Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Relacje z podróży > Trochę dalej

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05.11.2018, 21:22   #31
Dredd

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jan 2017
Miasto: Warszawa
Posty: 18
Motocykl: nie mam AT jeszcze
Dredd jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 dzień 19 godz 49 min 15 s
Domyślnie

Kolejną wycieczką z serii antycznej Grecji była świątynia Apollina w Didymie - archaiczny Didymaion. W antyku działała tu wyrocznia oraz biło święte źródło. O znaczeniu tego miejsca przed wiekami świadczy, iż była to największa świątynia (po Efezkiej), zaś wyrocznia była (po delfickiej) najbardziej wpływową.
Jest to bez wątpienia jedno z miejsc, którego nie można opuścić, jeśli interesują nas zabytki antyczne. Spodziewam się, że wizerunek głowy meduzy znana jest większości z nas.
Na nas ogrom świątyni zrobił niesamowite wrażenie (a widzieliśmy już kilka – mamy zjeżdżoną prawie całą Grecję kontynentalną). Zwróćcie uwagę na kolumnę na jednym ze zdjęć, przy której stoi moja Żaba. Można wyobrazić sobie jaka ogromna i monumentalna była to budowla.



































Wracając, jeszcze w Didymie wstąpiliśmy do sklepu po daktyle i lokum. Po wyjściu podszedł do nas właściciel i dorzucił do kasku (dosłownie!) solidną garść orzechów! Za pośrednictwem jego wnuka zamieniliśmy kilka słów i zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę. On zaś zażyczył sobie z moją żoną, na co wyjątkowo przystałem
Po drodze, zajechaliśmy do małej, ale w znacznej mierze stojącej na swoim miejscu świątyni Zeusa w Euromos. Zajechaliśmy to w tym przypadku chyba odpowiednie słowo. Bez problemu pozwolono nam zaparkować motocyklem pod samą świątynią.
Po takiej dawce wrażeń nie pozostało nic innego jak posilić się. Jedzenie to oczywiście niespodzianka, lecz jak zwykle w Turcji – pyszne!



































Wróciliśmy do “Pitusia” na ostatni już nocleg w tym miejscu i zdążyliśmy jeszcze potaplać się trochę w jakże cieplutkim morzu! Skoro świt szybkie pakowanie i - jak cały czas nakazuje dziecięca ciekawość - dalej, dalej…
Nadal będziemy penetrować świat starożytnej Grecji, a odwiedzimy miejsca związane z dość znanymi postaciami. Każdy słyszał bowiem o Talesie z Miletu czy Sedesie z Ebonitu
O ile sama nazwa starożytnego Miletu rozpala naszą wyobraźnię, o tyle zachowane do dziś ruiny miasta nie są wybitne. Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że jesteśmy nimi rozczarowani. Teren wykopalisk jest dość rozległy i miło się po nim spaceruje. Do dziś zachował się bardzo ładny teatr, z którego ostatnich rzędów roztacza się niesamowita panorama okolicy. Jako widz przedstawienia odgrywanego w tym miejscu chyba miałbym dylemat, czy skupić uwagę na sztuce czy też na widokach ponad głowami aktorów. W Milecie nie ma zbyt wiele cienia, więc warto zaplanować zwiedzanie na chłodniejszą porę dnia, tj. ranek lub wieczór.
Ponieważ tego dnia nie mieliśmy zbyt wiele kilometrów do pokonania, zdecydowaliśmy zobaczyć kolejny zabytek. Dlatego zbaczamy do antycznego Priene. Miasto leży na zboczu góry, więc czeka nas kilkuminutowy spacer pod górę. Choć nie ocalało tu do dziś wiele całych budynków, niemniej jednak samo miasto warte jest odwiedzin. Rozmiar wykopalisk daje pojęcie o rozmachu architektonicznym, zaś malownicze położenie powoduje, że spacer po ruinach jest bardzo przyjemny. Do tego, z racji małego oblegania przez turystów jest całkiem intymnie. Teren porośnięty jest dającymi cień drzewami, więc, gdy piękne słoneczko za bardzo da nam w kość można przysiąść na kamiennym tronie, by trochę odpocząć i nacieszyć oczy piękną panoramą, wdychając przy tym wspaniałą woń pinii. Mnie ten widok przypominał trochę greckie Delfy, choć tamtejszy pejzaż bez wątpienia był bardziej malowniczy…











