywaniu zawód) rok wcześniej.
Otóż wszyscy nauczyciele stopnia podstawowego w krajach byłego bloku zarabiają nędznie jak mój wygląd. To budzi zaufanie. Nauczyciel w-fu do tego nie jest źle kojarzony. Taki dość neutralny. Broń cie Panie Boże - matematyk! Zdecydowanie lepiej geograf ale ten z kolei może kojarzyć się ze szpionem...
Uczitiel fizkultury w każdym razie każdorazowo załatwiał temat. Golenie takiego po prostu nie przystoi. Co prawda mały dysonans wprowadzał Elwood ale zawsze podkreślałem, że bez sponsora to ja bym za rogatki przystanku Oliwa nie wyjechał, co było najbardziej zgodne z prawdą.

Pierwszy, główny sponsor, to moja Strażnik Domowy. Gdyby nie jej wyrzeczenia, to w dupie bym był i gówno widział. Koniec. Kropka.
Drugim - firma VARIANT w osobie prezesa Wieśka, którego poznałem dzięki Samborowi. Bo zamiast jechać do Afganistanu miałem pojechać do Chin z Samborem.
Jednakże po nagannym moim zachowaniu na II Zlocie Podróżników Biesowisko (pobiłem się tam z kumplem - żołnierzem sił specjalnych i... złamałem mu nogę) zostałem z ekipy grzecznie (naprawdę grzecznie) wykluczony. Wtedy to wymyśliłem ten Afganistan a sponsor kitajskiej, dołożył się i do afgańskiej.

Skutek finalnie był taki, że trzecie Biesowisko zyskało w nazwie termin "...i Ludzi Dziwnych..." a mnie przypięto łaty:
- pijaka,
- bandyty,
- i jeszcze raz pijaka.
Od tej pory wszyscy, co zdecydowali się przyjechać na Biesowisko po raz pierwszy, byli potulni jak baranki i dalsza organizacja - kolejnych imprez przebiegała bez specjalnych ekscesów. Tylko raz wyrzuciłem parę podróżników z "mojej imprezy", bo przyjechali bez opłaconego wpisowego jak do siebie.
Zasady trza mieć. Oczywista utwierdziło to "otoczenie", żem skurwiel pierwszej wody i... dobrze.

Za to mnie między innymi nie lubi adagiio. Potraktowałem go jak każdego innego, który próbował się wbić na imprezę bez wpisowego.
No, skoro trochę słońca wpadło do ciemnej komnaty, to jedziemy dalej.

Przed opuszczeniem posterunku spytałem o to, co było dla mnie w tym momencie najważniejsze:
- Jak dojechać do doliny Wielkiego Pamiru?
Bez problemu.
- Można bez permitu?
Kanieszna!
i to była w sumie prawda, bo do doliny dojedzie się bez permitu f-cznie bez problemu. Tylko... nie przejedzie.

Tymczasem wycinek poglądowy dla dociekliwych terenowo.

Z czarnego kierunku najechał ja Murgab, niebieskim do wymarzonej doliny dojechać chciał...
El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 12:50   #366
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

VARIANT.
Epizod 1.
Jak zostałem... pisarzem.

Pisałem już wcześniej, że z polaka byłem noga. Wypracowania "na zadany temat" były dla mnie mordęgą. Dlatego nie czytałem lektur, bo i tak nie umiałem ich streścić a co dopiero napisać, "co autor ma na myśli".
Jedyny raz, kiedy napisałem coś od siebie z polskiego, miało miejsce przy rozbiorze Sonetów Krymskich a konkretnie Stepów Akermanu.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! €"Jak cicho!" Słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. Jedźmy, nikt nie woła!

