Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04.11.2018, 18:08   #23
Dredd

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Jan 2017
Miasto: Warszawa
Posty: 295
Motocykl: nie mam AT jeszcze
Dredd jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 3 dni 3 godz 33 min 33 s
Domyślnie

Tymczasem napieram.

Po dotarciu do Pamukkale znaleźliśmy pokój w pensjonacie „u Mustafy”. Standard przyzwoity, tzn. obejmujący nasze wszystkie wymagania: względnie czysto, łazienka, klima
Ba, u Mustafy mieliśmy nawet deszczownię pod prysznicem
Wieczorem kolejna porcja tureckich pyszności. Moja Żaba – wielka fanka kuchni tureckiej skusiła się na danie o nazwie „kokorec” czyli w niezbyt finezyjnym tłumaczeniu – pieczona barania kicha.
Złe nie było, ale szczególnie nas nie urzekło.



















Dnia następnego skoro świt – atakujemy tarasy Pamukkale. Biały kolor „skałâ€ i charakterystyczna faktura spowodowana jest wapiennymi naciekami. Woda i wytrącające się z niej minerały tworzą także charakterystyczne niecki, zaś po przelaniu się wody także coś w rodzaju stalagmitów. Sama powierzchnia, wbrew temu co się wydaje na podstawie wrażeń wzrokowych, wcale nie jest obślizgła i chłodna, lecz chropowata i – co oczywiste – przyjemnie ciepła. Chodzi się po tym cudzie natury bez butów. Ponieważ miejsce jest bardzo popularne (i słusznie!) warto wybrać się wcześnie, aby nie trzeba było się przeciskać wśród hord. Tak też zrobiliśmy, a nie uchroniło nas to niestety przed towarzystwem. W plecaku obowiązkowo woda i buty. Po wejściu na tarasy dochodzi się bowiem do starożytnych ruin Hieropolis, gdzie za dodatkową opłatą można wykąpać się w basenie Kleopatry. Zarówno samo Pamukkale jak i Hieropolis pozostawiają niezatarte wrażenia. Hieropolis wbrew pozorom jest dość duże, wobec czego warto na jego zwiedzanie poświęcić chwilę. Ma bowiem wiele ciekawych budowli, jak choćby wspaniały amfiteatr, starożytną drogę, etc.































Po południu wybraliśmy się zobaczyć starożytną Laodyceę (Laodikeia), która, zgodnie z informacjami znalezionymi w internecie miała być urokliwym, lecz niezbyt wielkim zbiorem ruinek rzymskich czy greckich. Nic bardziej mylnego – Turcy wykonali gigantyczną pracę i obecnie jest naprawdę co podziwiać. Warto wymienić tylko przepiękną drogę syryjską, świątynie, trochę mozajek. Na mnie wrażenie zrobił pięknie wpisany w naturalne ukształtowanie terenu teatr, którego jeszcze nie dotknęły prace rekonstrukcyjne. Taki dziewiczy…
Do tego warto powiedzieć, że byliśmy tak niemal jedynymi turystami. Dopiero w trakcie „drogi powrotnej” spotkaliśmy ludzi. Na przykład parę młodą, która te wspaniałe ruiny wybrała sobie jako plener fotograficzny. W drodze powrotnej miałem okazję zaznać prawdziwej jazdy „easy rider”, bo odcinek od wykopalisk do bramy wjazdowej przejechałem bez kasku. Taka mała rzecz, a cieszy! Pomimo, że „wycieczka” z Pamukkale do Laodycei to ok. 30km, trzeba było pojechać do pobliskiego miasta coś zjeść.





















A to ja na tle bawełnianego zamku z małym „haremem”




Po drodze spotkaliśmy gościa z lokalnego MC, a dokładniej mówiąc MK
Generalnie jednak nie spotkaliśmy w Turcji zbyt wielu motocykli. Może w większych miastach jest inaczej, ale my na trasie z większych sprzętów spotkaliśmy zaledwie kilka.