A oto kolejne starożytne miasto - Priene













Mała wprawka z ruchu drogowego w Turcji – z 2 pasów startuje 4 pojazdy. Zdarzyło się nawet, że ktoś jechał pod prąd drogą dwupasową Jednak muszę przyznać, że wcale mi to nie przeszkadzało. Nie czułem się nigdy jakoś osaczony, czy zagrożony. Mało tego, podczas naszej całej wycieczki nie spotkaliśmy ani jednego wypadku czy stłuczki! Gdy mieszkaliśmy w Pitusiu, też pokonywałem odcinek ok. 150m pod prąd, bo pozwalało zaoszczędzić to kilku kilometrów




Na nocleg wybraliśmy położoną nad samym morzem wioskę Pamucak z przepiękną plażą. Niestety nie było tam żadnego hotelu z klimą. Wobec tego zdecydowaliśmy się przespać w zlokalizowanym nad samiutkim morzem domku na kempingu. Niestety w domku nie było klimatyzacji. I to był błąd!
Jak się później okazało, temperatura nie bardzo pozwalała nam spać…
Tymczasem jednak nie mieliśmy o tym pojęcia… Pojechaliśmy do niedalekiego Selcuku na obiad i dondurmę. Do picia oczywiście ayran – robiony na miejscu – coś wspaniałego!

Po powrocie na kemping poszliśmy na mały spacer wzdłuż morza i rozkoszowaliśmy się urokiem miejsca. Palmy rosnące na plaży i przepiękny zachód słońca był niesamowitym przedstawieniem.
Rankiem poszliśmy popatrzeć na wspaniały widok na morze i palmy, gdzie spotkała nas kolejna miła niespodzianka. Zostaliśmy zaproszeni na herbatę i śniadanie przez panią jedzącą wraz z synem śniadanie na dworze. Bezpośredniość i otwartość Turków jest wspaniała – wystarczy powiedzieć po turecku dzień dobry i już siedzimy razem pijąc herbatę i „rozmawiamy” na migi. Dowiedzieliśmy się na przykład, iż najlepszą herbatą jest Dogus czarny, nie zaś najstarsza turecka marka – Caykur. Obecnie w domu mamy obie Na zdjęciu widać piecyk na węgiel drzewny, na którym Turcy parzą herbatę. Sądząc po tych urządzeniach dymiących na przydrożnych parkingach, wożą je ze sobą wszędzie!
Skoro mowa o herbacie przyszła mi na myśl uwaga o artykułach spożywczych w Turcji. Mam wrażenie, iż albo tam globalizacja nie przyjęła się, albo Turcy wierni są swoim markom. Przykładowo, jeśli chodzi o herbatę, Lipton leży zawsze na najniższej półce, gdzieś w rogu sklepu. Zresztą – porównując z tureckimi herbatami – w pełni zasłużenie! Poza tym wiele było lokalnych marek, zaś bardzo mało znanych nam europejskich. Inną sprawą jest, że z reguły kupowaliśmy w małych lokalnych sklepikach, najczęściej lokalne produkty.
Tymczasem uciekło nam hotelowe śniadanie, które nie mogło równać się z pewnością wspaniałemu towarzystwu w jakim mieliśmy przyjemność jeść nasze, ani wspaniałym okocznościom przyrody!
Czas bowiem było jechać do bez wątpienia jednego z najciekawszych zabytków antycznych jakie było nam dane zobaczyć w Azji Mniejszej, tzn. Efezu.
















Dredd jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06.11.2018, 16:19   #32
gumpinoga
 
gumpinoga's Avatar


Zarejestrowany: Oct 2018
Miasto: Góra
Posty: 31
Motocykl: RD04
gumpinoga jest na dystyngowanej drodze
Online: 17 godz 28 min 7 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał Dredd Zobacz post
Jakby tu zacząć
Generalnie to jestem świeży na FAT, jednak poczytałem już co nieco. Ponieważ - jak dotychczas -czerpię z forum pełnymi garściami, łykając coraz to ciekawsze relacje z podróży (i nie tylko), postanowiłem ze swojej strony dorzucić mały kamyczek i podzielić się z Wami wrażeniami z wycieczki do Turcji, którą odbyłem w wakacje 2015r. i relacją, którą napisałem po powrocie.