Dla mnie rozbiór to coś w stylu:
Stepy akermańskie otwierają cykl Sonetów krymskich, choć do nich właściwie nie należą. Nie jest to bowiem produkt wrażeń i spostrzeżeń z wycieczki po Krymie, ale powstał znacznie wcześniej, pod wpływem podróży poety do Akermanu.
Zawieziony tam przez K. Marchockiego, obywatela z Podola, poznanego u Sobańskich, napisał Mickiewicz w jego stepowym futorze w Lubomile ów sonet naddniestrzański, nie myśląc jeszcze wówczas zgoła ani o podróży krymskiej, ani o cyklu utworów opisowo lirycznych nazwanych Sonetami krymskimi (Dubiecki).
Dopiero gdy te były już gotowe i do druku porządkowane według pewnego systemu logicznego, topograficznego i chronologicznego, sonet o podróży do Akermanu stał się fikcyjnym wstępem do całości, będącej syntezą wspomnień czarnomorskich.

Stepy akermańskie rozciągają się na płd. zachód w odległości kilku kilometrów od Odessy, przy ujściu Dniestru do Morza Czarnego. Nazwa pochodzi od miasta Akerman, stolicy byłej guberni bessarabskiej, na prawej stronie limanu Dniestru.

"ostrowy burzanu" - na Ukrainie i Pobereżu nazywają burzanami wielkie krzaki ziela, które w czasie lata kwiatem okryte nadają przyjemną rozmaitość płaszczyznom.

"ostrów" - wyspa, kępa; burzany - rodzaj wielkich ostów kwitnących na czerwono.

"kurhanu" - kurhanami nazywają na Ukrainie wyniosłości, kopce usypane ręką ludzką, według jednych dla celów wojennych, aby z ich wysokości śledzić ruchy skradającego się wroga, wedle innych dla celów orientacyjnych jako znaki drogowe, wedle zaś wiary ludu są to mogiły bohaterów.

"lampa Akermanu" - latarnia morska w Akermanie.

"kołysa" - zamiast "€žkołysze", forma stale używana przez Mickiewicza w Sonetach. W liście do Lelewela z dn. 19.08.1827 poeta, odpowiadając na różne zarzuty czynione z okazji Sonetów przez wszelakiego rodzaju krytyków oświadcza, że ten "€žgrzech gramatyczny popełniony z namysłem i nieprędko chyba skruchę uczuję. Odwykłem od dźwięków mowy ojczystej, kołysa i kląska milsze dla mnie aniżeli sze i szcze. Może się potem poprawię, ale dotąd muszę się swojego ucha radzić i jemu zaufać".€

A to jedynie... przypisy.

Rozbiór jest tutaj:
https://klp.pl/mickiewicz/a-7791.html

Moje wypracowanie było krótkie. W przeciwieństwie do moich kolegów z klasy a może i nauczycieli, stałem pośród burzanów, przypominających fale na morzu...
"Kto fizycznie brodził w stepie, wie co to kres i zapach wiatru. To jak kąpiel w morzu po pierwszych, wiosennych upałach. Oszałamiające."

I kurde mol, pierwszy raz nie dostałem lufy!

Nie proście mnie o opis czegoś, czego nie doświadczyłem. Czegoś, co wymyka się mojej wyobraźni. Nie proście mnie o "rozbiory".

W temacie konsumpcji sponsoringu ze strony sponsora spotkałem się z szefem marketingu VARIANTA i uzgodniliśmy, że będę pisał krótkie, odcinkowe relacje z etapów podróży przy założeniu, że będę miał dostęp do netu. Miałem do niego dostęp trzy razy.
Wymyśliłem nazwę dla wyrypy, która się przyjęła.
Afganistan 2008. Wyprawa na varianckich papierach.
Poza tym szef marketingu - mój imiennik na zbyt wiele nie liczył Info o wyrypie zostało podpięte pod stronę firmową z zakładką relacja.
Kiedy spotkaliśmy się po powrocie na oficjalnej imprezie VARIANTa (mega organizacja) Darek wziął mnie na bok i powiedział, że relacja bije wszelkie rekordy w odsłonach. Te rosną lawinowo itd.

Hm... To ja "umiem" pisać, czy temat po prostu atrakcyjny sam w sobie?
Koleżanka z KULu, doktorka, która zajmuje się językiem tak mnie właśnie... poznała. Nie z relacji z Afganu akurat ale z krótkich opisów na stronie biesowiska. Zaintrygowana "formą" po prostu do mnie napisała maila i tak zaczęliśmy korespondować ze sobą.
Praktycznie rzecz biorąc to Aśka jest winna, bo była największą orędowniczką mojego plucia emocjami. Po trzech latach pisywania porwałem ją w drodze z Lublina na kolejne Biesowisko i tak stała się bardzo lubianą częścią naszej paczki.
Dziwne te koleje losów i ich tory...