Tymczasem to już nasza ostatnia noc w Pamukkale. Pomimo, że jest to małe miasteczko, dobrze przygotowane na turystów. Posiada nawet uliczkę „bankomatów” oraz kilka klimatycznych knajpek czy lodziarnię z prawdziwą dondurmą, to znaczy tureckimi lodami. Są one bardzo dobre, lecz w porównaniu do znanych nam jakby bardzie „gumowate”. Być może jest tak dlatego, by nie roztopiły się zanim zdążymy je zjeść. Mieliśmy również okazję jeść tutejszą Algidę – często ratowaliśmy się tymi lodami podczas postojów na stacjach benzynowych. Jest ona dużo tańsza od tutejszych wyrobów, ale też nie sposób porównać jej do tradycyjnej dondurmy! Choć z drugiej strony, chciałbym aby Algida w Polsce tak smakowała.










Głód przygody nie pozwolił nam jednak zbyt długo pospać. Dziś bowiem będziemy kąpać się w kolejnym morzu – Śródziemnym! Nadto, chcemy przejechać piękną, widokową trasą, zaś po drodze mamy do zobaczenia kolejną atrakcję z serii „Grecja starożytna” - Aphrodisias (Afrodyzja). Do pokonania mamy prawie 400km, więc chwilę nam to zajęło. W sumie to nawet dobrze się złożyło: do Afrodyzji mamy tylko 90km, więc po zwiedzaniu wsiądziemy na koń, klima na maksa i największy południowy upał przetrwamy jadąc.
Afrodyzja zrobiła na nas wrażenie z dwóch powodów: po pierwsze zabytki, a po drugie organizacja dojazdu do kompleksu. Motocykl zostawiamy na ogromnym i pustym parkingu, zaś dalej (ok. kilometra) jedziemy po dobrej, asfaltowej drodze na przyczepie ciągniętej przez traktor
Mieliśmy taką bekę z tej podróży, że sympatyczny traktorzysta uznał, iż jesteśmy nim zafascynowali, wobec czego wsadził moją Żabę za fajerę i zrobił nam pamiątkowe zdjęcie.
Natomiast wśród samych zabytków trzeba wymienić piękny i dość unikalny tetrapylon oraz najlepiej zachowany stadion świata antycznego w basenie Morza Śródziemnego, będący jednocześnie jednym z największych! oraz (co zdaje się wynikać chociażby z nazwy miasta) świątyni Afrodyty. Pomimo, że kompleks jest naprawdę imponujący, nie jest chyba zbyt popularny wśród turystów. Może dlatego, że oddalony jest od wybrzeża.































Po zakończeniu zwiedzania jedziemy dalej, piękną, górską trasą na południe. Jeśli wierzyć mojemu gps- owi miejscami jechaliśmy na wysokości prawie 2000m nad poziomem morza. Pomimo, że słonko świeciło pięknie, w pewnym momencie zrobiło mi się jakby chłodno. Również moje babsko stwierdziło ze zdziwieniem, że mu zimno. Nie mogłem zerknąć na termometr, bo trzeba zejść z motocykla (jest tak zamontowany, by łapał temperaturę w cieniu), więc nie wiem ile stopni było. Zgodnie stwierdziliśmy, że najwyraźniej przyzwyczailiśmy się już do tutejszych temperatur. Wszak to już 10 dzień naszej podróży! Gdy tylko zjechaliśmy z gór, mieliśmy okazję na własnej skórze w jak dużym błędzie jesteśmy

Po drodze spotyka nas kolejna miła przygoda. Do częstowania herbatą już zdążyliśmy przywyknąć, więc nie robi to na nas aż tak wielkiego wrażenia (choć nadal uważamy to za bardzo miłe). Natomiast prawie do łez rozbawiły nas wysiłki pracownika stacji paliw, na której zatrzymaliśmy się celem odwiedzenia WC. Ponieważ nie mógł się z nami porozumieć, z autobusu wycieczkowego, który stanął zatankować, wyciągnął pasażerkę tylko po to, by po niemiecku powiedziała nam, że zaprasza nas na herbatę. Oczywiście z zaproszenia skorzystaliśmy. Dziękujemy!