Dla wyjaśnienia: jeżdżę armaturą (Harley- Davidson), nie Africą, więc i wycieczka będzie odbiegała od większości na forum. Jeśli spodoba się Wam inny (chopperowy) punkt widzenia, będzie to dla mnie znak, żeby wrzucać dalszą część.

Moja druga połowa (obecnie już żona) tak samo jak ja nie wyobraża sobie wakacji bez motocykla. Dlatego jak słyszę, że trzeba negocjować z żoną wyjazd motocyklem, dziękuję Bogu (jakiekolwiek imię by nosił), że mnie przypadło w udziale akurat to babsko. Do tego niewygody związane niekiedy z jazdą motocyklem znosi mężniej niż niejeden „facet”.

A więc - od początku.
W zimie zabrałem się za planowanie urlopu. Pierwotny pomysł padł na Rumunię i Bułgarię oraz kawałek greckiej Tracji. Wobec tego zasiadłem do map, internetu, przeczytałem zakupione przewodniki papierowe i poszybowałem myślami daleko…
Na ścianach naszej sypialni zawisły mapy Rumunii i Bułgarii, zaś na nich zostały pozaznaczane co ciekawsze obiekty oraz – co oczywiste – trasy w stylu Transalpiny czy Transfogarskiej. Wreszcie, wytyczyłem wstępny plan przejazdu, nie omijając największych atrakcji i starając się jednocześnie, aby zarys trasy nie przypominał chińskiego znaczka.
Po podliczeniu kilometrów okazało się, iż robiąc niewiele więcej możemy dotrzeć do Azji (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) …
Zatem…
Klamka zapadła! – jedziemy do Turcji. Pieniądze na wakacje jakieś się znajdą, sprawdzony 10-letni Harley także gotów do drogi, więc czas zabrać się za planowanie trasy. Trzeba było kupić nowego gpsa, bo dotychczas posiadany miał całą Europę, ale tylko Europę…

Gdy powstał wstępny plan trasy, rozpoczęło się poszukiwanie kompanów – ze znajomych motocyklistów nie znalazł się nikt chętny, więc wrzuciłem posta do internetu. Niestety, to także nic nie dało. Trudno, jedziemy sami.

Z podjęciem decyzji nie było oczywiście tak łatwo. Po pierwsze, oprócz Europy nie byliśmy nigdzie dalej, ani tak naprawdę w kraju muzułmańskim. No, może poza Bośnią, ale stamtąd przywieźliśmy mieszane uczucia.
Tradycyjnie głupim, polskim zwyczajem, kierując się przesądami oraz bełkotem, którym karmią nas media, byliśmy pełni obaw co do wyjazdu. Każdy prawdziwy Polak wszak wie, że w takiej Azji najlepsze co nas może spotkać to pożarcie przez Muzułmanina
Najgorsze, że głosy pojawiające się w internecie nie rozwiewały naszych obaw. Mówię tu oczywiście o wpisach tych, „co w d… byli i g… widzieli”.
Natomiast ci, co odwiedzili Turcję wypowiadali się w samych superlatywach – świetny kraj i wspaniali ludzie. I na szczęście tych posłuchaliśmy!
Bardzo wielką pomocą przy planowaniu podróży okazała się strona „Turcja w sandałach”, gdzie można znaleźć bardzo rzeczowe wskazówki odnośnie tego wielkiego, pięknego kraju oraz dokładne pozycje gps konkretnych obiektów- zabytków.
To ostatnie jest bardzo ważną sprawą – nie trzeba pilnować drogi, kluczyć, szukać, tylko jedzie się prosto do celu. Przy motocyklu chłodzonym powietrzem (jakim jest Harley – Davidson), w gorącym klimacie warto zatrzymywać się tylko wtedy, gdy jest to konieczne.
Oczywiście, motocykl wyposażony był w dodatkowy wskaźnik temperatury oleju, dzięki któremu udało się nie przegrzać silnika. Choć raz konieczny był półgodzinny przymusowy postój na kawę (czyt. ostygnięcie silnika), bo temperatura zbliżyła się do granicznej.