Więc z punktu, mając na uwadze,
że ewentualna krytyka może być...
tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było...
tylko aplauz i zaakceptowanie.


...kurwa, no.
El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 14:26   #367
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

Dzięki Biesowisku poznałem kupę ludzi.
I tak wyszło, że z tą kupą jak Himilsbach z angielskim.

Wczoraj rankiem dzwoni do mnie Bartek Grąbczewski, że przejazdem i czy dziupla otwarta? Nie widzieliśmy się od ubiegłorocznych Kolosów.
Hm... Pewnie nie ma kasy na paliwo albo cuś... ale akurat jestem. Deszcz pada, nie ma się jak na szybko gdzie ewakuować...
- Wpadaj!

Z kobitą i 10 m-czną córeczką... Jakaż ona cudna, ta córeczka oczywista. Anita jeszcze z toalety skorzystała, dwie herbaty... Same straty.
Do tego Bartek mówi, że coś mu puka w aucie i czy nie pomógłbym sprawdzić...
Boszzzz... Jeszcze k... to. Na bank sie trza będzie kłaść na glebie i coś dłubać. Usmiecham się głupio - no jasne. Marzyłem o tym by się dzisiaj, w niedzielę taplać w błocie pod cudzym autem!
- Jasne Bartek! Dawaj, pomoge na ile mogę!

Idziemy do samochodu (przez kałuże) a on jakieś szczapy drewniane wyciąga z auta i pyta czy nie może przy okazji zostawić tutaj, bo zaczął palić peletem...
Ja pier... Jeszcze tego mi... Ciągłe awantury z sąsiadami o gracenie podwórza, donosy.
- Jasne! Dawaj!

Na ch...j komu do palenia wyheblowane deski?!
Okazało się, że to od... Mario. On też pali peletem... Wcisnął je Homerowi, kiedy leciał na prezentację do W-wy a ten Bartkowi...
Jakby mało było "kolegów" po drodze! Zwierzak ma kominek, ja jakiś zdezelowany kocioł od bikera i to na gaz.
Ale oczywiście... jestem elegancko grzeczny.

Zaczyna mnie to irytować.
Mam idealną metę - blisko morza. Jak skumali, że mam wieczny remont, to ideał. Wpadasz kiedy chcesz, chlewu nie narobisz większego niż jest. Jakiś złom podrzucisz, że niby celem pomocy i siedzą po dwa, trzy tygodnie.
Gdyby nie tacy "kumple" już dawno bym remont skończył i mieszkał jak biały człowiek.
Oglądając foty z wiecznego remontu, zatroskany kumpel profesor bałkanista, sypiający po dworcach zadał mi takie o to pytanie ostatnio:
- Kiedy ty zaczniesz żyć jak biały człowiek?
Jak się umyję.

Bartek z rodziną pojechał i patrzę na te dechy... C ja kurwa mam z nimi zrobić?
Jak wpadnie dżony, to zbije mi z nich stolik...
Tak zrobię!

Proszę... Wpadł dżony... Opić się, wyspać jak król...






Zostawić jakiś plaster...


...do którego teraz ciągną jak do miody gady, płazy i inne...



Na cholerę mi te jesionowe dechy?!





No i co się cieszysz?!



Albo ten...



Półtora roku płaciłem za ogrzewanie 22zł za gaz/m-c.
Przywiózł tym swoim autobusem kocioł. Kocioł - nie piec, bo piec to se możesz placki.
I co...?
Po ile teraz mam placki?
Zamontował ten "kocioł" i rachunek skoczył na 200!!

Się wkurzyłem i otwieram 9,5 Bytowa. Nie idzie żyć ale jak chcesz tanio, to kup ode mnie rower - powie ci drugi.

El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 14:52   #368
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

Albo tych dwóch...