Wreszcie docieramy do Myra. Ciekawostką jest, że nie jestem pewien jak należy prawidłowo nazywać tę miejscowość. Jeśli spojrzymy na mapy czy do map google można spotkać się oprócz tej pierwszej również Demre i Kale.
Tu po raz pierwszy mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Miasto nie ma zbyt rozbudowanej infrastrukturty turystycznej, albo my nie umieliśmy jej znaleźć. Pensjonat, który udało nam się niemal odkryć po długich poszukiwaniach niestety, ale nie nadawał się do nocowania, choć – wierzcie mi – po 400km w upale nie jesteśmy zbyt wymagający
Prawie zrezygnowani udaliśmy się w stronę drogi wyjazdowej, gdzie udało nam się znaleźć pokój w hotelu. Dodatkowym jego atutem była położona w budynku obok lodziarnia. Ponieważ wleźliśmy do niej „od zaplecza” mieliśmy okazję zobaczyć jak się robi lody (jakkolwiek by to nie zabrzmiało
Nawet jeden smak otrzymaliśmy nie do końca zrobiony… Uparliśmy się, żeby go dostać, choć pan pokazywał, że jeszcze nie jest gotowy.
Jak na drugi dzień się okazało, same zabytki zrekompensowały nam żmudne poszukiwanie noclegu. Skalne domy, z których słynie Myra są naprawdę ciekawe. Także grecko- rzymskie zabytki robią wrażenie. Po zwiedzaniu znów mieliśmy bardzo sympatyczne spotkanie z ludźmi. Najciekawsze w tym wszystkim, że tym razem nie Turkami!
Słysząc mowę polską, obsługująca stoisko z pamiątkami Ukrainka powiedziała, że możemy śmiało mówić do niej w naszym języku, bo ona wszystko rozumie. Jej obecność w tym miejscu uzasadniona jest faktem, że ponoć urodził się tutaj św. Mikołaj i często pielgrzymują tam prawosławni. Choć mieszkała w Polsce i na nasze pytanie o Polaków zrobiła niewyraźną minę, ewidentnie ucieszyła się, że na obczyźnie spotkała bratnią, słowiańską duszę. Otrzymaliśmy od niej nawet w gratisie pamiątkę
Na jednym ze stoisk moja pazerna Żaba dojrzała owoce opuncji, które finalnie spałaszowaliśmy. Za pazerność przyszło jej jednak słono zapłacić – zanim sprzedawca zdążył ją ostrzec - usiłowała chwycić owoc, który ma cienkie i bardzo długie kolce. Natychmiast wbiły się w dłoń i od razu połamały…
Opuncja okazała się pyszna!
Następnie ucięliśmy sobie pogawędkę z przemiłym małżeństwem – Niemką i Turkiem – motocyklistą. Od niego dowiedziałem się, że w Turcji opony motocyklowe są bardzo drogie.























Powyższe wskazanie termometru powoduje, że znów na myśl przychodzi cytowane już powiedzenie Hells Angels. Faktycznie gorąco jest jak w piekle. Wobec tego jedziemy!
Niestety wizyta w Myra/Demre/Kale (niepotrzebne skreślić) nie skończyła się kąpielą w trzecim z odwiedzonych przez nas mórz, tj. Śródziemnym. Plaża na jaką trafiliśmy jakoś nas nie urzekła, zwłaszcza, że była daleko od hotelu, więc nasz kontakt ograniczył się do włożenia ręki do wody i zrobienia pamiątkowego zdjęcia.







Piękna, widokowa trasa pozwala delektować się otaczającymi nas krajobrazami. Wijąca się nad samym morzem nitka drogi przywodzi na myśl przejazd Magistralą Adriatycką na Bałkanach.
Dziś planujemy zwiedzanie opuszczonego, przeklętego miasta Kayakoy i nocleg w KÄąyÄąkÄąşlacÄąk.
Przebieg tego dnia to niecałe 400km, więc wcale niemało. Zwłaszcza, że z zasady omijamy autostrady i nigdzie się nie spieszymy. Wszak jesteśmy na wakacjach!