Kilka dni przed wyjazdem dowiadujemy się o zamachu terrorystycznym w Stambule.
- Co robimy?
- Na tydzień przed wyjazdem mamy odwołać wakacje?!!
- Racja, jedziemy!

Startujemy!

Nie zdążyliśmy jeszcze wyjechać z garażu, a spotkała nas pierwsza (i na szczęście ostatnia) awaria – gps utracił ładowanie. Trudno – wieczorem to sprawdzę, a Polskę uda się pokonać „po mapie papierowej”. Pogoda dopisuje, więc droga przez Polskę minęła bezproblemowo. Śpimy w gospodarstwie agroturystycznym pod granicą z Barwinkiem. Wieczorem uporałem się z gps-em. Wyszło na jaw, że zawiodła „niemiecka technologia”. Otóż gniazdko produkcji niemieckiej, które kupiłem przed wyjazdem okazało się nie do końca przemyślaną konstrukcją. Styki się zwarły i spalił bezpiecznik, lecz po rozebraniu i ich odpowiednim zaizolowaniu wszystko było ok.
Poranek przywitał nas przepięknym, polskim słońcem i białymi barankami na niebieskim niebie. Aż chciało się jechać!



Przejazd przez smutną Słowację trwał odwrotnie proporcjonalnie do wielkości tego kraju (remonty, źle oznakowane objazdy, wieczne ograniczenia do 50km/h i wlokący się kierowcy). Lepiej poszło przez dobrze nam znane i lubiane Węgry. Po drodze nie zwiedzaliśmy niczego, tylko staraliśmy się pokonać założoną na dany dzień liczbę kilometrów. Żal nam było jedynie, że nie udało nam się skosztować węgierskiej kuchni… choćby langosza czyli mojej ulubionej, choć niezbyt wyszukanej potrawy, (chyba) węgierskiej

Dojechaliśmy do Rumunii. Ostatni raz moja noga stała tu za ciężkiej komuny – pamiętam jedynie biedę i obdarte dzieci. Od tego czasu minęło jednak wiele lat – obecnie Rumunia jest w Unii Europejskiej oraz strefie Schengen, co oznacza, że musiało się dużo zmienić. Okazało się, że faktycznie kraj ten wygląda inaczej. Drogi przyzwoite, bez problemu można zjeść coś dobrego. Z ciekawością połykaliśmy kolejne kilometry, chłonąc rumuńskie krajobrazy. Naszym celem był przejazd Transalpiną, czyli drogą DN67C z Sebes do Novaci, przeprawa promem przez Dunaj i „łyknięcie” jak najwięcej kilometrów Bułgarii. Niestety dość duży ruch w Rumunii spowodował, że droga upływała dość mozolnie.
Dojechaliśmy do Sebes i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Na szczęście szybko wpadł nam w oczy napis rooms lub równoznaczny po rumuńsku i w dodatku - z namalowanym motocyklem 
Tam pojechaliśmy! Okazało się, iż oprócz nas, nocowało tam kilkoro przedstawicieli polskiej braci motocyklowej, którzy jednak poszli na kolację do restauracji gdzieś w mieście. Po rozpakowaniu przesympatyczny właściciel pensjonatu zawiózł nas tam swoim samochodem, choć nie było wcale daleko. Za nic nie dał się przekonać, że spacer dobrze nam zrobi!
Kosztując specjały kuchni rumuńskiej spędziliśmy miły wieczór w motocyklowym towarzystwie. Był nawet plan, aby razem przejechać Transalpinę, ale my musieliśmy startować wcześniej. Mieliśmy cichą nadzieję, że towarzystwo, mając szybsze maszyny dogoni nas na trasie.



Wychodzę z założenia, że jadąc dalej trzeba niestety nałożyć sobie (przynajmniej na dojazdach) pewną dyscyplinę, aby w razie nieprzewidzianej obsuwy nie było nerwówki. Wiadomo, że na trasie wszystko może się zdarzyć: objazdy, deszcz, złapana guma i tak dalej.

Tymczasem pogoda – jak to na wakacjach - tradycyjnie bajka. Błękitne niebo, od czasu do czasu kilka chmurek.
Spokojnymi z początku serpentynkami pięliśmy się coraz wyżej, a widoki robiły się coraz ciekawsze.
Transalpina z początku wiedzie wśród lasów, by dopiero po jakimś czasie ukazać to, co ma motocykliście najlepszego do zaoferowania – wspaniałe zakręty pośród pięknych, górskich krajobrazów. W niższych partiach często można było zobaczyć rozbite przy samochodach namioty i piknikujących Rumunów. My tymczasem dalej szlifowaliśmy podłogi na zakrętach, by finalnie znaleźć się na dachu świata. Takie wrażenie robi bez wątpienia przejazd szczytami gór. Zatrzymaliśmy się jedynie, by nasycić oczy pięknymi krajobrazami, zrobić parę „stacjonarnych” zdjęć i w dalszą drogę.










Z zasady asfalt był bardzo dobry a droga z reguły nie była otoczona barierkami psującymi krajobraz, choć trzeba powiedzieć, iż zdarzyło się kilka odcinków off-roadowych. Bez większego problemu jednak można było je pokonać dobrze przystosowanym do tego typu przejazdów crossem, jakim bez wątpienia jest Harley- Davidson Road King Nie chciałbym jednak jechać tamtędy w deszczu – jakoś brązowa glinka nie wzbudzała mojego zaufania. Ruch nie był duży, więc jazda sprawiała niebywałą frajdę, zaś trasa (chyba trzeba powiedzieć niestety) nie zajęła dużo czasu. Zrobiliśmy sobie jeszcze małą przerwę na kawę, siedząc na tarasie kawiarenki i sycąc oczy i serca przepięknymi widokami…
























w Rumunii spales tam gdzie ja,za wialka brama w podworku
gumpinoga jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06.11.2018, 16:54   #33
falcon500
 
falcon500's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Sep 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 160
Motocykl: KTM990Adv+DR650RE+FLHTCI Electra Glide ULTRA
Przebieg: <50km
falcon500 jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 2 tygodni 5 dni 19 godz 41 min 28 s
Domyślnie

Dominik, nie ukryjesz się :-) Teraz moto przecież już inne, chociaż tej samej marki .
Opisuj dalej, potem czekam na relacje z Algierii....
falcon500 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07.11.2018, 21:40   #34
Dredd

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jan 2017
Miasto: Warszawa
Posty: 18
Motocykl: nie mam AT jeszcze
Dredd jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 dzień 19 godz 49 min 15 s
Wink

Cytat:
Napisał falcon500 Zobacz post
Dominik, nie ukryjesz się :-) Teraz moto przecież już inne, chociaż tej samej marki .
Opisuj dalej, potem czekam na relacje z Algierii....
I taka oto jest anonimowość internetu
Choć chwilę zastanawiałem się, kto mię tu wytropił.
Motocykle Cię zdradziły

Cierpliwości. Na wszystko przyjdzie czas. Zima długa, więc powinno się udać
Dredd jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08.11.2018, 23:53   #35
malina
 
malina's Avatar


Zarejestrowany: Mar 2009
Miasto: Polkowice/ Wrocław
Posty: 19
Motocykl: nie mam AT jeszcze
malina jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 5 dni 15 godz 31 min 34 s
Thumbs up

Czyli jednak Algieria! Nice! Czekam na kolejne odcinki!
__________________
Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia jakiegoś celu tylko dlatego, że wymaga to czasu. Czas i tak upłynie.
malina jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09.11.2018, 22:36   #36
Dredd

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jan 2017
Miasto: Warszawa
Posty: 18
Motocykl: nie mam AT jeszcze
Dredd jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 dzień 19 godz 49 min 15 s
Domyślnie

Proszę bardzo - oto kolejny odcinek.

Efez – ponoć najlepiej zachowane miasto antyczne w Turcji. To stąd pochodził m.in. filozof Heraklit, tu apostoł Paweł wygłaszał swoje kazania. Na wszystkich, również na nas, miasto robi ogromnie wrażenie. Najsłynniejszym zabytkiem jest biblioteka Celsusa. Oprócz tego zachowało się wiele dróg, pięknych mozaiek, fragmenty budynków, teatr. Z tego względu miasto jest chętnie nawiedzane przez turystów, dlatego, aby choć trochę móc rozkoszować się widokiem ruin bez dzikich hord , warto przyjechać tu na samo otwarcie muzeum.
Jako ciekawostkę powiem, iż wyrzeźbiony na chodniku odcisk stopy wskazywał ponoć na dom publiczny.
Po uczcie dla ducha czekała nas uczta dla ciała – owocowa.















































Mając w pamięci niezbyt udaną noc nad morzem, a także dostrzegając niezaprzeczalny urok (w tym kulinarny) miasta Selcuk, zdecydowaliśmy, iż kolejne 2 noce spędzimy właśnie tutaj. Tym razem dostaliśmy klimatyzowany pokój i zasadniczo nic więcej nam nie było potrzeba. Czas spędziliśmy na szwendaniu się po mieście, obserwacji codziennego życia Turków, wsłuchiwaniu się w śpiewne nawoływania muezina oraz… żarciu. Bo jedzeniem to się tego nazwać niestety nie da. Buszowaliśmy namiętnie wśród straganów tutejszego bazaru, niosąc coraz to nowe zdobycze. Ja miałem okazję spróbować mojego ulubionego lokum chyba we wszystkich możliwych (i niemożliwych) smakach, zaś moje Żabsko wspaniałych dojrzałych w gorącym słońcu warzyw i owoców. Feeria barw, zapachów, kształtów powodowała prawie pomieszanie zmysłów. Poza tym kebabom, pidom, lahmacunom, ayranom, dondurmom i innym potrawom, których nazw nawet nie znamy, nie było końca!
Najciekawsze zaś były zakupy na bazarze robione przez moją żonę samodzielnie. Wybrała sobie jakieś 2 papryki, 2 pomidory i podaje sprzedawcy, aby zważył i policzył. Ten zaś bez słowa jej to oddaje uśmiechając się. Uznała wobec tego, że wzięła za mało i dołożyła jeszcze ze 2 sztuki. Sprzedawca zaś dalej swoje. Dopiero, gdy położył rękę na sercu mówiąc coś, z czego zrozumiała tylko słowo Allah, zrozumiała, że on jej te wszystkie rzeczy po prostu podarował. Nie był to zaś odosobniony przypadek. Każdy dzień spędzony w Turcji pomiędzy zwykłymi ludźmi powodował, że nasze oczy robiły się coraz bardziej okrągłe.
Jedyne co nas zasmuciło to coraz bardziej natarczywa myśl: czy ci ludzie doświadczyliby w Polsce równie serdecznego przyjęcia?

Ciekawostką była też wizyta w starym meczecie. Oczywiście szanując tutejsze zwyczaje zdjęliśmy buty, zaś Żaba przywdziała na głowę chustę. Trzeba było dobrze się przyjrzeć, żeby dostrzec, że chusta nie jest w delikatne kropki, lecz w… czaszki. Najlepsze zaś było to, że w meczecie spotkaliśmy dwie dziewczyny z Warszawy podróżujące stopem po Turcji. Ich wrażenia z podróży po tym kraju, były równie pozytywne co nasze.









































Żeby nasze tylne części ciała nie odwykły zbytnio od motocyklowego siodła, któregoś popołudnia udaliśmy się na kilkudziesięciokilometrową wycieczkę do antycznego miasta Klaros, słynącego z gigantycznych rzeźb. Muszę przyznać, że to bardzo miło spędzone popołudnie. Teren był trochę podmokły, wobec czego wśród wykopalisk było całkiem spore bajorko, w którym pływała „ławica” żółwi. Na koniec zjedliśmy kilka fig z napotkanego na terenie muzeum drzewa.




















Po wizycie w Klaros wróciliśmy do Selcuku, który jest nad wyraz przyjemnym, małym miasteczkiem. A tak przedstawiał się nasz pokój w hotelu:




Zaś rano – start do mauzoleum w Belevi. O ile droga do zabytku wiodła bocznymi szlakami i kojarzy mi się bardzo miło, to w samym mauzoleum spotkał nas mały piskus… Mianowicie otaczała je siatka, zaś na bramie wisiała kłódka, z którą jakiekolwiek negocjacje odnośnie zwiedzania były wykluczone. Na niczym spełzła również przedsięwzięta przez nas w akcie desperacji ekspedycja piesza „wzdłuż płota” w poszukiwaniu przerwy w zasiekach. Siatka zazdrośnie strzegła sekretów mauzoleum.



Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji, żeby skontrolować ciśnienie w oponach. Zawsze musiałem przeliczać ciśnienie podane w książce serwisowej do H-D na jednostki stosowane w Europie. A tu czekała na mnie mała niespodzianka! Kompresor podawał ciśnienie w PSI Wystarczyło więc ustawić wymaganą przez instrukcję wartość i gotowe!



Nasz motocykl (choć raczej lepiej pasuje do niego określenie cygański wóz) wyglądał zaś tak:



Było tam wszystko! Pełne wyposażenie podróżne takie jak: kocher, śpiwory, namiot, itp. Najlepsze zaś z tego wszystkiego było to, że wcale nie chcieliśmy z tego korzystać, lecz zabraliśmy “na wszelki wypadek”

Zatrzymaliśmy się na kolejny wspaniały posiłek, którego nazwy (jak większości jedzonych w Turcji) do dziś nie znamy. Przy okazji mieliśmy okazję obserwować codzienne życie Turków, toczące się przeważnie w herbaciarniach.







My tymczasem pokonujemy magiczną granicę pomiędzy kontynentami, czyli przeprawiamy się promem z Eceabat do Canakkale.







Po dotarciu na stary kontynent zawitaliśmy na nocleg. Pokój w hotelu czy hostelu był bardzo przyjemny. Widoku nie psuło nawet wschodnie poczucie estetyki.




Rano uderzyliśmy w kierunku Bułgarii, zahaczając jedynie po drodze o jeden zabytek – XVI wieczny meczet Selimiye w Edirne. Zdecydowanie polecam – obiekt robi wrażenie.



















Czując, że nasza podróż po przesympatycznej Turcji dobiega końca, w malutkiej miejscowości po drodze wstąpiliśmy na herbatę do lokalnej knajpki. Choć nie było właściciela, goście pijący herbatę przygotowali ją dla nas i po pojawieniu się właściciela nie pozwolili za nią zapłacić.
Kolejny raz pojawił się - dobrze znany nam – gest ręki na sercu.





Znaki nie pozostawiały złudzeń. Żegnaj Turcjo! Gule, gule!






Na dwa dni zawitaliśmy nad Morze Czarne do Sozopola w Bułgarii. Woda krystalicznie czysta, prawie nie słona, ciepła. Idealne warunki do plażowania. Pensjonacik też trafił nam się 3 minuty od plaży, więc idealnie.
O dziwo, nie było dzikich tłumów i “klimatów” dobrze znanych znad polskiego morza.








Tylko ludzie jacyś inni…
Pojechaliśmy dalej przez Bułgarię, przekraczając Dunaj tym razem mostem przez przejście graniczne Widyń – Calafat, kierując się bardzo urokliwą drogą wzdłuż Dunaju w stronę Węgier, a konkretnie miejscowości Gyula, gdzie mieliśmy nadzieję pomoczyć cielska w basenach termalnych.






















Przed wieczorem zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Jakież było nasze zdziwienie, gdy kilka hoteli czy moteli, do których zajeżdżaliśmy okazywało się pełnymi. Bardzo dużo czasu zmarnowaliśmy na zjeżdżanie z trasy do miast i poszukiwania noclegu. Tymczasem, czerwona kula przed nami coraz bardziej chowała się za horyzont.






Finalnie, nocleg znaleźliśmy grubo po północy w przydrożnym pensjonacie. Stamtąd zostało nam rzut beretem do Gyuli, gdzie zamarudziliśmy kolejne 2 dni, pławiąc się w basenach termalnych. Mieszkaliśmy (chyba już po raz trzeci) w pobliżu zamku i kolejny raz nie udało nam się do niego wejść. Niemniej jednak przedstawia całkiem przyjemny widok.










Omijając szerokim łukiem miejscowość o jakże wdzięcznej nazwie – Piekło – nawijaliśmy kolejne kilometry w kierunku domu. Po drodze, zrobiliśmy jedynie zakupy na przydrożnym straganie, bo, choć Węgry leżą bardzo blisko Polski, owoce i warzywa stamtąd mają jednak smak “południa”.
Nie było mowy, żeby dłużej marudzić na wakacjach, bo za tydzień mieliśmy ślub. Nasz ślub.










Podróż do Turcji pozwoliła nam uświadomić sobie jak życzliwi dla innych mogą być obcy ludzie.
Mnogość miłych gestów jakie nas spotkały od wyznawców Allaha, częstokroć ewidentnie biedniejszych niż my pokazała nam, iż w kwestii życzliwości dla innych i otwartości na inne kultury wiele mamy do zrobienia. Bardzo wiele.

Nie mogę się już doczekać kiedy po raz kolejny nacisnę przycisk startera, a wierny Harley bulgocząc i trzęsąc się miarowo, swoim niespiesznym tempem zawiezie nas, aby odkrywać nowe lądy, kultury, ludzi…

P.S.
Jeśli po przeczytaniu macie jakieś uwagi dot. stylu relacji (także krytyczne) - napiszcie.
Dredd jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10.11.2018, 00:05   #37
tyran
Kiedyś R.T70
 
tyran's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: May 2014
Miasto: Częstochowa
Posty: 936
Motocykl: Była RD04
Przebieg: 120000+
tyran jest na dystyngowanej drodze
Online: 2 miesiące 3 tygodni 2 dni 17 godz 14 min 52 s
Domyślnie

Zdjęcia piękne, relacja wyborna!

Postanowione. Turcja jako cel, nie przelotem.
Dzięki za relację!

Pozdrawiam.
__________________
Crosstourer, XChallenge, Fantic301, pół gara bigosu.
tyran jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10.11.2018, 01:15   #38
gdziala
 
gdziala's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jun 2009
Miasto: Nysa/Reykjavik
Posty: 356
Motocykl: RD 07b
gdziala jest na dystyngowanej drodze
Online: 2 miesiące 2 tygodni 6 dni 2 godz 19 min 31 s
Domyślnie

Nazwales swoja Pania "babsko" i to mi sie nie podobalo. Reszta super Dzieki
gdziala jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10.11.2018, 01:15   #39
walther_white


Zarejestrowany: May 2015
Posty: 99
Motocykl: RD03
walther_white jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 tydzień 1 dzień 15 godz 29 min 55 s
Domyślnie

Świetna relacja! Miło było z Wami odbyć tą podróż.

p.s. trochę spóźnione ale szerokości na wspólne drodze życia;]
walther_white jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10.11.2018, 06:52   #40
Tank
 
Tank's Avatar


Zarejestrowany: Dec 2010
Miasto: Zgierz
Posty: 753
Przebieg: duży :)
Tank jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 1 tydzień 1 dzień 12 godz 18 min 30 s
Domyślnie

Fajna relacja. Jak rozumiem byla to podróż przedslubna- testowa, czy wytrzymacie ze sobą dłużej? Czytając te wszystke "babsko" "żabsko" i to na dodatek "moje" mam w takim razie ogromny szacunek dla Twej małżonki.

Wysłane z mojego WAS-LX1 przy użyciu Tapatalka
__________________
GS über alles!!!

Ostatnio edytowane przez Tank : 10.11.2018 o 09:00
Tank jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
Opłaty drogowe Turcja ACUPS Kwestie różne, ale podróżne. 27 05.09.2018 16:05
agresywna off opona 140 x 80 x 17 dopuszczona do jazdy po asfalcie Pils Hamulce, kola, opony 20 13.09.2016 17:02
Turcja planuje zniesienie wiz dla Polaków mishieck Kwestie różne, ale podróżne. 6 19.01.2015 14:23
Bułgaria, Grecja, Turcja Zograf24 Umawianie i propozycje wyjazdów 20 23.06.2013 21:29
Mandat Turcja ACUPS Kwestie różne, ale podróżne. 15 24.12.2012 10:46


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:56.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.