Ten z prawej...
To przez niego pojechaliśmy Szlakiem Grąbczewskiego a mogliśmy maszerować do Duszambe i z powrotem jak prawdziwi podróżnicy. Wziął się i zrobił remont silnika i skrzyni w Lublinie. Chciał pomóc ale mu się nie udało. Akurat silnik i skrzynia pracowały bez zarzutu... Taki k... ch...j!

Tego z lewej poznałem przed Afganistanem 2010. Wizy nam załatwiał. Kirgiskie, tadżyckie i afgańskie. Spotkaliśmy się przed ambasadą kirgiską w Berlinie.
Do tej pory nie widziałem go na oczy. Miałem go poznać po czapce karakułów z włosów własnych na głowie, on mnie po ramonesce.
Wziął 1200€ w gotówce i po tygodniu wszystko załatwił.

Teraz wiem, że to była mega promocja. Dzisiaj prowadzi pośrednictwo wizowe w Berlinie i żyje jak pączek w smalcu. Kuchnia tradycyjna, nie francuska. Dla niepoznaki mieszka w lesie, w małym domku, który wybudował za nasze pieniądze.

Widziałem cwaniaczków obu w Czechach na rowerach. Wszędzie kowit a oni se pifko piją i mają wszystkich... Szkoda gadać. Do dupy z nimi impreza.

El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 15:05   #369
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

Jeszcze o dżonym...
Ile ja się musiałem po nim nasprzątać, to tylko ja wiem...




Dwa okrągłe lata po nim sprzątałem!
El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18.10.2020, 16:34   #370
El Komendante
El Kowit
 
El Komendante's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2015
Posty: 463
Motocykl: Lublin Autobus
El Komendante jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 2 dni 18 godz 37 min 53 s
Domyślnie

Ale pora odpalić wrotki, bo pogoda ładna się robi.
Bezproblemowo znajduję zjazd z traktu.
Jedzie się cudnie. Grama tarki - znaczy ruch tu bardzo mały.
Odbijam w całkowite nieznane. Wczoraj cywilizacja była w zasięgu ręki, dzisiaj tylko horyzont.

Dojeżdżam do solniska. Wyschnięte na wiór. Jestem podekscytowany na maksa, tym bardziej, że nie ma żadnych problemów z nawigacją. Wcześniej była przełęcz. W lewo przed nią mogłem do obserwatorium ale droga jest tak piękna, że chcę tylko naprzód!
Panorama mnie zniewala, onieśmiela, napędza.

Druga sprawa, to fakt, że autentycznie czuję się "pioniersko". Ze znanych mi z literatury Polaków przed wojną - przewijają się jeszcze tylko polskojęzyczne nazwiska wśród Rosjan i tyle tego.
Podobnie po wojnie. Nie udało mi się dotrzeć do żadnych materiałów, w których jest jakaś wzmianka o losach innych, polskich eksploratorów tej doliny, którą już widzę!

W sensie oczami wyobraźni. Jej początek "gdzieś tam" u podnóża majestatycznych Gór Wachańskich zamykających dolinę od południa.Bielą się ich szyczty przede mną. Od północy grodzi drogę łańcuch Południowego Aliczuru.
Mijam rozjazd na Czestebe, gdzie dalej można się dostać do Tachtamysz - jadąc centralnie na wschód lub na południe do Szajmaku odbijając skosem.
Tę drugą drogę polecam do eksploracji. Co najwyżej zatrzyma was post Kyzyłrabat. Potem naturalnie problemy ale jakże to pięknie jest podjechać gdzieś od dupy strony? Mówię/piszę, że warto - bo zaraz mnie to spotka.

Mijam koral przed Dżarty Gumbez.
Jest tam mały mostek do przysiółka i dalej można śmigać również w stronę wspomnianego Rabatu lub wrócić okrężnie do Czestebe.
To jeszcze ewentualnie przede mną. Bo tak jak rzuciłem to wszystko w pizdu tak jednak chciałbym tam wrócić. Dokładnie tam i w jeszcze dwie doliny ale nie powiem jakie, bo doczyta mazeniak i pojedzie jak po swoje

W dolinie pasą się jaki. Tysiące jaków, bydła, kóż i owiec... Kto z naszych widział to przede mną...? Stan euforyczny trwa i nasila się. Człowiek szczęśliwy jest największą zagadką...
Droga prowadzi w prawo. Przede mną jeziora Kokdżigit i kilka kirgiskich jurt. Skręcam do nich i wzbudzam ciekawość. Gości mnie młode małżeństwo. Zaskakująca uroda Kirgiski. To piękna kobieta bez względu na kategorie.
Lepioszkę popijam ajranem, gaworzymy chwilę ale mnie... się spieszy.