Będąc już blisko celu wpakowaliśmy się w miasteczko, co spowodowało konieczność częstszego niż zazwyczaj kontrolowania temperatury oleju. Aby ją obniżyć zdecydowaliśmy się poświęcić i zatrzymaliśmy się nawet w przydrożnej knajpce coś zjeść Czegóż nie robi się dla własnego motocykla!
Tu zemściła się na nas wiara w elektronikę. Jeszcze będąc w domu wklepałem współrzędne do GPSa. Ta piekielna maszyna poprowadziła nas inną trasą niż wcześniej wytyczyła.
Nie dość, że wlekliśmy się przez miasto, to po jego opuszczeniu wpakowaliśmy się na podrzędną, bardzo krętą, górską drogę. Na serpentynach trzeba było zwalniać do jedynki i pokonywać je trąc podłogą o asfalt, a nierówna nawierzchnia nie pozwalała na rozpędzenie się. Dość szybko zatem temperatura oleju w silniku niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do krytycznej. Chciał, nie chciał – musieliśmy stanąć w cieniu i czekać aż olej ostygnie. Wyciągnęliśmy zatem kocher z sakwy i przyrządziliśmy sobie w przydrożnym rowie kawę – „po turecku”
Mitrężąc czas przejrzałem trasę w gps i odkryłem jakiego psikusa nam spłatał – powinniśmy jechać prostą, porządną trasą.

Po ruszeniu okazało się, że droga wcale się nie poprawiła, zaś do pokonania pozostało nam jeszcze 2/3 trasy. Zdecydowaliśmy więc zawrócić. Lubię kawę, ale nie aż tak bardzo.








Ponieważ teraz już droga upływała nieźle, zajechaliśmy zobaczyć jak wygląda słynny kurort Bodrum, którym tak zachwycali się nasi znajomi. Fakt faktem widoki ładne, ale jazda po tym mieście nie przypadła nam do gustu. Postanowiliśmy, że jak się uda, zostaniemy w okolicy na parę dni.
Znaleźliśmy świetny bungalow o powierzchni ok. 50m2 położony raptem 50m od morza. Przed wejściem mały tarasik oraz kuuupa zieleni. Przykładowo na wyciągnięcie ręki mieliśmy owoce granatu. Niestety przekraczał znacznie założony budżet. Po pewnych targach (oraz wyjściu z hotelu i powrocie ) udało nam się wynegocjować przyzwoitą cenę oraz zrobienie prania.
Moje babsko uparło się na ten bungalow i w sumie na dobre nam to wyszło!
Jak widać na zdjęciu, było naprawdę zielono.

Tu po raz kolejny mieliśmy okazję doświadczyć otwartości i dobrego serca Turków. Panie, które prały nam ciuchy miały miskę pełną pięknych, dojrzałych fig. Pamiętając z Chorwacji smak tych owoców, moja Żaba spojrzała na miskę łakomym wzrokiem wzdychając spontanicznie „ale piękne!”
Pani z pralni wybiegła za nami niosąc talerz pełen tych owoców. Poczęstowaliśmy się po fidze, serdecznie dziękując. Ona jednak wcisnęła nam cały talerz! Chyba nie muszę dodawać, że cała komunikacja odbywała się na migi
Kolejnym atutem naszego pensjonatu o nieco spolszczonej przez nas nazwie Pituś, była położona po drugiej stronie drogi sympatyczna restauracja, w której jedliśmy lahmacuna i pide. Doskonałą rekomendacją tego lokalu zaś było to, że miał wielu lokalnych klientów. Ponieważ byliśmy w niej kilka razy, wpadliśmy na pomysł, że weźmiemy także jakieś inne potrawy, których nazw nie znamy. Tym sposobem odkryliśmy coś w rodzaju naszych naleśników z wytrawnym nadzieniem oraz pyszny, niesamowicie słodki deser polany płynną chałwą. Dla ułatwienia nam wyboru dań, nikt z obsługi restauracji nie mówił po angielsku

