Chcę jak najszybciej chłonąć dolinę! Pusto jak makiem zasiał i tak rozanielony wpadam w grzęzawisko. Elwood wyraźnie zwalnia. Zatrzymuję gagatka i zapinam przód - czemu ja tego nie zrobiłem wcześniej? Nie wiem. Głupota ludzka nie zna granic. ruszam z jedynki i potem but, Poruszam się centymetr na sekundę. Słyszę uderzające błoto o nadkola. Elwood przyspiesza, za chwile jednak powtórka z rozrywki. Nie wiem ile to trwa ale słońce stoi na końcu doliny, do której zmierzam i wali mi prosto w oczy. Nic nie pomaga a ja nie moge stanąć.

W końcu male wzniesienie i ulga jak ch...j. Pierwsze, wjechałe w cień, drugie - twardy grunt.
Ulga chwilowa bo:
- zaczynam się czuć trochę dziwnie. Jakby małe nudności,
- widzę... szlaban.
Więc jednak...

Podjeżdżam pod szlaban i staję.
Z budki wychodzi żołnierz i prosi o... przepustkę. Naturalnie jej nie mam.
Skoro nie mam, to mam zawracać.
Taa... Ni ch...ja, mówię se w duchu.
Pierwsze primo - nie zamierzam zmagać się z błotem, drugie - f-cznie trochę mnie mdli i nie najlepiej się czuję.
Albo zaszkodził mi ajran lub wysokość daje znać o sobie, albo jedno i drugie.
- Dzwoń do komendanta i powiedz, że jedzie Polak, że daleka droga z powrotem.

Żołnierz poszedł i nie było go dobry kwadrans.
- Niestety, musisz wracać. KOmendant nie wyraził zgody.
To idź, zadzwoń jeszcze raz i powiedz, że ja się fatalnie czuję, zabaliełem na wysatu. Mieszkam w Polsce nad morzem i mogę tu umrzeć! Nad morzem zero metrów nad poziomem metrów a tu 4200. Nigdzie nie wracam, bo z powrotem coraz wyżej jest a ja muszę niżej! Inaczej może być kaput.
Mówię to tonem kategorycznym "bez baczenia na konsekwencje".

Żołnierz poszedł raz jeszcze i nie ma go kolejny kwadrans. Wraca...
- Dobrze. Komendant wyraził zgodę. Ale nie wolno ci się nigdzie zatrzymywać i robić zdjęć! Masz jechać prosto do jednostki na końcu doliny.

Uff!
Od razu poczułem sie lepiej ale... jak tu się nie zatrzymywać, kiedy tak pięknie w zachodzącym słońcu i przede wszystkim nic... nie widać!
Znaczy przed sobą kompletnie nic nie widzę w oślepiającej bryle ognia, której nie ma jak zasłonić. Okulary na lodowiec nie pomagają.
Wygląda to teraz tak. Jadę kawałek, staję. Wychodzę z auta, wchodzę na klapę silnika lub bagażnik i wizualizuję drogę. Przejeżdżam kilkaset metrów i powtórka z rozrywki.
Do postu ponad 50km. W takim tempie to... jechałem ten odcinek przez 4h.
Przyspieszyłem, kiedy slońce zaszło ale z kolei nastały egipskie ciemności.
Na szczęście droga wiodła wyraźnie wyżej, było sucho i była wyraźna.

O 22-iej, zjebany wyczerpującą jazdą jak pies zobaczyłem druty kolczaste ciągnące się po prawej za chwilę żołnierzy z kałachami w ręku.
Obyło się bez "ruki wierch" ale dość, że tak powiem - groźnie.
Komendant wyszedł mi na przeciw. Szczupły, wysoki facet o całkowicie rosyjskim wyrazie twarzy.
- Dokumenty!
Daję paszport.
- Skąd się tu wziąłem?
Z... ekskursji. Po prostu przyjechałem... Turysta. W Murgab na milicji powiedzieli, że możńa jechać. Chciałem zawrócić ale bardzo źle się poczułem.
- Gdzie twoi towarzysze?
Jadę sam...
- Jak to sam... At kuda wy?! I bliżej luka w paszport.
Z Polszy. Ja zwykły uczitiel fizkultury na... kanikułach.
- Z Polszy?! Bez towarzyszy? Przeciez nie ma już wakacji.
Ja mam. Zdrowotne... Miałem podreperować zdrowie a tu za wysoko... Moją "niemotą" wzbudzam coś na kształt zainteresowania/sympatii.
- Ale sam?!
Słuszaj kamandzir. Znajesz to. Odin cziełowiek - adin prabliem. Dwa cziełowieka - dwa prabliema. Na szto mnie to...? I stoję potulnie jak ta sierotka Marysia...

Zabiłem mu ćwieka!
- Ach... maładiec! Ech... Dariusz Dariusz - westchnął. Co ja mam teraz z tobą zrobić?!
Wiedziałem, że jestem w domu!
- Puście mnie towrzyszu pułkowniku, tu zaraz przełęcz Chargusz i dwa jeziorka przed nią. Rozbiję się tam na nocleg i tyle będziecie mnie widzieli. Żadna szkoda!
Patrzy w moje oczy i pyta: a z Polski, to skąd konkretnie?
- Z Gdańska, nad morzem!
A... znam, znam. Olsztyn, Warszawa, Łódź (nazwę wypowiedział nad wyraz dokładnie), Legnica...
- Aaa, to wszystko jasne. Musieliście służyć w Polsce! I jak pięknie wymawiacie nazwy! Wchodzę mu w tyłek jak mogę teraz.
Ach... Zadumał się. To były czasy...
- To co... Puścicie mnie?
Hm... Dariusz... Co będziesz tu jeździł po nocy. Niebezpiecznie jest. Zostaniesz z nami na noc i raniutko pojedziesz tgak, by cie nikt nie widział. Nikomu nic nie mów a teraz wstaw auto na teren jednostki postaw z tyłu - wskazał miejsce.

Ja pierdziu! Ale finał ekskursji na dzisiaj! Euforia wraca, mdłości jakoś ustąpiły... Wysiadam z auta, żołnierz już w zupełnie innym nastroju z karabinem przewieszonym przez plecy odprowadza mnie do garnizonu. Ni wząb po rusku. Jak zagajam, tylko uśmiecha się przyjaźnie.
Wprowadza do gabinetu komendanta i czeka na dyspozycje. Komendant tymczasem do mnie.
- Zyjemy tu skromnie ale kolację ze mną zjesz?
Kaniesza. Balszoje spasiba za wsio.
- Dariusz... Ściszył nieco głos... A wódkę pijosz?
Panie komendancie, nie ma lepszego lekarstwa na wysatu!

Na kolację były ziemniaki podpiekane z kawałkami marchwi i cebulą. Do tego litr wódki. Mogłem zrewanżować się tylko akordami mojej gitary.
Fantastyczną, męską biesiadę skończyliśmy wspomnieniami 30 minut po północy.
- Dariusz, służba nie drużba! Musimy iść spać. Pobudka o 6-stej. Spokojnie pojedziesz, gdzie chcesz.
Kanieszna!
Komendant przywołał żołnierza, który odprowadził mnie do małego pokoju z podwójną pryczą.
Po drodze wyszedłem jeszcze tylko opróżnić pęcherz. Wiał lodowaty wiatr.
Spojrzałem w niebo. Obsypało mnie manną gwiazd tak bliskich, że niemal na wyciągnięcie ręki...

Dla takich chwil warto żyć.
El Komendante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
Kamera na kierownicy - Austria - Prawo chrupa Inne tematy 6 28.06.2016 20:48
Prawo a jazda po lesie. Elwood Kwestie różne, ale podróżne. 109 17.05.2013 10:41


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:34.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.