Z pobytem w Pitusiu wiążą się jeszcze 2 ciekawe historie. Szwendając się po miasteczku zasiedliśmy w lokalnej herbaciarni. W Turcji w tego typu lokalach oraz w kawiarniach przesiadują zasadniczo wyłącznie mężczyźni. Piją herbatę lub kawę, zażarcie dyskutują, albo grają w domino czy jakąś podobną ichnią grę. Nigdy nie było najmniejszego problemu (ani nawet niemiłego spojrzenia) gdy siadałem razem z żoną. Podczas picia herbaty podszedł do nas staruszek prosząc o pomoc w obsłudze jego smartfona Sądząc po naszej raczej bladej cerze, musiał wiedzieć, że nie jesteśmy Turkami. Niestety nie zrozumieliśmy o co chodziło, ale i tak było sympatycznie.
Druga historia wiąże się z naszymi kulinarnymi eksperymentami. Tym razem wybraliśmy się do lokalnego baru, w którym nie było karty dań, lecz wywieszone na tablicy menu. Abstrahując od faktu, iż nic nie mówiły nam nazwy wymienionych dań, okazało się, że menu jest i tak nieaktualne. Jednak właściciel lokalu polecił nam jakieś 2 dania, cmokając i pokazując, iż jedno z nich to ogromny przysmak. Pokazywał również jakoś palcem na głowę, do czego jeszcze wtedy nie przywiązaliśmy wagi. Gdy dostałem swoje danie – jakąś zupę, okazało się, że jakby to ująć – rośnie mi w gardle…
Nic nie mówiłem, ale ponoć moja mina była bezcenna. Babsko do dziś się ze mnie naigrywa.
Zamieniliśmy się wobec tego na posiłki z moją Żabą, która jest w stanie zjeść wszystko! Jednak, jak sama przyznała nie delektowała się tym daniem, tylko łykała
Po wyczytaniu w przewodniku, iż jednym z przysmaków Turków jest głowizna, doszliśmy do wniosku, że właśnie taki przysmak przypadł mi w udziale. Dopiero wtedy dotarło do nas, czemu kelner zachwalając nam zupkę, pokazywał na swoją głowę!
Skoro już jesteśmy przy tematach kulinarnych, muszę wspomnieć, iż na śniadania kupowaliśmy wyborne tureckie pieczywo z lokalnej piekarni lub różnego rodzaju borki (coś a’la francuskie ciasto z nadzieniem: mięsnym, białym serem, szpinakiem, etc.).



















Z Pitusia odbyliśmy kilka wycieczek do pobliskich atrakcji turystycznych: starożytnego miasta Lagina, gdzie zlokalizowana była świątynia bogini Hekate – bóstwa podziemi, antycznych ruin miasta Stratonikea oraz starej, opuszczonej wsi Eskihisar z 500- letnim drewnianym meczetem a także do Didymy.
Zdaje się, że do Laginy nie dociera zbyt wielu turystów. Gdy przybyliśmy na miejsce nie pobrano od nas żadnej opłaty, a pani nawet zapytała, czy jesteśmy archeologami. Za to przed terenem wykopalisk rosła bardzo stara, ogromna oliwka. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że drzewo oliwne pierwsze owoce wydaje po 30 latach! Zaś oliwki przed zjedzeniem moczą się 30 dni, przy czym codziennie musi być zmieniana woda.

















Tymczasem wieś Eskihisar w znacznej części zbudowana została z pozostałości antycznej Stratonikei. Niejednokrotnie widać było jak w ścianę domu „wbetonowana” jest antyczna kolumna.
Zdjęcia nie potrafią tego oddać, ale Stratonikea to ciekawe miejsce do zwiedzania. Cały czas trwają tam prace archeologiczne. Właśnie jeden z pracowników kopiących wśród zabytków, gdy nas zobaczył, zaprosił nas, abyśmy usiedli razem z nimi. Chłopaki mieli opalany węglem drzewnym specjalny piecyk do parzenia herbaty, zaś dwóch z nich wylało ze szklanek z których pili herbatę i podali nam w nich nową
Jeden z nich trochę mówił po angielsku, dowiedzieliśmy się więc, że jest nauczycielem nauczania początkowego. W wakacje dorabia sobie, jako, że posada nauczyciela jest dość słabo opłacana w Turcji. Ciekawe było dla nas obserwować jak chłopaki zerkają na moją żonę. Wyglądało to trochę tak, jakby się jej wstydzili. Bez wątpienia nie przywykli do przebywania z obcą kobietą.












Dredd jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem